Bez serca/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bez serca
Podtytuł Obrazy naszych czasów
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1884
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


BEZ SERCA.
Obrazy naszych czasów
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.
TOM I.

WARSZAWA.
Nakład Gebethnera i Wolffa.

1884.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 22 Марта 1884 г.




Druk J. Sikorskiego, Warecka N. 6.


I.

Jednego zimowego wieczora, między siódmą a ósmą, w starym domu na Wallnerstrasse, na trzeciem piętrze, panował ruch niezwykły. U drzwi co kilka minut dzwoniono, podżyła służąca w dosyć zaniedbanym stroju, nadąsana i zakłopotana, śpiesząc się, pokazywała w progu, zbywała przychodzących kilku słowami i co prędzej biegła napowrót.
Chłopcy z magazynów przychodzili z paczkami i mijali się na wschodach.
Wewnątrz słychać było podnoszące się głosy, to niecierpliwe, to gniewne. Światła pośpiesznie przemykały się z pokoju do pokoju.
Niekiedy ruch uliczny, który w tej części miasta w późniejszej porze dnia nie bywa żywy — przerywał i zagłuszał te niespokojne życia objawy. W tym domu i w tem miejscu tak podbudzone życie zdawało się czemś dziwnem i ściwem, bo ulica liczy się do tych zacisznych, które jak staruszkowie do spokoju i życia regularnego trybu nawykły. Starym murom roztrzpiotanie się takie nie przystawało. Kamienica w której się to działo, wyglądała bardzo poważnie, prawie smutno. Zewnątrz miała tę barwę szarą, którą wiek mury przyobleka, fizyognomię nie dzisiejszą, taką, jaką w końcu XVII i XVIII wieku przybierały domy przyzwoite.
Budowniczy nie wysilał się, wznosząc ją, na oryginalność pomysłów; szedł posłusznie za formami przyjętemi i styl kamienicy godził się doskonale z całym szeregiem obok stojących sióstr rodzonych, mało co od niej młodszych i starszych.
Wszystkie one siedziały nachmurzone, posępne, w takich samych popielatych sukienkach, z jednakiemi powyginanemi ozdobami i połamanemi gzemsami, strojne w te same kwiatki, sznury i pilastry.
W takim domu można się było domyślać tylko ludzi spokojnych, niepotrzebujących wiele słońca, ani do zbytku powietrza — ale murów zacisznych, utrzymujących zimą ciepło, chłód latem, a w pośrodku miasta umieszczonych, z którem ich życie wiązało.
To niezwykłe poruszenie wieczorem, hałas, bieganina i stukanie drzwiami, w spokojnie, klasztorno wyglądającym domu, wywoływało też na innych piętrach niepokój i zdumienie. Służące wychodziły na wschody, ciekawie głowy zwracając ku górze i chcąc odgadnąć co tam taką burzę i zamieszanie spowodowało.
Wewnątrz mieszkania, którego część stała w tej chwili nieoświeconą, ruch i niepokój skupiał się cały w jednem miejscu. Salonik i mały gabinet, przytykające do tego pokoju, były ciemne i puste; tu na stoliku lampa, po komodach i półkach stały rozstawione w nieładzie świece. Z ulicy patrząc, można było z przesuwających się szybko cieniów wnosić, że się tu żywo i niecierpliwie krzątano...
Tak było w istocie.
Pokój ten był zarazem sypialnią i garderobą kobiecą, ale teraz panował w nim taki nieład, tak wszystko było porozrzucane, iż o mieszkaniu, jak w stanie normalnym wyglądało, trudno było powziąć wyobrażenie.
Na krzesłach, kanapie, stolikach, na ziemi nawet, na parawaniku komin zasłaniającym, leżały i wisiały powydobywane z szaf i szuflad różne części stroju kobiecego, począwszy od całych sukien, do drobnych gałganków, wstążek, kwiatów, bielizny, rękawiczek, chusteczek i klejnotów.
Ani łóżeczko z podniesionym do góry pawilonem, ani dwie komody z na pół powysuwanemi szufladami, ani nawet koszyki na drzewo przy kominku wolne od nich nie były. To wydobywanie najrozmaitszych części stroju ze wszystkich kryjówek, kazało się domyślać, że pani władająca niemi, nie była jeszcze pewną co na siebie włoży. Zważywszy spóźnioną porę, nie można się było dziwić, że w chwili tak stanowczej mogła ją z tego powodu opanować niecierpliwość, która w ruch gorączkowy wprawia całe otoczenie.
Nie było ono liczne, ale poruszało się tem żywiej; fizyognomia też tego wnętrza sypialni nie dowodziła wielkiego dostatku.
Stroje porozrzucane daleko wyglądały wykwintniej od samego mieszkania z meblami staremi, zużytemi i ustawionemi więcej dla potrzeby niż wdzięku.
Każdy, komuby choć przez dziurkę od klucza wolno było ciekawem okiem zajrzeć do tego pokoiku, główną uwagę zwrócić musiałby na tę, około której tu poruszało się, obracało i biegało rozkazom posłuszne, wszystko.
Była to młodziuchna (taką się przynajmniej wydawała) osóbka, nie ubrana jeszcze całkowicie, w gorsecie i spódniczce, z pięknie utrefioną, kruczemi włosami okrytą główką, przyglądająca się właśnie sobie w wielkiem trumeau, na pół pękniętem i niezbyt już jasnem.
Zaprawdę mogła być kontenta z tego co jej zwierciadło mówiło, choćby nawet nieco zamglone — i każdy, coby ją zobaczył stojącą tak przed niem, a jak posąg wdzięczną i cudnie kształtną, musiał być obrazkiem tym oczarowany.
Była to jedna z tych istot szczęśliwych, które natura na drogę życia wyposaża tak bogato pięknością i wdziękiem, jakby one, wszystkie inne jej dary miały zastąpić.
Lecz, jakże to trudno taki posążek taragryjski opisać!
Cudownie była piękną, a co więcej, miała jedną z tych piękności oryginalnych, wybitną indywidualnością nacechowanych, których główny wdzięk zawisł na czemś nieokreślonem, co się pochwycić nie daje.
Patrząc na klasycznie regularne rysy, które w jednej chwili, jednem niczem umiały przybrać charakter coraz nowy, odmienny, nie tracąc swej właściwości, trzeba się było zdumiewać nieskończonemu cieniowaniu, do jakiego one były zdolne.
Począwszy od główki, bujnemi, kruczemi włosami okrytej, które się buntowały przeciwko grzebieniom i szczotkom, kapryśnie składając w pierścienie — aż do malusieńkiej nóżki zachwycającego kształtu, wszystko w niej było idealnie pięknem.
Nie była to Venus z Milo, lecz niby Psyche, niby Hebe starożytna, naprzemian niewinna jak dziecię i jak dziecię rozpieszczone, swawolna.
Kształtów pełnych już i dojrzałych, które przez to nie straciły młodzieńczego wdzięku; piękne dziewczę, oprócz innej broni, miało dwoje oczów czarnych, jakim równych trudno było znaleźć nawet tam, gdzie jest tych czarnych djamentów ojczyzna.
Oczy to były, które mówiły co chciały, a choć wyraz chłodnego, surowego rozumu w nich przemagał i duma niemi strzelała — umiały być słodkie, wyzywające, pokorne, błagające — naiwne.
Profil twarzy, w której były osadzone, czoło, usta, owal jej, zdały się ze starożytnego medalu wzięte, tak były nieskazitelnej piękności.
Nawet w tej chwili, gdy wyraz ust i ściągnięcie brwi zdradzały niepokój i rozdrażnienie, a przeglądająca się w zwierciadle, nie potrzebowała zmuszać się do nadania sobie wdzięku, choć nadąsana, zmęczona, była cudnie piękną.
Ale dobroci, łagodności, ślad na twarzyczce nie pozostał i można było powątpiewać, czy one kiedy tu, nieprzywołane, mieszkały.
Wyrazu tych ślicznych ale skrzywionych i zaciśniętych ust można się było ulęknąć, równie jak piorunujących błysków oczu. Nie była to już ani Psyche, ani Hebe, ale jakieś bóstwo grozy pełne.
I wpatrując się w nią baczniej można się było dobadać, że ten wyraz najwłaściwszym był fizyognomii, której dobroci i słodyczy uroku brakło. Piękność jej musiała budzić raczej niepokój i trwogę, niż sympatyę, oczy hypnotyzowały więcej niż pociągały ku sobie.
A jednak nawet gdy tak się stawiła groźną, nie można się było wstrzymać spojrzawszy od wykrzykniku:
— O! cudo!
Stworzoną się czuła snać do panowania, ruchy miała królewskie i główkę niosła, jakby na niej już dyadem dźwigała.
Otyła, kwaśna, potargana, zmęczona, z twarzą czerwoną i potem okrytą, — zniechęcona służąca, odziana niedbale i prawie ubogo, dosyć niezgrabnie kręciła się około swej pani. Widać było po niej, że straciła zupełnie nadzieję, aby jej mogła dogodzić.
Na twarzy pomarszczonej, znękanej, kroplistym potem okrytej, wyryte było:
— A! kiedyż się to raz skończy!
Oprócz niej, opodal nieco, stała druga pomocnica czy doradczyni, która również zdawała się znudzoną, ale na jej ustach do wyrazu zniechęcenia mięszała się odrobina ironii jakiejś.
Była to kobieta lat średnich, ubrana jak do domu, lecz z pewnem staraniem, aby się zbyt starą i zaniedbaną nie wydawała. Ślady dawnej piękności, jednej z tych pospolitych a długo trwałych, które blondynkom świeżo się wydawać dozwalają prawie do starości, — czyniły tę panią dosyć jeszcze powabną. Mogła jednak mieć lat czterdzieści z okładem, choć się do nich zapewne przyznawać nie myślała.
Kształtów nieco pełnych, ale sznurowana starannie, ściśnięta może do zbytku, chwaliła się postawą, zdala jeszcze dosyć zręczną. Wyraz jej twarzy, równie jak pięknej panny, nie odznaczał się dobrocią, lecz nie zbywało mu na przebiegłości. Było w niej jeszcze wiele namiętności, choć już ukołysanych, dużo ognia i życia, lecz jakby gwałtownie zepchniętych wewnątrz, aby się na świat nie pokazywały. Niebieskie blade jej oczy patrzały bystro i rozumnie, ze spokojem, który daje wiek i doświadczenie.
Jedną ręką w bok się ująwszy, drugą pierścionkami okrytą, trzymając na piersiach, spoglądała na pannę przed zwierciadłem tupiącą nóżkami z niecierpliwości — i zdawała się szydzić w duchu może więcej z jej gniewów, niż się litować nad nią.
Pięknej dzieweczce nic nie przypadało do smaku, niczego nie było dosyć, nic nie przychodziło w porę.
Rozkazywała podawać sobie różne części stroju, przykładała je przed zwierciadłem jedne do drugich i do siebie, potem zżymała się i rzucała niemi.
Zegar stojący na kominie, stary, niesmaczny XVIII wieku zabytek, z bronzu poczerniałego i zabrukanego marmuru — właśnie wybijał pół do ósmej. Oczyma gniewnemi, posłyszawszy jego syczenie, panna rzuciła na godzinę, która się przypominała, nóżkami zaczęła tupać znowu i wyprawiła po coś służącę, która zdawała się bardzo rada temu, że wyjść mogła.
Krótką chwilę panowało milczenie, które podżyła jejmość, uśmiechając się przerwała:
— Nie gniewajże się, nie niecierpliw, Rolino. Wierz mi, wszystko to zostawi ślady na twej pięknej twarzyczce: a choć ona, dzięki Bogu, stracić na tem nie może i będzie jeszcze aż nadto piękną, by wszystkim głowy pozawracała, wolałabym abyś przed ludźmi ukazała się spokojniejszą, weselszą — nie tak roznamiętnioną.
Pamiętaj, że cię to starszą uczyni.
— A! a! — śmiechem zimnym parsknęło dziewczę, na chwilę zwróciwszy się ku mówiącej i natychmiast znowu pochylając się ku zwierciadłu.
— Bądźcie, proszę, o mnie spokojną, szanowna pani Balbino. Macie mnie zawsze jeszcze za jakieś dziecko, potrzebujące przestrogi... O! o! wierz mi, potrafię być czem zechcę, i jaką mi będzie potrzeba.
— O tem ja nie powątpiewam bynajmniej — z małym przekąsem odpowiedziała Balbina — ale to już źle, gdy się do czegoś przymuszać potrzeba... Lękam się czasem, abyś zanadto rozumu i rachuby nie miała, bo rozum i rachunki często zawodzą.
W obu głosach kobiet, brzmiało jakieś szyderstwo i stosunek ich, choć musiały żyć z sobą ciągle, zapowiadał się nie zbyt przyjaznym. Widocznie były na wojennej stopie, choć walki starsza zdawała się unikać.
Rolina odparła żywo:
— Dziękuje za te owoce doświadczenia, któremi raczycie dzielić się ze mną.
Pani Balbina rzuciła na nią wzrokiem, w którym pragnienie zemsty zabłysło, lecz wnet siłą woli się poskromiła i rzekła z cicha:
— Wierzcie mi, dobrze wam życzę.
— A! nie wątpię! nie wątpię — żwawo i śmiejąc się ciągnęła dalej Rolina. — Wy równie chcielibyście się mnie pozbyć z domu, jak ja się z niego wydobyć życzę! W tem jednem najzupełniej się zgadzamy... — I śmiała się bez najmniejszej ochoty do śmiechu.
— Niestety — mruczała ubierając się — ani wasze modlitwy na tę intencyę, ani moje starania o oswobodzenie, dotąd nie skutkują.
— A! zapewne — dodała zbliżając się do sukni, którą pani Balbina pośpieszyła się pomódz jej wkładać — wydobyć się z tego obrzydłego, ciemnego kąta, z tego wstrętnego ubóstwa, z tej więziennej uliczki, byłoby może łatwo, gdybym się ja mogła lada czem zaspokoić. Ale ja się czuję stworzoną do innego świata i w nim stanowisko sobie zdobyć muszę... Wysoko! wysoko! Muszę! muszę!!
Ostatni wyraz, podnosząc głos, wykrzyknęła namiętnie. Cała jej dusza w nim była...
Po ustach milczącej pani Balbiny przesunął się uśmieszek ironiczny.
Brak odpowiedzi zmusił czarne oczy do zwrócenia się na towarzyszkę, której wyraz twarzy szyderski jej nie uszedł...
— Wątpicie o tem! — zawołała.
— Ja? bynajmniej — chłód udając odpowiedziała Balbina. — Tylko te środki, które Rolina obiera dla osiągnięcia celu swych życzeń, nie zawsze mi się odpowiedniemi wydają.
— A?? — ironicznie spytała, nie przestając się ubierać z pomocą towarzyszki, piękna panna — naprzykład?
— Mówiłam ci to wiele razy — flegmatycznie poczęła Balbina — nadto się rwiesz gorączkowo, zbyt niespokojnie, często zuchwale — narzucasz się niemal — rozpraszasz na wszystkie strony. Może to być zabawnem i odpowiadać temperamentowi — ale jeżeli mowa o rachunku — poważniejsze, umiarkowańsze, ostrożniejsze obchodzenie się z ludźmi, przy twej piękności, z pewnością prędzejby cię doprowadziło do celu.
Masz zawsze, co najmniej czterech lub pięciu podbitych i rozkochanych w tobie, łudzących się jakiemiś nadziejami.
Rolina przerwała trochę gniewnie.
— Proszę, bardzo proszę... nie troszczcie się tak o mnie... Nie potrzebuję kurateli.
Zajmującą tę rozmowę przerwało wdziewanie jedwabnej sukni spodniej, na którą druga krepowa wkładać się jeszcze miała.
Rolina przysunęła się do zwierciadła. Zaczynała być z siebie rada, oczy jej się uśmiechały.
Suknia doskonale malowała cudną jej kibić. Utoczone ramiona i biust wychodziły z niej kształty tak wdzięcznemi! Barwa ubrania złotawa, okrywająca ją krepa i koronki, tak doskonale harmonizowały z płcią jej nieco śniadą!
— Prześliczną będziesz! — zawołała jakby mimowolnie ulegając wrażeniu Balbina.
Zwycięski uśmiech Roliny potwierdził to wyznanie, które na nieprzyjaciółce wymógł urok jej piękności.
Z pośpiechem szło teraz dopełnianie tej toalety; Balbina podawała jej ogniste róże, które miały tkwić we włosach czarnych i u boku, przepaskę, rękawiczki z całym regestrem guziczków, zapinających się mozolnie.
Wszystko to co na siebie brała Rolina, było z wielkim smakiem obmyślane, wytwornem i pańskiem się wydawało na oko. Niełatwo było dostrzedz w tem tysiąca drobnych fałszów i wybiegów, któremi ubóstwo posługiwać się musi, gdy chce rywalizować z dostatkiem i udawać to czem nie jest...
Ósma godzina biła na starym zegarze, gdy dziewczę zupełnie już do wyjazdu gotowe, ostatnim rzutem oka oceniwszy ubiór swój w zwierciedle, przypięło mały zegareczek do pasa, poprawiło kameę którą suknia spięta była, i — zmęczona, z ostrożnością, aby nie pomiąć stroju, siadła na krześle odpocząć.
Pani Balbina, która też potrzebowała spoczynku, opodal się nieco umieściła.
Służąca, która wróciła w czasie ubierania, — a tej też sił się zdawało brakować — posprzątawszy trochę pozostałości toaletowe, wyszła lżej oddychając, że się raz ubieranie skończyło.
Balbina oka nie spuszczała z milczącego dziewczęcia, którego humor dosyć posępny, zdawał się niebardzo godzić z ubiorem i zabawą, na którą się wybierać musiała.
Wśród milczenia przerywanego tylko głuchym chodem zegara i turkotem wozów dolatującym z ulicy, w sąsiednim salonie dał się słyszeć chód powolny, przybliżył ostrożnie do drzwi, zapukano i męzki głos zapytał:
— Czy można?
Pani Balbina żywo się z krzesła podniosła i podeszła ku drzwiom, wołając głosem wesołym:
— Prosimy! dziś jesteśmy wcześnie gotowe...
Drzwi uchyliły się powoli, ostrożnie i do pokoju wszedł z pewną nieśmiałością, mężczyzna w mundurze, z kilku na piersiach krzyżami.
Był to człowiek już stary, z głową siwym, krótko ostrzyżonym włosem okrytą, twarzą mocno ogorzałą i całą jak jabłko pomarszczoną — ale dobrodusznego, spokojnego wyrazu. Maleńkie oczki piwne, wąsik podstrzyżony i zakręcony do góry, czoło niskie i pofałdowane, usta do zbytku szerokie i zapadłe, broda wystająca naprzód, fizyognomię tę czyniły niemal komiczną i do dziadka od orzechów podobną. Łagodność tylko i wypiętnowana na niej rezygnacya uszlachetniały ją nieco.
Pomimo wieku trzymał się sztywno, prosto, po żołniersku, choć w ruchach miał zarazem coś bojaźliwego. Znać na nim było życie całe spędzone w karności wojskowej, w pracy ciężkiej, która się niebardzo opłaciła.
Smutek też, z którym się on już obył i zrosnął z nim, okrywał mu czoło zmarszczone, mówił z maleńkich oczek kryjących się pod nawisłemi brwiami.
Wejrzeniem, miłości razem pełnem i obawy, zmierzył wchodzący piękną Rolinę, która spojrzała nań także, ale dość ostro i jakby z wyrzutem, którego zataić nie chciała.
— Jak anioł jesteś piękna! jak anioł! — szepnął stając w zachwycie przed siedzącą, która mu się uśmiechnąć nawet nie raczyła.
Niespokojna była, zadumana.
Siedząca z boku Balbina, ramionami poruszyła nieznacznie.
Dziewczę w istocie było cudownie pięknem, chociaż nie tą pięknością anielską o jakiej mówił stary, którą daje łagodność i dobroć serca, ale jakąś dumą zbuntowanego anioła, który świat do walki wyzywa.
— Zmęczoną już być musisz — przemówił przybyły, usiłując jaknajłagodniejszą przybrać intonacyę, aby nadąsanej nie narazić sobie. Powinnaś być jednakże kontenta z nas i z siebie... Wszystko się stało po twej myśli. Jesteśmy zaproszeni do księżnej, będziesz grać w jej amatorskim teatrze, pozawracasz wszystkim głowy...
Piękna Rolina malutką rączką ślicznych kształtów pogardliwie jakoś rzuciła.
— A! a! — przebąknęła kwaśno. — Papie się to zdaje szczytem tego, cośmy marzyć i osiągnąć mogli — a dla mnie, to dopiero próg do tych wschodów na które ja wnijść muszę.
Uderzyła ręką o rękę...
— Gdyby świat cię ocenić umiał — przerwał ojciec przypochlebiając się — wnieśliby cię na ręku na te wyżyny! Lecz, prędzej później, poznają się na mojej Rolince... Jestem pewny, że i dziś nadzwyczajną wywołasz sensacyę... Dość spojrzeć na ciebie!
Roztargniona, o czem innem myśląca panna, zaledwie zdawała się słuchać ojca, który odpowiedzi nie otrzymawszy, poszedł do zegara.
— Ale to już po ósmej! — rzekł trochę niespokojnie.
— Do pałacu księżnej nie mamy nad dwadzieścia minut drogi, nawet tą obrzydliwą dorożką, którą jechać musimy — odparła Rolina zawsze kwaśno. Zbyt wcześnie, właśnie nam przybywać nie wypada. Naznaczona godzina dziewiąta, wszyscy się spóźnią.
— Ale ty z powodu teatru możesz potrzebować być nieco wcześniej — odezwał się ojciec troskliwie.
— A! nie! nie! — już się niecierpliwiąc odparła panna. Ja do teatru wcale nie zmieniam stroju, urządziłam się tak, że występuję jak jestem. Wyjedziemy ztąd o dziewiątej i wczas jeszcze będziemy.
Ojciec skłonił się posłusznie; miał we zwyczaju nigdy się jej nie sprzeciwiać.
— W takim razie — rzekł — pozwolisz mi że pójdę dokończyć moje cygaro, którego potem nie będę już mógł palić przez cały wieczór.
Córka nic mu na to nie odpowiedziała. Stary wojskowy wysunął się po cichu, dwie kobiety zostały same. Towarzystwo pani Balbiny, nie zdawało się być nazbyt miłem Rolinie. Unikała spotkania ze wzrokiem, który z niej nie schodził.
— Powinnaś być weselszą — odezwała się zawsze z pewną ironiją Balbina — spotkasz tam wielu twoich czcicieli. Jeżeli kiedy, to dziś będziesz miała nie małe zadanie, żadnego z nich nie zniechęcić, a wszystkich przy swym rydwanie utrzymać.
Rolina spojrzała ostro na mówiącą i odparła z rodzajem pogardy.
— Zawsze jedna i jedna piosenka! Wyrzucacie mi tych mnogich moich czcicieli. Zdaje się ci, że jak niedoświadczone stworzonko, rady sobie nie dam z nimi! Dla innych może i powinno to być tajemnicą, ale dla was coście mnie wychowywali moje dwadzieścia trzy lata nią nie są. Był czas nabyć doświadczenia!
Rozśmiała się dziko trochę.
— Kochana Rolinko! — pochylając się ku niej, poczęła głosem niestosownym do epitetu pani Balbina — kochana Rolinko, wszystko co powiem, masz mi za złe, choć w istocie troszczę się o ciebie, życzę ci najlepiej. Właśnie to co ty zowiesz doświadczeniem, a ja straconym czasem, niespokojną mnie czyni. Z twoją pięknością i rozumem, do dwudziestu trzech lat nic nie zrobić...
Rolina gniewna zerwała się z krzesełka, na którem była przysiadła. Oczy jej się paliły.
— I nie widzicie tego — zawołała — że to przecież nie moja wina, że ja jestem ofiarą tego — (wskazała na drzwi któremi ojciec wyszedł) — tego położenia, tego naszego sromotnego ubóstwa, zaniedbania się...
Gdyby nie ja, nie moje starania, czyżbyśmy mieli jakie stosunki? Byłabym zmuszoną wyjść za jakiego lichego urzędnika, albo takiego jak on, wojskowego bez przyszłości... Gdyby nie ja, ktoby nas znał? Ktoby nas myślał zaprosić!
O! o! te pięć lat nie zostały stracone — nie! Wydobywam się, albo raczej spodziewam się dobyć z tej dziury obrzydłej, w którą mnie obojętność ojca wrzuciła.
Ciągnęła dalej, coraz się roznamiętniając.
— Dosłużył się przez całe życie, ledwie podpułkownika, w dymisyi dopiero pułkownikiem został! Tyle lat zmarnował! Nie umiał, nie chciał się nigdy na wierzch wybić. Ta apatya go zgubiła i ta śmieszna manija antykwarska, dla której wszystko poświęcić gotów — nawet mnie! Tak! nawet mnie!
— Niesprawiedliwą jesteś względem ojca — odparła Balbina zarumieniona. — To najlepszy w świecie człowiek! Przecież do tego jednego co go bawi, rozrywa, czem żyje, miał prawo... Jesteś egoistką okrutną...
— A! a! — rozśmiała się Rolina — Egoistką! Jak gdyby świetny mój los nie podniósł ojca? Ale on dla mnie nie chce i nie umie nic uczynić — nic! Dziś jestem pewna, na ten wieczór księżnej że mnie prowadzić musi — narzeka w duchu i skarży się, jakby największą czynił ofiarę...
Balbina poruszyła ramionami.
— Biedny pułkownik — rzekła — gdyby życie dał dla ciebie, i tegoby ci było mało.
Rolina może nie dosłyszała tych wyrazów, bo słuchać więcej nie chciała. Poszła do wielkiego zwierciadła, zaczęła się w niem sobie przyglądać na wszystkie obracając strony, poprawiła włosów, twarzyczka jej przybrała wyraz wesoły i szyderski.
Myśli jej pobiegły w innym kierunku.
— A! — zawołała wesoło — dziś ich podobijam wszystkich! Najprzód to moje nieśmiałe, rozkochane książątko, śliczne chłopię, a takie bojaźliwe, strwożone — a tak szalejące za mną! straci głowę hrabia... choć bardzo doświadczony i tak pewny siebie! Francuz też, gdybym tylko chciała — ale, zdaje mi się, że opanowawszy go nawet, wielkiej tam przyszłości nie ma. Nie! nie! Jego dostatek cały na popis obrachowany... a przytem fantazye, i ze starą hrabiną zerwać mu trudno!
Hispano-amerykanin, o którym ci wspominałam, że się za mną włóczy, nie podoba mi się wcale. Brzydka, dzika twarz, jakieś oczy zwierzęce; ale mówią, że ma milijony i to go czyni prawie przystojnym, przynajmniej znośnym.
Zamyśliła się nagle, urwała i zamilkła.
— Zdaje mi się — przerwała Balbina — że wszystkich nie wyliczyłaś...
— O! nie! nie! — śmiejąc się perłowemi ząbkami odpowiedziała Rolina — ale tych o których zamilczałam, dzisiaj u księżnej nie spotkam... W różnych sferach mam potrzebnych mi czcicieli.
— Którymi się doskonale i nielitościwie wysługiwać umiesz, nieprawdaż? — szepnęła Balbina.
— A od czegóż oni są? — mówiła oka nie spuszczając ze zwierciadła Rolina — alboż mój uśmiech i uścisk ręki nie są warte usług jakie mi oddają?
— A twe serce? — spytała Balbina.
— Serce! — rzekło żywo dziewczę. — Wierz mi, że ja niewiem czy je mam... i czy to co wy nazywacie sercem, mieć będę kiedy. Mniej więcej są mi wszyscy obojętni, gdy nie są potrzebni. Widzisz, jestem szczera.
Czasem, twarz nowa, człowiek nowy, młodość, pewien wdzięk, czynią na mnie jakieś wrażenie. Jestem niespokojną, mogłabym się posądzić o zakochanie, gdybym siebie nie znała. Ale — nie boję się, bo wiem, że zobojętnieję prędko. Człowiek zajmuje mnie póty, póki jest dla mnie zagadką... Zresztą, wy to wiecie najlepiej, bo przed wami z tego nigdy nie czyniłam tajemnicy, że moim celem jedynym, który muszę osiągnąć, jest zamążpójście — co się nazywa — świetne. Imię wielkie i milijony! w ostatku choćby milijony bez imienia — ale te muszę mieć koniecznie!
Brzydzę się ubóstwem, nie cierpię go, — a może więcej jeszcze tym naszym kłamanym dostatkiem, którego pozór tysiącem ofiar okupywać potrzeba.
Dwadzieścia i trzy! Jeszcze lat kilka dobijać się mogę... potem...
Balbina słuchała, patrzyła i uśmiechała się nieznacznie.
— Nie życzyłabym czekać aż do ostatniego kresu — odezwała się — pierwszy milijoner jaki się nastręczy...
Dziewczę nic nie odpowiedziało, a po chwili mówiło trzpiotowato znowu.
— Ma to swą zabawna stronę. Dokoła ci wszyscy roznamiętnieni, oszaleni, drżący, niespokojni, ta atmosfera pasyi, a ja wśród niej tak zawsze panią siebie, tak zimną, tak obojętną... Śmieję się z nich w duszy... Wiesz — dodała zwracając się do towarzyszki — mam już taką wprawę, że przebieg każdej z tych miłości, które obudzam, mogłabym naprzód przepowiedzieć. Wiem co mi który z nich powie i kiedy... co mój uścisk ręki wywoła, jakie wrażenie zrobi wzrok...
— Lub... coś jeszcze więcej! — złośliwie szepnęła cicho Balbina...
Rolina zarumieniła się nieco.
— Choćby i coś więcej? — odparła hardo. — Wiem, bardzo dobrze czem i kiedy kogo nagrodzić lub zachęcić. Bądź spokojną.
— Nagrodami za zasługi nie życzyłabym jednak zbyt szafować — odezwała się Balbina.
— O! proszę mnie nie uczyć i być spokojną o mnie — rzekła chłodniejąc Rolina. Jestem tak siebie pewną, że mogę dobiedz do samego brzegu tego co nazywasz przepaścią — i — głowa mi się nie zawróci, nie wpadnę w nią!!
Rozśmiała się dumnie.
— Nadto jestem panią siebie.
— Winszuję — przerwała zimno Balbina, spoglądając na zegar — chociaż nigdy za nic ręczyć nie można... Dziewiąta blisko!
Gdy to mówiła, pułkownik wkładający rękawiczki pokazał się w progu.
— Jedziemy! — rzekł — okryj się proszę, dobrze. Weź co ciepłego, ażebyś się w powrocie, zgrzana, nie zaziębiła. Mamy odwilż wprawdzie, ale powietrze jest przejmujące.
Pomimo niezbyt wielkiej czułości, jaką starsza pani okazywała swej wychowanicy — poruszyła się z wielką troskliwością do ubrania jej i zabezpieczenia od zimna.
Starania te, kapryśne dziewczę przyjmowało nie okazując najmniejszej wdzięczności, z niechęcią raczej, jak dań należną, znajdując je niedosyć zręcznemi, — odpychając opryskliwie.
Ojciec, pani Balbina, sługa, skupiło się wszystko w chwili odjazdu, musiało krzątać, pomagać, zabiegać około pięknej a obojętnej królowej.
Pani Balbina idąc za pułkownikiem przeprowadziła ją do drzwi. W progu gdy Rolina już ze wschodów schodziła, stary pułkownik odwrócił się do uśmiechającej mu Balbiny i ukradkiem; nieznacznie, w twarz ją pocałował...
Okiem pełnem odrazy i wzgardy z wierzchołka wschodów, pozostała jejmość ze sługą domu, powiodła za zstępującą ze wschodów ostrożnie Roliną.
Służąca ziewała i oddychała swobodniej.
— Chwałaż ci, Panie — zamruczała zwracając się do Balbiny — raz się to przecie skończyło! Dobrze że nie codzień ta księżna daje wieczory, człowiekby nie wytrzymał.




II.

Wieczór ten u księżnej Matyldy von Frauenstein, w pewnych sferach stolicy tyle przynajmniej robił wrzawy i niepokoju, co przygotowania do niego pięknej Roliny, w starym domu na Wallnerstrasse.
Księżna, chociaż nosiła ten tytuł i należała do najwyższej arystokracyi, — oprócz tytułu i stanowiska swojego na świecie — odznaczała się oryginalnością i fantazyą, którym swobodnie cugle puszczała. Nie była to pierwsza lepsza księżna, podobna do wszystkich innych, — przyjęcie też u niej nie miało być urzędowym wieczorem ze zwykłym bufetem i tańcami, z trochą muzyki i pospolitej rozmowy — na które się idzie wiedząc z góry co i kogo się ma spotkać, i jaki stopień nudy i zmęczenia do domu się przyniesie.
Była to księżna artystka, trochę bohemy mająca we krwi i obyczajach, której główce pełnej marzeń i fantazyj, ciężko było pod książęcą koroną. Zrzucała też ją ilekroć pozbyć się mogła.
Wieczór w jej pałacyku, który właśnie w tymi czasie stracił był część swej ozdoby, ogrodu na place wyprzedane rozparcelowanego (obyczajem wcale nie arystokratycznym) — był wypadkiem, rzeczą pociągającą, o której zawczasu wiele prawiono. Kto się spodziewał być nań zaproszonym, miał się za wybranego i szczęśliwego, bo mnóstwo dobijających się tej łaski odejść musiało z grzeczną odprawą. Jakkolwiek obszerne apartamenta, nie starczyłyby ani na połowę tych co się tam docisnąć chcieli.
Wielkim urokiem, atrakcyą tego wieczora był zapowiedziany francuski teatr amatorski, na którym sama gospodyni miała się ukazać w roli subretki. Wiedziano, że w niej celowała, a w Wiedniu, nawet księżnie odznaczyć się tem trudno...
Piękna Rolina, której ojciec pułkownik von Maholich nie miał tak dalece rozgałęzionych stosunków i arystokratycznych znajomości, nigdyby się nie mogła dobić tego szczęścia, aby ją księżna zaprosiła, gdyby nie jej nadzwyczajna piękność, niezmierna zręczność i trochę talentu dramatycznego.
Manewrowało tak zręcznie śliczne dziewczę, tak zabiegało na różne sposoby, że się potrafiło do księżnej docisnąć, dać jej poznać i oczarowało ją, jak innych, dowcipem śmiałym, pewnym rodzajem rubaszności dobrego tonu. Księżna, która nigdy piękną nie była a zręczną tylko figurką i pewnym cynizmem dobrego tonu, zyskiwała rozgłos w świecie, nie była zazdrośną o piękną twarzyczkę Roliny; — znajdowała ją interesującą i sympatyczną. Próby dwóch komedyjek franncuzkich z Roliną, tak się powiodły, iż księżna ją do swej trupy amatorów zaprosiła.
Samo zaliczenie do niej, dla biednej córki pułkownika, było zaszczytem wielkim, bo na deskach dnia tego, oprócz księżnej w roli subretki, występował młodziuchny Rudolf książę von Hoh-Winterburg, dwóch hrabiów, z których jeden węgierski, markiz francuz i jakaś wielce dostojna matrona.
Można więc sobie wytłumaczyć, dlaczego piękna Rolina w chwili wyjazdu z domu była w gorączce, zadumana, roztargniona, niespokojna, a dumna sobą. Czuła, że ten wieczór mógł o jej losie, o przyszłości stanowić.
Chciała być piękną, zachwycającą, zwycięzką, a lękała się, aby jeden z tych trafów losu, który najszczęśliwszą grę pomięszać może, nie pozbawił ją owocu długich i przykrych zabiegów.
Jak sama pani domu, tak i pałacyk, który zewnątrz wcale się architekturą nie odznaczał, a obok nowo wznoszących się w Wiedniu wspaniałych gmachów, wyglądał staro i ubogo — wewnątrz miał fizyognomię oryginalną i niepospolitą. Więcej w nim może paryżankę niż wiedeńkę czuć było, bardziej artystkę niż księżnę. Gdyby Sarah Bernhard przypadkiem księżną została, w ten sposób pewnie przystroiłaby salony swoje.
Nic poważnego i surowego nie mówiło tu o przeszłości — panią placu była moda, — panowała nawet fantazyi. A że ta wszechwładna królowa, której Paryż jest zawsze stolicą, rozkochała się w kosztownych fraszkach bric-à-brac’u, porcelanie, bronzach, starożytnościach doskonale fabrykowanych, w ciekawostkach rzadkich, kosztownych, choćby brzydkich i dziwacznych — salony księżnej, pełne ich były.
Nie zbywało zresztą pańskiemu domowi na niczem co dla formy jest niezbędnem, ani na usłudze w liberyi świetnej, ani na kamerdynerach, ani na wyzłacanym odźwiernym, ani na wschodach przystrojonych całym kwiatów lasem. Nie było tylko tej nieubłaganej sztywności innych arystokratycznych domów, która gości paraliżuje.
Towarzystwo też, ściśle wziąwszy, nie było tak dobranem, jakby je czystej wody arystokracya mieć chciała. Obok najświetniejszych imion starych rodzin, dyplomatów, wysokich urzędników, rozmaitego pochodzenia ekscelencyj — kręciły się postacie, których nazwiska młode trudne były do wymówienia; figury jakieś, nigdzie po salonach nie widywane: ludzie od których zdala czuć było kulisy, pracownie, olej, farby i glinę...
Księżna, która w pierwszym salonie przyjmowała gości (bo o księciu mowy tu jakoś nie było i ten nie występował widoczniej) — z wielką żywością, podniesionym głosem, często ze śmiechem wcale nie oficyalnym witała przybywających. Mała, zręczna, z okiem pełnem ognia, ruchami, które lekceważenie form przyjętych co chwila zdradzały: nawet w tej chwili uroczystej coś w sobie miała cyganeczki i subretki. Postać była pociągająca i sympatyczna. Tego wieczora jakby przeczuła nadzwyczajne powodzenie swe przyszłe na scenie, księżna była w brylantowym humorze... Sypała iskrami dowcipu dokoła, śmiała się, chciała w swych gości przelać to szczęśliwe usposobienie.
Ukazanie się w salonie pięknej Roliny, która choć niedoświadczona, umiała tak wnijść aby wywołać sensacyę — było nadzwyczaj efektowne...
Była zarazem skromną i naiwnie śmiałą, uczyniła się młodszą niż była, ponętną, zagadkową, zaciekawiła wszystkich... Wystąpienie powiodło się szczęśliwie.
Oczy wszystkich zwróciły się na tę nadzwyczajną, tak uderzającą piękność, którą mało osób znało, a której, zjawienie się w salonie księżnej, nadawało prawo obywatelstwa w wielkim świecie.
Szeptano, zaglądano, wypytywano się, ściskano, aby to cudo zobaczyć zbliska.
Nawet, zaraz po Rolinie przybyła, zachwycająca blondynka, świeża i idealnie anielsko wdzięczna, eteryczna hrabina.... nie zdołała jej zaćmić i pierwszego zatrzeć wrażenia.
Rolinę wzięły pomiędzy siebie damy, które do teatru amatorskiego razem z nią należeć miały, a niepoczesny pułkownik Maholich zniknął w tłumie. U siebie w domu nie odznaczał się on zbyt ponętną powierzchownością, tu zaś, wśród postaci, które były charakterystyczne, albo się niemi okazać siliły, pułkownik straszliwie stracił. On, stary jego mundur, zbrukane trochę wstążki orderowe, wyprane rękawiczki, świadczyły o tak podrzędnem w skali hierarchicznej stanowisku, iż pomiędzy nim a córką przepaść stanęła...
Wkrótce salony, nie nazbyt obszerne, gośćmi się przepełniły, szczególniej płci męzkiej. Kobiet stosunkowo mniej było. Co tylko Wiedeń liczył znakomitości, wszystko tu znaleźć mógł ciekawy, a oprócz nich postacie nieodgadnione, które też do pewnego rozgłosu prawo miały, chociaż ich nikt prawie nie znał. Najjaskrawiej okryci gwiazdami i orderami dziwacznemi, byli właśnie ci, których ani twarzy ani dekoracyj nikt wytłumaczyć nie umiał.
Wkrótce w różnobarwnym tym tłumie, między który przecisnąć się było trudno, zoryentować się też i rozpatrzeć mógł tylko najlepiej obeznany z temi światami i półświaty, z których się on składał.
Gwar żywy, suchemi śmiechami przerywany, rozchodził się po wszystkich pokojach.
Oczekiwano.
Nawet bufety wspaniałe, które się widzieć dawały przez drzwi otwarte do bocznych salonów, nie nęciły nikogo. Oczekiwano. Główną, jedyną atrakcyą tego wieczoru był teatr, ukazanie się księżnej w tej roli subretki, w której wiedziano z góry, że będzie zachwycającą, nieporównaną.
Z księżnej dobrowolnie się przedzierzgnąć na subretkę i potrafić wcielić typ tak sobie obcy — dowodziło niepospolitego talentu i jeszcze mniej pospolitej odwagi.
Oczekiwano z gorączkową niecierpliwością.
Wkrótce też sama gospodyni i osoby o których wiedziano, iż w teatrze udział mieć mają, zaczęły znikać z salonów. Niecierpliwość rosła. Dyplomaci wśród grup gości rozsiani, po cichu opowiadali o nadzwyczajnych sukcesach księżnej w Paryżu i Compiègne.
Gdy na ostatek drzwi salonu, w którego głębi mały teatrzyk urządzony był bardzo wytwornie, otwarły się dla gości, — pomimo form które zachowywać wszyscy byli nawykli, mimo grzeczności i pewnych względów dla osób — zaczęto się cisnąć tak, jak najpospolitszy gmin do niedzielnego teatrzyku przedmieścia. Paniom ledwie przejście robiono. Każdy chciał stanąć jaknajbliżej, widzieć i słyszeć jaknajlepiej.
Zaprawdę, wiedeńska posse, niemiecka wesoła komedyjka, miewa wiele dowcipu, humoru i wdzięku — ale niestety — dowcip niemiecki z francuzkim się mierzyć nie może.
W charakterze narodowym tkwi pewna powaga, pojęcie seryo życia i stron jego nawet najkomiczniejszych — gdy francuz rzeczy najpoważniejsze, skutkiem swego temperamentu lekceważy i lekko bierze. Dla tego nigdy, najswobodniej sobie cugle puszczający pisarz niemiecki, nie dorówna w tem francuzowi, który granicy żadnej nie zna i samą boleść nawet w śmiechu połyka.
Francuska komedyjka wesoła, jest dlatego niezrównaną. Nie szanuje ona nic, ani warunków prawdopodobieństwa, ani praw życia, ani właściwości charakterów — rien n’est sacré pour un sapeur — śmieszek szyderski ulatuje po nad wszystkiem i każe wszystko przebaczyć.
Wybór sztuk uczyniony przez księżnę, równie był bezwzględny jak doskonały.
Chodziło o wielki sukces komiczny, nie zważało się więc na trochę za swobodną treść obu cacek dramatycznych.
Wrażenie też było niesłychane, olbrzymie! Sala cała zawrzała szałem, oklaskami, śmiechem i nieskończonemi — bravo! Naturalnie, role subretek, jakkolwiek niby podrzędne, doskonałą grą występowały naprzód, zaćmiewały inne; ale obok nich, naiwna Rolina swą pięknością i grą śmiałą, naturalną, nieprawidłową a żywą — wszystkich słuchaczów podbiła.
Księżna mogła być niemal zazdrośną, chociaż w końcu odniosła zwycięztwo nad swą współzawodniczką. Dwie te role kobiece, z prawdziwym artyzmem odegrane, zupełnie zaćmiły i zepchnęły na drugi plan męzkich aktorów, chociaż i ci grali doskonale.
Rolina, która wiele zapewne liczyć musiała na wrażenie jakie uczyni, mogła być zupełnie rada z siebie. Dosyć jej było rzucić okiem na swój parter rozentuzyazmowany, aby nabrać przekonania, że go podbiła, że wieczór ten nie był stracony i mógł przynieść pożądane owoce.
Chociaż grała z wielkiem przejęciem się i życiem, wejrzenia jej biegały po sali i oka nic nie uchodziło.
Pomiędzy jedną a drugą sztuczką widziała z za zasłony, jak stojącemu w kątku ciemnym ojcu jej, którego mało kto znał, starzy i młodzi panowie się prezentowali, jak mu winszowano, z jaką uprzejmością rozmawiano z tym niepozornym dymisjonowanym wojskowym, na którego przed chwilą nikt nie patrzał.
Cóżby była powiedziała słysząc urywki rozmów, które po różnych kątkach sali prowadzono...
— Ale któż jest ta prześliczna czarnooka naiwna — pytał podżyły dyplomata jednego z tych ludzi należących do świata, których powołaniem jest wiedzieć wszystko, a przynajmniej umieć mówić o wszystkiem.
— Jestto perła, którą księżna podobno znalazła na... śmieciskach — odpowiadał wszystkowiedzący. — Ubogie, nieznane dziewczę, córka wysłużonego wojskowego. Ale ma być wychowana bardzo starannie i talent znakomity...
— Nadewszystko piękność znakomita! Czemużby nie próbowała szczęścia na scenie?
— A! córka pułkownika! Widzicie go! Tam w kątku, okryty krzyżami...
Z drugiej strony szeptano ciszej.
— Ale jej nigdy, nikt, nigdzie nie widział!
— A! przepraszam! W Stadt-Parku, na Praterze... wcale się nie kryje z sobą. Śmiała bardzo...
— Do jakiejże należy klasy?
— Córka pułkownika... Zdaje mi się że ma krzyż, który mu dał szlachectwo...
— Ojciec podobno dalmata... nazwisko ma jakieś triesteńskie.
— Maholich.
— Nieznacząca figura, ma pasyę do zbierania skorup starożytnych... Żonaty był z jakąś francuzką, w córce krew jej czuć.
— Owdowiał dawno. Ubogi człowiek, oprócz córki, która go wiele kosztować musi, i ta mania kollekcyonowania do torby przyprowadzić może.
— Widywałem ją niekiedy w teatrze, zawsze mnie jej piękność uderzała... Co za oryginalny wdzięk! Jakie oczy.
— Nóżka, rączka, kibić... wszystko śliczne... Zdaje się nie mieć nad lat dwadzieścia...
— Bardzo młodo wygląda... ale oczy są... stare!
W innym kątku utrzymywano, że cudnie piękną tę twarzyczkę sławny artysta pochwycił i wykuł na wzór jej popiersie, które złoty medal otrzymało.
Mężczyźni unosili się nad grą i nad blaskiem tej piękności; kobiety siedziały nieme, lornetując ją, szukając skazy, plamki, czegoś coby jej ujęło zwycięzkiego wdzięku... Znalazły tylko do zarzucenia to jedno, że zbyt była śmiałą i pewną siebie.
Pułkownik Maholich, który w tem towarzystwie książąt, hrabiów, baronów, ekscelencyj, ministrów byłych i ministrów przyszłości, czuł się bardzo maleńkim, nieustannie zmuszony kłaniać się, podawać rękę, odpowiadać na pytania — na pół był szczęśliwy, pół zafrasowany. Myślał już biedny, jakie to dalsze następstwa mogło pociągnąć za sobą, w jego skromnem mieszkaniu na trzeciem piętrze.
Od tego świata dla siebie niewiele się spodziewał, dla ukochanej swej Roliny obawiał się wszystkiego. Wprawdzie obawy te, dawniej daleko większe, ostatnie kilka lat życia znacznie rozproszyły; wierzył w córkę i był pewnym, że jej ambicya i rozum nigdy fałszywego kroku uczynić nie dozwolą; lękał się jednak... Ojcowskie serce o skarb swój drżało.
Córka nie słuchała go wcale, nie pytała nigdy o żadne pozwolenie: Balbiną, która ja wychowała, pomiatała nielitościwie, rządziła się sama i była panią swej woli. Wychodziła z domu często sama jedna, powracała czasem późno, bawiła na przechadzkach samotnych godzinami całemi, pozwalała się odprowadzać mężczyznom; przyjmowała bukiety, pisała i odbierała listy — a jednak ta nieograniczona swoboda nie okazywała się dla niej wcale niebezpieczną. Pułkownik ufał jej — ale serce mu biło.
Pomimo tego rozumu, mimo tej niezmiernej zręczności, z jaką zawiązywała i rozwiązywała stosunki, lat kilka upływało straconych; ludzi się koło niej snuło coraz więcej, a nikt z nich (mimo że się na zabój kochali) pułkownikównie się nie oświadczył.
Gdy ojciec nieśmiało ją zapytywał wzdychając:
— Kiedyż się ty wyswatasz, moja śliczna?
Rolina odpowiadała popędliwie:
— Ach! pójść za pierwszego lepszego młokosa mogłabym dawno — ale — cher papa, ja wyżej patrzę i sięgam... Mam więcej ambicyi — o! dużo ambicyi! Ci panowie dobrzy są do przynoszenia cukierków i kwiatków, do małych posług po mieście, ale do ołtarza! do małżeństwa!...
Potrząsała piękną główką i kończyła szyderskim śmieszkiem.
Gdy pułkownik otoczony, badany, jak mógł i umiał grzecznie się obraniał niespodzianym napaściom, Rolina za kortyną najprzód, potem w przyległym pokoju oblężoną była przez artystów, którzy z nią grali, i gości, którym księżna się tu wcisnąć pozwoliła.
Gospodyni, która miała bystre oko na wszystko i dość znała ludzi aby z ich każdego ruchu i słowa wnioskować o charakterze, teraz dopiero, widząc Rolinę w liczniejszem kółku i więcej ożywioną, dostrzegła po raz pierwszy, że była niesłychanie zręczną i nie naiwną wcale.
Dowodem największej przebiegłości jej było właśnie to, że księżnę tak długo w błędzie umiała utrzymać.
Ona jedna dnia tego poznała się na pułkownikównie.
Za kulisami znajdował się właśnie młody ów, śliczny, pełen dystynkcyi książę Rudolf von Hoh-Winterburg, baron St. Foix radca francuzkiego poselstwa, hrabia Almazy Sandor i kilka innych osób.
Dawniej już przy próbach teatralnych dostrzegła księżna, że dwudziestoletni zaledwie młodzik, książę Rudolf, z zapałem studenta zachwycał się piękną Roliną, która się do niego uśmiechała, wdzięczyła i mocno go kokietowała.
Lecz z równą zalotnością, w oczach młodego chłopaka, obchodziła się wyzywająco, choć niby naiwnie, z baronem francuzem, który niemniej nią był zajęty. Hrabia Sandor nie odstępował jej także, i on lgnął a zatapiał się w pięknych oczach dziewczęcia.
W tem wszystkiem nie było nic nadzwyczajnego, ale zręczność, z jaką Rolina wszystkich ich trzech umiała utrzymywać przy sobie, drażnić, pociągać, pozbywać się, gdy jej to było potrzebnem, powoływać, a każdemu wpoić przekonanie iż on był w największych łaskach — w istocie dawała do myślenia, okazywała się zdumiewającą.
Ta naiwność, myślała księżna, miałażby tak być szczęśliwie od natury wyposażoną, czy tak już swej gry pewną?
Najnatarczywszym ze wszystkich był niedoświadczony młodzieniaszek, książę Rudolf, który może po raz pierwszy w życiu narażony był na takie wejrzenia, jakim i stary oprzećby się nie mógł. Nieśmiałość jego przechodziła chwilami w zuchwalstwo i Rolinie najtrudniej pozbyć go się było.
Lecz gdy zazdrośne wejrzenie barona St. Foix wymagało tego, umiała posłuszne chłopię skinieniem gdzieś odesłać, prosiła go o coś i zmuszała by się oddalił.
Z baronem St. Foix, który przylgnął do niej, była otwartszą, i gdy się zatrzymał zbyt długo a wyraziście, szepnęła mu, iż nadto ludzi ich otaczało, mogących z przeciągniętej rozmowy niepotrzebne czynić wnioski.
Baron pochylił się, szepnął coś do ucha, otrzymał odpowiedź i usunął się zupełnie zadowolony na stronę. Nie zrażało go to, iż natychmiast potem Rolina sama się zbliżyła do hrabiego Sandora i mówiąc z nim o teatrze, od niechcenia oznaczała dzień kiedy się w nim być spodziewała.
Hrabia Sandor nie był już pierwszej młodości, temperament miał dosyć zapalny; księżna znała go dobrze, bo był jej powinowatym — i niezwłocznie zbliżyła się doń w swoim kostyumie subretki, grożąc mu nieznacznie palcem...
— Baczność! ostrożnie z ogniem! — szepnęła mu do ucha pochylając się — ta piękna naiwna jest straszną kokietką. Nie dajże sobie głowy zawrócić!
— Co się to śni kuzynce? — odparł hrabia śmiejąc się i ruszając ramionami — to dziecko, istota zaledwie nawpół rozbudzona, dobroduszna, a tak naiwna! Pączek jeszcze, ale zachwycający.
Gospodyni niedowierzająco głową poruszyła.
— Dla mnie kwestyą to jest — szepnęła cicho — kto z was dwojga naiwny, ty, mój stary, czy ona!! Pączek! czy kwiatek ten wyrosnął na suchej łodydze, z której ręka hrabiego Sandora zerwaćby go nie mogła... Jest to jedna z tych, które przed ołtarz prowadzić trzeba, a na to nie każdy się odważy.
Pochlebiało to hrabiemu, że go posądzono o zajęcie dziewczęciem; śmiał się, spoglądał i powtarzał:
— Czarująca!
Lecz widać było, że nie brał tego na seryo!
W drugim kątku, piękna jeszcze, zwłaszcza wieczorem hrabina Z., która grała małą rolę jakiejś ciotuni, a miała pewne prawa do barona St. Foix, gwałtem powołała go przed swój trybunał.
— A! — stłumionym głosem zawołała gniewnie, gdy się przybliżył. — Bezwstydnie się zalecasz do tej cyganki.
— Cóż znowu! co znowu! — odparł baron z udanem oburzeniem. — Kilka słów przemówiłem ledwie! To dziecko!
— Któreby nam starszym lekcye dawać mogło — przerwała odwracając się i rzucając w głąb krzesła hrabina.
Jakby dla zatarcia wrażenia, które jej kokieterya z kilku pierwszymi adoratorami uczynić mogła, Rolina już w tej chwili zajęta była anglikiem, którego wiek, łysina i powaga czyniły już niezdobytą twierdzą.
Pomimo to anglik pod jej wejrzeniami, od jej uśmiechów, tracił swą lodowatą sztywność, roztapiał się, poruszał coraz żywiej, śmiał się, — poważna twarz dyplomaty rozsznurowywała się, opromieniała, stawała do siebie niepodobną.
Czy Rolina nie wiedziała że był wdowcem, że sześćdziesięcioletni anglicy za starych się nie uważają, jeżdżą konno i czasem żenić się gotowi, zapewnić nie możemy.
To pewna że tak była z nim zalotną i wdzięczącą się, jak z dwudziestoletnim księciem Rudolfem, a skutek jej magnetycznych wejrzeń na obu był prawie jeden.
Księżna Matylda uśmiechała się, patrząc jak anglik zwolna nabierał lwiej postawy, jak się przechylał, okazując giętkość długiej swej figury, śmiał się głośno i dowcipował. Rozmowa Roliny z nim trwała nawet dłużej niż z innymi, a sir Robert of Mountcastle oświadczył w końcu, że pragnął być ojcu jej prezentowanym. Na wszystko to patrzała księżna, mając tyle taktu, iż nie dała poznać po sobie, jak ją to do pięknego dziewczęcia zniechęciło. Znajdowała teraz, iż stanowczo naiwna jej, nadto na swe lata była zręczną, przebiegłą i zalotną.
Przy pierwszej znajomości — w początkach okazywała się zupełnie inną, szło więc jej tylko o to, aby się tu wśliznąć mogła? — rozumowała gospodyni — i zagryzała usta.
Po skończonem widowisku wszyscy w bardzo wesołem usposobieniu rozsypali się po salonach. Czekały na gości obficie zastawione bufety, a księżna ze zwykłą swą uprzejmością i humorem podjęła się sama czynić paniom honory kolacyi.
Wraz z innemi szła i Rolina, bardzo znowu skromna, z najmłodszemi towarzyszkami, i, jakby wynagrodzić chciała swe postępowanie za kulisami, przybrała minkę łagodną, spuściła oczki, wróciła do roli naiwnej.
Jednakże ile razy tych czarnych ocząt dwoje podniosły się na kogo i utkwiły w nim — zostawiały po sobie niezatarte wrażenie. Rolina z obrachowaniem systematycznem niemal obdarzała z kolei wejrzeniami temi otaczających; a dla każdego był w nich pewien odcień właściwy, wyraz coraz odmienny. Spotykając chłód, oczy jej zatrzymywały się dłużej, uporczywiej — gdzie pewną była łatwego zwycięztwa, nadaremnie siłą nie szafowała.
Kilku najmocniej rannych, w czasie wieczerzy zręcznie krążąc zdaleka, znaleźli sposób zbliżenia się, przemówienia, usłużenia jej.
Starsze panie, których oka to nie uchodziło, uśmiechały się z tych manewrów, chociaż zazdrość ściągała im usta.
— Kochana księżno — szepnęła do gospodyni w czasie wieczerzy hrabina Z. — zmiłuj się, powagą swą, odpędź tego biednego młokosa Rudolfa od tej świeczki, bo sobie skrzydełka poopala. Nie odstępuje od niej. Stara księżna Zofia powierzyła go mojej opiece, a ja napróżno mu grożę i ruszam ramionami. Biedna jego babka, gdyby widziała jak lgnie do tej cyganki (nieprawdaż że podobna do cyganki?) — omdlałaby, rozchorowała się ze strachu. Nie zapominajcie, jakie miłość czy pasya bezrozumna w domu tym porobiła spustoszenia!
— Ale niema bo się czego obawiać — odpowiedziała księżna uspokajając — niech się dzieciak trochę zabawi i potrzpiocze. Jutro powróci do swej służby i regimentu, a tej czarnobrewej więcej widzieć nie będzie.
— Tak sądzicie? — niedowierzająco zawołała hrabina. — Jakże wy dobrodusznie zapatrujecie się na świat i ludzi! Mogłabym założyć się, że, jeśli się temu w czas nie zapobieży, biedne książątko oszaleje, bo dziewczyna kokietka i okrutnie śmiała pod pozorem naiwności, której nie ma.
— Ale Rudolf dzieciak, młodszy pewnie od niej — zaśmiała się gospodyni — i w takich surowych zasadach wychowany.
— Tem gorzej! — zamruczała hrabina.
— Zresztą — dokończyła księżna — moja naiwna wszystkich równo kokietowała, nawet tego zastygłego Mountcastle, który skakał przed nią jak poliszynel na sznurku...
— O! ci mężczyźni! — z goryczą odezwała się hrabina — Mountcastle i St. Foix oba jej dworowali, narażając się na śmieszność. Uważałaś pewnie! St. Foix! Obrzydliwy był! — Ruszyła ramionami. Wtem księżnę odwołano.
Stoliczek i krzesło na którem usiadła Rolina, opasane były murem ciekawych, usiłujących się jej przypatrzeć i zbliżyć do niej.
Wśród tego tłumu, jedna postać niema szczególniej zwrócić mogła uwagę pewną ekscentrycznością. Stała ona opodal trochę. Wśród tych fizyognomij jednego prawie typu — mężczyzna ten ogorzały, dość brzydki, odznaczał się jakby nie europejską twarzą, ciemno — czerwonawej płci, z oczyma czarnemi, nie mongolskiego charakteru. Maska ta przypominała jakby illustracyę jakąś z podróży po Ameryce południowej, był to typ na pół hiszpański, coś z dzikich plemion indyjskich w sobie mający. Oblicze było niemiłe, surowego, odrażającego wyrazu, lecz energią nacechowane. Stał trochę zdaleka, cały wpatrzony zuchwale, natarczywie, uparcie w piękną Rolinę — nie mogąc od niej oczów oderwać. Nie troszczył się wcale o to, iż namiętność swą z jakimś cynizmem objawiał.
Panna Maholich czuć musiała to piekące wejrzenie. Przelotem spotkała je i szybko się odwróciła. Raz czy dwa rzuciła jałmużnę półuśmiechu i temu oddalonemu bałwochwalcy, który swojego zachwytu, uwielbienia, dochodzących niemal do osłupienia, wcale nie ukrywał. Wszyscy widzieli jak się do niej modlił oczyma — ale to były raczej ślepie dzikiego zwierza pałające namiętnością, niż wejrzenie rozkochanego człowieka. Zdala patrzący na to, uśmiechali się ironicznie.
— Patrz-no — szeptał ktoś — ten don Esteban kompromituje, nie wiem, siebie czy pannę Maholich, zjada ją wzrokiem... Kannibal!
— Któż to jest? — pytał inny z boku.
— Don Esteban Corcero-Prolados! Nie zaręczam czy nie ma więcej jeszcze jakiego nazwiska, ale kto on jest właściwie? — mówił spytany — ani ja, ani nikt z tych co się jego znajomością szczycą, powiedzieć nie potrafi. Ma być z profesyi milionerem, właścicielem kopalni... nie wiem! Powiadają że wozi z sobą całe skrzynki drogich kamieni, jak Szach perski. Ale po co przybył z którejś rzeczypospolitej amerykańskiej aż tu nad nasz modry Dunaj — tajemnicą dla wszystkich. Od pół roku podobno mieszka w Hôtel-Imperial i otwiera w nim salony. Ludzie grywają u niego, daje bardzo dobre obiady. Niektóre piękności półświata miał podobno po monarszemu obdarzyć...
Ruszył ramionami opowiadający i zakończył...
— Zagadka!
— Za pozwoleniem — wtrącił z boku łysawy słuchacz, z miną jakby coś nadzwyczaj ciekawego miał powiedzieć — don Estebanowi temu przypisują jakąś misyę dyplomatyczną... Mówią, że z Paryża od ministrów i osób wysoko położonych miał listy polecające...
Kiedy tak o nim rozprawiano, don Esteban wciąż się wpatrywał w Rolinę. Ona czasem obdarzała go wejrzeniem, ale z niem prędko uciekała.
Nareszcie w salonach przerzedzać się zaczęło, pułkownik włożywszy rękawiczki, nieśmiało zbliżył się do córki, która nie bardzo do domu powracać chciała. Ale było już dobrze po północy.
Don Esteban znalazł się w garderobie, dla wyszukania i podania narzutki.




III.

Wsiadłszy do skromnej jednokonnej dorożki, którą pułkownik na cały wieczór dla siebie i córki zatrzymać musiał (nie bez westchnienia nad tem co go to kosztować miało), piękna Rolina zasunęła się w nią głęboko, sparła na ręku, otuliła jak najstaranniej i dojechała na Wallnerstrasse nie przemówiwszy słowa do ojca. Maholich parę razy zamruczał coś, próbował pytać i nie odebrawszy odpowiedzi (do czego być musiał przywykłym), w drugim kącie dumał zrezygnowany.
Nie godziło się też wymagać od bohaterki tego wieczora, aby się z myśli tych poplątanych spowiadała. Potrzebowała sama wprzód uporządkować je, zdać sobie z nich sprawę, wyciągnąć pewne wnioski stanowcze. Nie zwykła była nic robić bez namysłu i rachunku, wszystko u niej było wynikłością jakiegoś planu z góry określonego. W wykonaniu uniósł ją czasem temperament żywy, nigdy serce.
Z wieczora tego w ogóle mogła być rada, lecz niepewną była szczegółów, obawiała się czy ją pośpiech i gorączka nie zaprowadziły zbyt daleko. Miała jakieś przeczucia niedobre, które jej zatruwały cały tryumf, jakiego ojciec winszował...
Z tem usposobieniem dojechała do domu milcząca; zadzwonili u wrót kamienicy i weszli powoli nic nie mówiąc do siebie na trzecie piętro, gdzie już zbudzona dzwonkiem rozespana sługa, okryta chustką, u drzwi na nich czekała.
Rolina zaledwie dobranoc szepnąwszy ojcu, wprost poszła do swojego pokoju, w którym natychmiast prawie zjawiła się w czepku nocnym i szlafroku, ciekawa pani Balbina.
Właśnie ta natarczywa ciekawość, przekorne dziewczę skłoniła do upartego milczenia.
Na zapytanie, jak przeszedł wieczór, odpowiedziała ziewaniem, skarżyła się na zmęczenie, okazała humor najgorszy i pozbyła się nienawistnej sobie jejmości jak najprędzej.
Podbudziło to bardziej jeszcze ciekawość pani Balbiny, która, słysząc chodzącego po swoim pokoju pułkownika, bez ceremonii wśliznęła się do niego, chociaż Maholich już był nawpół rozebrany.
Uderzyła ją rozweselona, pogodna, uśmiechnięta twarz starego, który powitał przybywającą czulej niż było potrzeba i wydał się jej odrobinę podchmielonym. W istocie nie nawykły był do szampana, którego mu kilka kieliszków nalano...
Po długim poście palił cygaro z wielkim smakiem i zdawał się nastrojony bardzo wesoło.
Pani Balbina zajęła miejsce w fotelu.
— No, cóż? jakże tam poszło? — zapytała. — Od tej kapryśnicy nic się dowiedzieć nie można. Nie chciała nawet mówić ze mną; powróciła nadąsana i kwaśna! Cóż się stało?
Pułkownik stanął zdziwiony.
— Na Boga! — zawołał. — Poszło wszystko jak najlepiej! Świetnie, pysznie! I mogłoż się Rolinie co nie udać? jej? Powiadam, ludzie się do niej cisnęli, padali przed nią jak przed cudownym obrazem. Mnóstwo dystyngowanych osób szukało ze mną znajomości! Tryumf, powiadam ci, zrobiła furore! furore! Kobiety żółkły z zazdrości.
— Powinnam się tego była domyśleć — odparła spokojnie Balbina. — Gdyby się, uchowaj Boże, Rolinie nie powiodło, na pewno udawałaby przedemną wesołą i tryumfującą, a że zwyciężyła, więc się dąsa... Jej nigdy dosyć, a zawsze na przekorę.
Pułkownik odjął od ust cygaro i skrzywił się.
— Proszę cię, Balbinko moja — rzekł łagodnie — dla czego ty na nią wymyślasz? Za co tego anioła mego czernisz? To prawdziwe nieszczęście że ja was kochając obie, nigdy w zgodzie widzieć nie mogę. To mi życie zatruwa.
Westchnął ciężko Maholich.
— Bądź pewny, Filipie — odparła kwaśno pani Balbina — że i mnie to nie bawi. Radabym aby było inaczej, ale to jest stworzenie, z którem nikt nigdy w świecie rady sobie nie da. Wychowałam ją od małego dziecka, kochałam jak własne dziecię, dogadzam we wszystkiem, może do zbytku...
Poruszyła ramionami niecierpliwie.
— Daj Boże, pułkowniku — dokończyła po chwili — aby ona i wam i mnie nie była wielkich utrapień przyczyną. Ty jesteś ślepy, kochasz ją, nie widzisz nic.
— A ty upatrujesz, imaginujesz zanadto, przesadzasz — przerwał łagodnie pułkownik, który nie chciał brać na seryo tego co mówiła Balbina. Ząb za ząb jak zaczniecie z sobą.
Maholich spojrzał na słuchającą i dokończył dobrodusznym uśmiechem.
Nie zaspokoiwszy ciekawości, podrażniona jejmość wzięła swoją świecę ze stolika i nie dawszy dobranoc pułkownikowi, żywo odeszła do swego pokoju.
Maholich długo jeszcze palił gasnące mu ciągle cygaro i nie straciwszy przywiezionego od księżnej dobrego humoru, — poszedł nareszcie na spoczynek, nucąc jakąś starą piosenkę.
Nazajutrz wcale inną obudziła się córka pułkownika. Wchodząca do niej zrana pani Balbina znalazła ją w usposobieniu wesołem i szyderskiem. Wiedziała już że wypytując się, o niczem się nie dowie, a udając obojętną, wywoła wszystko o czem wiedzieć chciała.
Choć znać na niej było zmęczenia trochę, Rolina, jak zawsze, była cudnie piękną. Oczy jej blask miały nadzwyczajny, usta różowe śmiały się, główka podnosiła dumnie. Ubrana na rano w szlafroczek tyftykowy, który w poważnych fałdach spadając, piękne jej kształty pół osłaniał, na pół uwydatniał, z włosami fantastycznie rozrzuconemi — nawet niechętnej pani Balbinie Boehm wydała się zachwycającą. Od wczora przybyło jej jeszcze trochę dumy i pewności siebie.
— Mam nadzieję — odezwała się zasiadając do przyniesionej kawy — że wczorajszy wieczór nie będzie stracony. Strzelałam zwycięzko, padło ofiar mnóstwo! nie oszczędzałam nikogo! Młodzi i starzy tracili głowy! A, jak niektórzy z nich śmieszni byli? Gdybyś widziała tego starego, sztywnego, łysego, z nawpół siwemi kotletami na długiej twarzy, z ogromnemi żółtemi zębami — anglika, jak się pod mojem wejrzeniem roztapiał, miękł, czynił giętkim, odmładzał, rozgrzewał, zapominał i całą swą brytańską tracił powagę!! A młode to książątko, cherubinek ten, Rudolf — gdybym mu była kazała skoczyć w ogień czy w wodę...
Rozśmiała się sucho, zimno, pogardliwie.
— Amerykanin — ciągnęła dalej — wiesz, ten o którym ci mówiłam, milioner, figura zagadkowa — jadł mnie oczyma. Zapomniał się zupełnie, osłupiał! Bardzobym ciekawa była dowiedzieć się na pewno kto on jest. Powiadają że ma całe skrzynki brylantów i drogich kamieni. A! mógłby mi anonime przysłać kolie brylantowe i kolczyki.
— I tybyś je przyjęła?
— Anonime? dla czegoż nie! — rozśmiała się Rolina. — Ciekawam dla czegobym przyjąć nie miała...
Pani Boehm pokręciła głową.
— Prezenta — rzekła zimno — zawsze do czegoś obowiązują, trzeba się za nie wywdzięczać.
Roztrzpiotana, śmiejąca się Rolina odpowiedziała wesoło:
— Sądzicie że mój uśmiech i spojrzenie nie są warte dyamentów?
— Szafujesz niemi do zbytku, stracą cenę — odezwała się Balbina.
Pułkownikówna poruszyła wzgardliwie ramionami, nie odpowiadając.
— Masz w ogóle teorye oryginalne — dodała Boehm.
— Nie zaprzeczam temu — śmiejąc się ciągnęła dalej Rolina. — Mam w istocie moje własne przekonania i poglądy, ale ich nie narzucam nikomu.
Krótkie milczenie przerwało rozmowę, pani Boehm usiadła opodal nieco i poczęła flegmatycznie:
— Ja też nie nabijam się z tem co myślę; ale dobrze życząc, trudno się nie odezwać czasem. Mając jak ty na celu wyjść za mąż i zrobić partyę świetną, nie idzie się do tego drogą, którą wybierasz. Mężczyźni nie żenią się z temi co się im tak narzucają.
— Wiecie to zapewne z własnego doświadczenia — wtrąciła złośliwie spoglądając na nią Rolina, na której twarz wystąpił rumieniec. — Z tem wszystkiem — dodała — wierzcie mi, że ja też wiem jak z kim mam postąpić... Możecie się nie lękać tak o mnie!
I śmiała się długo, ironicznie, ognistemi dokoła rzucając oczyma.
Boehm zamilkła.
— Dziś — zawołała uspokoiwszy się Rolina — dziś, lub najdalej jutro możemy się niezawodnie gości spodziewać. Proszęż cię, spojrzyj na salon, ażeby wyglądał po ludzku, bo na ojca, który tam gospodaruje, nie można się spuścić.
Nie odpowiadając na ten wydany sobie rozkaz, pani Boehm zwróciła rozmowę.
— A ty co dzisiaj myślisz robić?
— Ja? — trochę się zadumawszy odpowiedziała Rolina — no, jeszcze nie wiem. Pomyślę. Na dworze mały przymrozek i słońce. Wszak prawda? Wyjdę trochę na przechadzkę... Jestem pewna że spotkam kogoś... Wrócę potem... Po obiedzie odpocznę z książką, zagram może trochę... muzyki zaniedbywać nie mogę... Wieczór zapewne spędzimy w domu.
To mówiąc wstała i poszła do zegarka nucąc coś, nie zważając już na towarzyszkę, która po cichu wymknęła się z pokoju...
Maholich wstał trochę później niż zwykle.
I on, jak córka, miał przeczucie jakichś odwiedzin dnia tego, pośpieszył więc z ubraniem, bo, choć Rolina mówiła że z salonem na niego się spuścić nie było można, dbał wielce aby salon jego wyglądał tak jak on chciał. Tylko, to co jemu zdawało się ozdobą, córka miała za śmieszne i nieznośne.
Od czasu jak dostał dymisyę i był pensyonowanym, pułkownik Maholich, który dawniej już lubił stare graty, cały się oddał zbieraniu rozmaitych, cennych według niego, zabytków starożytności, szczególniej porcelany i fajansów.
Znajomość tych rzeczy miał małą i dla kollekcyonisty niedostateczną. Niepodobna mu było rozróżnić naczynia „Vesta di terra“ od Majoliki, ale miłość skorupek bardzo wielka, przy szczupłych do nabywania środkach, karmiła go złudzeniami. Kupował co napadł, wszystko znajdując osobliwem i cennem, co mu się dostać udało. Fantazya ta niewinna zmieniła się nieznacznie w prawdziwą namiętność. Rolina rozpaczała, widząc że pułkownik znaczną część swych bardzo skromnych dochodów wkładał w te skorupki, łom i rupiecie, usiłując wmówić w nią, że to kiedyś stanowić może zbiór, który jej da majątek.
Maholich bajeczne ceny nakładał na te właśnie nabytki, które mu się najtaniej kupić udało. Jak tylko mógł wyjść na miasto, wymykał się do sklepów i sklepików antykwarzy, którzy znali go doskonale i maniję jego i nieświadomość, wyzyskiwali w sposób najbezwstydniejszy, szydząc sobie z niego. Pułkownik zaś pewien był że ich oszukiwał i że oni na wartości sprzedawanych rzeczy się nie znali.
Skutkiem tych wędrówek po mieście, z których pułkownik prawie zawsze coś do domu przynosił, przyozdabiając salon swój i gabinet, pokoje te wyglądały nakształt sklepu tandeciarza, co Rolinę do rozpaczy przyprowadzało. We wszystkiem dla niej ulegający i powolny, Maholich w tem jednem, łagodnie ale stanowczo się opierał.
Całe ściany niewielkiego saloniku były tak półkami, półeczkami i konsolkami zajęte, zawieszone obrazami, zastawione szafkami, że wśród tego natłoku najrozmaitszych, drobnych po większej części cacek, w pokoju dosyć ciemnym, trudno było rozeznać z czego się ta mozajka składała.
Oprócz potłuczonej i polepionej porcelany różnych fabryk, majolik, fajansów, terracottów, Vesta di terra, mniemanych terra sigillata, podrabianych etrusków, poszczerbionych delftów, wisiały kunsztowne stare zamki, rzeźbione ramki, drewniane figurki, kawałki gobelinów, alabastrowe tabliczki, bronzowe złomki, a wszystko to było tak liche, niepokaźne, biedne, pouszkadzane, że chyba rozmiłowany w tem właściciel mógł w zbiorze swym wartość jakąś upatrzeć.
Ponieważ i część mebli poustawianych tu miała wartość antyków i na stołach spoczywały różne okazy wyrobów starożytnych, trudno się było w salonie swobodnie obrócić, usiąść i rozgościć.
Pułkownik milczący gdy nie był w swoim żywiole, w domu miał pasyę objaśniania każdego złomka, opowiadania historyi jego nabycia i legend, które do nich sam potworzył.
Córka zniecierpliwiona czasem mu bezkarnie przerywała; znosił to od niej, lecz pomilczawszy, uparcie do swej powieści powracał. Najmilszemi naturalnie gośćmi byli dlań ci, co go słuchać chcieli.
Ubrawszy się Maholich wyszedł rzucić okiem na salon. Zbliżała się dwunasta; po pierwszej godzinie jadano. Roliny już w domu nie było. Ustroiwszy się w bardzo eleganckie futerko, w kapelusiku modnym, w którym było jej do twarzy, przejrzawszy się w zwierciadle ze stron wszystkich, według ułożonego zawczasu programu wyszła na miasto.
Nie chciała tracić czasu; mogła albo jednego ze zdobytych mocniej do wozu przykuć, lub nową jaką ofiarą pomnożyć dosyć już licznych niewolników.
Celem jej przechadzek były zawsze prawie, w pewnych godzinach miejsca oznaczone, gdyż w ten sposób mogła być pewną, że się spotka z którym z adoratorów czyhających na czarodziejkę.
Oprócz rachuby na przyszłość, bałamucenie to ludzi i siebie stało się dla niej nałogiem, sprawiało jej rozrywkę, nie dopuszczało się nudzić. Balbina przestrzegała że to może ją skompromitować.
— Ja? skompromitować się? — odpowiadała z uśmiechem. — Ja?
I pogardliwie ruszała ramionami. Była tak zuchwałą w stanowczych chwilach, że zawsze czuła się pewną uratowania.
Ranek był dnia tego w istocie, jak na zimowy, bardzo piękny, — lekki przymrozek, cisza w powietrzu, wesołe słońce na niebie. Po suchych ścieżynach parku można się było przechadzać wygodnie oddychając czystem powietrzem, i dosyć osób korzystało z tego dnia wyjątkowego. Mróz, który nie puszczał, obiecywał też ślizgawkę, dla Roliny ponętną, bo na lodzie była bardzo zręczną, a ruch ten kibić jej uwydatniał.
Z główką podniesioną do góry, posuwała się, niekiedy lornetkę do oczów przykładając, zdając się kogoś szukać i spodziewać, gdy w dali ukazał się młody i piękny brunet, bardzo smakownie ubrany, — którego widok mały uśmieszek zwycięzki na jej usta wywołał. Spoważniała zaraz zbliżając się do niego.
Nikt jej pewnie dwa razy jedną nie widział, gdy około niej ludzie się mieniali. Prawie dla każdego miała twarz, wejrzenie, ruch i wyraz inny. Nic ją nie kosztowały te metamorfozy w tysiącznych odcieniach, które zdawały się tak całą jej istotę przetwarzać, że głos nawet, mowa, myśli, sposób wyrażania się zastosowywały się do nowej fizyognomii.
Dla nadchodzącego młodzieńca, oblicze jej przybrało wyraz melancholiczny, idealny — poetyczny. Pozowała na anioła.
Chłopak dwudziestokilkoletni, który zobaczywszy ją przyśpieszył kroku, — pomimo stroju i pozoru pospolitego wiedeńskiego sztucera, miał w sobie coś, co go szczęśliwie odróżniało od tego produktu wiedeńskiego bruku.
Twarz była piękna i myśląca, oczy zadumane i rozumne; czoło otoczone bardzo ciemnemi włosami, zwijającemi się w naturalne pukle — zdawało się pełnem myśli. Typ cały miał wybitne znamię pochodzenia wschodniego, coś araba, ale cywilizacyą i ukształceniem uspokojonego, złagodzonego.
Był piękny, ale piękność jego niepospolita i bezmyślna, miała w sobie coś indywidualnego, właściwego jemu tylko, wyrobionego życiem.
Z ubrania wnieść było można, iż należał do najzamożniejszych klas społeczeństwa. Zanadto może przy swej młodzieńczej powadze, miał elegancyi i starania o nią, ale i ten pokost pospolity nie odbierał mu wrodzonej dystynkcyi. Poznać w nim było łatwo jednego z tych ludzi wybranych, z którymi dziś lub jutro społeczność, na polu jakiemś — liczyć się będzie musiała.
Rolina przywięzywała wagę do tego spotkania, bo mimo całej pewności siebie, pewien niepokój odbił się przelotnie na twarzyczce, która zlekka pobladła. Wejrzeniem zdawała się badać usposobienie nadchodzącego, który z rozjaśnionem obliczem wesoło przywitał nadchodzącą.
— Dziś — odezwał się kłaniając Rolinie, która się zatrzymała — wcale nie miałem nadziei spotkania się z panią po wczorajszej tak nużącej zabawie.
— A! pan już wiesz o niej! — zawołała pułkownikówna ciekawie się wpatrując w niego, jakby odgadnąć chciała wrażenie, które na nim wiadomość ta uczynić mogła.
— Nie tylko ja, wie o niej już całe miasto — począł zwolna młodzieniec, który również ciekawym badał ją wzrokiem. — Jeden z naszych dzienników nawet, wyprzedzając inne, zdołał dziś rano dać już feljeton poświęcony pamiętnemu temu wieczorowi.
Rolina zarumieniła się mocno i zdradzała niepokój, który ją ogarnął.
— Dziennik? który? — zapytała głosem trochę niepewnym. — Przestraszyłeś mnie pan. Nie masz tego dziennika? Co on pisze?
Oczy jej zdawały się mówić — jest tam co o mnie?? — Pragnęła razem i obawiała się tego co reporter mógł o niej napisać.
— Pani byś mogła się lękać? — odparł grzecznie młodzieniec, dobywając z kieszeni palta gazetę i podając ją dziewczęciu, które skwapliwie chwyciło papier i nie patrząc już na mówiącego przebiegało chciwemi, ciekawemi oczyma.
Twarzyczka jej się mieniła, czytać na niej było można radość, dumę, niepokoju trochę — rumieniec coraz silniejszy występował, usta rozwierały się na pół uśmiechem, rączki drżały. Biegała tak po trzech kolumnach feljetonu, niekiedy brwi ściągając, czasem złośliwie krzywiąc wargi różowe; tłumiąc wybuch radości na który się zbierało, poważniejąc na wspomnienie iż miała świadka, który wrażenia jej mógł tłómaczyć. Skończyła, wróciła do miejsc, które ją mocniej obchodziły, czytała je i odczytywała jakby zapamiętać chciała, nareszcie zwolna podała gazetę oczekującemu, mówiąc doń pieszczotliwie.
— A gdybym ja pana bardzo pięknie o ten feljeton poprosiła? Papa by był tak rad go przeczytać?
— Niech pani służy! — odparł pośpiesznie młody chłopak — nie myślałem go odbierać. Bardzom szczęśliwy że zatrzymałem ten numer...
Zwolna zaczęli iść razem ścieżynką. Rolina poważniała znowu, musiało to należeć do jej roli.
— Pan mnie znasz trochę — odezwała się ton zmieniając i z wyrazem prawie smutnym spoglądając na towarzysza. — Ja tych tłumnych zabaw, w tym świecie komedyantów nie lubię... Wstręt mam do towarzystw sztywnych, do tej atmosfery kłamstwa, którą one oddychają — ale — musiałam uledz naleganiom księżnej i spełnić wolę mojego ojca...
— Reporter i wszyscy co tam byli, a mieli szczęście panią oglądać — przerwał młody pan, świadczą żeś pani była, jak zawsze, zachwycająca, i blaskiem swym zaćmiłaś wszystkich...
— A! a! — ruszając ramionami poczęła Rolina. — Prawisz mi pan grzeczności jak najpospolitszy salonowiec... Pan wiesz że te tryumfy są mi rzeczą zupełnie obojętną...
Słuchacz uwierzył czy nie temu zapewnieniu — odgadnąć trudno — ale wywołało ono bardzo żywy wykrzyknik:
— Prawda że w tych towarzystwach, ani szczerości, ani serca szukać nie potrzeba i znaleźć nie można — ale, niemniej mogą one być zabawne jako widowisko i nauczające, niemniej od pospolitego teatru. Niebezpieczne zaś są tylko dla tych, co żetony biorą za dobrą monetę.
— O! przynajmniej nie ja! — z pogardliwym uśmiechem przerwała Rolina. — Wierz mi pan że chwila poważniejszej rozmowy, w której czasem czuć bijące serce, stokroć mi jest milszą nad te popisy, komedye, udawane czułości, grzeczności fałszywe, uśmiechy nieszczere i słodycze zatrute.
— Miałaś pani zręczność widzieć tam cały nasz, najświetniejszy świat stolicy, to co się par excellence zowie światem, bo — reszta... dla niego nie istnieje...
— Świetny w istocie — mówiła Rolina, zastosowując się do tonu swego towarzysza — błyszczący, to prawda, ale na tych pięknych jego piórach kończy się podobno wszystko...
A pan — dodała obracając się ku niemu — nie byłżeś ciekawy? nie chciałeś się postarać...
— Ja? — odparł młodzieniec. — Boję się ażeby to co powiem nie wydało się przechwałką śmieszną. Ja? nie byłem w istocie ciekawy. Ojciec mój i ja mieliśmy zaproszenia, on był podobno — ja nie poszedłem. Trudno mi się wytłómaczyc, bo byłbym panią mógł tam widzieć — i to samo powinno było mnie pociągnąć — a jednak (spuścił oczy) — nie poszedłem może dlatego abym jej w tem otoczeniu, na tej scenie nie widział. Nie chciałem być świadkiem sprofanowania mojego ideału...
Z wyrazem udanej wdzięczności głębokiej, panna podała mu paluszki i uścisnęła jego rękę. Nie powiedziała nic — westchnęła tylko.
— Wolno spytać co pan robiłeś wieczorem? — zapytała idąc dalej.
— Niema w tem tajemnicy — począł towarzysz. — Czytałem „Fausta“ Goethego, i — próbowałem coś na papier rzucić do drugiej części... Ale ilustracya „Fausta“ przechodzi siły moje.
Czytając — ciągnął dalej ożywiając się — zdaje mi się, że widzę przed sobą te obrazy, że idzie tylko o to, abym tak plastycznie i żywo występujące postacie przeniósł na papier! Niestety! na papierze blednieje to, staje się karykaturą i drę w kawałki... Zamykam oczy — obraz powraca z całym swym blaskiem i urokiem, ale go ręka powtórzyć, utrwalić nie umie.
Dziewczę słuchało z pozornie natężoną uwagą, z wyrazem współczucia, którego ukrytego szyderstwa mówiący się nie domyślał.
Roiła o czem innem, powtarzała sobie pocichu frazesy odcinka gazety, opisującego wieczór wczorajszy, głoszącego jej tryumf. Słuchała fizyognomią tylko, dumając o — sobie.
— Cóż się dzieje? — zapytała po pewnym przestanku — z projektami pańskiemi podróży do Włoch, do Rzymu?
— Z wielu powodów odłożone to jeszcze — odpowiedział smutniejąc zapytany. — Naprzód, ja sam mniej o to teraz nalegam, po wtóre rozbija się wszystko o opór ojca mojego. Znasz pani położenie moje. Ojciec, który mnie kocha, chciałby mnie wciągnąć na praktyczną życia drogę, utrzymując że przyszły spadkobierca jego — nie powinien, nie może być artystą; bo ma obowiązek dalej iść na wyprzódki z Rotschildami. Muszę mu być biernie posłusznym, alem się na nieszczęście urodził artystą i nim umrę.
Z dwóch powodów pragnąłbym tej podróży — mówił nieco się zawahawszy, i wyraziście spoglądając na zadumaną — potrzebuję oderwać się od Wiednia i trochę o nim zapomnieć.
— Zapomnieć! — powtórzyła sentymentalnym tonem Rolina — zapomnieć!
— Tak — dokończył chłopak odważniej — bo rozmarzać się napróżno, dać w sobie rosnąć uczuciu.
Nie domówił reszty sądząc, że będzie i tak zrozumianym. Rolina w milczeniu podała mu rękę.
— Czyż to uczucie taką przykrość mu sprawia? — odezwała się po chwili.
Spojrzeli na siebie i rozmowa się wejrzeniami dopełniła.
W tem oczy Roliny, które mimo tej sentymentalnej rozmowy, biegały po wszystkich ścieżkach i zatrzymywały się na każdym przechodniu, musiały dopatrzeć coś niepokojącego, gdyż poruszyła się i szepnęła prędko, nakazująco towarzyszowi.
— Do zobaczenia... odejdź pan, proszę, widzę że nas szpiegują... Później to mu objaśnię...
Skłoniła główką bardzo uprzejmie; posłuszny chłopak zwrócił się natychmiast w boczną uliczkę i zniknął. Rolina już układała twarz nową, na drugie niespodziane, ale pożądane spotkanie.
Zdala w uliczce widać było amerykanina, który wczoraj tak ją ścigał oczyma. Szedł opięty kosztownem futerkiem, wyelegantowany pretensyonalnie i śmiesznie, z laseczką w ręku, której gałkę trzymał w ustach. Gdyby nie brzydka i opalona twarz zupełnie cudzoziemskiego typu, wyglądałby już na sztucera pur sang, i zapewne nawet szło mu o to, ażeby był do niego podobnym.
Przez obcisłe rękawiczki na dużych i kościstych palcach widać było gęsto siedzące pierścienie, łańcuch gruby od zegarka nawet na futerko wychodził...
Zobaczywszy Rolinę, która kroczyła bardzo powoli, z minką figlarną, wyzywającą, wesołą, don Esteban drgnął i przyśpieszył kroku.
Widać było iż mu wielce szło o to, aby pułkownikówna się nie wymknęła. Rysy jego twarzy ostrego i cierpkiego wyrazu, radością się wcale nie upiękniły. Nadał im wyraz prawie zwierzęco-namiętny. Przypominał jakąś drapieżną istotę, zgłodniałą, która niespodzianie pastwę zoczyła w pustyni.
Rolina wcale unikać go ani uciekać nie myślała, szła mężnie tą samą ścieżką, spotkanie było nieuchronnem.
Zbliżył się do niej z bardzo pokornym, a trochę niezgrabnym ukłonem, któremu napróżno starał się nadać cechę dobrego tonu.
— Cóż to za szczęście! — zawołał głosem chrypliwym. — Pani tutaj!...
— Potrzebowałam odetchnąć świeżem powietrzem po wczorajszem znużeniu — odpowiedziała cicho i jakby w istocie bardzo zmęczoną była.
— My także świeżego powietrza potrzebujemy — odpowiedział amerykanin, siląc się na komplement — aby się wytrzeźwić po wczorajszem upojeniu.
— Szampanem? — zapytała szydersko Rolina.
— O! nie! ale oczyma pani — zawołał przysuwając się coraz bliżej natręt.
— Nadzwyczaj pan jesteś grzeczny...
— Mówię najszczerszą prawdę... to co mi serce dyktuje.
— Jakto! już, nawet serce? — podchwyciła Rolina. — Zaprędko!
— Serce się budzi w mgnieniu oka albo nigdy — rzekł amerykanin.
— Tak! czytałam to w jakimś romansie francuskim.
Don Esteban rękę przyłożył do piersi, twarz brzydką wykrzywił chcąc jej nadać wyraz uczuciowy, ale słów mu zabrakło do walki z piękną panną.
Rolina oglądała się dokoła i idąc powolniej coraz, jakby kogoś oczyma szukała.
— Nie widzę mojego ojca! — odezwała się obojętnie i chłodno. — Miał nadejść i wziąć mnie z sobą, tylko cośmy się rozeszli, ale tak się zapomina.
Amerykanin powiódł też oczyma dokoła.
— Gdybyś pani pozwoliła towarzyszyć sobie — rzekł — moglibyśmy go wyszukać.
— Tak, przejdźmy tą ulicą — zawołała pułkownikówna spoglądając na zegarek — jeżeli go nie spotkamy, to się musiał u antykwaryusza zatrzymać, bo to jego pasya, dla której i o mnie zapomnieć gotów. Będę musiała sama pośpieszyć do domu... Kochany papa bywa roztargniony, a jeśli targuje jaką sewrską filiżankę...
— Mógłby dla niej o pani zapomnieć — wykrzyknął z emfatycznem oburzeniem amerykanin. — A! toby było nie do darowania! kto raz miał szczęście zbliżyć się do niej, ten do zgonu...
Rolina śmiać się mocno zaczęła.
— Czy i to w Ameryce za nowe uchodzi? — wtrąciła złośliwie go drażniąc. — U nas, w starej Europie to rzeczy tak spowszedniałe... A! mówmy lepiej o czem innem.
Don Esteban zmięszany zagryzł wargi.
— Wierzę bardzo — odezwał się chłodniej po namyśle — że pani wszystko już spowszednieć musiało. Codziennie słyszysz to z ust tysiąca. Na nieszczęście, jedno uczucie zawsze prawie temi samemi wyrazy malować się musi.
— A! serce! uczucie!! — podchwyciła śmiejąc się Rolina. — Ja w słowa nie bardzo wierzę, uczucie prawdziwe tylko czynami się dowodzi.
Stał trochę zdumiony tem amerykanin, nie wiedząc co odpowiedzieć. Ona uśmiechała się wprawiwszy go w kłopot.
— Nie wiem czy pan znasz „Rękawiczkę“ Schillera, ale musisz znać ją, bo jest nawet na nowogrecki język przetłómaczoną i musi być też na hiszpański.
Amerykanin, choć „Rękawiczki“ nie znał, dawał znak głową, że wie o co chodzi.
— Otóż ja, jak ta pani byłabym okrutną, bo równie jestem nieufną — dokończyła Rolina.
— Nieufną? — wyjąknął nieśmiało Don Esteban — przecież... nie mogłaś być pani zdradzoną?
— O! nie! bom się z tem niedowiarstwem urodziła. Mam to w naturze mojej, że słowom nie ufam.
Poruszyła ramionami, obejrzała się jakby szukała ojca jeszcze i szli dalej. Don Esteban kroczył obok niej zamyślony — dumał może o znaczeniu tych czynów, któremiby mógł dowieść, że uczucie jego prawdziwem było.
— Muszę powracać do domu! — przerwała pułkownikówna znowu spoglądając na zegarek.
— Niechże mi wolno będzie choć przez część drogi jej towarzyszyć — zapytał Don Esteban, dopraszając się tej łaski.
Uśmiechnęła się grzecznie Rolina, i natychmiast zwróciła ku Ringowi.
Szli razem powoli. Rozmowa o życiu wiedeńskiem, o zabawach, o wieczorze wczorajszym — w której panna mogła się z dowcipem i stosunkami popisać, których nie miała — ciągnęła się dalej. Amerykanin słuchał, śmiał się i był oczarowany. Nie można tylko było odgadnąć czy wymowa Roliny, czy jej wdzięki, którym się przypatrywał z cyniczną pożądliwością, większe na nim czyniły wrażenie.
Znajdowali się już blizko Opery, gdy sklep jednego z najsłynniejszych jubilerów pomijać im wypadło.
Amerykanin, jakby myślą jakąś pobudzony, stanął przy wystawie i zwrócił na nią uwagę Roliny, jak kusiciel niezręczny.
Zatrzymała się nieco pułkownikówna, ale, pomimo błyszczących za oknem kosztowności, zmierzyła je pogardliwem wejrzeniem i ruszyła ramionami.
Don Esteban nalegająco ukazywał wspaniały naszyjnik ze szmaragdów i brylantów.
— Ja się na tem znam trochę — rzekł — kamienie i robota bardzo piękne. Pani się to nie podoba?
Zdaje się, że Rolina uczuła się obrażoną tą niezręcznością mało znajomego człowieka. Spojrzała na niego brwi marszcząc.
— Tak, może to być dosyć ładne — odezwała się obojętnie — ale wcale nie jest w moim smaku.
To mówiąc ukłoniła mu się ceremonialnie, chłodno i pod pozorem że musiała wstąpić do innego sklepu, porzuciła go w ulicy.
Don Esteban zarumienił się mocno, uczuwszy teraz dopiero, iż postąpił sobie zuchwale a niegrzecznie.
Zadumał się chwilę, patrząc za odchodzącą, zamruczał coś, ale po namyśle wszedł do jubilera u którego naszyjnik zobaczył.




IV.

Czemże to są przy dzisiejszych te niegdyś pańskie, sławione jako wspaniałe, pałace, które starczyły przez wieki najmożniejszym rodzinom?
Jak one ubogo i zgrzybiało wyglądają przy tych babilońskiego stylu gmachach, które nowy Wiedeń czynią jednem z najmajestatyczniej przedstawiających się miast Europy!
Nowe te gmachy może nie wszystkie zbudowane są ze smakiem wytrzymującym krytykę surową, ale im wielkiego, wspaniałego charakteru odmówić nie można.
Są przepyszne i przepychem tym piętnują wiek siły potężnej, ogromnych zasobów.
Obok nich pałace i pałacyki, niegdyś słynne, przybierają rozmiary prostych staroświeckich kamienic.
Tak właśnie wyglądał pałac, starożytnej rodziny książąt von Hoh-Winterburg, chociaż architekt XVII w. który go odnawiał i przebudowywał, silił się aby ozdobami zewnętrznemi ubóstwo linij i motywów zastąpić.
Fronton z herbami, gankiem o dwóch chudych kolumnach, wieńcami kwiatów, sznurami, gzemsami, aniołkami; okna przystrojone w gipsowe festony; drzwi, gzemsy łamane i wymęczone, wszystko to zczerniałe, poobijane trochę, nie mogło uratować postarzałej budowy od zupełnego spospolitowania i utonięcia wśród zwykłych starych kamienic.
Stary pałac znikł zdegradowany na budowę, wcale się niczem nie odznaczającą.
Baczniej mu się przypatrując można też odgadnąć było, że posiadaczom jego brakło na ochocie odświeżania go, lub na środkach.
Mnogie ślady zębów czasu znać na nim było wszędzie. Baltazara głoskami pisała się tu smutna ruina. Drzwi dawne dębowe, wielkiemi zczerniałemi nabijane ćwiekami, stały prawie przez cały dzień zamknięte. Na dole nie było zwykłych sklepów, a zakratowane okna bez firanek, zapylone, kazały się domyślać jakichś składów rzadko się otwierających.
Okna tylko pierwszego piętra, w których zdala widać było ciężkie firanki ciemne, mówiły że dom nie stał pustką. Potwierdzało to drugie piętro, z białemi w nich zasłonkami.
Wszedłszy do środka, uderzał dziedziniec bardzo pański, z kolumnami i ozdobami w rodzaju tych, które pałac od ulicy przystrajały. W głębi widać było studnię do zbytku ornamentacyą uszkodzoną i pootłukaną okrytą i wspaniałe wnijście na wschody poważne, dziś trochę zapylone i zbrukane.
Głucha cisza panowała tu po dniach całych. Niezmiernie rzadko przesuwał się sługa w liberyi staroświeckiej, jasnej barwy z burtami zciemniałemi, z głową siwą i plecami zgiętemi wiekiem.
Szczebiotanie tylko wróbli, które się po gzemsach i rzeźbach gnieździły, ożywiało nieco martwy, coś w sobie cmentarnego mający dziedziniec, wyłożony kamiennemi płytami, popękanemi, wychodzonemi gdzieniegdzie lub od wilgoci mchami porastającemi.
Podwórzec ten jeśli nie rozmiarami to formami przypominał wnętrza starych genueńskich pałaców.
Drugie piętro wynajęte było jakiejś spokojnej i cichy żywot wiodącej rodzinie; pierwsze zajmowała księżna Zofia, babka młodego Rudolfa, któregośmy widzieli na wieczorze, odznaczającego się młodzieńczym wdziękiem arystokratycznym i wielkiem zajęciem piękną Roliną.
Ten zapał i uwielbienie dla córki pułkownika Maholicha, młodzieńca zaledwie dwudziestoletniego, rozpoczynającego karyerę wojskową — jedynej nadziei babki i rodziny — uderzyło wiele osób, bo chłopak niedoświadczony nie umiał ukryć swego uczucia. Szczególniej jednak podrażniło to hrabinę Z., która przez dalekie pokrewieństwo z domem książęcym, czuła się obowiązaną do pewnego nadzoru nad młodzikiem.
Księżna Zofia, babka Rudolfa, oddawna już musiała przestać bywać w tym wielkim świecie, z którym dla niej wiele bolesnych wspomnień się łączyło.
Hrabina Z. oburzona kokieteryą pułkownikównej, nie byłaby może tak do serca wzięła roztrzpiotania się kuzyna Rudolfa, gdyby chętka pomszczenia się za bałamuconego barona St. Foix nie dodała jej gorliwości.
Hrabina była niegdyś zachwycającą pięknością, z dowcipu słynną, o której życiu i mnogich zwycięztwach odnoszonych niegdyś, rozpowiadano szeroko. Z tego wdzięku, który cudów dokazywał i podbijał najupartszych, z tego bóstwa co ateuszów nie znało, — dziś pozostała wspaniała ruina, a ostatnim jej adoratorem był baron St. Foix. Broniła też tej zdobyczy hrabina wszelkiemi siłami. Znienawidziła Rolinę, widząc jak się nią płochy francuz zajmował.
Potrzebowała pomścić się na kimś, za niepokój którego doznawała, i postanowiła ostrzedz starą księżnę, denuncyować przed nią wnuka. Gniew swój i żółć wylać musiała, a że w inny sposób nie mogła, postanowiła Rudolfa oskarżyć.
O południu powóz bardzo wytworny hrabinej, dwoma przepysznemi siwemi końmi zaprzężony, z klasycznym woźnicą na kozłach, któregoby się i lord major nie powstydził — sztywnym, zasępionym i jakby wyciosanym z drzewa — stał u bramy pałacu przy Herrengasse.
Lokaj równie nieposzlakowanej powierzchowności, nie mniejszej powagi, poszedł zameldować przybyłą, chociaż najmniejszej wątpliwości nie było, że stara księżna, nigdy nie wychodząca z domu — przyjmie kuzynkę niezawodnie.
Wnętrze pałacu odpowiadało w zupełności temu co się jego fizyognomia domyślać kazała. Była to wspaniałość zardzewiała, przepych zbutwiały, wielkość w ruinie starannie od obalenia podtrzymywanej.
Stosunkowo obszerne i wysokie przedpokoje, salony ogromne ale ciemne, których wszystkie barwy przygasły i zlały się w jeden jakiś smutny koloryt starego gobelinu — wszystko to czyniło wrażenie jakby domu umarłych.
Z dawnego przepychu nic tu nie odjęto, ale też nic nie uczyniono aby go odmłodzić. Bardzo piękne sprzęty, któreby gdzieindziej mogły być podziwiane dla stylu i charakteru — tu ginęły niepostrzeżone w mglistej atmosferze sal pustych.
Hrabina, którą stary w spłowiałej liberyi sługa z poszanowaniem poprzedzał — musiała przejść dwa takie salony puste, nim się znalazła u drzwi białych i złoconych, których białość stała się żółtą, a złocenie czerwonem. Prowadziły one do mniejszego gabinetu, w którym przesiadywała zwykle księżna Zofia.
Pokoik ten, w którym na kominku ogień się palił, przynosząc z sobą życia trochę, świeższy był, czuło się w nim zamieszkanie; a choć meble wyginane białe i złocone, okryte wytartemi gobelinami, równie były zużyte jak te, które cały pałac zapełniały, tu jakoś zdawały się mniej zczerniałe i stare.
U okna, przy stoliczku który zarazem jako biurko służył, wykładanym drzewem, ozdobnym bronzami i porcelanowemi obrazkami scen pasterskich, w fotelu wygodnym siedziała staruszka, z włosami siwemi, gładko przyczesanemi, czarno ubrana, czyściuchna, z twarzą piękną jeszcze, oczyma przygasłemi, uśmiechem smutnym na ustach. Małego wzrostu, dosyć otyła, blada, miała w całej fizyognomii wyraz spokojnej boleści, obudzającej współczucie. Niebieskie oczy pięknie oprawne, choć blask dawny utraciły, mimo wieku miały urok słodkiego, bojaźliwego nieco na świat wejrzenia.
Nie znając nawet dziejów książęcego domu, domyślać się było można, że przebyła wiele i okrutnych prób, że przebolała cicho losy ciężkie, wypłakała wszystkie łzy, a pozostała na świecie więcej z obowiązku niż dla przedłużenia krzyżowej drogi swego życia. Chociaż twarz staruszki usiłowała nie dać poznać po sobie tej przeszłości męczeńskiej, zostało na niej znamię jej, które się zetrzeć nie dawało.
Głowa jej i ręce trzęsły się ciągle, a to drżenie przykre, nieustające, zdawało się mówić o wielkich przebytych trwogach. Żadne środki lekarskie nie mogły zaradzić temu konwulsyjnemu drganiu, dla którego księżna Zofia (oprócz innych skłaniających ją do tego przyczyn) — zupełnie się świata wyrzec musiała.
Z licznej rodziny, teraz jedna ta osłabła staruszka i wnuk jej, młodziuchny książę Rudolf, pozostali. Ta przykuta niemocą i wiekiem do swego krzesła babka i wnuk, którego na swobodę puścić było potrzeba — nie mieli nikogo więcej, prócz dalekich powinowatych i krewnych.
Nie było tajemnicą dla nikogo, że syn księżnej Zofii, ojciec Rudolfa, piękny jak Antinous, odebrawszy świetne wychowanie, odziedziczywszy po ojcu olbrzymi majątek, świetnie rozpocząwszy wojskową karyerę, ożeniony potem mimo woli, z dziedziczką równie wielkiej fortuny, — powziął wstręt do niej, a gwałtowną namiętnością zapalił się dla pięknej ale lekkomyślnej artystki, która stała się przyczyną ruiny majątkowej całej rodziny i zgorszenia upokarzającego. Miliony poszły na kosztowne podróże, o których zbytkach pisały wszystkie dzienniki; bo książę nietylko się nie krył ze swemi wybrykami i rozrzutnością, ale zdawał się z nich szukać jakiejś chluby.
Ani zaklęcia matki, ani użyci przez nią pośrednicy, nie potrafili oszalałego, porwanego wirem namiętności człowieka, zwrócić na drogę obowiązku. Im silniej nalegano na niego, tem naprzekór dokazywał zuchwalej, żartując sobie z opinii u świata...
Koniec był tragiczny. Kochanka, dla której poświęcił wszystko, porzuciła go widząc zrujnowanym; zrozpaczony, życiem i namiętnościami wyczerpany, książę zmarł zagranicą przytrzymany za długi. Żona poprzedziła go do grobu.
Starej księżnie Zofii pozostał wnuk, dzieciak, a z nim cały spadek długów, grzechów, nieładu i rozpusty. Wierzyciele mnodzy grozili ogromnym skandalem. Księżna stara, dbała o zachowanie czystego imienia wnukowi, najprzód popłaciła wszystkie długi, układając się z wierzycielami. Poszły na to prawie wszystkie majętności jej własne, klejnoty, oszczędności, — wszystko aż do sreber familijnych. Ale nikt się nie miał prawa poskarżyć na rodzinę i na imieniu plamy nie zostało.
Księżna Zofia musiała przebrnąć to morze brudów, w którem na każdym kroku spotykała zwalane imię własnego syna; musiała zajrzeć w głąb wszystkich tajemnic rozpasanego życia, aby wnukowi tę przeszłość osłonić, ukryć ją przed nim. Nie było ofiary, którejby nie spełniła dla niego. Z życia ojca syn wiedział tylko, że chory, musiał dla zdrowia mieszkać we Włoszech, i tam padł ofiarą nieuleczonej choroby.
To co pozostało z wielkich niegdyś majętności oszczuplone, odłużone, okrojone z tego co najlepszem było i najdroższem — mogło zaledwie starczyć na wychowanie wnuka i na utorowanie mu drogi. Chłopak miał powołanie do wojska i zapewnione w niem najwyższe protekcye; babka łudziła się nadzieją, że przy pięknem imieniu, zdolnościach, pracą dawną świetność rodzinie przywróci.
Wychowanie młodego Rudolfa, po smutnem doświadczeniu na synu — trwożliwa staruszka otaczała nadzwyczajnemi, może zbytniemi ostrożnościami.
Trzymała go nieodstępnie przy sobie dopóki mogła, wybrała mu duchownego za pierwszego nauczyciela i przewodnika, a po ukończeniu studyów przy najpilniejszym dozorze — oddając go do wojska, z macierzyńską troskliwością starała się, aby towarzystwo które go miało otoczyć, było rękojmią trybu życia. Czuwali nad nim wszędzie, porozstawiani, niewidzialni aniołowie stróże.
Babka z obawy aby się w synu krew ojca nie odezwała, zniżała się aż do szpiegowania go, trwożyła najmniejszą płochości oznaką — szczególniej strzegąc aby nie wpadł w te sfery średnie, które się jej wydawały najniebezpieczniejszemi. Usiłowała go utrzymać w kołach arystokratycznych, w najlepszem towarzystwie. Ile razy Rudolf był w teatrze, zbliżał się do artystów, staruszka z trwogą niewypowiedzianą przygotowywała antidota, badała wrażenia, obawiając się najlżejszych symptomatów zajęcia.
Dotąd jednak piękny jak ojciec i podobny do ojca, książe Rudolf, wcale nie okazywał ani ciekawości, ani pragnienia zbliżenia się do tego świata, który mu tak czarno babka malowała. Bawił się wybornie w pańskich salonach stolicy, i był, mimo swoich lat dwudziestu, prawie dziecinnie naiwny.
Hrabina Z. z tą salonową czułością, zimną, która rzeczywistą tak czasem do złudzenia naśladować umie; z twarzą tak przymiloną, z głosem tak serdecznym, z ukłonem tak uszanowania pełnym zbliżyła się do uśmiechniętej staruszki, iż księżna Zofia, która mało teraz osób widywała — przyjęła ją poruszona temi dowodami sympatyi i wdzięczna...
— Od tak dawna już do babci (powszechnie tak staruszkę nazywano) tęskniłam! — odezwała się sentymentalnie hrabina.
— Mój Boże! jakaś ty dobra! — odparła księżna głosem miłym i łagodnym.
— Wyrzucam sobie doprawdy, że nie mogłam babci odwiedzić — mówiła dalej hrabina. — My tu do niej, jak do świętego miejsca pielgrzymować powinniśmy; wy dla nas jesteście przykładem i świętością!
Zarumieniły te pochlebstwa staruszkę, bo mimo pozornego przejęcia, z jakiem były wypowiedziane, brzmiały w jej sercu jakąś nutą fałszywą.
— Dziś nareszcie znalazłam chwilę wolną — mówiła dalej przysiadując się i ciekawie przyglądając rozrzuconym przed staruszką na stoliczku robotom włóczkowym i książkom pobożnym. — A! jak tu u babci cicho, miło, spokojnie, po tej wrzawie nieznośnej, w której my ciągle obracać się musimy.
Staruszka, której głowa drżała coraz mocniej, patrzała, uśmiechała się, słuchała i drżącemi rękami poprawiała swój skromny, czarny stroik we włosach.
— Rozpoczęły się zabawy — mówiła hrabina, spoglądając w zwierciadło — zabawy, które już do końca karnawału nie dadzą nam spoczynku. Wczoraj księżna Matylda inaugurowała przyjęcia świetnym wieczorem i — naturalnie amatorskim teatrem.
Złośliwy nieco uśmiech towarzyszył tym słowom.
— Ale to dla babci nie będzie nowiną — dodała — bo książę Rudolf przecież był nietylko gościem, ale czynnym pomocnikiem, i z roli swej bardzo się pięknie wywiązał.
Spojrzała na staruszkę milczącą.
— Czy się nie przyznał przed babcią, że grał doskonale i wszystkim się bardzo podobał? Istotnie śliczny był i grał wybornie.
Zarumieniona księżna zaciskała swe pulchne drżące rączki...
— Dolfek — odpowiedziała nieśmiało — poczciwe, skromne dziecko; mówił mi tylko że się obawiał bardzo, że go to wiele kosztowało... trudu... Byłam tak o niego niespokojną, żem się położyć nie mogła i spać nie chciałam, siedząc aż do jego powrotu. Kazałam na niego czatować, aby mi go zaraz przyprowadzono. Mówił mi że poszło mu nieźle, a co wieczorem, towarzystwem, zabawą — to był prawdziwie zachwycony.
Hrabina słuchała uważnie, wlepiła oczy w staruszkę i chciała się jej dać wygadać...
— Ja — ciągnęła dalej księżna — ja się dla mojego Dolfka tak wszystkiego boję! (westchnęła); lękałam się też i tego wieczoru, wolałabym była, żeby nie grał... Chłopak taki nieśmiały, ludzie złośliwi! śmieszność gdy raz przylgnie do człowieka, trudno się z niego ściera.
A potem!...
Zakaszlała się stara. Nie nawykłej do dłuższego mówienia, tchu jej zabrakło. Spuściła oczy z jakąś dziewiczą niemal wstydliwością, która dziwnie od srebrnych jej włosów odbijała.
A! tak, moja droga — mówiła znowu — boję się wszystkiego dla Dolfka. Ale trudno, młodego nie można pozbawiać wszystkich przyjemności jego wiekowi właściwych. Musi się czasem zabawić. Wolę więc aby się bawił w dobrem towarzystwie, które go obroni od stosunków z zepsutym światem, z ludźmi bez wiary, dla których nic śniętego niema.
Hrabina słuchając z namaszczeniem, twarz miała tak poważną, iż posądzić jej nie było można, aby to porównanie dwóch światów, w duszy nie zupełnie znajdowała trafnem. Pomyślała jednak podobno, iż świat ten tak pięknie wyglądający, nie koniecznie był lepszym od tego, który tajemnicy nie czynił ze swych wybryków. Przeciwko własnemu swemu występować, nie godziło się hrabinie — spuściła oczy.
— Tak... zapewne! — odpowiedziała zwijając w paluszkach batystową chusteczkę — to prawda! Lepiej jest ażeby młody chłopak w wyższych sferach nawykał do przyzwoitego zachowania się, do szanowania przynajmniej pozorów... bo — niestety! — kochana babciu! — i w tym naszym lepszym świecie trafiają się różne historye...
Księżna wpatrzyła się w mówiącą — biedna jej głowa coraz silniej drżała. Zbladła trochę, wargi jej poruszać się zaczęły, ale odezwać się nie śmiała.
— Zupełnie podzielam zdanie babci — mówiła dalej hrabina — o tyle o ile nasze towarzystwo jest istotnie czem być powinno i czem niegdyś było... Niestety! dziś nawet takie osoby, jak ta nasza kochana, nieoceniona, genialna księżna Matylda, zaraziwszy się zagranicą ideami nowemi, nasze salony coraz mniej jednorodnem zapełniają towarzystwem...
Potrząsnęła główką.
— Babcia sobie wyobrazić nie może, co to za mozajka była wczorajszego wieczora... O kogośmy się tam nie ocierali!
Zachmurzyła się księżna.
— Dolfek mi o tem wcale jakoś nie wspomniał — szepnęła.
— Bo może nawet nie poczuł tego — przerwała hrabina — ale my!....
Nie dokończyła znacząco.
Księżnie dość było tego aby ją trwoga ogarnęła, chciała jednak odwrócić rozmowę, aby nie pokazać tego...
— Aleście się bawili dobrze?
— Doskonale! zaprzeczyć temu niepodobna. Księżna w roli subretki jest czemś nieporównanem. Ani G...r, ani żadna artystka z powołania jej nie wyrówna. Admiruję ją jak cały świat, ale niemniej, nawet z jej talentem, jabym tego fartuszka nie przypięła. O! nie!
Żywiej to powiedziawszy, hrabina zamilkła i spuściła oczy skromnie. Staruszka na wspomnienie teatru i artystek widocznie posmutniała, utkwiła wzrok w swojej robocie, głowę podtrzymując ręką: draga dłoń jej konwulsyjnie drżała. Żaden z tych ruchów, żadne z tych wrażeń, do odgadnienia łatwych, nie uszło oka przybyłej pani.
— Oprócz księżnej naszej — mówiła dalej — w roli naiwnej, z talentem występowała, śliczna bardzo, bo że jest nią, sprawiedliwość jej oddać potrzeba... jak anioł piękna, córka, podobno jakiegoś dymisyonowanego pułkownika... Nazwiska nie pamiętam... Miała też nadzwyczajny sukces.
Mężczyźni, nie wyjmując starego Mountcastle, ani waszego biednego Dolfka, wszyscy w nią jak w tęczę, zachwyceni patrzyli. Pozawracała im głowy! Nie można się było do niej docisnąć... Dolfek służył jej aż mi przykro było patrzeć... a że tacy młodzieniaszkowie jak on biorą często nadto seryo takie wrażenia — przynoszę przestrogę... Trzeba chłopcu powiedzieć aby się tak do pierwszej lepszej nie zapalał i nie okazywał tego tak jawnie.
Z załamanemi rękami, stara księżna przysunęła się do mówiącej.
— Kochana! moja! Jakto? Dolfek? Powiadasz że to było tak widocznem, uderzającem? Na Boga! ale on mi nie mówił o niej nic, oprócz że grała bardzo dobrze... Wcale mi się nie zdradził z admiracyą dla niej... Może ci się to zdawało tylko!
Dolfek o kobietach nie myśli!
— Babciu kochana — odparła hrabina — za starą jestem abym się w tych sprawach dała oszukać! Dolfek był zachwycony, latał za nią; wszyscy uważali że za kulisami nie odstępował jej, a ta go bałamuciła naturalnie, o ile mogła tylko... Posługiwała się nim, wołała, odprawiała. Uderzało to nie mnie, ale wiele innych osób.
Staruszka drżeć zaczęła tak mocno, że się w początku słowa odezwać nie mogła. Hrabina widząc jej przestrach, musiała złagodzić nieco swe ostrzeżenie.
— Tylko znowu, niech babcia tego tak bardzo seryo nie bierze — rzekła śmiejąc się — ja ze zbytniej może troskliwości o kuzynka pośpieszyłam z tą denuncyacyą, bo lepiej wcześnie zapobiedz... Ale, Dolfek rozumny i stateczny... niema obawy...
— Któż to jest przecie ta panienka? — trwożnie i nieśmiało spytała stara księżna — należyż ona do naszego świata? Czy jest niebezpieczeństwo, aby ją spotykał po salonach? Jakim sposobem się tam znalazła? Jak się zowie? co za familia?
— Umyślnie się potem o nią dowiadywałam — poczęła usłużna kuzynka. — Zdaje mi się że niebezpieczeństwo spotykania się z nią w salonach nie grozi. Matylda dla bardzo pięknej twarzyczki i talentu dramatycznego, jaki w niej odkryła, wprowadziła ją do siebie. Zdaje mi się jednak, że te hołdy przesadzone, które jej oddawano, i księżnę do niej zraziły. Wywoływała je kokieteryą. Zresztą, o ile wiem, nie bywa ta panienka nigdzie, chociaż po teatrach i przechadzkach ma być jej wszędzie pełno... Dziewczę bez nazwiska... bez stosunków, bez majątku... Ojciec, jak mi mówiono, nie ma nic prócz wysłużonej swej pensyjki...
— Mówisz że piękna? — słabym głosem przerwała księżna.
— Nie można zaprzeczyć, piękna jest bardzo! brunetka, oczy czarne wyraziste, typ wschodni. Śmiała przytem, wyzywająca niby dziecinnie, ale z wielkim kunsztem. Zalotna! bardzo zalotna!
Obrazek w tych kilku słowach skreślony, przez hrabinę, tak smutnie księżnie przypomniał tę dla której syn jej sławę, majątek a w końcu życie postradał, że ukrywszy oczy w dłonie, rozpłakała się pocichu.
Tamta była także czarnooką, wyzywającą, doskonałą artystką, kobietą zachwycającą — a — bez serca.
Widząc jak smutne wrażenie wywarło jej opowiadanie na staruszkę, hrabina zasmuciła się, zakłopotała.
Uczuła że nierozważnie posunęła się zadaleko, ale cofnąć się już nie było podobna.
— Na miłość Boga — poczęła z czułością pochylając się ku księżnie Zofii — widzę, babciu kochana, żem niezręcznie, okrutnie bolesną ranę dotknęła! Daruj mi! Niech babcia tego tak do serca nie bierze. Nic się nie stało złego... niema nic — i, da Bóg, nic nie będzie. Miłość moja tylko i poszanowanie dla babuni, kazały mi tak niezręcznie być szczerą.
— Ale, kochana moja — odezwała się staruszka, wyciągając ręce drżące do kuzynki — ja ci, owszem, z duszy i serca wdzięczną jestem! Dałaś mi dowód twego przywiązania, troskliwości, nie zważaj na łzy moje, dosyć jest potrącić ich źródło, aby trysnęły nanowo. Stara zdziecinniałam — boję się wszystkiego.
Lepiej jest że wiem o tem, choćby niebezpieczeństwo wymarzonem było, trzeba stać na straży... Dziękuję ci.
Z wielką zręcznością hrabina, rozmowę tak nieszczęśliwie we łzach roztopioną, zwróciła na inne szczegóły wieczora, uniewinniając niejako Dolfcia przykładem starszych, zachwytem ogólnym, któremu wszyscy ulegli mężczyźni.
Księżna Zofia słuchała pilnie, łzy jej oschły, ale smutek pozostał na twarzy.
Chwilę jeszcze starając się rozweselić gospodynię i zatrzeć pierwsze wrażenie, paplała przybyła pani, żartowała, dowcipkowała — wreszcie spojrzała na zegarek, porwała się jakby już jej bardzo było pilno, i pożegnała całując w ramię gospodynię, która przeprowadzić jej nie mogła, bo sama z krzesła wstać nie umiała.
Zadzwoniła tylko...
Po wyjściu kuzynki, staruszka znużona sparła się na fotelu, ręką zakryła oczy i nieruchoma dumała długo. Krok ten, który hrabina czuła się zmuszoną uczynić, nabierał dla niej coraz większego znaczenia. Zmilczeć i nie mówić o tem z wnukiem, czy otwarcie go zagadnąć — było pytaniem które usiłowała rozwiązać.
Miała-li tylko pilniejszy nad nim nadzór rozciągnąć, czy wprost powagą swą i miłością jaką miała dla niego, ostrzedz, zakląć aby na niebezpieczeństwo się nie narażał, stosunków unikał.
Po krótkiej walce wewnętrznej przemogło przekonanie ostatnie. Chciała z nim być otwartą i szczerą. Cóż pomogło że w początkach na postępowanie syna zamykała oczy i milczała?
Rudolf, jak zwykle, powinien był przyjść na obiad; po obiedzie postanowiła rozmówić się z nim, nie tając przed nim że oczu hrabinej nie uszło zbytnie jego zajęcie podpułkownikówną, że ono i innych uderzyło...
Spojrzenie na zegar przekonało ją, że godzina obiadowa się zbliżała. Jadano tu zwykle, starym obyczajem, pomiędzy pierwszą a drugą. Do stołu przybywał, raz na zawsze zaproszony, nie chybiający nigdy, stary domu przyjaciel, który wychowywał Rudolfa, abbé Voisin.
Był to księżyna spokojny, łagodny, tolerujący wiele, na dużo rzeczy obojętny, niechętnie wdający się w polemikę, słowem, jeden z tych duchownych dawniejszej szkoły, w których wiek XVIII ostudził usposobienia bojownicze i żądzę propagandy. Charakter miły, obejście się w salonie, nacechowane formami wielkiego świata, prawość charakteru, czystość obyczajów, zaleciły go dawniej księżnie, która po ukończonem wychowaniu wnuka stałą dlań przyjaźń i wdzięczność zachowała. Rudolf też kochał go bardzo i szanował...
O kwadrans na drugą, gdyż w domu tym wszystko szło z zegarem, nie chybiając nigdy — cichy, powolny chód abbé Voisin dał się słyszeć, i maleńka jego figurka, z żółtą twarzyczką, z policzkami wpadłemi, małemi oczkami zmęczonemi i przymrużonemi, ukazała się w progu z ukłonem. Okrywała go sukienka czarna, a z dawnych zwyczajów zachował abbé trzewiki i pończochy, których i zimą nie zrzucał.
Rozmowa zawsze się rozpoczynała od pogody i zimna, od stopni na termometrze, stanu ulic i t. d. Tym razem też abbé zdał sprawę ze zjawisk meteorologicznych, której staruszka nie bardzo uważnie słuchać się zdawała, z niepokojem oczekując na zjawienie się wnuka.
Przed wpół do drugiej, szybki chód chłopaka przerwał sprawozdanie księdza, i piękny Rudolf, na którym wczorajsza zabawa nie zdawała się żadnem zmęczeniem przypominać — wsunął się z wesołym uśmiechem na twarzyczce...
Była to uosobiona młodość — tylko co rozkwitła, rozpromieniona, jeszcze tym pyłkiem wiosennym okryta, który młode owoce wynoszą z kolebki. Śliczny był jako typ wyszlachetniony tej krwi starej, która przez wieki i pokolenia pracowała na to tylko, aby się stać idealnie piękną ciałem. Wszystkie walki ducha, wszystkie trudy i boleści, co ciało złamać mogą i wyryć na niem ślady jak potoki na ziemi — nie dotykały jej. Spadały na innych. Cudzemi dłoniami, krwią i łzami okupywała swe wyszlachetnienie, i — jakże majestatycznie piękną być nie miała? Posąg ten rzeźbiły wieki.
Ale na czole jego jasnem, w tych oczach tak błyszczących, na ustach tak różowych, jak wielu posągom greckim, brakło może myśli i wyrazu. Duch spał pod tym marmurem nierozbudzony, bo często — bo zawsze prawie, boleść go dopiero budzi i potęgę mu nadaje.
Książę Rudolf, mimo całego swego wdzięku, był nieco, ładną laleczką, trochę bezmyślnym Antinousem.
Ale jak miło było spojrzeć na tę postać, dla której życie zdawało się nie mieć groźb żadnych, która nie wątpiła o niczem i szła śpiewając na jego spotkanie!
Spojrzawszy nań babka, z podwójną czułością ręce wyciągnęła ku niemu, jakby trwoga stracenia skarbu, miłość jej zwiększyła. Rudolf podbiegł całować jej ręce, a na rozkaz — musiał pocałować w czoło.
Stary służący właśnie drzwi otwierał i wnuk z jednej, abbé Voisin z drugiej strony podali ramię księżnej, która z ciężkością wstała z krzesła i powoli spierając się na nich, przeszła do jadalnego pokoju.
Obiad odpowiadał domowi. Wszystkie formy pańskiej, wystawnej kuchni zachowane były, ale potrawy ściśle obrachowane na liczbę osób, do których przyłączyła się podżyła towarzyszka i przyjaciółka księżnej, kobieta słusznego wzrostu, chuda i żywa, z twarzą surową i niepiękną. Potrawy nie odznaczały się ani wyborem ni przyprawami. Księżna jadła mało, abbé Voisin także, tylko młodemu panu dwakroć przynoszono półmiski, które opróżniał z apetytem wiekowi właściwym.
Przy obiedzie mówiono zwykle mało, siedziano krótko. Towarzyszka gospodyni i ksiądz ożywili rozmowę, czasem wesoły śmiech Rudolfa ją ożywił. Kawę czarną podawano w pokoju staruszki, a że po niej zwykle w krześle swojem drzemała trochę, abbé Voisin wysuwał się pocichu i wszyscy szli za nim.
Dnia tego księżna, prowadzącemu ją na kawę wnukowi szepnęła, ażeby pozostał z nią, bo mu ma coś do powiedzenia.
W chwili gdy abbé Voisin, wyszedłszy jak zwykle, zacząć miał ze swym dawnym uczniem rozmowę, spostrzegł że był sam; i, cichym krokiem oddalił się, domyślając się że babka zatrzymała Rudolfa.
Pozostali sami. Staruszka czas jakiś wahała się rozpocząć. Wypogodziła twarz, przywołała na nią uśmiech, przybrała ton żartobliwy, chociaż ból drżał w jej głosie.
— Wiesz, była u mnie hrabina Z, — odezwała się spoglądając na wesołego chłopaka, po którego twarzyczce przebiegły rumieńce — no! i oskarżyła cię przedemną.
— Mnie? o co? Cóżem ja jej mógł zawinić?
— A! nie skarżyła się też za siebie — dodała księżna, ale obwinia cię o zbytnią grzeczność i nadskakiwanie tej jakiejś pułkownikównie, z którą graliście razem...
Rudolf zmięszał się jak winowajca na uczynku pochwycony, ale poczucie swej winy chciał w śmiech obrócić.
— Babciu kochana! Cóż znowu! — zawołał — przecież musiałem być grzeczny...
— I podobno byłeś zanadto — mówiła stara. — Musiało być uderzającem, kiedy i ona i inni to spostrzegli, kiedy nawet mówiono o tem... żartowano... Dziecko moje, nabawiłeś mnie niepokoju!
Rudolfowi czoło się trochę zmarszczyło.
— Nie masz doświadczenia, młody jesteś — ciągnęła dalej. — Nie wiesz tego, że bardzo niewinne takie zajęcie chwilowe, biednej dziewczynie może główkę zawrócić, a od tego zawrotu i twoja się zakręcić może. Na cóż się to zdało! Tyś jeszcze dziecko a ta osóbka ładna, którą tam spotkałeś przypadkiem, nie należy do naszego świata... Mój drogi! trzeba być ostrożnym.
— Panna pułkownikówna Maholich — przerwał Rudolf — jest osobą bardzo dobrze wychowaną, a kiedy księżna ją przypuściła do towarzystwa...
— Przecież wiesz że ona i artystów z powołania wprowadza do swego salonu — odpowiedziała księżna i zatrzymała się trochę...
— Ja tego nie biorę na seryo — dodała — bo to jest dzieciństwo, ani ty, spodziewam się... ale mi niemiło że ludzie mówią o tem...
— Zdaje mi się — odparł zamyślony Rudolf — że oprócz hrabiny, nikt pewnie nie mówi o tem, bo nie było o czem. Musiałem być grzecznym jak wszyscy... a... doprawdy...
— Wszyscy bo podobno — przerwała babka — nazbyt się kręcili około tego dziewczęcia... a ona miała, jak powiada hrabina, nazbyt zalotną być dla wszystkich. Już to samo powinno od niej odstręczać... widać, że dziewczę jest płoche. Z tego co mi mówiła kuzynka, domyślam się że wychowania bardzo dobrego odebrać nie mogła... Proszęż cię, Dolfku, daj mi słowo, że szukać jej, i o bliższą z nią znajomość starać się nie będziesz. Uczyń to dla mojego spokoju. Nie chcę aby ludzie płochym cię trzpiotem zwali, wiesz jak ja tego nie lubię...
— Babciu kochana — żywo przerwał, rękę jej całując wnuk. — Jakże ja mogę zaręczyć że znowu gdzie, w jakim domu jej nie spotkam? A niegrzecznym być babcia nie pozwala.
Księżna spojrzała nań błagająco.
— Daj mi tylko słowo, że się starać nie będziesz odnawiać znajomości. Wiesz czem ty jesteś dla mnie, jedynaku mój... lękam się, nie chcę aby mi kto ciebie odbierał. Jestem o skarb mój zazdrosną.
Wymówiła wyrazy te z takiem przejęciem, wyciągając ku niemu ramiona, że Rudolf zapomniał o wszystkiem, nawet o tych czarownych oczach, o których od dni kilku marzył ciągle, i przyklęknąwszy przed babką, całując jej ręce, uspokoił ją zupełnie.
Uściskała go staruszka, a łzy stały w jej oczach. Wydał się jej tak do syna podobnym, do tego ojca, po którym spadku krwi się obawiała.
— Babciu droga! bądźże spokojna! — szepnął Rudolf wychodząc.
Ale za progiem stanął jak wryty — serce mu się ścisnęło — wyrzec się jej! wyrzec na wieki!! To nad siły!!




V.

Nazajutrz po wieczorze u księżnej, chociaż pułkownik Maholich salon swój jaknajstaranniej na przyjęcie gości przygotował, w wydatniejszych miejscach ustawiając naczynia, o których miał ciekawe opowiadać historye; choć Rolina trochę się także kogoś spodziewała, nadzieje zawiodły — nikt się nie zjawił. Pani Boehm była tem trochę zdumioną, bo i ona wierzyła w ten urok nieprzezwyciężony jaki wychowanica jej wywierała na wszystkich, których pozyskać chciała. A że wielu zawsze zdobyć usiłowała, wiedziała o tem dobrze.
Pułkownik przy herbacie wieczornej roztrząsał to pytanie czy dystyngowanym osobom, z któremi na wieczorze u księżnej zabrał znajomość, nie wypadałoby mu pierwszemu oddać wizyty.
Były pomiędzy niemi ekscelencye, i ludzie wyższych daleko stanowisk w świecie od dymisyonowanego pułkownika. Kwestyi tej nie umiał sam rozwiązać, a że o Rolinę więcej szło niż o niego, że on nigdy nic nie poczynał bez jej przyzwolenia, wierząc w jej rozum i znajomość świata; — w chwili gdy zasiadali do podwieczorku, głośno zadał jej pytanie, jakby postąpić należało.
Rolina wprawdzie pragnęła bardzo utrzymania tych znajomości i zawiązania stosunków, ale była zarazem dumną — namyśliła się trochę.
— Nie, nie — odparła stanowczo potrząsając główką. — Ojcu nie wypada tak się ubiegać o te znajomości; miałoby to pozór jakbyś ich sobie życzył dla mnie, jakbyśmy my napraszali się i żebrali względów u ludzi.
— Ależ to prosta grzeczność, wyrzucenie biletu — rzekł pułkownik — należąca tym którzy sami pierwsi szukali ze mną znajomości.
— Tak — odparła Rolina — być może iż w świecie to jest przyjętem, ja nie wiem... ale, niech ojciec poczeka. Spieszyć się nie należy. W ostatku, gdyby się to okazało nieuchronnem, zrobimy wybór... Ja nie potrzebuję się napraszać... nie chcę.
Trochę rozdrażnienia tem zaniedbaniem dnia dzisiejszego brzmiało w głosie Roliny, chociaż miała się czem pocieszyć. Trzy prześliczne bukiety złożono dla niej bezimiennie u odźwiernego. Odgadywała rozmaicie tych co je przysłać mogli. Amerykanin, książę Rudolf, baron St. Foix? jeden z mniej znanych może wielbicieli? a i ów młody poeta-artysta, z którym się spotkała rano, czasem jej przysyłał kwiaty! Marzyła nad temi bukietami, każdy z nich rozpatrywała starannie, bo któż wie co się czasem może wśród kwiatów ukrywać? Na koronkowych ich opaskach szukała jakiegoś znaku. Wszystkie one (to było jawnem) pochodziły z głównego składu kwiatów na Ringu, tam też więc można było dowiedzieć się coś może? Ale ona sama nie chciała się zdradzać ze swą ciekawością — musiała więc badanie polecić Balbinie. Tymczasem pani Boehm, z którą się od dni kilku ciągle prawie sprzeczała (choć to stan był chroniczny) — nie zdawała się usposobioną do tego rodzaju posługi.
Wieczorem więc zręczna, a pewna siebie Rolina, z większą łagodnością zbliżyła się do ojcowskiej gospodyni, której nie cierpiała za to że pułkownik nadto był do niej przywiązany, i z powodów, które się wyjaśnią niżej.
Balbina z początku zimna, dała się w końcu przebłagać i ująć.
— Byłabyś bardzo, bardzo grzeczną dla swej niewdzięcznej, kapryśnej wychowanicy — odezwała się — gdybyś...
I resztę szepnęła jej na ucho.
— Bardzo jesteś ciekawą, którzy z twoich wielbicieli są najgorętsi?...
— Tak jest, bo potrzebuję wiedzieć na kogo rachować mogę.
— A jest ich tak wielu! — dodała z przekąsem Balbina.
Pułkownikówna poruszyła ramionami.
— Moja droga! — odezwała się z westchnieniem — biedne dziewczę jak ja, musi na przyszłość pamiętać i wszystko wyzyskać!
Pani Boehm uśmiechnęła się.
— Wiesz — rzekła swobodniej — dawno już temu bardzo, za lepszych moich czasów byłam raz w Hamburgu przy rulecie. Stało przy niej dwóch graczów. Jeden z nich, za każdym razem obstawiał wszystkie niemal numera; drugi grał tylko na jeden. Wiesz który z nich wygrał?
— Dla morału musiał wygrać ostatni — śmiejąc się odpowiedziała Rolina — ale... cóż robić! ja muszę stawić na kilku, bo pilno mi choć jednego wygrać!
Nazajutrz rano p, Boehm poszła do magazynu kwiatów, niosąc z sobą opaski i opis bukietów. Była dosyć dobrze znajoma z kupcową, badała zręcznie, nie zdawało się ażeby proszono o zachowanie tajemnicy, jednakże nic się nie dowiedziała.
— Jak pani chcesz ażebyśmy pamiętali komu się co sprzeda? jak ten ktoś kupujący wyglądał? Tyle się tu osób codzień przesuwa! — w większej części zupełnie nieznajomych. Jeden tylko z tych bukietów, przypominam sobie, kupił młody, piękny chłopak, syn bankiera Morimera — chociaż i za to ręczyć nie mogę! Tak mi się zdaje! Znacie go?
P. Balbina nie przyznała się do znajomości, chociaż Rolina tak mało tajemnic czyniła ze wszystkich swych stosunków, tak często rozgorączkowania w sobie ukryć nie mogła, że kilka razy o nim przed swą towarzyszką wspominała. Boehm powróciła ze swej wycieczki z jednym tylko domysłem, który najmniej był pożądany.
Nazajutrz Rolina nie wychodziła wcale; miała przeczucie gości, była ich niemal pewną, a że bez ojca przyjmować jej samej nie wypadało, na pułkownika, który, stęskniwszy się za antykwaryuszami, już się do miasta wybierał, położyła sekwestr i zmusiła go by pozostał. Nie prosiła go o to, ale, zwykłym sposobem, wydała rozkazy.
Czapkę mu z rąk wyrwawszy, zawołała nadąsana:
— Że też papa jednego dnia w domu spokojnie przesiedzieć nie może. Właśnie dziś, prawdopodobnie ktoś z wizytą przyjść musi. Potrzeba będzie przyjąć, a mnie samej nie wypada. Proszę bardzo — zostać.
Pułkownik do karności nawykły, rozśmiał się z tego ordynansu, cofnął do swojego pokoju i cygaro zapalił.
Około dwunastej jak przeczuwała Rolina, dzwonek się dał słyszeć u drzwi. Była już przygotowaną na przyjęcie gości i ubraną z tym smakiem i umiejętnością, na której nigdy jej nie zbywało. Dokazywała cudów ze swą toaletą, gdyż sukien i ubiorów nie miała wiele, tak sobie umiejąc radzić z temi gałgankami, z taką zręcznością jedne drugiemi urozmaicając, tak je do twarzyczki dobierając, iż zawsze się wydawała świeżą i wystrojoną. Starała się niby o prostotę ubioru, chociaż zawsze w nim coś było oko pociągającego i jaskrawego.
Dnia tego ubrała się czarno, a komuż z tem nie ładnie? Siedziała właśnie w salonie, trzymając w ręku książkę, której nie czytała, gdy służąca przyniosła bilet — pana Estebana Corcero-Prolados.
Oczki jej poweselały.
Pułkownik pośpiesznie wyszedł ze swego pokoju na spotkanie amerykanina, który był mu prezentowany u księżnej.
Maholich, ciekawy gdy szło o ludzi, których posądzał że się o jego córkę starać mogli, pilno się dopytywał o amerykanina u wszystkich swoich znajomych, ale dowiedział niewiele.
Najrozmaitsze zdania obiegały po świecie o tej zagadkowej postaci. Niektórzy z tajemnicy jaka go otaczała, nic dobrego nie wnosili, inni mieli go za jakiegoś politycznego agenta, większa część wiedziała tylko że był bardzo bogaty, tracił wiele i żył na wysokiej stopie, a — żyć lubił.
Niewiadomo było kto i kiedy wprowadził go we wszystkie towarzystwa stolicy, ale bywał przyjmowany w domach najarystokratyczniejszych, ocierał się o świat wielki, nawet taki który nie łatwo przystąpić do siebie dozwala. Mówiono iż widywanym był na balach u dworu, na wieczorach u ambasadorów i ministrów.
Jeździł zwykle ekwipażem, ze strzelcem lub kamerdynerem.
Pomimo tych pozorów dostatku, don Esteban dla wielu był nie zupełnie jasną postacią, i ostrożniejsi unikali z nim poufnych stosunków.
Znajdowano, że wykształcenie jego wiele zostawiało do życzenia; był zręczny, roztropny, ale się zdradzał z niewiadomością wielu rzeczy, które w Europie do elementarnych należą. Szło to na rachunek amerykańskiego pochodzenia.
Roliny sąd o nim był surowy, znajdowała go naprzód, czem był w istocie, to jest okrutnie brzydkim, wyraz twarzy wydawał się jej dziki, nad umysłowemi jego przymiotami nie unosiła się też wielce, ale miliony, o których tyle mówiono, czyniły go znośnym, nawet ponętnym. Uśmiechała mu się, wdzięczyła do niego, tak naturalnie, tak żywo i niewymuszenie, jak do pięknego księcia Rudolfa i do Adama Morimera i — do innych wielu.
Miała już taką wprawę, taką moc nad sobą, że ta zalotność nic ją nie kosztowała.
Amerykanin wpadł do salonu niezręcznie trochę, nie szykownie, co znowu na obyczaj amerykański złożyła Rolina; przywitał się z nią podaniem ręki, drugim uściskiem z pułkownikiem i usiadł na wskazanem krześle, rozmowę zaczynając w sposób pospolity, od wieczoru u księżnej i teatru, o którym w całem mieście dotąd mówiono.
Bomba nawet dała na pierwszej stronicy karykaturę księżnej w stroju subretki, przedstawiając ją jako przyszłą spadkobierczynię panny G..., która Berlin chciała wydrzeć Wiedniowi. Karykatura była doskonała, a księżna miała tyle taktu, że zamiast się pogniewać na nią, pierwsza się z niej uśmiała i położyła ją w salonie swym na stole.
Dowcipna, łatwo prowadząca rozmowę w każdym przedmiocie, oczytana i pojętna, Rolina z pierwszych słów z amerykaninem, utwierdziła się w dawniej powziętem przekonaniu, iż ma do czynienia z człowiekiem mało wykształconym i — ciasnej głowy. Ale to, równie jak brzydkość jego, wcale ją nie zrażało. Nawet na męża znajdowała don Estebana, z temi przymiotami ujemnemi, dogodniejszym, niż gdyby nazbyt był mądrym, uczonym i dowcipnym.
Gdy się w rozmowie jąkał, pomagała mu usłużnie i ratowała zręcznie. Don Esteban też więcej mówił oczyma zaiskrzonemi niż ustami, a rozmowa na wejrzenia szła obojgu doskonale. Rolina paliła go wzrokiem naprzemiany śmiałym i skromnym. Maholich opanowany tylko tą myślą aby się czegoś pewniejszego o gościu dowiedzieć, w sposób najniezręczniejszy badać go próbował.
Amerykanin jednak, mimo całej swej niezgrabności, miał baczenie na siebie i pochwycić się nie dawał. Zbywał go ogólnikami.
Maholich spytał go od jakdawna podróżuje po Europie.
— O! rok już przeszło jestem na kontynencie — rzekł don Esteban. — Było mnie wszędzie pełno. Czas jakiś bawiłem w Londynie, trochę potem w Paryżu... Byłem ciekawy Madrytu.. ale ten mi się nie podobał. Dostawszy się teraz do Wiednia przyznaję się, że nie mam ochoty tak rychło się ztąd wyrwać. Znajduję stolicę tę bardzo przyjemną, bardzo gościnną, mogę powiedzieć, że jestem nią zachwycony.
— Jeżeli pańskie interesa gdzieindziej go nie powołują — przerwał Maholich — dlaczegożbyś nie mógł pozostać z nami?
Na wspomnienie o interesach, amerykanin zrazu zaniemiał, obejrzał się, pomyślał i dodał zwolna cedząc.
— Interesa moje nie wymagają wcale powrotu do Ameryki. Zresztą zależy to od wielu okoliczności...
Pułkownik zagadnął zbyt napastliwie o ziemskie posiadłości, które zawsze pańskiego oka wymagają.
Don Esteban popatrzył nań milcząco znowu, namarszczył się nieco.
— A! tak! — rzekł — ziemskie posiadłości. W istocie kłopotliwa to rzecz, ale na to są administratorowie i dzierżawcy. Mam dobrych ludzi.
Naostatek Maholich spróbował dotrzeć i wyciągnąć z niego wiadomość, w której rzeczypospolitej, stanie czy państwie leżały majętności don Estebana — co wywołało silny rumieniec na twarz, i tak już czerwoną amerykanina, który zabełkotał coś niezrozumiałego, i nagle nadał zwrot rozmowie zupełnie nowy, okazując iż badanie to niemiłem mu było.
Pułkownik zmięszał się nieco, i odkładając inkwizycye na później, starał się grzecznością naprawić, co natrętna ciekawość popsuła.
Don Esteban począł z kolei wynosić piękność i wspaniałość naddunajskiej stolicy. Chciał się od pułkownika dowiedzieć o wartości domów w mieście, willi w okolicach i czyby za jakie pół miliona dolarów coś rzeczywiście pańskiego i pięknego nabyć tu można.
Suma ta dała Maholichowi wielkie pojęcie o skali, na jaką mierzył amerykanin interesa, uradowała go.
Rolina też ożywiła się i rozweseliła posłyszawszy to, zbliżyła się nawet do gościa, który tak lekko mówił o pół milionie dolarów, i uśmiech jej stał się słodszym jeszcze.
Maholich pośpieszył z informacyami, przytaczał wiadome mu ceny kilku większych posiadłości, daleko przystępniejsze. Ale don Esteban wymagał wiele, potrzebował stajni obszernych dla koni powozowych i wierzchowych, wozowni, oranżeryi, nareszcie i salonów kilku i apartamentów dla gości i lokalu dla służby licznej.
Wszystko to kazało się domyślać pańskiego trybu, i odpowiednich do tego zasobów. Zdawało się więc nie ulegać wątpliwości że nabab był majętny bardzo, choć Rolinę ciągle to uderzało, że — lokajskie czasem miał ruchy i minę.
Maholichowi, równie niezgrabnie jak wprzódy udało się niedyskretne wtrącić pytanie o rodzinę, którą don Esteban mógł pozostawić w Ameryce.
Trochę zniecierpliwiony już gość odparł dosyć szorstko, że nie miał nikogo z rodziny, oprócz starej matki, która za nic w świecie nie chciała się przesiedlić do Europy.
— Co do mnie — dodał — gotówbym nie powracać do nowego świata... Życie w Europie znajduję daleko przyjemniejszem, a nawet klimat zdrowszym.
Po chwili, spoglądając na Rolinę, rzekł że życzeniem jego było usłać tu sobie gniazdo i przenieść się do jednego z państw europejskich. Wyboru tylko jeszcze nie był pewnym. Na pociechę pułkownika przyznał się naiwnie że mógłby się ożenić, bo mu życie kawalerskie się sprzykrzyło i powodować się chciał jedynie sercem i t. d.
Wyznanie to było tak dziwnie wyrazistem, a przychodziło tak po amerykańsku jakoś niespodzianie i prędko, że pułkownikówna naprzód odpowiedziawszy nań krótkiem wejrzeniem strzelistem, znalazła przyzwoitem spuścić oczy wstydliwie. Gdy je potem znowu podniosła na gościa, nabrały takiego wyrazu czułego, iż don Esteban zadrgał na krześle, jakby chciał się porwać z niego i popełnić jakąś nieprzyzwoitość.
Do tego jednak nie przyszło. Pułkownik wprawiony w humor doskonały, śmiać się zaczął i dowodzić że nie było w świecie nic łatwiejszego jak w Wiedniu się ożenić, a razem iż nie było nic rozumniejszego nad ożenienie w Wiedniu, gdyż wiedenki były najpiękniejszemi i najmilszemi kobietami na całej kuli ziemskiej.
Don Esteban zgadzał się na to i bardzo ogniście aforyzmy te potwierdzał.
Rozmowa doszedłszy do tego punktu kulminacyjnego, dalej już stawała się prawie niemożliwa. Zabiegła odrazu zadaleko.
Wymieniono więc parę wejrzeń znaczących, w przekonaniu Roliny mających przykuć tego człowieka do jej stóp i don Esteban się oddalił, prosząc o pozwolenie bywania w domu, dla którego i t. d.
Maholich nietylko go wyprowadził do przedpokoju, ale sam własnoręcznie podał mu futerko.
Powróciwszy do saloniku zastał córkę z takim wyrazem tryumfu na ślicznej twarzyczce, tak szczęśliwą i rozpromienioną, iż począł od uściskania jej.
— No! — zawołał — co temu toś głowę zawróciła.
— Proszę mi tylko w niczem się nie sprzeciwiać, nie przeszkadzać, nie mięszać się do niczego... i gry mi nie popsuć! — odparła popędliwie Rolina. — Jak zaczęłam tak dokończę.
Nie mieli czasu dłużej rozmawiać o tym przedmiocie, gdyż dzwonek u drzwi dał się słyszeć znowu, Rolina co prędzej usiadła, starając się uspokoić, aby przybywający nie zastał jej tak wzruszoną. Ale — któż to mógł być?
Służąca nie przyszła oznajmić nikogo. W progu stał bardzo przystojny blondynek, słusznego wzrostu, zbudowany kształtnie, coś wieśniaczego mający w wyrazie twarzy spokojnej, poważnej, ogorzałej nieco. Włosy jasne, wąs złotawy, duże niebieskie oczy, owal przedłużony, nos rzymski, cały krój fizyognomii miał w sobie coś cudzoziemskiego, nie niemieckiego.
Maholich, który w Galicyi stał długo, domyślał się polaka, ale gościa sobie przypomnieć nie mógł ani on, ani Rolina, której oczy niespokojnie go badały.
Gość stał z półuśmiechem zagadkowym na ustach, czekając ażeby go sobie przypomniano i poznano.
— Widzę — odezwał się w końcu głosem łagodnym i śpiewnym, że, choć dawny, dobry państwa znajomy — będę się musiał zaprezentować nanowo.
Podszedł kilka kroków wyciągając rękę ku pułkownikowi, a oczów nie spuszczając z Roliny, której rumieniec okrył twarzyczkę nagle. Ona go już po głosie poznała.
— Jakto — mówił przybyły — pułkownik już sobie ani Broniszów, ani Broniszowic, ani Staszka nie przypominasz?
Maholich z okrzykiem obie ręce podniósł do góry, wołając.
— Saperment! hrabia!!
Rolina żywo podbiegła ku niemu.
— Ależ bo zmieniłeś się, hrabio!
— Zestarzałem! nieprawdaż?
— Nie, ale z młokosa wyrosłeś na mężczyznę...
Witano się bardzo serdecznie.
— Wieleż to my lat nie widzieliśmy się? — począł Maholich.
— Pięć lat, pięć z okładem lat, których na pannie Rolinie nie znać wcale — mówił przybyły — ależ jabym ją poznał wszędzie... Pułkownika także... Tylko ja tak się musiałem strasznie zmienić.
Pięć lat temu, pułkownik jeszcze w czynnej służbie, dowodząc regimentem arcyksięcia ..... stał z nim podówczas w Galicyi, około Przemyśla, a główną kwaterę miał w Broniszewicach, należących do ojca Staszka Bronisza, naówczas kończącego jeszcze swe studya uniwersyteckie.
Maholich miał tam z sobą naówczas Rolinę, nieodstępną od niej panią Boehm i — sierotkę, dziewczę którem p. Balbina serdecznie się opiekowała, a Rolina cierpieć jej nie mogła.
Ze starym hrabią Broniszem Maholich był w bardzo przyjacielskich stosunkach, można było powiedzieć serdecznych... Między Roliną też młodziuchną a akademikiem zawiązał się romansik niewinny, poetyczny, wiosenny. Listy czułe, schadzki kradzione, cała historya pierwszej, czystej, idealnej miłości dwóch serc po raz pierwszy bijących — odegrała się pod cieniem starych lip broniszewickich.
Szczęściem czy nieszczęściem stary hrabia się jej domyślił czy podpatrzył ją i syna co prędzej wyprawił do Krakowa.
Poprzysiężono sobie miłość wiekuistą, wierność do grobu, a potem... potem w kilka miesięcy Rolina już bałamuciła adjutanta pułkowego, hrabiego... którego służba wprędce gdzieindziej powołała, potem znowu padały liczne ofiary... choć Staszka jej może żal było...
Staszek się kochał stale i nie zapominał o swym ideale...
Stara to była rodzina szlachecka tych Broniszów, która nigdy dawniej innego tytułu nie miała nad tytuły urzędów, które członkowie jej sprawiali w rzeczypospolitej. Po podziale kraju Bronisze, jak inni, w zamian za postradane dygnitarstwa, otrzymali hrabiowską koronę...
Nigdzie teraz niema więcej hrabiów i baronów, jak między naszą szlachtą polską, co tem dziwniejsza, że nigdzie mniejby ich być nie powinno jak u nas.
Stary Bronisz z początku nie smakował w tym Reichsgrafie, który mu cudzoziemsko brzmiał, w końcu się przyzwyczaił do niego. Tytuł ten dawał pewne przywileje i nie był do pogardzenia.
Lecz, choć Reichsgraf, stary pan Szczepan Bronisz był czystej krwi szlachcicem, ze wszystkiemi przymiotami i wadami swego rodu.
Szlachetny, gościnny, serdeczny, pobożny, dbający o cześć swoją i imienia, był zarazem trochę dumny, lubił się postawić, dom trzymał otwarty, starał się o popularność, nie wahając się jej zdobyć czapką i papką.
Nosił się pan Szczepan po polsku i mimo wieku był pięknym mężczyzną, dla kobiet galantem. W domu, około gospodarstwa sam niewiele robił, na ludzi się spuszczając, zatrudnienia wytrwałego nie znosząc.
Zdawało się że pomimo to fortuny, jak drudzy, nie tracił; i ciągle biedował, chcąc jedynakowi swemu zostawić jak największą, troskając się, zabiegając, rojąc iż go w końcu z jaką Potocką lub Sapieżanką ożeni, dla podniesienia splendoru domu. Ożenienia zaś innego jak z polką, choćby mu księżniczkę krwi dla syna ofiarowano, nie przypuszczał.
— To rzecz wiadoma, mospanie — powiadał — że po matce idą dzieci. Z ojca biorą imię, a ducha i język z niej. Więc polakami by nie byli, żeby się nie z polką ożenił, a tego jabym nie zniósł...
Romansu z panną pułkownikówną Maholich stary hrabia nie wziął na seryo, ani się go uląkł tak bardzo, utrzymując że — to wywietrzeje.
Tymczasem Staszek serdeczny tak był w pięknej Rolinie zakochany szalenie, z ust jej pierwszy raz w życiu spiwszy nektar pocałunku — że pięć lat oddalenia i milczenia, wcale wspomnień miłości tej nie zatarło... Owszem rosła ona i spotęgowała się w piersi jego. Znalazłszy się w Wiedniu przypadkiem, gdy się tu dowiedział o Maholichach, jak szalony, rozgorączkowany pobiegł zaraz ich szukać.
W progu dopiero ostygł nieco, ale ze strachu! a teraz stał przed nią tak poruszony, że ledwie mógł mówić. Pierwsze marzenie szczęścia żywe zjawiało mu się znowu...
I panna zmięszana też była mocno. Przyszły jej także na myśl wieczorne schadzki pod starą lipą, przysięgi, listy, pocałunek... Dziś były to dla niej przypomnienia dziecinne, pierwszych niepewnych kroków życia — śmiała się z nich niekiedy — a jednak, gdy zobaczyła Staszka przed sobą, pierś się jej poruszyła, uderzyło serce.
Nie wiedziała, ale się jej zdało, że ten rachunek, który ona miała za dawno skończony, on nie brał za prostą dziecinną igraszkę i przychodził może przypomnieć jej owe przysięgi.
W oczach jego czytała niewygasłe wcale uczucie...
Dla niej, chociaż miała teraz na regestrze milionowego amerykanina, syna bogatego bankiera, młode książątko i wielu innych, hrabia Stanisław Bronisz nie był też do pogardzenia. Jedynak, głoszony jako przyszły dziedzic dóbr rozległych — gdyby nawet ojciec był ożenieniu przeciwny, co przewidywała, mógł czekać, mógł się ożenić, dotrzymując złożonej pod lipą przysięgi.
Wszystko to z szybkością błyskawicy przebiegło przez myśl Rolinie, i postanowiła sama nie odzywać się z niczem, nie odwoływać do wspomnień, ale nie odpychać i nie odstręczać Staszka, jeśliby je wznowił.
Miała nawet pewną słabostkę do tego pierwszego swego wielbiciela, do tego ładnego Stacha Bronisza, który teraz zmężniał, wypiękniał jeszcze, a przedstawiał się, choć trochę wieśniaczo, ale nie bez arystokratycznej cechy.
Stary Maholich aż się rozpłakał przypominając czasy służbowe, rozpytując o hrabiego Szczepana i o znajomych sąsiadów, z którymi jeździli na polowania.
Rolina, temi samemi oczyma, które jej przed chwilą służyły do odebrania przytomności amerykaninowi — słodko, smutnie, serdecznie spoglądała na swą pierwszą miłość.
Nie była jednak całkiem pewną czy miała prawo nazywać ją pierwszą, bo przedtem jeszcze, nim krótką zrzuciła sukienkę, raz ją pani Boehm pochwyciła in flagranti, przy pisaniu biletu do studenta...
Ale romans z Broniszem miał sposobność rozwinąć się w pełni, aż do przysiąg i — pocałunku pod lipą — i księżyc tak mu pięknie naówczas przyświecał, a słowiki wtórowały.
Z pierwszych wyrazów Staszka przekonała się Rolina, iż w nim uczucie nie wygasło. Był tak wzruszonym, poufałym serdecznie, a tak zdawał się pewnym że tu na niego oczekiwano... Powinna była mu się za to wywdzięczyć.
Na chwilę odwołano pułkownika. Korzystając z tego Stach pochwycił jej rękę, okrywając ognistemi pocałunkami.
— A! królowo moja! — zawołał z zapałem młodzieńczym — pamiętałaś-że ty o mnie?! Ja przez całych tych pięć lat, pięć wieków, marzyłem o tobie, byłem i jestem ci wiernym... Z tą samą, gorętszą może tylko miłością powracam do stóp twoich, aniele mój.
Rolina paluszek położyła na ustach, ale się uśmiechnęła i uścisnęła mu rękę. Jemu, zdawało się, że w tych oczach czarodziejki, w których każdy czytał co chciał, on znalazł przywiązanie ku sobie.
— Długo zabawisz tu w Wiedniu? — zapytała.
— Alboż ja teraz wiem! — zawołał Bronisz — przybyłem na krótko, nie wiem jak się wyrwać potrafię, a! tak będzie ciężko porzucić!
Piękny paluszek znowu spoczął na ustach.
— Pst! — rzekła cicho. — Ojciec! Ojciec jest niezmiernie surowy i podejrzliwy! Musimy być ostrożni, a tak wiele mielibyśmy sobie do powiedzenia!
— Ale gdzież, kiedy, jakbyśmy się widzieć mogli? — prędko podchwycił hrabia.
— A! nie wiem! pomyślimy, zobaczymy!
Bronisz był tak szczęśliwy że ją mógł choć oczyma pożerać — ten swój ubóstwiany ideał, iż nie śmiał napierać się więcej, byle go nie wygnano z raju.
Pułkownik wracał już zasypując go znowu pytaniami o ojcu, o znajomych, o mnóstwie drobnostek zapamiętanych w Broniszewicach, które wspominał z przyjemnością, chwaląc się dobrą pamięcią swoją. Rolina także rozweselona dopomagała mu, wrzucając dwuznaczne pytania, dla Stacha tylko zrozumiałe. Między innemi zażądała wiedzieć:
— Czy tej starej pięknej lipy, stojącej pomiędzy dworem a folwarkiem, którą ona tak lubiła, nie obaliła burza?
Stach zarumienił się na wspomnienie tego miejsca ich schadzek wieczornych, i z zapałem upewnił ją, że lipa jest w wielkiem poszanowaniu, zieleni się odmłodzona, a on ją ławką nową kazał otoczyć.
Maholich wymieniał psy, konie, znajome uroczyska po lasach, w których polowali, starych dworskich służących i t. p., zaklinając się, że nigdy na żadnej kwaterze tak mu dobrze i miło nie było jak u nich w Broniszewicach.
Nadchodząca p. Boehm, która chciała dać znać że pora obiadowa nadeszła, z równą serdecznością przywitała Bronisza, bo i ona z pobytu tego na wsi miłe wyniosła wspomnienie.
Stach natychmiast witając się z nią, spytał o jej wychowankę, lecz na wzmiankę o niej, na którą Boehm zmięszana, cichym szeptem odpowiedziała, — twarz Roliny zapałała gniewem, pułkownik odwrócił się zakłopotany patrząc w okno, i Bronisz postrzegł iż dotknął jakiejś drażliwej rany. Nie mogąc się domyśleć co to było, musiał zamilknąć. Wszyscy stali posępni.
Dla pani Boehm miłostki Roliny ze Stachem nie były tajemnicą, ale teraz, po latach tylu, nie przypuszczała ażeby one odżyć miały na nowo.
Po chwili przykrego milczenia, Bronisz zwrócił się do Roliny, jeszcze nachmurzonej i starał się zmieniwszy przedmiot rozmowy — rozweselić ją znowu. Nie bardzo mu się to powiodło, a że pora obiadowa nadchodziła, pożegnał Maholichów, zapowiadając nowe odwiedziny i rozmarzony, z bijącem sercem zbiegł ze wschodów.
— A! jakże ona jest piękna! — powtarzał — jak bosko piękna! Jak ja ją kocham! I nie jest że to zrządzeniem losu, znakiem przeznaczenia, że spotkałem ją znowu?
Czoło mu się zmarszczyło na wspomnienie ojca.
— Choćbym wiek mój cały, do siwego włosa miał czekać na nią! — dodał — zamknę w sercu miłość i będę cierpiał a czekał...




VI.

Była wiosna — która w Wiedniu tak dziwaczną jest i kapryśną, że nigdy na nią rachować nie można. Czasem w kwietniu porozwija kwiaty, aby je w maju śniegiem przysypała. Słońce napróżno walczy z wiatrem, który od gór oddech przynosi mroźny i zawiewa szronem i słotą.
Kalendarz nie ma litości ani nad uświęconą obyczajem majową przejażdżką po Praterze, która ma niby ciepło zwiastować, ani nad biednemi krokusami i narcyzami, które się zawcześnie pootwierały.
Jakże wiedeńczycy, pod wpływem tych zmian żyjący, nie mają coś z nich zachować w charakterze? wiedeńczycy a szczególniej wiedenki? Cieszą się słońcem, gniewać muszą na zimno, i wszystkie te klimatyczne kaprysy na nich się odbijają.
Uciec z miasta kędyś na północ lub południe nie czas jest jeszcze, zima się nie zupełnie skończyła, willi sąsiednich liście jeszcze nie ocieniają, u wód niema nikogo, oprócz biednych ludzi: emigracya zdrowych i słabych dla rozrywki jeszcze się nie rozpoczęła.
Jak wszystkie przejściowe, ta pora roku najtrudniejszą jest do przebycia. W teatrach nowości niema, grają w nich tylko powtarzane i znane rzeczy, artyści dni powszednich; koncerta przebrzmiały, bale zjawiają się tylko wyjątkowo.
Jedyną pociechą rozmyślanie o tem co ma nastąpić i dokąd się z miasta potem uciecze.
Na Opern-Ringu w przepysznym pałacu, na którego przyozdobienie budowniczy cały swój zasób ornamentacyj najbogatszych wyszafował, jak gdyby chciał sąsiednich współzawodników przyprowadzić do rozpaczy, — na pierwszem piętrze, w gabinecie z wielkim smakiem i komfortem urządzonym, mężczyzna w sile wieku, z włosami ciemnemi, które się gdzieniegdzie srebrzyły, przechadzał się krokami powolnemi zamyślony, paląc cygaro więcej z nałogu niż potrzeby.
Widać było że ono było mu całkiem obojętnem; brał je do ust, nie ciągnąc dymu, obracał w palcach roztargniony.
Godzina była popołudniowa. Chwilami przez okna gabinetu wpadały doń promienie wiosennego słońca, natychmiast przelatującemi zasłaniane obłokami. Z ulicy dochodził nieustający turkot powozów, który w końcu nawykłemu doń słuchowi, prawie się słyszeć nie dawał.
Mimo zapowiedzi dnia cieplejszego, na marmurowym kominie palił się ogień, kilka głowni w nim dogasało.
Pokój ten skromny, którego cały sprzęt składały: piękne biuro rzeźbione, stosowne do niego meble, szesląg i stolik dywanikiem okryty, z kilką krajobrazami szwajcarskiemi na ścianach, niczem się nie odznaczającemi, był widocznie gabinetem człowieka pracy. Na biurze leżały pootwierane listy w pewnym porządku, rachunki pod przyciskami, telegramy i notatki. Było ich sporo.
Właściciel nie wiele dbał aby mu tu pięknie było, ale chciał mieć wygodę. Fotel przed biurem zbudowany kunsztownie, dozwalał się do fantazyi pracującego obracać, podwyższać i rozkładać. Sprężyny i pulpity ułatwiały w nim spoczynek i czytanie.
Dwoje drzwi z gabinetu prowadziły do wnętrza domu i w korytarz, dzwonki elektryczne przy nich ułatwiały przywołanie służby.
Przechadzający się po pokoju był panem domu.
Nie młody już ale zdrów i silny, nie otyły ani chudy, poruszał się sprężystym krokiem, nie dając poznać aby mu wiek ciężył. Na ramionach szerokich, nad piersią wydatną, głowa siwiejącemi już włosami okryta wznosiła się z wyrazem pewności siebie i energii, której życie nie złamało. Piękna jeszcze twarz miała typ wschodni, oczy duże czarne, rozumne, nad niemi czoło szerokie i gładkie. W ustach — jakby przylgła do nich, widoczna była ironia, złagodzona spokojem przez wiek przyniesionym. Ubrany skromnie, lecz z pewną elegancyą latom swoim właściwą, nie miał na sobie nic coby uwagę ściągnąć mogło, bo nawet łańcuszek zegarka zastępowała wstążka czarna.
Chodził, jakby na kogoś oczekiwał, stając niekiedy, przysłuchując się, spoglądając oknem w ulicę, dając małe oznaki niecierpliwości. Zegarek na biurku, na którego marmurowem pokryciu stało popiersie bronzowe, wybrane umyślnie i będące portretem — wskazywał godzinę, która go niepokoić musiała. Sprawdził ją z własnym zegarkiem i zadzwonił.
Natychmiast prawie ukazał się czarno ubrany sługa.
— Pan Adam? kazałem prosić pana Adama?
— Nie było go w domu, ale na dole czeka Jakób, aby mu dać znać gdy powróci.
Przechadzający się zlekka ruszył ramionami.
— Nie wiecie dokąd poszedł? — zapytał.
— Nikt nie wie...
Lekkiem ust skrzywieniem odpowiedziawszy na to, pan domu dał znak słudze że odejść może, gdy pośpieszne kroki dały się słyszeć w korytarzu i z kapeluszem w ręku wszedł znajomy nam Adam Morimer.
Z pogodną twarzą zbliżył się do ojca, gdyż oczekującym nań był pan Salomon Morimer — i poufale, z synowskiem poszanowaniem w rękę go pocałował. Ojciec dotknął ustami czoła jego, spoglądając nań z uczuciem, w którem coś jakby politowanie się przebijało.
— Miałeś co do mnie, ojcze? — zapytał.
— Tak jest, chciałem pomówić z tobą, czas wielki — rzekł spokojnie zasiadając w fotelu Salomon. — Naprzód jednak proszę cię o cierpliwość, nie przerywaj mi.
Wiesz, że mam ciebie jednego, że cię kocham, że żyję i pracuję tylko dla ciebie a twojego dobra pragnę.
Adam słuchał, twarz mu poważniała i oblokła się smutkiem, odgadywać już musiał zawczasu cel tej rozmowy.
— Mówmy z sobą otwarcie — ciągnął dalej Salomon. — Nie możesz się skarżyć abym ci skąpił swobody, albo hamował popędy i skłonności twoje. Dałem ci się rozwijać wedle wskazówek natury twej, choć ona bolesnego mi wyrządziła figla, bo chciałem mieć w tobie człowieka, coby na świecie mógł u steru i rudla poważną odegrać rolę — ty zaś zdajesz się mieć wcale inne powołanie.
Spojrzał na syna mówiąc, i spostrzegłszy go nieco zachmurzonym, dodał:
— Nie lękaj się, gwałtu ci nie zadam, chociaż, nie wiesz jak boleśnie jest pracować życie całe na zdobycie stanowiska, wdrapać się do połowy drabiny, która prowadzi do szczytu i widzieć trud swój straconym marnie, bo go synowskie nie przejmą ręce.
Westchnął — Adam odezwał się cicho:
— Ale jeśli kto nie ma tej ambicyi, aby się koniecznie dobijać do szczytu?
— Sądzisz że mnie o ten szczyt idzie? — odparł Salomon, ramionami wstrząsając. — Nie, ale w życiu jest prawem, że kto nie stoi u góry, musi być pod nogami u drugich, a to położenie nie do zazdrości, szczególniej dla nas.
— Ojcze mój — przerwał z poszanowaniem Adam — dozwól mi jeszcze jedną uczynić uwagę, że szczyt o którym mówisz, nie jest jeden. Są inne równie wysokie.
— A... tak! — rozśmiał się szydersko Salomon — ale z wierzchołka ich są tylko piękne widoki dokoła! Sięgnąć z nich i zawładnąć niczem nie można. Ale, rzućmy te szczyty i przenośnie — dodał — powróćmy na nasz padoł smutny.
Boli mnie że nie chcesz ani mi dopomódz, ani iść za mną.
— Kochany ojcze — odezwał się Adam po namyśle — jakiekolwiek są moje usposobienia i skłonności, jak skoro mi rozkażesz, będę posłusznym...
— Ale ja właśnie przeciwko twoim usposobieniom iść nie chcę — rzekł ojciec — ani cię zmuszać do niczego. Wiem bardzo dobrze iż gwałt zadany naturze, nigdy owoców pożądanych nie przynosi. Człowiek się wysila, męczy i nic dobrego nie dokona.
Tymczasem położenie moje smutne. Stoimy w interesach bardzo świetnie, jesteśmy już dziś na tym szczeblu że moglibyśmy pozyskać wielki wpływ i siłę. A mnie ochota odpada od pracy. Po co? na co? kiedy jutro może wszystko to zlikwidować będzie potrzeba i gmach wznoszony mozolnie, runie.
— Kochany ojcze, jesteś w sile wieku.
— Ale nieśmiertelnym nie jestem — żywo przerwał ojciec. — Dęby prędzej padają niż krzaki. Ty, gdybyś nawet chciał (bo jesteś dobrem dzieckiem) poświęcić się dla mojej idei, która ci jest obojętną, nie mógłbyś, nie potrafiłbyś być duszą w domu, mając inne upodobania i cele. Nie wlewając całego ducha nic się nie robi...
Jest to więc rzecz skończona, nad którą ja boleć mogę, ale jej nie zaradzę ani ja, ani ty. Syn bankiera urodziłeś się poetą i artystą, wziąłeś naturę po matce... Powołanie artysty niezaprzeczenie wielkie, ale zupełnie inne. W słowie i obrazie potęga też wielka, ale rodzaju wcale różnego.
Będąc poetą i artystą a milionerem przytem, co nigdy nie szkodzi, rządząc się rozumnie, możesz się stać jednym z wybranych, którzy pod nogami tłumu nie leżą.
Adam słuchał z pokorą, lecz coraz był smutniejszy. Cały ten wykład sprawy ojca, który, mimo panowania nad sobą, mówił z pewnym wyrzutem i bólem, jego też bolał.
— Długom się z tą myślą nie mógł pogodzić — mówił Salomon — w końcu poddać się konieczności zostałem zmuszony. Nie przeszkadzam ci w niczem, musisz mi to przyznać, — masz wszystkie środki kształcenia się, swobodę najzupełniejszą. W jednej przecie okoliczności o moje prawa ojcowskie upomnieć się muszę.
Tu stary zawahał się nieco; Adamowi rumieniec na twarz wystąpił.
Nadto cię kocham abym z tobą nie był zupełnie szczerym — rzekł Salomon. — Pojmuję miłostki młodzieńcze, a nawet płochości pochodzące z temperamentu; boję się wszakże namiętności, szału, który życie może zawiązać, zwichnąć.
Adam chciał już przerwać i poruszył się z siedzenia. Ojciec dał mu znak, aby go słuchał cierpliwie.
— Słuchaj — ciągnął dalej. Dałem ci swobodę, ale, kochając cię, lękając się o ciebie, musiałem śledzić twe kroki. Oto już rok przeszło jak coraz silniej, coraz namiętniej zajęty jesteś córką pułkownika Maholicha. Dziewczyna jest bardzo ładna, dowcipna, zręczna, przebiegła, ale bez serca zalotnica, niegodna tego uczucia, które w tobie obudziła. Jest obowiązkiem moim przestrzedz cię...
Adam zerwał się z siedzenia rozgorączkowany — co potwierdzało ojcowskie obawy — i zawołał poruszony...
— Kochany ojcze, doniesiono ci fałszywie... To co o niej mówią, potwarzą jest. Dziewczę to jest prawdziwie idealną, naiwną istotą, — ust jego nigdy fałsz nie skaził!
Salomon rozśmiał się ironicznie...
— A! dziecko moje — rzekł — wiem że ci wielką sprawię boleść, ale raz ci potrzeba otworzyć oczy. Pojmuję że się nią mogłeś zająć, bo jest bardzo piękna, ale ta urocza piękność plastyczna, pod którą ty równie pięknej jak ciało domyślasz się duszy, najczęściej — tak jak u niej — kryje serce wystygłe, fantazyą rozbujałą — istotę na utrapienie rodu ludzkiego stworzoną. Dla takich Helen padają Troje...
— Wiem, wiem — powtórzył — że jest fascynującą, czarującą, ale to wcielony fałsz, chodzące kłamstwo...
W słuchającym Adamie widać było boleść niewypowiedzianą, bladł, rumienił się, zżymał, ściskały mu się ręce, drgał konwulsyjnie. Byłby wybuchnął, stając w obronie Roliny, gdyby poszanowanie ojca i jego zimna krew nie tamowało go.
— Wierz mi — począł Salomon, który czytał w twarzy syna. — Nie mówię nic lekko i bez dowodu. Od roku śledzę ją krok w krok, gdziekolwiek się ruszy, wiem co robi, kogo przyjmuje, z kim ma schadzki. Mogę niemal myśli jej i plany powtórzyć.
Schodzicie się z nią w parku, do którego, jak się tobie zdaje, dla ciebie tylko przychodzi. Ale w innych godzinach tak samo się spotyka i równie bałamuci zalotnie, zagadkowego amerykanina don Estebana, który jej swojemi mniemanemi milionami głowę zawraca; daje rendez-vous hrabiemu Broniszowi, który podobno jest jej najdawniejszym adoratorem. Oprócz tych, biega za nią baron St. Foix, no — i kilku innych...
Z niewypowiedzianą zręcznością, nad wiek swój, każdego z was umie tak złudzić, iż się wam zdaje z kolei, że jedni wybranymi jesteście. Nie kocha ona ciebie, bo nie kocha nikogo, i nie jest już zdolną pokochać. Jest to jedna z tych kobiet zimnych, które żyją głową tylko, które ambicya prowadzi, a zdaje im się że wszystkich oszukać potrafią.
Jaką będzie żoną, jeżeli się za mąż wyda, nie wiem — dodał Salomon — ale ten nałóg zalotności zimnej może ją zaprowadzić daleko, gdy obawa skompromitowania się ustanie...
Ojciec może być o nią spokojnym, — umie rachować dobrze — za męża, nie ręczę.
Słuchając tego długiego opowiadania ojcowskiego Adam się rzucił na krzesło, ręką nacisnął czoło. Spuścił oczy, milczał. Brzmiało to w jego uszach jak wyrok śmierci — pierwszy zawód w życiu...
Zimną ręką stary z bóstwa jego zdzierał zasłonę — błotem obrzucał ideał...
Ze zniszczeniem jego wszelki ideał ziemski stawał się dla poety niemożliwym. Jeżeli nie ona któż mógł być tą istotą wybraną... Jeżeli piękność tak cudowna była zwodniczą, poczemże na ziemi rozpoznać było można dzieci Boże od potomstwa kału i brudu?
Chciał ojcu nie wierzyć, zaprzeczyć mu, lecz stary Salomon tak zdawał się dokładnie być uwiadomionym, tak pewnym tego co mówił, i syn tak był nawykłym do wierzenia mu ślepo, a tak mało przygotowanym na obronę, iż mu słów i męztwa zabrakło.
— A! kochany ojcze! — przerwał wreszcie — to są zazdrosnych potwarze! To niepodobieństwo...
— Przygotowany byłem do tej odpowiedzi — odezwał się Salomon spokojnie i łagodnie, z wyrazem politowania, bo mu syna żal było. — Możesz sam po części sprawdzić to co mówię i przekonać się, że nie potrzebowałem nic dodawać do rzeczywistości. Wskażę ci miejsca i godziny, w których się tak samo jak z tobą spotyka z amerykaninem; mogę powiedzieć gdzie się z baronem widuje; i kiedy, po wyjściu ojca na miasto, sama przyjmuje u siebie hrabiego Bronisza, który dla niej przeciągnął tak swój pobyt w mieście.
Nie dosyć na tem, śmieszny stary Mountcastle, biega za nią także i uśmiechy grzeczne odbiera; a kilku jeszcze jest w odwodzie. Najsmutniejsza to, że nawet młokosowi księciu Rudolfowi von Hoh-Winterburg głowę zawraca, choć wie że to jej do niczego nie doprowadzi...
Mówiąc to stary bankier podnosił głowę i śmiał się, ale w nim boleść widać było.
— Żal mi cię serdecznie, mój Adamie — dodał po chwili — ale potrzeba się zwyciężyć, niech ci łuski z oczów opadną. Bądź mężnym. Któż przez takie rozczarowania i zawody nie przechodził w młodości. Smutne to, a nieuchronne.
Szatańska to piękność...
Nie kończąc Salomon wstał i zbliżył się aż do syna, aby go uścisnąć, potem przechadzać się zaczął po pokoju.
— Jeszcze słowo — dodał zwracając się do milczącego Adama. — Historya podobnych do twojej miłości, wyzyskiwanej niegodziwie, jest bardzo pospolitą. Lękam się jednego, — spotkania twego z nią teraz. Wzburzony, roznamiętniony, nie wytrzymasz, wybuchniesz — powiesz jej wszystko co słyszałeś o niej. Zamiast śledzić ją i przekonać się, odwołasz się do niej samej. Rzucisz oskarżeniem w oczy, a ona — potrafi ci się tak wytłómaczyć, tak uczynić niewinną, takim uczynić niewdzięcznym, zbrodniarzem, iż gotów będziesz padłszy na kolana o przebaczenie jej prosić... Jest to tryb zwykły. Przestrzegam...
Ja ci dam radę inną. Miej wiarę we mnie i moc nad sobą. Spokojnie, bez wymówek się z nią pożegnaj, nie obwiniaj, scen nie rób, bo zostaniesz zwyciężonym. Gdyby na swą obronę nic więcej nad łzy nie miała, starczą one na odjęcie ci siły, na oślepienie. Najlepszym środkiem — ucieczka.
Jako poeta i artysta, dawno pragnąłeś zwiedzić Włochy; jest to podróż, z którą ja dla ciebie się ociągałem, aby cię więcej jeszcze nie rozmarzyła. Dziś wolę cię już widzieć rozkochanym w Venerze Medycejskiej w Florencyi, w jakiej Galatei z Museo-Pio-Clementino, w jakiej Hebe, nawet w czarnookim modelu lub bronzowej dziewczynie z Capri, której prostota i głupota prędko cię rozczarują — niż w tej kobiecie, która ma za sobą wszystko — piękność, rozum, dowcip, wychowanie — wszystko — oprócz serca! Radzę ci, życzę, proszę, jedź do Włoch.
Oddawna podróż ta była wielkiem i gorącem życzeniem Adama, miała dla niego urok czegoś dawno upragnionego, pożądanego od dzieciństwa — ale w tej chwili!
— Jedź do Włoch — powtórzył ojciec weselej — jedź! Maluj, pisz wiersze, marz, bałamuć się, a o tej czarodziejce zapomnij. Znam nadto ją i naturę ludzką, abym ci się pozwolił z nią ożenić, a ona do małżeństwa tylko dąży, i chce je mieć pozłoconem milionami. Gdybyś ubogim był nie spojrzałaby na ciebie.
Na ożenienie z nią nie zezwolę, nigdy, póki żyję, a i po zgonie moim, pod błogosławieństwem ci go zakażę. Toby było samobójstwo... Tyś ślepy, ale ja za ciebie widzę upokorzenie, srom, cierpienie. Nigdy! nigdy!
Łagodność z jaką dotąd przemawiał Salomon, przy ogłoszeniu ostatniego wyroku zmieniła się w niezłomną siłę. Adam uczuł że przeciwko temu postanowieniu walczyć było niepodobieństwem. Stał blady, ręce mu opadły bezwładnie.
Staremu żal się znowu zrobiło jedynaka, zbliżył się i do piersi go przycisnął. Surowość ustąpiła, z czułością matki tulił go do siebie...
— Niestety — rzekł ciszej — wiem jak bolesny cios ci zadałem; ale spełniłem obowiązek lekarza, który, pomimo krzyku chorego, wrzód wycina.
A! dziecko moje! i ja żyłem, i jam był młody, i ja ulegałem nieraz tej fascynacyi którą piękność wywiera, gdy młodość żądną jest tego, co się nazywa miłością. Ubiera ona wówczas ideał we wszystko to co ma w sobie. Ale jakże potem rychło rozwiewają się złote promienie, bledną barwy i blaski, i — zostaje tylko szkielet wstrętliwy.
Jedź do Włoch, dziecko moje.
Możeby lepiej było ażebyś kogo wziął z sobą. Wybierz sobie towarzysza, daję ci zupełną swobodę; mógłbyś na swój koszt wziąć ubogiego artystę.
Uśmiechnął się żartobliwie.
— Choćbyś nawet wziął artystkę! nic nie powiem! — dodał w żart to obracając.
Adam stał jak zdrętwiały, nie słyszał nawet ostatnich słów ojca.
Wszystkie szczegóły, nazwiska, które przed chwilą tak nielitościwie Salomon mu wyliczał, kręciły się poplątane w myśli jego... Walczył z tą gorzką prawdą, której zaprzeczyć, odeprzeć nie miał czem...
Widząc ten smutny stan Adama, ojciec nie chciał go już dręczyć dłużej. Począł szukać kapelusza i laski.
— Idę jeszcze za interesami — rzekł — uspokój się, rozważ com mówił, posłuchaj mojej rady.
Czekam cię jutro rano.
Młody Morimer skłonił się ojcu i wyszedł prędko.
Zmięszany był tak, że znalazłszy się za drzwiami, musiał się chwilę namyślać nim przypomniał drogę do swojego mieszkania.
Przyśpieszonym krokiem zwrócił się potem ku niemu. W tym samym pałacu ale w bocznem skrzydle znajdował się apartament Adama, wcale do ojcowskiego nie podobny. Nie było w nim przepychu ani elegancyi zbytniej, ale znamię artystycznego smaku nadawało mu cechę oryginalną.
W saloniku wisiało kilka pięknych obrazów nowszych mistrzów, stało kilka doskonałych bronzowych kopii zmniejszonych z antyków, było trochę kwiatów i zieleni, nie brakło nawet fortepianu Bösendorfa. Na stołach porozkładane albumy trochę zużytemi oprawami świadczyły, że nie znajdowały się tu dla zwyczaju, ale często przeglądane bywały. Całemi godzinami siadywał nad niemi Adam, szukając w nich tajemnicy wcielania idei, na których mu nie zbywało.
Gabinet przytykający do salonu zawierał bibliotekę arcydzieł i ulubieńców Morimera. Za nim znajdowała się obszerna pracownia, do której mało kto przypuszczanym bywał, z ogromną sofą wschodnią u długiej ściany. Biuro do pisania, stół do rysunków, sztalugi do malowania — i przybory malarskie środek zajmowały.
Na ścianach wisiały szkice w większej części niepokończone, konsole utrzymywały gipsowe odlewy i posążki. Tu żył — artysta.
Widok z okien, z których jedno najczęściej przysłonięte bywało, wychodził na spokojny ogródek — potio, zewsząd murami zamknięte i zielonością ożywione.
Adam wszedłszy do swojej pracowni, w której mu zawsze najwygodniej było, rzucił się na sofę. Oburącz objął głowę rozpaloną i pozostał tak długo nieruchomy, zatopiony w sobie. Ciało było bezwładne, ale myśli wirowały bezładne i zdziczałe...
Co miał począć?
Znał nadto prawość ojca swego, aby go mógł o fałsz posądzić, znał przenikliwość jego i wiedział, że się dać oszukać nie mógł.
Byłaż więc ta istota tak dziewiczego wdzięku, tak śliczna, tak dziecięco szczera — zapewniająca go tak gorąco o swem przywiązaniu, w istocie fałszem i obłudą wcieloną?
Czemże był świat na który Bóg zsyłał takie zwodnice, nie napiętnowawszy ich od kolebki, aby od nich uciekali ludzie? Co znaczyła piękność?
Jakim sposobem dusza brudna mogła się mieścić w ciele tak cudnem i nie przebić się przez jego powłokę?
Te zagadki, życie po raz pierwszy zadawało poecie biednemu... Sfinks stał przed nim ze swem obliczem niewieściem a ciałem potworu, grożąc mu gorzej niż śmiercią, bo — zwątpieniem, odarciem żywota ze wszystkiego co znośnym go czyni.
Walczył ze sobą.
Chciał nie widząc jej, nie żegnając — uciec i zapomnieć... Potem, myślał ją listem zaprawnym goryczą pożegnać na wieki...
I serce się ściskało? Jakto? nie widzieć jej? nigdy? nie pomścić się nawet słowem zawodu swego i boleści?
Było to nad jego siły.
Chciał ją raz jeszcze zobaczyć, być zupełnie panem siebie, chłodno zajrzeć w głąb' tej duszy; choćby trucizną zresztą upoić się raz jeszcze...
W początkach, gdy po raz pierwszy zrobił z nią znajomość, Morimer spotykał Rolinę w parku, zawsze w towarzystwie p. Balbiny. Jakkolwiek się nie cierpiały wzajemnie, pułkownikówna, nim się ośmieliła wychodzić sama, wyciągała ją z sobą na przechadzki.
Później — czyniąc z tego dla niego niby wielką ofiarę, Rolina zaczęła przychodzić sama, Adam znał panią Boehm, nie lubił jej, a że pułkownikówna nie taiła się przed nim ze swoim wstrętem do niej i ogadywała ją często — miał dosyć niekorzystne wyobrażenie o jej charakterze.
Bijąc się teraz z myślami, wpadł w końcu na dosyć dziwną, która mu się zdawała szczęśliwą. Chciał jakimkolwiek sposobem widzieć się sam na sam z p. Boehm i wymódz od niej — prawdę, o której ona wiedzieć musiała. Mogłoż to być ażeby Rolina tylu czcicieli zwodziła razem — i nie kochała nikogo?
Dwie kobiety nie lubiły się — mogła więc uproszona, ubłagana nieprzyjaciółka powiedzieć mu to, o czem zapewne lepiej od innych wiedziała.
Nie zastanowił się nad tem Morimer, że choć niechętna swej wychowanicy, ale z nią i z domem związana oddawna Balbina, nie mogła chcieć rozmyślnie jej szkodzić.
W tej niepewności co miał począć, w potrzebie zrobienia czegoś, chociażby niedorzeczności, Morimer powziąwszy myśl widzenia się z Boehmową, pośpiesznie pobiegł do biurka i w kilku słowach bezimiennie, w sprawie nadzwyczaj ważnej i pilnej, zaprosił na rozmowę p. Balbinę, wyznaczając miejsce spotkania pod namiotem kawiarni na Grabenie, a godzinę popołudniową.
List był pełen uszanowania, a zarazem natarczywy, tak że odmowy nie mógł się Adam spodziewać.
Napisawszy go, wybiegł z domu, złapał pierwszego lepszego posłańca na ulicy, opłacił go sowicie i przykazał oddać do rąk własnych p. Boehm.
Nie wracając już potem do domu, błądził bez celu po mieście, przerzynał się przez małe uliczki, stawał przed sklepami przypatrując się wystawom, w których nic nie widział, przyglądał się zegarom, liczył godziny, gorączka go paliła. Czas wlókł się utrapionym sposobem powoli...
Nareszcie zbliżyła się naznaczona godzina, i na dobry kwadrans przed nią, Adam siedział już pod namiotem, przypatrując się czy nie nadejdzie wezwana.
Nie rozważył jeszcze dobrze jak miał do niej przemówić, od czego zacząć, a wszelkie próby zebrania myśli były próżne, tak był zburzony i roztargniony. Gorączka nie poddaje się ani rozumowi, ani rozumowaniu.
Pani Boehm odebrawszy list, szczęściem w nieobecności Roliny, któraby była pismo Adama poznała — zdumiała się niezmiernie tajemniczemu temu wezwaniu. Nie mogła, niestety, posądzać już nikogo aby się w niej, nawet o zmroku, rozkochał, musiała się więc domyśleć, że szło o jakieś bałamuctwo, o stosunek z Roliną. Iść? nie iść? Zdało się jej że nie miała powodu odmówienia prośbie tak gorącej, a mogła zapobiedz jakiemu nierozważnemu krokowi. Sama ciekawość zresztą nie dopuściłaby jej zostać w domu. Domyślała się, że pośrednictwa jej musiał żądać ktoś, co albo się chciał docisnąć do Roliny, albo jej miał prosić o ułatwienie mu widywania się, korespondencyi. Sądziła, że mógł to być chyba ktoś niemający przystępu do panny i do domu... Kto to być mógł? nie odgadła.
Ubrawszy się naprędce, wyszła.
Była już pod namiotem i miała zająć miejsce, gdy Adam witając przybliżył się do niej. Nie widywała go już oddawna, ale przypomniała sobie łatwo; bo młodych i pięknych twarzy nie zapomina się tak łatwo.
Z twarzy biednego chłopca poznała iż cierpiał, — począć rozmowę było mu ciężko, chwytał się za głowę i jąkał. Przyniesiono lody, które podać kazał, nie śmiejąc przemówić jeszcze. Boehm przypatrywała mu się z zajęciem i politowaniem. Kilka razy już chciał się odezwać, sił mu brakło, napił się wody. Balbina śledziła każdy krok jego. Żal jej było widocznie udręczonego, który jak dziecko niedoświadczone, w stanowczej chwili nie miał siły wykonać tego, co postanowił.
P. Boehm zapragnęła mu dopomódz i wyprowadzić z przykrego położenia.
— Chodzi o Rolinę? nieprawdaż? — odezwała się litościwie. — Mów pan, co się to stało? mogę mu być w czem użyteczną?
Morimer przysunął się do niej ze złożonemi rękami.
— Pani moja — rzekł — zaklinam się! Idzie tu o życie moje, o los mój. Kocham ją, jest to pierwsza miłość; była dla mnie dobrą i łaskawą Rolina, zdawało mi się żem jej serce pozyskał. Moje marzenia przerwały straszne, groźne przestrogi. Nie chcę im wierzyć! Zlituj się pani, co ją znasz od dziecka, wiesz i odgadujesz jej myśli, naucz mnie — mów mi prawdę! prawdę! Możeż ona być płochą i bez serca!
Morimer mówił to głosem przerywanym, słowy porozrywanemi, tak że Boehmowa więcej się domyślać musiała niż zrozumieć go mogła...
Poruszyła ramionami, krótką tylko chwilę namyślając się z odpowiedzią.
— Chcesz pan całej, całej prawdy? — zapytała.
— Choćby gorzką była i straszną — odparł Adam. — Mówią mi że ona jest równie ze wszystkimi zalotną, że to co ja miałem za dowód jej serca dla mnie...
— Ah! — przerwała, chcąc z tego tragicznego tonu rozmowę sprowadzić na lżejszy Boehmowa. — Że nie pan jeden się w niej kochasz, to pewna. O kimże więcej mówiono panu?
Drżąc Adam począł wyliczać imiona, ze wstrętem i obrzydzeniem. Pani Balbina za każdem dawała głową znak potakujący, i uśmiechała się figlarnie.
— Łudziłem się — dodał Morimer — że ona mnie jednego kocha...
Balbina jedząc powoli lody, poruszała ramionami i głową, dumała...
— Żal mi pana bardzo, jesteś rozkochany szczerze, muszę być sumienną — odezwała się. — Znam ją od dziecka, chcesz prawdy? powiem mu że ona nigdy nikogo nie kochała i kochać nie będzie. Wszystko u niej pali się w głowie, w sercu niema nic. Czy kiedy kochać potrafi! co byłoby cudem — nie wiem, dotąd jest taką jaką ją maluję: zimną, pełną ambicyi, egoistką...
Jak rażony piorunem siedział Adam, czego innego się spodziewał i żądał.
— A! pani! czyż podobna tak uwodzić, tak kłamać — odezwał się ze łkaniem i namiętnością w głosie.
— Nie znam wcale stosunków pana z Roliną — odparła Balbina — nie wiem jak dalece zbliżyliście się do siebie, ale... spojrzeń kobiety, uśmiechu, dobrego słowa nie należy tak brać seryo. Pan jesteś młody, bardzo młody!!
Popatrzyła nań i westchnęła. Morimer milczał dość długo, czoło mu się fałdowało.
— Więc to prawda — wybuchnął znowu — że przyjmuje tak samo hołdy tego polaka, amerykanina, francuza...
— O! i wielu innych, bo wszystkim wielbicielom jest rada — odpowiedziała Balbina.
— A ja byłem?
— Jednym z kandydatów między którymi wyboru, o ile wiem, stanowczego nie uczyniła — mówiła p. Boehm z trochą szyderstwa. Ale możnaż jej to mieć tak bardzo za złe? Córka nie majętnego pułkownika, ma tylko tę swą piękność i rozum za posag cały. Chce się wydać za mąż, to cel jej życia, a ambicyę ma wielką i musi przez małżeństwo dostać się na najwyższe szczeble złote, w świat do którego się czuje stworzoną.
Oto pan masz najszczerszą prawdę. Nie jest ona pocieszającą. Na serce nie ma co u niej rachować!
Poruszyła ramionami Boehmowa, i postawiła filiżankę swą, jakby się zabierała do wyjścia. Więcej nic już do powiedzenia nie miała.
— A! w nic więc na świecie wierzyć nie można — wybuchnął Morimer, chwytając się za głowę i nie zważając na to iż ludzie na niego spoglądali.
Balbina musiała pociągnąć go za suknię i szepnąć że ją i siebie skompromituje.
— Zmiłuj się pan, uspokój! — rzekła — ludzie się mogą nie wiem czego domyślać. Żal mi pana szczerze, ale żądałeś prawdy... trzeba mężnie ją przeboleć.
Adam tak kochał, że pomimo tego co od Balbiny usłyszał, nie rozstawszy się z nią, już sofizmami jakiemiś usiłował znaczenie przestrogi zmniejszyć. Wiadomo mu było że się nie lubiły, Boehmowa niesprawiedliwą być musiała.
Cichemi kilku wyrazami podziękował jej, nieco powierzchownie uspokojony.
— Cóż pan myślisz? — zapytała go.
— Ojciec życzy sobie abym do Włoch jechał. Podróż ta ma być lekarstwem dla mnie. Sam nie wiem jeszcze co pocznę.
— Jabym panu toż co ojciec radziła — wtrąciła Boehmowa. — Jeżeli nie chcesz lub nie możesz się żenić z nią, coby było najprostszem i najlepszem może rozwiązaniem zadania, lepiej od niej uciekać. Bądź co bądź, Rolina czy będzie kogo kochała czy nie, za mąż bogato wydać się musi. Sercu nic nie poświęci...
— Pójdzie za mąż dla...? — zapytał Adam.
— Dla pozycyi w świecie, dla majątku, dlatego co jej przyszłość zapewni i ambicyę zaspokoi... o tem pan nie wątp — dokończyła pani Boehm, żegnając go grzecznym ukłonem.
Morimer zagryzł wargi, wejrzeniem osowiałem rzucając dokoła.
— Jedź pan do Włoch! — szepnęła odchodząc.




VII.

Nazajutrz rano o zwykłej godzinie, o której, pod pozorem picia jakiejś wody, Rolina zwykła się była spotykać z tym, którego żartobliwie zwała swoim nadwornym poetą, — dosyć nielitościwie nie raz wyśmiewając go przed Balbiną, — nie zastała go w parku. Nigdy się to nie trafiło jej jeszcze, aby na siebie czekać kazał, lub ją zawiódł i nie przybył.
Dla niej rzucać musiał wszystko. Dumne dziewczę na samą tę myśl że mogło być lekceważone, zapomniane, burzyło się już gniewem okrutnym.
Mogłoż być na świecie coś coby więcej ważyło niż spojrzenie na nią, niż jej uśmiech i słowo? Była to zdrada, zuchwalstwo nieprzebaczone.
Adam noc całą spędził w gorączce — najdziksze osnuwając plany. Chciał biedz, wyrzutami ją zawstydzić, odepchnąć przekleństwem na wieki — chciał znowu nie widzieć jej wcale, jechać, uciekać, chciał pisać i piorunującym listem ją pożegnać.
Nie wiedział sam jak postąpi.
W ostatniej chwili, gdy po długiej walce z sobą postanowił nie iść wcale, dał sobie słowo że nie pójdzie — nagle przemogła namiętność, chwycił za kapelusz, poleciał.
Sądził że może jej już nie zastanie. Gdyby tak los zrządził, naówczas natychmiast miał się wybrać do Włoch, i zimnym ją listem pożegnać.
Ale śpieszył tak zdyszany, że na znanej ścieżce spotkał Rolinę. Nie taką jaką ją znał zwykle, ale nachmurzoną, zarumienioną, rozgniewaną, dumną. Przywitała go zaledwie głowy skinieniem, lodowato.
— Godziż się to — odezwała się głosem zmienionym — kobiecie kazać czekać na siebie?
Morimer blady stał długo patrząc na nią i nie mogąc przemówić słowa. I on brwi marszczył groźnie, twarz miał zmienioną.
— Nie miałem dziś przyjść wcale — odezwał się w końcu z wysiłkiem — bo nie chciałem pani sprawić przykrości.
Pan i pani — oddawna z rozmowy byli wygnani, Rolina uderzona wyrażeniem tem, pochwyciła gniewnie.
— Ach! pani!!
Domyślała się już jakiejś katastrofy, ale w charakterze jej było nie unikać żadnej. Nie lękała się niczego i nikogo, czując siłę w sobie.
— Mówże pan dlaczego nie miałeś dziś przyjść? — zapytała.
— Rolino! — przerwał Morimer namiętnie — dotknęło mnie największe nieszczęście jakie spotkać mogło. Niewiara w ciebie.
— A? a? — szyderczo i zuchwale podchwyciło dziewczę. — Niewiara?? Zkadże wiatr zawiał nią?
— Nie pytaj — zawołał Adam — powiedz mi raczej, prawda to, że te słodkie słowa, wejrzenia i uśmiechy, które dla mnie były skarbem najdroższym, dzielisz jak jałmużnę między innych wielu... Amerykanin, polak, francuz!
Rolina zmrużonemi oczyma spojrzała nań surowo.
— Prawda — odpowiedziała z chłodem przerażającym. — Jeżeli dla miłości waszej mam się zamknąć między czterma murami, nie widzieć świata, z ludźmi nie mówić, nie śmieć się rozweselić, ani podnieść oczów... taka miłość niewolnicza jest dla mnie wprost niemożliwą.
Jeżeli pan nie masz wiary w serce moje, a nie starczy mu to uczucie jakie mam dla niego...
Ukłoniła się z przesadzoną grzecznością i wdziękiem.
— Adieu!!
I zawróciła się jak gdyby odejść chciała.
— Rolino! — zawołał ręce składając Adam, który zapomniał, że w ogrodzie na ciekawe obcych wejrzenia wystawieni byli. — Rolino! na Boga! litości!
— Ale czegóż pan chcesz odemnie? — odparła zimno. — Nie rozumiem.
— Twojego słowa tylko, że to są potwarze.
— Potwarze? co? że ci panowie kochają się we mnie? — zawołała z uśmiechem wymuszonym. — Ale to nie są potwarze! Kocha się we mnie bardzo wielu. Nie jestem winna że się komuś podobać mogę, że dla mnie ktoś tam szaleje...
— Ale serce twoje!
— A! serce? — śmiejąc się ciągle ciągnęła dalej i bawiąc kwiatkiem, który trzymała w ręku, niecierpliwie nim bijąc po dłoni. — Serce?? Kto nie czuje i nie wierzy w serce, ten go nie wart, tego słowo i przysięga nie przekonają. Jakiegoż pan wymagać możesz więcej dowodu, gdy mnie widzisz przychodzącą tu dla niego, poświęcającą się...
Niewdzięczny pan jesteś! Dosyć tego!
Odwróciła się porywczo.
— Gniewam się!
Adam stał przybity, upokorzony, a oczy jego o litość błagały.
— A! przebacz mi! — wyjąknął.
Rozgniewana była tak piękną!
— Nie powinnabym przebaczyć — odparła łagodniej — taka zazdrość śmieszna obelgą jest dla mnie...
— Rolino!
I cicho szepcząc pochyleni ku sobie, szli dalej ścieżką, ona dumna i tryumfująca, on upokorzony, zwyciężony i — taki biedny...
A w powietrzu zdały się nad niemi ulatywać wczorajsze wyrazy Balbiny.
— A! jak pan jesteś młody!
W godzinę potem Morimer powrócił do domu upojony, szczęśliwy i siadł natchnione strofy rzucić na papier. Były prześliczne.
Rolina w drugiej stronie parku przechadzała się wesoło gwarząc i pustemi żartami zabawiając a czarując don Estabana Corcero.
Gdy potem w kilka godzin wszedł do pokoju ojca Adam, staremu dosyć było spojrzeć na niego aby poznać, że musiał widzieć zwodnicę i przez nią być obałamuconym. Salomon nadto miał taktu aby o to syna zagadnął.
— Kiedyż się do Włoch wybierzesz? — zapytał.
— Muszę się trochę przygotować do tej podróży — odparł Adam spokojnie — nie łatwo jest wyszukać takiego towarzysza, jakiegobym życzył sobie.
— Zapewne — rzekł ojciec — ale potem następują gorąca, w czasie których podróż staje się nieznośną i niezdrową. W Rzymie znajdziesz malaryę, Florencya będzie pusta, z Neapolu chyba na Capri lub Ischiję trzeba uciekać, albo się skryć w Castellemare...
Stary ojciec niespokojny, zmuszony do śledzenia kroków syna, nie badając go natrętnie, spodziewał się innemi drogami dojść co zaszło między nim a Roliną.
Czuł że wczorajszy cios był odparty, Adam nadto był spokojny.
W istocie rozmowa z panną Maholich, nietylko starczyła na rozproszenie wszelkich podejrzeń, ale — jak zwykle, namiętność jeszcze zwiększyła. Ściśnięcie ręki, czulsze wejrzenie, słówko dwuznaczne — zgoiły rany. Adam znowu pewnym był że go kochano, że zazdrość jego i niewiara były zbrodnią, to co ojcu donoszono, potwarzą, co mówiła Boehmowa niechęcią.
Powróciwszy do domu Rolina nie miała nic pilniejszego nad opisanie szyderskie Balbinie, sceny porannej z Morimerem. Bawiło ją to, chwaliła się przed nią, że wyłajawszy rozkochanego, zmusiła go do przepraszania.
— Tak, raz ci się to udało — odezwała się Balbina — ale podejrzenie może powrócić, ma ono tę naturę że odrasta, będzie cię szpiegował... Jeśli chcesz go zatrzymać... bądźże ostrożną.
Rolina ramionami podrzuciła pogardliwie.
— I cóż? — odparła. — Zobaczy mnie przechadzającą się z Don Estebanem? Cóż to dowodzi?
A! moja Balbino — dodała wesoło — zapomniałaś już chyba czem są ci mężczyźni! Oni, gdy są raz rozkochani na dobre, gdyby nawet widzieli i słyszeli coś bardzo przekonywającego, póki trwa namiętność dadzą sobie zawsze wytłumaczyć że ich oczy, uszy i rozum omylił. Można im wmówić co zechce kobieta!
— Struny jednak zbyt wyprężać nie życzę — szepnęła towarzyszka.
— Owszem! — zaprzeczyła Rolina. — Wszystkie struny życia potrzeba wyciągać... niech brzmią, niech dźwięczą; z wszystkiego korzystać trzeba, wszystko wyzyskać... każdego skosztować owocu, napić się z każdego kielicha... Inaczej, na coby się zdało i coby życie było warte?
Mówiąc to z jakiemś przejęciem i namiętnością, z uniesieniem wesołem, miodem, była tak niezrównanie piękną, tak rozgrzaną jakiemś życia pragnieniem, rozpromienioną żądzą pochłonięcia wszystkich rozkoszy ziemi, do których prawo czuła — które się jej należały — że Boehm oniemiała i ulękła się swej wychowanki.
Sądziła ją zimną — objawiła się jej rozgorączkowaną, a nie umiała rozeznać że ten szał chwilowy cały buchał z jej podnieconej wyobraźni. Ani zmysły ni serce nie miało w nim udziału. Gorzała podbudzona fantazyą tylko.
Przychodziły na nią takie chwile i takie wybuchy... Balbina pomyślała z obawą, że mogły być niebezpiecznemi. Ale i w takich momentach rozgorączkowania Rolina panowała nad sobą, wewnątrz była ostygłą; zimny rozum pozwalał jej natychmiast ochłonąć gdy chciała.
Popołudniu wszystko to poszło w zapomnienie. Adam, jego śmieszna zazdrość, wielbiciele i pragnienia.
Dnia tego w sali Bösendorfera słynny pianista, który już się był wyrzekł dawania koncertów publicznych, syt pieniędzy, orderów i sławy — miał raczyć się dać słyszeć na korzyść jakiejś dobroczynnej instytucyi.
Znajdować się na tym koncercie należało do dobrego tonu, pokazać się na nim było koniecznością. Rolina postanowiła pójść nań — bądźcobądź.
Bilety wszystkie były oddawna rozerwane; ale to ją bynajmniej nie obchodziło.
Chociaż myśl ta jej przyszła zapóźno, powziąwszy ją napisała natychmiast bilecik do hrabiego Bronisza, który dotąd się jeszcze w Wiedniu znajdował.
„Muszę być dziś na koncercie, potrzebuję dwóch biletów, najlepszych, dla mnie, i dla ojca... Proszę wcześnie przyjść z niemi, albo mi się nie pokazywać na oczy“.
Tak brzmiała kartka wysłana umyślnym do hrabiego.
Rolina była najpewniejszą iż bilety będzie miała, znała człowieka i swoją nad nim potęgę.
Z najzupełniejszym spokojem poczęła zaraz potem obmyślać tualetę, w którą się miała na koncert ustroić. Chciała być olśniewająco piękną.
Boehmowa nie sprzeciwiając się, nie mówiąc nic — długo tylko niedowierzająco potrząsała głową.
— A... jeżeli on biletu nie dostanie? — zapytała widząc swą wychowankę gorączkowo wysuwającą szuflady i wyrzucającą suknie i wstążki.
— Jakto nie dostanie? — rozśmiało się dziewczę. — A! toby mi się podobało! Dla mnie żeby Bronisz biletów nie dostał?! Musi — choćby miał człowieka bilet posiadającego zamordować. Ja na koncercie będę.
— Dlaczegóż na nim być tak nieodzownie musisz?
— Bo... bo mi się tak podoba! — odparła Rolina. — Czyż potrzebuję coś więcej powiedzieć nad to!
Suknia dobyta była już przygotowaną.
Na tę konieczność znajdowania się na koncercie, składało się różnych przyczyn wiele. Najprzód, Rolina potrzebowała być tam wszędzie gdzie był świat, do którego ona wcisnąć się i należeć chciała, i pragnęła aby ją do niego liczono.
Zalotność jej dla wielu podżyłych panów, po których się nic spodziewać nie mogła, zmierzała do tego, aby przez nich zdobyć sobie stanowisko w tych dotąd jeszcze niedostępnych sferach.
Na koncercie mogła widzieć, być widzianą i zbliżyć się znowu do tych osób, które spotkała u księżnej, a później im znikła z oczów... Wpływowy anglik Mountcastle, baron St. Foix, na ostatek piękne młode książątko. Rudolf-Cherubinek, po którym trochę tęskniła, wszyscy się tu dnia tego musieli znajdować.
Młody Hoh-Winterburg po rozmowie z babką, choć był szalenie rozkochany, musiał się stać ostrożniejszym, nie miał wreszcie sposobu zbliżenia się do tego bóstwa swojego.
Wiedział on gdzie Rolina mieszkała, przechodził gdy tylko mógł przez Wallnerstrasse, podnosił tęskne oczy ku jej oknom, spodziewał się ją spotkać — ale rzadko bardzo mu się szczęściło.
W przeciągu tego czasu trzy czy cztery razy tylko zdaleka widział Rolinę, raz czy dwa udało mu się ją spotkać powracającą z przechadzek, ukłonić się jej zaczerwienionemu i parę tchórzliwych przemówić słówek.
Czytała w jego oczach że zapomnianą nie była — a choć rachuby na młode książątko słabe były bardzo, prawie żadne, chciała i przez niego nie być zapomnianą. Sprawiało jej to pewną przyjemność, łechtało miłość własną, przez wszystkich być tak wielbioną... Potrzebowała już kadzidła do życia, oddychała niem z rozkoszą.
Na koncercie musiał się też znajdować, znany ze swego dyletantyzmu baron St. Foix.
Rolina, dla której francuz był bardzo nadskakującym, spodziewała się go doprowadzić do zaproszenia na muzykalne wieczory...
U barona zbierało się towarzystwo wybrane, a choć nie był żonaty, bywały i kobiety, bo bratowa jego, nie młoda już pani, robiła honory domu.
Pani Iza de St. Foix uczona literatka, której się raz udało coś umieścić w Revue des deux Mondes, i od tego czasu przypominała ciągle, iż była jej współpracowniczką, — wielce sztywna jejmość, przyjmowana była wszędzie, choć mocno wszystkich nudziła.
Do tego francuskiego salonu się dostać, a przez niego do innych, było najgorętszem pragnieniem Roliny. Nie żałowała też dla St. Foix najczulszych wejrzeń, najgorętszych sympatyi dowodów, a łysy baron wyobrażał sobie, iż zawrócił jej główkę.
Księżna Matylda, której zalotność pułkownikównej wcale się nie podobała, od owego wieczoru dramatycznego zupełnie o niej zapomniała. Było to rażącem, Rolina gniewała się na nią.
Właśnie na przekorę księżnie chciała wnijść w ten świat, który przed nią tak zazdrośnie zamykano.
Wiele gotowa była ofiar uczynić, aby dopiąć tego celu.
Ojciec, na którego gniewała się i narzekała, do spełnienia tych jej ambitnych planów wcale się nie mógł przydać. Niepodobna go było skłonić aby szukał stosunków, oddawał wizyty, robił coś dla córki. Przy najlepszych chęciach, nie umiał poprostu chodzić manowcami. Cała jego przeszłość nauczyła go żołnierskiej otwartości i szturmowania do celu, który tu podjazdowo zdobywać było potrzeba.
Sama jego powierzchowność w salonach arystokratycznych wydawała się niemal śmiesznie, nie umiał chodzić, siąść, a nadewszystko prawić słodyczy i zabawiać rozmową tkaną z pajęczyny. Wydawał się pospolitym, ubierał niepocześnie, kłaniał zbyt nisko, a siebie oceniał za mało i drożej sprzedać nie umiał.
Zacny, poczciwy człowiek do salonu nie był stworzony, daleko mu swobodniej było w stajni dawniej, a teraz w sklepie antykwaryusza, gdzie mógł kląć i palić cygaro.
Rolina czasem aż do łez się gryzła tem, że ją Pan Bóg takim niezgrabnym ojcem pokarał, chociaż, zaprzeczyć temu nie mogła, że to był najlepszy, najprzywiązańszy, najczulszy z ojców. Tylko — nie rozumieli się wcale. Ona odziedziczyła krew matki francuski, z południowych prowincyj, on od dzieciństwa zaszyty w mundur, pod nim wszelką samoistność i uczucie godności postradał. Zbyt długo na niższych wegetował stopniach, a karność uczyniła go trwożliwym.
Miała więc Rolina wiele ważnych pobudek domagania się tego koncertu, po którym sobie wiele obiecywała.
Tymczasem godzina oznaczona się zbliżała, a biletów nie było.
Była jednak tak pewną, iż wydany przez nią rozkaz spełniony być musi, iż nie czekając na wiadomość o nich, ubierać się zaczęła.
Ojcu wydany już był zawczasu ordynans, aby wdział mundur najlepszy i gotował się córce towarzyszyć. Wolała mieć go przy sobie niż panią Boehm, którą brała tylko gdy była do tego zmuszoną.
Z temi co zawsze oznakami niecierpliwości poczęła się tualeta przed wielkiem zwierciadłem, do której posługiwać musiały: służąca, będąca razem kucharką — co ją do funkcyj garderobianej niezbyt zręczną czyniło, i pani Boehm, której najlepsze chęci nigdy kapryśnego dziewczęcia nie zadawalniały.
Z wzrastającą coraz niecierpliwością Rolina spoglądała na zegar.
Byćże by mogło, aby Stach Bronisz, choćby mu za bilety największą sumę przyszło zapłacić, nie umiał ich zdobyć pieniędzmi, stosunkami, bodaj gwałtem i przemocą. W to uwierzyć nie mogła by jej rozkaz został niespełniony, musiałaby zwątpić o swej wszechmocności, i o miłości hrabiego, której była tak pewną!!
Godzina już, już nadchodziła, zaufana w to iż na koncercie być musi, Rolina posłała po dorożkę.
Stała już ubrana zupełnie, z różą we włosach, jak anioł piękna, tą pięknością świetną, zwycięzką, narzucającą się, porywającą serca i oczy, czarującą zmysły, którą się odznaczała — gdy dzwonek dał się słyszeć u drzwi.
— Nareszcie!
Sama wybiegła otwierać.
Bronisz drżący cały, zmęczony, blady stał we drzwiach, w ręku trzymając dwa bilety...
Rolina z wielkiej radości, rzuciła się ku niemu, na szyję prawie... On pochwycił jej rączkę...
Biedny rozkochany, tak był upojony tem że ją widział szczęśliwą, iż mu się w oczach zaćmiło i musiał oprzeć się o drzwi. Czułe to przywitanie trwało tylko mgnienie oka.
Rolina cofnęła się zimna już, zobojętniała. Śmiejąca, patrzyła mu w oczy, litując się i ciesząc razem.
— Jak on mnie kocha! — pomyślała.
— Jedziesz z nami? będziesz na koncercie — zawołała głośno.
Bronisz podniósł oczy do góry.
— Niestety! były to dwa ostatnie bilety, na wagę złota! Dla siebie nie mogłem już zdobyć żadnego! Jeżeli każesz, jeśli pozwolisz, postoję u drzwi czekając, abym przy wyjściu mógł cię zobaczyć jeszcze.
Zdaje się że pułkownikównie nie wiele już zależało na tem, czy mieć przy sobie będzie Bronisza lub nie. Smutku nie widać było na twarzyczce.
— A! jaka szkoda! — przebąknęła obojętnie i biegła już wołać ojca.
— Papo! czas! papo! jedziemy! Hrabio! rękę, podaj mi rękę, schodzimy... niema chwili do stracenia.
Pułkownik wdziewał płaszcz i pędził za nią po wschodach.
Bronisz przez całe trzy piętra prowadząc ją, rękę jej do piersi przyciskał, co mu dozwolonem było — marzył, serce mu biło, był szczęśliwy!
Co teraz znaczyło dla niego że o te bilety dobijać się musiał, latać, prosić, przekupywać ludzi i ostatecznie przepłacić tak, że się z niego wyśmiewano? Wszystko to jeden uśmiech wynagradzał.
Z okna dorożki, do której z ojcem wsiadła, piękna panna, szczęśliwa posłała mu jeszcze wdzięczne wejrzenie i pozdrowienie, zostawując go samego na trotuarze. Nie był jej już potrzebny.
W czasie przejazdu zapinając długie rękawiczki, rozgorączkowana Rolina dawała ojcu nauki, jak się miał znajdować, z kim mówić, kogo witać, jak ją wprowadzać i t. p. Chciała na nim wymódz więcej dumy, poczucia swej godności, obejścia się z ludźmi nie tak pokornego, mniej służbistości, której stary pozbyć się nie umiał.
Maholich tak długo był porucznikiem, kapitanem, a tak mało widywał salonów, większą część życia spędziwszy w kordygardzie!
Salon Bösendorfera, jak przewidzieć było łatwo, nie przepełniony był, ale natłoczony. Pułkownik prowadzący córkę miał największą w świecie trudność, przecisnąć się do pierwszych rzędów krzeseł oznaczonych numerami. Ale w ciągu tego pochodu z przeszkodami, Rolina miała sposobność pokazać się i widzieć kogo chciała.
Jeden rzut oka na salę przekonał ją że osoby, o które jej najwięcej chodziło, na sali się znajdowały. Baron St. Foix siedział już z bratową w pierwszym rzędzie. Młode książątko stało z boku przy ścianie, lord Mountcastle, choć wcale nie muzykalny, musiał się pokazać gdzie byli wszyscy.
Księżna Matylda odznaczała się otoczeniem swem, dworem, całą gromadką ludzi, na których nigdy jej nie zbywało, bo jej dowcip, oryginalność, żywość, pewien rodzaj rubaszności dobrego tonu, przyciągały.
Tego wieczoru brzydszą się wydawała niż zwykle, ale ożywioną była niezmiernie, i śmieszek jej słychać było zdaleka.
Rolina postrzegła z oburzeniem, iż księżna widocznie unikała jej ukłonu i udała że jej nie widzi.
Strułoby to jej ten wieczór tak pożądany, gdyby szczęśliwy traf krzesła jej nie umieścił poza siedzeniem barona St. Foix i jego bratowej. Gdyby sama była mogła sobie miejsce wybierać, pewnieby innego nie wzięła. Baron siedział trochę dalej na prawo, tak że zaraz ją zobaczył i rozmowa z nim była ułatwioną.
Oprócz osób znanych i spotykanych wszędzie, sala nabitą była wielą nieznajomemi, rzadko się ukazującemi postaciami. Łatwo pomiędzy niemi rozpoznać było można kobiety, wielbicielki mistrza z przed lat trzydziestu, które żywo pamiętały owe chwile pełne szału, gdy chustki i rękawiczki wirtuoza na drobne rozszarpywano kawałki i jego samego omało los Orfeusza nie spotkał.
Naówczas był on jeszcze pięknym młodzieńcem.
Wszystkie te dawne piękności, z których każda niegdyś miała swą godzinę, w ciągu której mistrz się w niej kochał — dziś zestarzałe i zwiędłe, przychodziły tu nie dla słyszenia muzyki, ale dla odżywienia tych wspomnień, które w ich duszy niezatarte zostawiły ślady.
Chciały widzieć tego nieśmiertelnego, który zawsze jeszcze był królem fortepianu, a dziś chodził w sukni pokutnej, dziwnie jakoś sprzeczającej się z całym potopem gwiazd i orderów na piersi.
Na wieszcza oczekiwał laurem opasany fortepian, bukiety i wieńce, tysiąc serc bijących żywo i oczu ciekawych tysiąc.
Ciekawych — co się stało z tego genialnego mistrza tonów, który tak umiał być wielkim nietylko grą swą ale samym sobą, że potrafił zdobyć stanowisko królewskie, panujące — nawet tam gdzie Beethoven umierał zapomniany, gdzie Schubert dopiero po śmierci znalazł wydawców i wielbicieli! Tak! Mistrz to był tonów — ale i życia. Umiał i stanąć i utrzymać się wysoko, w czas zamilknąć i w czas dać się słyszeć znowu. Obok geniuszu wirtuoza był w nim talent impresarya, z mistrzowstwem gry łączyła się zręczność Barnuma.
Cisza wielka — wybucha grzmot oklasków.
Z za portyery wynurza się powoli, spokojna, blada, wyrazista twarz, której wiek i zmarszczki nadały wyraz energii, a życie tę obojętność królewską, która tłumom imponuje.
Sala się trzęsie. Na nim oklaski te nie czynią wrażenia, pół wieku karmił się niemi. Burza ta nerwów mu nie porusza, krew żywiej w nim nie uderzyła. Czeka majestatyczny, spokojny, wielki, znudzony trochę...
Zaledwie skłonił głową płacącym mu podatek. Wie że jest geniuszem, i że mu się cześć należy.
Twarz to już, niestety, nie ta co uśmiechem czarownym z za chmur zadumy porywała serca i zawracała głowy — ale oblicze smutnego wieszcza, poety tonów, stojącego na wyżynie. Dziś uśmiech jego więcejby był wart jeszcze, ale on już nim nie darzy.
Posągowo zimny, zwolna przystąpił do fortepianu, oklaski uśmierzają się i milkną powoli — cisza zalega salę. Wszystkie oczy wlepione w niego — oczekiwanie wielkie...
Uderzył w klawisze. Jest to ten sam mocarz jeszcze, który największą siłę i największy ton ma na zawołanie, a dziś już mechanicznie posługuje się niemi, nie potrzebując wlewać uczucia, szafować duchem. Palce same mu grają.
Wrażenie jest ogromne. Przyczynia się do niego przeszłość, urok postaci — twarz i suknia. Sala cała w uniesieniu bije brawa. Marmurowy wieszcz zgina się nieco, ironiczny uśmiech drga mu na ustach. Biją oklaski jeszcze... Dziękuje po monarszemu — wychodzi... Szmer rozmów żywych, przerywają oklaski nowe, bez końca.
Baron St. Foix, który, jako francuz, jest nader wrażliwym a uniesieniu ogólnemu posłusznym — odwrócił się, widział za sobą już Rolinę.
Ona także, choć gra na niej nie zrobiła wrażenia, bo myślą była gdzieindziej, musi być zachwyconą — zwłaszcza że jej z tem do twarzy. Oczy jej błyszczą, usta się śmieją z za różowych warg ukazując ząbki perłowe, policzki szkarłat krasi — jest cudnie piękną. Wiele oczów teraz zwraca się na nią. Ona nie widzi ich, ale czuje. W swoim rodzaju jest także wirtuozem, umiejącym grać na całej gamie ludzkich uczuć...
Baron pochyla się ku niej przez krzesła, rad że może pokazać wobec tylu świadków, swój stosunek z tą pięknością, o którą dopytują ciekawi.
— Dawno, bardzo dawno nie widzieliśmy pani — odzywa się St. Foix. — Szukaliśmy ją wszędzie, nigdzie nie mogąc jej znaleźć...
Rolina się uśmiecha. Tłómaczy się, że do świata nie czuje się stworzoną, woli ciszę domową (oczy jej kłam ustom zadają), i kończy tem, że tylko niezmierne pragnienie posłyszenia tej czarującej egzekucyi, mogło ją wyciągnąć z zacisza.
Rozmowa staje się muzykalną, gdyż niema nic łatwiejszego nad rozprawianie o muzyce, choćby się jej ani czuło, ni rozumiało. St. Foix ma gotowe zdanie o wirtuozie i od lat kilkunastu zachowaną gry jego charakterystykę, którą podaje za nową i widzi ją nadzwyczaj sympatycznie przyjętą.
Rolina potwierdza, parafrazuje, podnosi zdanie jego i odegrywa wybornie uniesienia i przejęcie. Tymczasem oczy jej strzelają na wszystkie strony, zbierają postrzeżenia, zarzucają ponęty, na które się coś złapać może.
— Co za potęga! — mówi St. Foix, któremu wielki hałas, straszliwe tempo i niezrównana brawura więcej niż muzyka imponują. Wiek nie nadwerężył go, nie ujął mu nic, zolbrzymił go jeszcze. Zdumiewająca organizacya!
Po kilku zamienionych frazesach, Rolina z westchnieniem wyznaje, że jest namiętną miłośniczką muzyki, a tak rzadko słyszeć ją może.
Wzrok towarzyszący tym wyrazom wprawia w gorączkę francuza. Sam może nie wie jak wciągnięty został i zaprosił piękną sąsiadkę wraz z ojcem na jeden ze swych muzykalnych wieczorów. Rolina tego właśnie najgoręcej pragnęła, o to się dobijała; rumieniec żywszy jeszcze okrywa jej twarzyczkę, wyciąga rączkę do barona i ściska dłoń jego — tak znacząco!
Uścisk ten młodych, ślicznych paluszków podstarzałego celadona przenosi w krainę rajskich marzeń. Zapomina o hrabinie Z., która rozparta w krześle, z lornetką w ręku, oczyma przebiega salę i ściga go wzrokiem mściwym.
Baron cały pochylony ku pułkownikównie, zwracał na siebie i na nią oczy całej sali.
Koncert zszedł tak cały na tych grzmotach, okrzykach i entuzyazmie, którym wymożono na mistrzu znużonym, jeszcze jedną, nadprogramową, obrachowaną na zrobienie nadzwyczajnego wrażenia — improwizacyę.
Temat był narodowy, popularny...
Ponieważ na tłum zawsze więcej działa kuglarstwo niż sztuka, mistrz całą swą czarodziejską zręczność rozwinął w niej aby upoić słuchaczów.
Śpiewały głosy pojedyńcze, towarzyszyła im orkiestra cała, zdawało się słyszeć i ludzkie głosy i trąb brzmienie, i bębny i zele i flety, a wszystko to dziesięć palców wywoływało?!... Czarodziej! Uniesienie doszło do najwyższego stopnia zachwytu.
Wieńce srebrne i zielone, bukiety, korony sypały się ze wszech stron pod stopy ubóstwianego wirtuoza.
Skłonił głowę, rękę położył na piersiach, i zniknął.
Tłum wreszcie odpływać zaczął. Baron St. Foix pożegnawszy się znikł utonąwszy w tej ludzkiej fali, pułkownik niezgrabnie podał rękę córce — Rolina szła poważnie rozglądając się dokoła.
Była prawie pewną że ktoś z tych co się do niej zdala oczyma modlili, pomimo ścisku zbliżyć do niej się musi.
Mijając pozdrawiało ją wielu.
Wyjście trudniejszem jeszcze było niż wciśnięcie się do sali. Pułkownik w najwyższym stopniu niezręczny, rady sobie dać nie mógł. W wojsku nigdy z podobnym nieładem i niesubordynacyą nie miał do czynienia.
Z ust co chwila wyrywało mu się — Sakr... i Tausend... ale to nic nie pomagało. Rolina dość obojętna, pewna siebie, korzystała z tego i strzelała oczyma... Wieczór uczynił na niej wrażenie miłe, dopięła tego czego chciała. Los, który nie zawsze jej tak sprzyjał, tym razem był bardzo łaskawy.
Ufała w gwiazdę swoją.
Na ostatek po utrapionej podróży przez salę, jeszcze pełną, Maholich ją doprowadził do garderoby.
Pierwsza twarz którą tu ujrzała była hr. Bronisza. Nie miał on biletu, nie znajdował się na koncercie, lecz stał razem ze służbą oczekując na swą panią, która mu tu być — dozwoliła.
Mógł ją zobaczyć raz jeszcze.
Z drugiej strony trwożliwie zbliżył się książę Rudolf; — dopominając się numeru, aby ułatwić odebranie narzutki i chustki.
Pułkownik właśnie się tem już zajął... Zostawiona sama sobie na chwilę, Rolina zdala uśmiechnęła się przyjaźnie Broniszowi, ale rączkę podała księciu. Chłopak pobladł, tak się uczuł szczęśliwym... Czuł dotknięcie jej ramienia, twarzyczkę jej tuż blisko, oddech prawie. Ręka jej drżała przy jego dłoni, jakby jej szukała. W tem ścisku lekkie dotknięcie niepostrzeżone było tak naturalnem! Rudolf zaniemiał z rozkoszy... Myślał że takby z nią w niemem upojeniu chciał do końca świata pozostać.
U drzwi, przy wsiadaniu do powozu, kolej przyszła na Bronisza, którego rękę ścisnęła Rolina znacząco. Twarzyczka osłonięta koronkową chustką wychyliła się z powozu, uśmiechnęła — wszystkim, i znikła w nocnych mrokach.




VIII.

Żadnego może narodu charakter, skutkiem wyrabiania się swobodnego w jednym kierunku z wielkiem szczęściem i powodzeniem; — nie nabrał cech tak wybitnych, nie wykształcił się tak odrębnie, tak indywidualnie jak francuski. Piękne jego strony doszły aż do heroizmu, ujemne do śmieszności i karykatury. Nie wiem czy jest co trudniejszego w świecie nad wynarodowienie francuza — chyba przerobienie anglika na kosmopolitę. Wprawdzie francuz zgodzi się z każdym, nawet najmniej sobie sympatycznym narodem, jeśli on jego miłości własnej nie zadrasnął — ale sobą nie przestanie być nigdy.
Jest w nim coś królewskiego potomka, który zubożały i zszarzany, nigdy krwi swej monarchicznej zapomnieć nie może. Ils sont bons princes, bardzo często, ale książętami być muszą. Długo też panowali cywilizacyi całego świata...
Nawet po roku 1870 czują że jeszcze mają do tego prawo.
W istocie, w historyi cywilizacyi, która jest dziełem sił wielu, Francya miała udział przeważny, pochlubić się nim może, ale i w dziejach aberacyi umysłu ludzkiego niepoślednie miejsce zajmuje.
Baron St. Foix był doskonałym typem francuza, a raczej paryżanina, to jest francuza podniesionego do najwyższej potęgi. Miał wszystkie przymioty i słabostki wszystkie swego narodu. Najprzyjemniejszy z ludzi, był razem najpłochszym, mimo dojrzałego wieku. Nic się nie uczył a bardzo wiele umiał, nadewszystko zaś nieświadomość swą wielu najważniejszych rzeczy nadzwyczaj zręcznie pokrywał.
Niezmierna próżność i duma łączyła się w nim z pozorną popularnością i wyszukanem ugrzecznieniem. Poświeciwszy się karyerze dyplomatycznej, która go po całej Europie długo przerzucała z miejsca na miejsce po różnych stolicach — mógł był bardzo stracić swój charakter paryżanina, przejąć coś z obcych obyczajów, lub przynajmniej pogodzić się z niemi. Lecz wcale tak nie było. Baron na wiedeńskim bruku żył bulwarem włoskim, czytał tu tylko francuzkie dzienniki, karmił się lekką literaturą swojego kraju, myślą i duchem był zawsze nad Sekwaną. Dla niego, wedle wyrażenia W. Hugo, Paryż zawsze był sercem świata.
Za criterium do ocenienia wszystkiego służyła mu miara paryzka. Kobieta zachwycająca wywoływała w nim porównanie do paryżanki.
Najwyższą pochwałą w jego ustach było podobieństwo do czegoś paryzkiego.
Wielkości nieznane lub nieuznane w Paryżu, dla niego nie istniały. Kto nie pozyskał sobie rozgłosu w stolicy świata — ten był niczem.
Słowo wyrzeczone w jakim dzienniku paryzkim ważyło dlań więcej, niż największa zasługa.
Z tem wszystkiem był to najmilszy człowiek w świecie, dopóki jego miłość własna zadraśniętą nie była.
Jak znaczniejsza część francuzów, miał cześć dla kobiet wielką i był niezmiernie czułym na urok piękności. Niegdyś bardzo przystojny, pięknego imienia, nie ubogi, dyplomata (a i to coś znaczy) baron St. Foix miał w ciągu życia wiele szczęścia do kobiet.
Bawił się też trochę w Don Juana, ale zawsze tak oględnie, aby nigdy z żadnym komandorem nie mieć do czynienia. Gotów był do wielu ofiar dla pięknych oczu, lecz — złamać sobie dla nich życia nie myślał.
Ślady tych dawnych przygód żywota były tak zręcznie zatarte, iż z nich nic nie pozostawało. A sztuką to jest niepospolitą uwolnić się od brzemienia przeszłości, które ciąży często do zgonu... Baron St. Foix był zupełnie swobodnym.
Byli ludzie, którzy utrzymywali że baron niegdyś miał żonę, ale historya tego małżeństwa była tak ciemną i mistyczną, iż można ją było za bajkę poczytać. Po tej omyłce — jeżeli ją popełnił — nie myślał się już żenić wcale.
Bratowa, bas bleu, była gospodynią jego domu, nie zawadzającą mu i umiejącą się do jego trybu życia i obyczaju zastosować. St. Foix uchodził za znawcę dzieł artystycznych, grał na fortepianie straszliwie i liczono go do dylletantów. Mówiono, że niegdyś śpiewał, a kochał się w muzyce zapamiętale, chociaż prawił o niej czasem rzeczy osłupiające. Literatura nie była mu obcą, a uczoność bratowej nie dała mu jej zaniedbać.
Przy wielu dworach niemieckich sprawując różne funkcye dyplomatyczne od lat wielu, częstokroć zastępując posłów — było to wielce oryginalnem — baron wcale się nie uczył i nie rozumiał po niemiecku.
Wspólnem mu to było zresztą z większością dyplomatów francuzkich z przed 1870 r., z których mało język niemiecki rozumiało. Trafiały się całe poselstwa, w składzie swym nie mające ani jednego urzędnika, oswojonego z niemieckim językiem.
Złośliwi ludzie utrzymywali, że baron czasem w rozmowach zdradzał dziwną nieznajomość geografii, gdy szło nawet o kraje sąsiednie, w których dotąd nie bywał. Im dalej od granic Francyi, tem świadomość stosunków, podziałów, rozgraniczeń była bardziej uderzającą.
W postępowaniu bardzo correct, ostrożny, nigdy zbytnią gorliwością i zapaleni nie grzeszący — cierpliwy, umiejący mówić otwarcie a nie wygadać się z niczem — St. Foix miał ustaloną opinię znakomitego dyplomaty.
Spodziewał się też wprędce zostać gdzieś ministrem pełnomocnym, zamiast być, jak dotąd, pierwszym radcą ambasady, a czasem zastępcą w czasie urlopu.
Przystojny jeszcze, z twarzą wesołą, zawsze starannie ubrany, w Wiedniu miał baron wiele stosunków serdecznych, a skończył na hrabinie Z., która go teraz jeszcze, wyrywającego się jej i wymykającego trzymała całą siłą niknących już wdzięków i groźnego, złośliwego dowcipu.
Baron oddawna pragnął zerwać grzecznie, lub przynajmniej zejść na dobrego przyjaciela — dotąd jednak mu się to nie udało. Nie przeszkadzało mu to być nadskakującym dla kobiet, a niekiedy na krótko rozpłomieniać się po młodzieńczemu. Bratowa jego, która znała już tę naturę wrażliwą i wybuchającą słomianym płomieniem, nie bardzo się jej obawiała i umiała ją ostudzać.
Wiedziała że im ogień był większy w początku, tem prędzej wygorzał.
I zapał ten dla pięknej Roliny nie zdawał się jej groźnym. Dziewczę było za młode, baron za ostrożny i nazbyt ceniący swój spokój, aby zaszedł za daleko. Jednakże po koncercie, w czasie którego widziała go tak jawnie dworującym pułkownikównie i kompromitującym się w oczach wszystkich, pani Iza de St. Foix trochę być zaczynała niespokojną.
Młodość dziewczęcia właśnie dla człowieka tego wieku była największą ponętą i niebezpieczeństwem. Bała się ożenienia; a małżeństwo było i jej nieprzyjemnem i — zdaniem jej, dla szwagra niedorzecznem.
Wedle jej, już wypróbowanego systemu, sprzeciwiać się, rozpoczynać o to walkę, drażnić radami, było największą niezręcznością, potrzeba było owszem pośpiesznie ten ogień do największego doprowadzić rozgorzenia, aby potem sam przez się zagasnął.
Nie sprzeciwiała się więc zaproszeniu Roliny na wieczór i sama je z wielką uprzejmością powtórzyła w czasie koncertu; uśmiechała się pułkownikowi i pułkownikównie, nie okazała po sobie cienia złego humoru. W krótkiej rozmowie z Roliną, pani Iza nie mogła się powstrzymać aby coś o literaturze nie napomknęła i ze zdumieniem przekonała się, że panna Maholich obeznaną była dosyć z jej nowościami, oczytaną i umiejącą w potrzebie okazać więcej niż w istocie literatka spodziewała się po niej.
Rolina miała między innemi i ten talent iż mało pracując, zdobywała wiele. Przy całej swej zalotności i przejęciu głównym życia celem — zdobyciem stanowiska na wyżynach; panna Maholich wykształcenia swego nie zaniedbywała. A że natura obdarzyła ją pojęciem bystrem, pamięcią doskonałą — domyślnością łatwą, mogła śmiało stanąć obok kobiet, które za najlepiej wychowane uchodziły.
Dawało jej to więcej jedną siłę do walki i umiała ją ocenić.
Nigdy żadną kobiecą robótką nie zajęta, pogardzając niemi, pułkownikówna miała czasu poddostatkiem. Zabijając go, czytała wiele, bez wyboru, prędko, chciwie, lekko i na swój sposób z korzyścią, gdyż brała z książek to, czem się mogła w życiu i rozmowie posłużyć...
Umysł giętki dozwalał jej tam gdzie jak u pani St. Foix, zabawiać się było potrzeba literaturą, — świetnie podołać zadaniu i popisać się z nielada erudycyą.
Wieczory u barona St. Foix, który na Heu-Markt zajmował niezbyt obszerny apartament na pierwszem piętrze, nie gromadziły nigdy zbyt wielu osób, nie bywały tłumne, ale bawiono się tu doskonale i przyjęcie było, wedle wszelkich form wytworne, obfite, doskonałe. Każdy francuz jest potroszę gastronomem, i gospodarz odznaczał się też apetytem dobrym a podniebieniem smakosza. Trochę muzyki, rozmowa ożywiona, stoliki do małej gry dla tych co ją lubili, — wieczerza zawsze wykwintna bardzo, czyniły wieczory barona miłemi i ubiegano się o zaproszenia, któremi zręczny St. Foix nie nazbyt szafował.
Dobór towarzystwa był staranny, szczególniej co do mężczyzn; — z kobiet trafiały się i mniej znane, mniej wybitne osobistości, ale zawsze należące do tego co się zowie, katexochen światem. Wyjątek stanowiły znakomite literatki znajome pani Izie. Baron rzadko zapraszał młodych artystów.
Tego wieczora właśnie gdy Rolina była zaproszoną, osób nie spodziewano się wielu.
Do wybranych należał Conte di Bongi, kilku francuzów przez Wiedeń przejeżdżających, jedna, nie młoda już autorka poezyj, niemka, przyjaciółka gospodyni (chodząca w okularach i tłómacząca Coppée’go), fortepianista sentymentalny i t. p. A że Salomon Morimer był z powodu filii swej w Paryżu, bankierem barona oddawna, syn też jego raz na zawsze miał zaproszenie, o czem Rolina nie wiedziała.
Zjawiała się tu czasem i hrabina Z. niespodzianie, szczególniej gdy go podejrzewała o niewierność i przykrość mu wyrządzić chciała. Można się było i tego dnia obawiać aby nie wpadła, domyślając się z żywej na koncercie rozmowy z baronem, że Rolina być mogła na przyszły wieczór zaproszoną. Wprawdzie hrabina nie zniżyłaby się do zrobienia sceny jakiejś, ale przybycie jej mogło być dysonansem nieprzyjemnym.
Pułkownik z córką zjawił się ani za wcześnie, ni zbyt późno. Ważniejsze osoby towarzystwa już były w salonie zgromadzone, a na kanapie żywą rozmową zajęte były literatki.
Rolina weszła przybrana, jak zawsze, z wielkim smakiem, z prostotą i elegancyą, podnoszącą wielką jej piękność. Rzadko się jej trafiało stracić trochę wdzięku, a gdy chciała nadać twarzyczce blask, urok, pewien oznaczony charakter ad hoc, dopięła tego zawsze, choćby w duszy najwięcej cierpiała. Moc miała nad sobą potężną.
Powitawszy ją w progu gospodarz, zaprowadził do bratowej i siadł sam przy niej na chwilę, zabawiając przybyłą. Pułkownik nie mający tu nikogo znajomego, wielce skłopotany, nie wiedząc co z sobą począć, pozostał w środku salonu. W takim razie zwykł był dla kontenansu chudy wąs podkręcać. Zrezygnowany na wszystko co go spotkać mogło, byle córce z tem dobrze było, uśmiechał się sam do siebie, nie tracąc fantazyi. Przypatrywał się na ścianach rozwieszonym obrazom Daubignego, Decamps’a, Cabanela i kilku innych francuskich malarzy.
Gospodyni litościwa kilku słowy grzecznemi przywabiła go potem ku sobie.
Gdy się to działo, stary Conte di Bongi, zdala przypatrujący się pilno Rolinie, zbliżył się, zażądał być zaprezentowanym, i zastąpił przy niej gospodarza.
Dla Roliny była to nowa znajomość, a wszelki nowy człowiek, bez wyjątku dla niej był konieczną zdobyczą nową. Miała coś w temperamencie, naturze i nawyknieniu, co ją zmuszało starać się podbić każdego, tak jak strategik nie pozostawia w pochodzie za sobą nieopanowanej fortecy.
Kto się nie dał zdobyć — stawał się dla niej nieprzyjacielem.
Di Bongi, którego widziała przypatrującego się sobie na koncercie z taką uwagą, zrobił na niej niepokojące wrażenie. Naprzód, wzrok jego był jakiś przenikający, powtóre nic w nim nie obiecywało wielbiciela, a coś zapowiadało ciekawego badacza, który ją chciał poznać bliżej, aby mógł sobie wytłómaczyć.
I teraz, usiadłszy przy niej, wpatrywał się w nią wzrokiem dobrotliwym, ojcowskim niemal i wydał się jej zazimnym i obojętnym. Nawykła była widywać, od ognia swych oczu rozgrzewających się młodych i starych. Di Bongi spoglądał na nią z sympatyą, ale we wzroku tym było coś tak poważnego, z takim olimpijskim spokojem badał ją stary, że Rolina, w początku bardzo śmiało i zuchwale zaglądająca mu w oczy, uczuła iż sięgał do głębi jej duszy, zlękła się go i zwyciężona wzrok musiała odwrócić.
Dźwięcznym, łagodnym głosem wioch rozpoczął z nią rozmowę, rozpytując się od jak dawna w Wiedniu mieszkała, i czy pobyt znajdowała miłym.
Pułkownikówna, ulegając wyższości ducha, którą uznała w nim, zapomniała o odgrywaniu roli, stała się naturalną, co jej się bardzo rzadko trafiało.
Zyskiwała na tem.
— Wiedeń — poczęła z uśmiechem niemal dobrodusznym — jest dla mnie teraz jakby rodzinnem miastem. Przebywałam w niem dawniej czas krótszy, teraz już od lat kilku osiedliśmy tu stale. W dzieciństwie podzielając los ojca mojego, którego służba z jego pułkiem przerzucała w różne miejsca pobytu, musiałam wędrować wiele, później wracaliśmy często do Wiednia. Nawykłam do niego, czuję się tu jak u siebie, i nie wiem czybym gdzie równie się czuła swobodną. Do Wiednia zresztą — dodała — nawet obcy się łatwo przyzwyczajają, jest to miasto gościnne i sympatyczne...
— Podobnie dzieje się i ze mną — odpowiedział Bongi. — Ojczyzną moją właściwie są Włochy, ale przybraną Austrya. I ja wiele wędrowałem po świecie. Kocham moją Florencyę i Pizę, a do życia Wiedeń wolę.
Z miast europejskich jest to jedno może, w którem ludzie najrozmaitszych narodowości spotykają się bez uczucia niechęci i współzawodnictwa, z życzliwością braterską.
Ojciec pani jest...
— Rodzina ojca mojego pochodzi z Dalmacyi — odpowiedziała Rolina — matka moja była francuską, babka niemką. Nie wiem więc sama do jakiej się mam przyznać narodowości.
— A! — odparł Bongi — kwcstya narodowości nie jest ani kwestyą nazwisk, ani nawet krwi, ale ducha i usposobienia... rzeczą własnego wyboru.
Tak w sposób bardzo poważny rozpoczęła się z włochem rozmowa. Rolina była rada temu jej kierunkowi, gdyż mogła powoli zebrać myśli i trochę się przygotować do — egzaminu, który przeczuwała. Stary Bongi z ciekawością psychologa zdawał się badać to zjawisko, które naprzód pociągnęło go swym artystycznym wdziękiem.
Siedząca obok na kanapie pani Iza de St. Foix przyłączyła się do nich.
Przeciwko gościnnemu Wiedniowi brała w obronę Paryż, jako stolicę świata, gościnną dla wszystkich narodowości, dającą chętny przytułek tym, co własnej nie mieli ojczyzny.
Bongi grzecznie bardzo zbijał to twierdzenie.
— Francya — rzekł — i Paryż, zbyt znają i czują swą wyższość, swą cywilizacyę, zbyt są przywiązane do swojego życia, obyczaju, do form pewnych, aby mogły zrozumieć i poszanować cudzoziemców. Co najwięcej, tolerują przybyszów, ale nie uznają...
Bądź pani sprawiedliwą, przyznaj, że w Paryżu czasem bywacie ciekawi czegoś obcego, ale co obce i nie wasze, wydaje wam się niemal barbarzyńskiem i śmiesznem. Cudzoziemca przyjmujecie o tyle dobrze, o ile obiecuje zostać francuzem i poddać się obyczajowi waszemu. Literatury obcych narodów ledwie się wam wydają warte wspomnienia i poznania... Wiktor Hugo, który nie lubi Goethego, zastępuje wam wszystkich poetów świata.
Mam wam za złe szczególniej że piśmiennictwa i sztuki niemieckiej, aniście nawet poznać bliżej mieli ochotę... Były wyjątki — ale reguła ogólna, ignorowanie tego co nie wasze.
Z pewną dumą, złagodzoną tylko obowiązkami gospodyni, p. de St. Foix odpowiedziała:
— Masz hrabio trochę słuszności, tak, starczyliśmy sobie, nie potrzebując się zapożyczać u obcych. Byliśmy tak bogaci dotąd, że się u nas narody inne żywiły, i na wzór nasz urabiały...
Stojący blisko baron podszedł, zasłyszawszy co mówiono i wtrącił żywo:
— Widzę że tu idzie o honor Francyi, muszę stanąć w jej obronie. Bądźcie sprawiedliwi, panie hrabio. Oskarżacie nas żeśmy lekceważyli wszystko obce, ależ to — obce, było tylko przerobieniem, często popsuciem tego co u nas pożyczono! Moda, teatr, literatura, obyczaj, aż do kuchni, szło od nas na świat cały, i idzie dotąd...
Mieliżeśmy wyrób własny, odkupywać nazad, pod stęplem nowym?
Bongi słuchając uśmiechał się łagodnie. Rolina nie tracąc czasu i rzucając po salonie oczyma, rada była że mogła nie brać zbyt czynnego udziału w rozmowie, bo poważny jej sąsiad, wiele jej zwykłej śmiałości odejmował.
— Nie będę się sprzeczał z wami — odpowiedział hrabia — chociaż jako włoch i spadkobierca Rzymian, mógłbym się upomnieć o kraj własny, i to co on dał światu a wam. Wierz mi, baronie, dziś codzień trudiiiejszem jest i będzie ocenić co który z narodów przyniósł do tej wspólnej kasy, która się cywilizacyą nazywa. Wszystkie pracuję dla niej i dla ludzkości, i bez współudziału różnych plemion, zdolności, rozmaitych władz mniej lub więcej rozwiniętych, cywilizacya zamknięta w granicach ciasnych jak Chiny, musiałaby skarleć i zdziecinnieć jak chińska. Myśl jak krew w calem ciele krążyć powinna swobodnie.
Ale — dodał śmiejąc się — wpadliśmy na przedmiot strasznie suchy... Nieprawdaż?
Odwrócił się stary ku Rolinie, która nic nie odpowiadając, dwuznacznym uśmiechem podziękowała tylko za pamięć o sobie.
— Wnoszę abyśmy lepiej rozpoczęli o nowo wystawionym obrazie Makarta — rzekł wesoło gospodarz — to nas w jaśniejszy świat piękności i blasków wprowadzi... Mistrz to jest kolorytu niezrównany, jakiego sztuka od czasów Tycyana i Rubensa nie miała...
— Wspomnieliście Rubensa — rzekł hrabia. — Narzuca się z nim porównanie...
Rolina ciągle uśmiechem tylko dawała oznaki że uważnie przysłuchiwała się. Z baronem czuła się nierównie swobodniejszą, gdy Bongi czynił na niej wrażenie sędziego lub spowiednika.
Radaby się była uwolnić od niego, ale stary siedział przy niej uparcie, patrzył i badał. Rolina widziała dobrze, iż tak jak innych zbałamucić go nie potrafi, — spokojnie, chłodno, życzliwie ale przenikające się jej przypatrywał.
Spróbowała odwracając się od niego, rozpocząć rozmowę z gospodynią; spodziewała się go pozbyć w ten sposób. Nie pomogło jednak — patrzał ciągle. Mięszało ją to niewymownie.
Jakiż interes mógł mieć ten obcy jej zupełnie człowiek, usiłujący poznać ją bliżej, kiedy uroku dlań nie miała?? Zrozumieć tego nie mogła — bała się instynktowo.
Bongi nie zmieniał miejsca. — milczał dość długo, czekał, lecz jak tylko Rolina była swobodną, zagadywał ją znowu.
— Nieprawdaż — rzekł w końcu do niej — że jestem nieznośnie natrętny? Nudzę panią, a moje siwe włosy niemal śmiesznem czynią oblężenie w którem ją trzymam.
Muszę się pani z tego wytlómaczyć, naprzód tem że jej piękność nie jako człowiek, ale jako miłośnik sztuki podziwiam. Rzadko mi się zdarzało widzieć coś tak doskonałego w naturze, a i sztuka nie tworzy często ideałów podobnych.
Oddawna dla napojenia się widokiem tej jej piękności, pragnąłem zbliżyć się do pani. Z tą pięknością też — dodał ciszej — łączy się dla mnie psychologiczna zagadka...
Rolina zarumieniła się, nieco urażona tem wyznaniem. Nie wierzył więc w to żeby w duszy była równie piękną jak ciałem.
— Rozumiem — rzekła ostro — chciałbyś się pan hrabia przekonać, czy to co nazywasz pięknością nie jest szyldem zwodniczym? Nieprawdaż?
— Zanadto ostro wyraziłaś się pani — odparł włoch spokojnie. — Mam wiarę w to że natura nigdy nie kłamie i dlatego poznać panią chciałem. Nie posądzisz pani mnie o śmieszne jakieś marzenia, bom stary i zapewne starszy od jej ojca: — badam i patrzę aby się nauczyć, ale razem ze szczerą sympatyą i uczuciem życzliwem dla tego arcydzieła bożego, jakiem pani jesteś...
Grzeczny ten zwrot oblał rumieńcem twarz Roliny. Miałżeby natrętny starzec ją odgadnąć, i wszystko — wszystko wiedzieć co się działo w tajnikach jej serca i duszy?
Spojrzała nań prawie błagalnym wzrokiem i dodała półgłosem.
— Trudno ludzi poznać patrząc na nich zdaleka i sądzić o nich z pozorów...
— Tak — rzekł stary, zawsze ze spokojem i łagodnością — ja też nie pokuszę się o to abym mógł sądzić, ani nawet odgadywać śmiem... Dotąd jesteś pani dla mnie zagadką niezrozumiałą.
— Panie hrabio — wyrwało się mimowolnie z ust pułkownikównie — ja sama często niezrozumiałą jestem sobie.
Bongi głową potrząsał.
— Nie wiem — rzekł cicho — pani nie powinnaś być do uniesień skłonną, jesteś panią siebie, i rozumiesz czynności swoje...
Rolina poruszyła się niespokojnie, rumieniec powrócił na twarz i zamknęła mu usta spojrzeniem strwożonem, — przyznaniem iż mógł ją odgadnąć. Stary hrabia skłonił głowę i zamilkł.
Goście inni, widząc hrabiego tak żywą zajętego rozmową z piękną panną, nie przeszkadzali im.
Rolina zamilkła, serce jej biło mimowolnie prawie, szepnęła w końcu, chcąc zakończyć badanie.
— Aby osądzić kobietę, trzeba znać jej przeszłość i położenie... z czego wyrosła, czem się karmiła. Ileż to razy fałszywy blask albo zwodniczy cień ją otacza, dlatego tylko że jest widzianą zdaleka lub z profilu?
Nim de Bongi zdobył się na odpowiedź, fortepianista siadł do popisu, który tem był trudniejszym, że wywoływał wspomnienie gry nieporównanej mistrza... Rolina korzystając z tego, zwróciła się do gospodarza — lecz długo uspokoić się nie mogła.
W starym tym, tak łagodnym i dobrym, widziała sędziego, a taką jaką była w istocie odgadniętą być nie chciała.
Wieczór ten zresztą cały, po którym sobie tyle obiecywała, zawiódł ją i przykre zostawił wrażenie.
Późno już, gdy się gości nowych nie spodziewano, zjawił się w salonie Adam Morimer. Przybycie jego także poruszyło ją i miłem nie było.
Pomimo przynaglań ojca, nie wyjeżdżał dotąd do Włoch. Po pojednaniu z Roliną, — stosunki ich znacznej uległy zmianie. Ona nie mogła mu całkiem przebaczyć, on zapomnieć. Zjawiał się, rozgorączkowywał, ostygał, miłość i zwątpienie opanowywały go naprzemiany. W całem jego postępowaniu widać było ciężką walkę, wahanie się, zachwianą wiarę, obudzoną podejrzliwość.
Czuła że kocha ją zawsze, ale miłość ta przeszła w nową fazę, stała na rozdrożu.
Nie spodziewała się Rolina tu z nim spotkać i strwożyła w początku... Ale Morimer, jakby zaledwie zdaleka ją znał, nie zbliżył się nawet, skłonił grzecznie i unikał zawiązania rozmowy. Wzrok jego nawet omijać się ją zdawał umyślnie. Ci tylko co znali Adama, mogli po jego sposobie znajdowania się w towarzystwie, domyślać się że tu mu coś zawadzało, bo nie był ożywionym jak zwykle, i nadto baczył na siebie.
Baron de St. Foix bawił go szeroką o malarstwie rozprawą.




IX.

Z bólem głowy, myślami poplątanemi, nie rada z siebie, nie kontenta z wieczora, kwaśna — z przeczuciem iż celu swojego nie dopięła, Rolina wracała do domu.
Ojciec jej znalazłszy chętnych słuchaczów, bawił się doskonale u barona, i poczciwiec, rozradowany był, przejęty, a stał się po dobrej wieczerzy tak gadatliwym, tak się ożywił, rozruszał, iż w powrocie milczącej i smutnej córce pokoju nie dawał.
Napróżno starał się ją rozweselić, wywieść z tego zadumania i smutków. Rolina skarżyła się na ból głowy, w salonie było za gorąco. Natręctwo ojca, który zwykle posłusznym bywał, mocno ją niecierpliwiło.
Wyglądała przez okno powozu, chcąc się co prędzej dostać do domu. Nareszcie znaleźli się na wschodach i Rolina śpiesznie, nie pozdrowiwszy nawet ojca, który chciał jej dać dobranoc — wpadła do swego pokoju.
Nawykła była do tego że na nią tu zawsze oczekiwała sługa i pani Boehm, którą ona niemal za sługę też liczyła.
Uderzyło ją to nieprzyjemnie, że Balbina wcale się nie pokazała.
Wprawdzie, gdyby się była znalazła tu, od pierwszego słowa zwadziłyby się z sobą, ale za uchybienie ze strony Boehmowej uważała, iż nie stawiła się powitać ją w progu.
Uczuła to jeszcze tem mocniej, że się trafiało bardzo rzadko.
— Cóż to jest? Gdzie Boehm? — zapytała służącej.
Zaspana trochę stara, ruszyła ramionami za całą odpowiedź, a na powtórzone pytanie, niezrozumiałem mruczeniem odpowiedziawszy — wyszła.
Rolina, która z gniewnem usposobieniem wróciła do domu, nie rada była że nie miała go na kim spędzić. Jakieś przeczucie niepokoiło ją.
Pokój pani Boehm, przedzielony był małym składem od jej mieszkania; aby się do niego dostać, potrzeba było wyjść do sieni.
Pocichutku uchyliła drzwi, na palcach podkradła się i ostrożnie przyłożyła oko do dziurki od klucza... Zaledwie wzrok jej przeniknął do wnętrza mieszkania Balbiny, odskoczyła z najżywszą niecierpliwością, wpadła do swojego pokoju i biegać po nim zaczęła, cała wzburzona, rwąc na sobie wieczorne ubranie.
Gniew pałał w jej oczach, ręce drżały; parę razy chwytała już za klamkę drzwi wiodących ku sypialni ojca, i wstrzymywała się wahając. Pierś jej poruszała się gwałtownie, oczy się coraz bardziej zaogniały, twarz przybrała wyraz mściwy i zły, usta krzywiły się bólem wewnętrznym.
Nie mogąc w końcu powstrzymać tego wzburzenia, z hałasem otworzyła drzwi gabinetu, przebiegła potrącając po drodze krzesła, salon ciemny i wpadła do ojca, który właśnie nad świecą zapalał cygaro austryackie, które dopiero od upartego płomienia, po kilku minutach usilnej pracy, rozgorzeć może.
Zobaczywszy ją pułkownik rzucił cygaro — pobladł.
— Jest... jest tu znowu! — krzyknęła dzikim, podniesionym głosem. — Znowu tutaj jest! pomimo że mi się to nieznośne stworzenie na oczy pokazywać nie miało.
Ojciec wie — że ja ją nienawidzę! nie cierpię i — pozwala! toleruje!
Maholichowi ręka drżała, zaciął usta, zagryzł wąs, nie śpieszył z odpowiedzią.
— Na miłego Boga, Rolino, — odezwał się cicho — nie rób awantur w domu! Mówiłem ci to wiele razy, ja i ty winniśmy wiele Boehmowej — nie godzi się jej odmówić, pozbawiać ją jedynej w życiu przyjemności.
— Niechże jej idzie sobie szukać po za domem... gdzie chce! — zawołała Rolina gwałtownie. — Mówiłam że ja jej tu cierpieć nie chcę.
Maholich zbladł, westchnął i jakby mu sił zabrakło, zsunął się na blisko stojący fotel. Nie mówił nic, lecz widać było że bolał okrutnie. Rysy jego zwykle łagodnego wyrazu, zmieniły się, osłupiałym wzrokiem patrzał na podłogę.
Rolina stała, burząc się coraz mocniej. Tak była pewną władzy swej nad ojcem, że litości nad nim nie miała.
— Właśnie dlatego — poczęła głos podnosząc — że ojciec bronisz Boehmowej i tej jej wychowanki, tego jakiegoś bezimiennego dziewczęcia, które nie powinno się w naszym domu znajdować, ja, jako córka wasza, nie mogę na to pozwolić aby mi się tu jakieś podrzutki, obok mnie rozgospodarowywały!
Nie chcę wiedzieć kto jest ta dziewczyna — sierota wzięta przez miłosierdzie — żebraczy podrzutek, czy jaka kuzynka tej pani — co mi tam! niech będzie czem chce, wychowuje się gdzie chce, ginie — to mi wszystko jedno. Nie mogę na to pozwolić aby ona stawała obok twojej córki i rościła sobie jakieś prawa.
— Jakież prawa? — słabym głosem przerwał pułkownik.
— Ludzie jej będą je przyznawać — ciągnęła dalej rozgniewana — ludzie będą sobie musieli wytłómaczyć przywiązanie do tej przybłędy pana pułkownika i pani Boehmowej. Naturalnie!
Głos jej brzmiał nielitościwem szyderstwem. Pułkownikowi blademu dotąd, krew gwałtownie uderzyła do głowy, cierpliwość jego się wyczerpywała.
— Mówiłam ojcu, ja lub ona musi ztąd iść precz.... Jeżeli ona ma mi tu siedzieć, znajdę sposób umieszczenia się gdzieindziej, wyniosę się, pójdę... porzucę!
Maholich oparł się o poręcz krzesła, podniósł głowę, groźno popatrzał na córkę i drzwi jej wskazał.
— Nie raz to pierwszy śmiesz tak mówić do ojca — rzekł głosem złamanym — byłem cierpliwy, ale się w końcu wyczerpie pobłażanie... Nie wyzywaj mnie... idź... idź!!! Spełni się czegoś sobie życzyła.
Rolina stała jeszcze na progu.
— Mówię ci! idź! — powtórzył głosem podniesionym, jakiego niegdyś używał komenderując żołnierzom swoim. — Idź!
Córka nie widziała go nigdy takim dla siebie, czekała chwilę, zatrzasnęła drzwi i pobiegła nazad do swego pokoju.
Maholich czas jakiś pozostał pogrążony w myślach, potem świecę wziąwszy ze stolika, krokiem powolnym poszedł z nią do pokoju Boehmowej.
Obszerny, we dnie ciemny, choć dwoma oknami na ciasną uliczkę wychodzącemi oświecony, utrzymywany był z daleko większem staraniem i porządkiem, niż te które Rolina zajmowała. Sprzęt z różnych lat, różnego pochodzenia, stary, nadawał mu charakter wdowiego mieszkania, w którem więcej jest pamiątek przeszłości niż myśli o dniu dzisiejszym.
W rodzaju alkowy stało osłonione łóżko gospodyni. Kanapki, szafki, półki, etażerki ściśnięte zajmowały ściany i kątki.
Mieściły się tu zbite do kupy meble niegdyś większego i obszerniejszego lokalu, nagromadzone dla zachowania i dziwacznie poustawiane w tej ciasnocie.
U okna, na dużym stole zasłanym serwetą, paliła się lampa z daszkiem zielonym. Na kanapie pomiędzy oknami dwoma siedziała pani Balbina, a przy niej z głową opartą na jej ramieniu, młode dziewczę, które ją rączkami obejmowało za szyję.
Światło padające od lampy oświecało ten obrazek, na którego widok wchodzący pułkownik stanął smutnie zapatrzony.
Twarz Boehmowej, mająca zwykle wyraz dość szyderski i niemiły — zmienioną była zupełnie, złagodzoną uczuciem macierzyńskiem, piękną prawie tą miłością, która z niej promieniała.
Dziewczę które się do niej tuliło mogło mieć lat piętnaście lub szesnaście, włosy jasne w warkoczach obfitych główkę jej ładną otaczały, z oczyma niebieskiemi. Podobną była nieco do pani Balbiny, ale typ ten sam w niej podnosił się do ideału, a sama młodość czyniła go ślicznym. Wyraz też twarzy pełen był łagodności i smutku.
Biała, płci do zbytku delikatnej, świeża jak kwiatuszek ledwie się rozwijający, nie mogła się równać z klasycznej piękności Roliną, ale obudzała wcale inne uczucie, wrażenie czyniła sympatyczniejsze. Tamta budziła niepokój, trwogę, uwielbienie, ta zajęcie i współczucie najżywsze, bo w kwitnącej jej młodości tkwiło już cierpienie zawczesne.
Na widok pułkownika dziewczę jak ze snu przebudzone, zwolna rozplątało rączki, spuściło oczy, podniosło się zawstydzone i krokiem nieśmiałym zbliżyło się pokornie do pocałowania jego ręki.
Maholich z głębokiem uczuciem, któremu napróżno się bronił, pochwycił jej główkę i pocałował ją w czoło.
Boehmowa nie ruszała się z kanapy, wzrok jej badał pułkownika. Domyślała się już, wiedziała ze stukania drzwi, z odgłosów rozmowy, które ją tu dochodziły, że Rolina musiała ojcu czynić wyrzuty, a biedny pułkownik przychodził tu schronić się przed niemi. Szukał pociechy i ratunku.
Zwolna Balbina wstała z kanapy.
— Pepi! — zawołała do dziewczynki — proszę cię, pójdź na chwilkę do kuchni, do starej Izydorowej, potrzebuję mówić z pułkownikiem.
Posłuszne dziecko wysunęło się z główką sympatyczną, a Maholich tęskno powiódł za niem oczyma. Boehmowa czekała aż odejdzie, twarz jej stopniowo traciła wyraz łagodny, brwi się ściągały.
— Znowu historya z tą popsutą kapryśnicą — odezwała się z gniewem. — Nie jesteś więc mężczyzną, ani panem w swoim domu, nie kochasz więc twego dziecka, a wszystko poświęcasz dla tej złośnicy.
A i to bo okropne! Takiego życia w końcu znieść nie można. Za poświęceń tyle, za wszystko com wycierpieć musiała..
I głos jej we łzach się rozpłynął. Pułkownik stał przybity, jak winowajca.
— Raz temu koniec być musi — mówiła Balbina. — Ja tego dłużej nie zniosę... Zostań z nią, pójdę pracować, pójdę żebrać... zostań z nią, dopóki z jakim gachem uciekając cię nie porzuci. Ma ich dosyć... będzie w czem wybierać!
Jakeś ją wychował, taką z niej mieć będziesz pociechę.
Pułkownik oburzył się.
— Słuchaj, Balbino — odezwał się — nie ścierpię tego abyś mi ją krzywdziła.
— A ja nie zniosę abyś krzywdził i pomiatał tem dzieckiem mojem i waszem — przerwała Balbina. — Dość mam już tego upokorzenia i męczeństwa, pójdę ztąd z nią razem, pójdę!
I rozpłakana rzuciła się na kanapę. Maholich ręce załamał.
— Balbisiu — zawołał — na Boga, — ulituj się nademną, wejdź w położenie moje, co ja pocznę?
Nie otrzymując odpowiedzi, płacz słysząc tylko, pułkownik stał zmięszany, przerażony tak że nogi pod nim drżały. Chwiał się i musiał o stół oprzeć. Twarz jego zaczęła nagle czerwienieć, sinieć, oczy stanęły słupem i z jękiem bolesnym runął na wpół na krzesło, wpół na ziemię!
Stuk ten obudził płaczącą, która porwała się i przybiegła na ratunek drgającemu konwulsyjnie, ale już nieprzytomnemu Maholichowi. Nabrzmiałe żyły na twarzy i szyi, otwarte usta, oddech krótki i nieregularny, oczy zeszklone, aż nadto wyraźnie ukazywały, że był rażonym. Walczył już ze krwią, która mózg mu zalewała.
Z krzykiem przeraźliwym Boehmowa wybiegła do kuchni, wołając:
— Po doktora! po doktora!
Ciche mieszkanie nagle rozległo się jękiem, szlochaniem, bieganiem, wrzawą.
Rolina chodząca po swojej sypialni, nastawiła ucha strwożona, nie pojmując jeszcze co się stać mogło.
Podbiegła ku drzwiom, ale domyślając się że przypadek jakiś spotkał znienawidzoną Balbinę, wstrzymała się trzęsąc z gniewu. Nie chciała się spotkać teraz ani z nią, ani z tą Pepi, której od dziecka cierpieć nie mogła. Zazdrosną była o nią, o przywiązanie do niej pułkownika, nawet o jej wdzięk zupełnie inny, młodość, łagodność i skromność.
Nie przypuszczała z początku aby się coś stać mogło pułkownikowi; dopiero wołanie w którem poznała głos Balbiny, płacz Pepi, zatrwożyło ją o ojca.
Bezmyślnie otworzyła drzwi i wpadła do mieszkania Boehmowej, w którem Maholich leżał jeszcze nieprzytomny, zaledwie dając słabe życia znaki.
Spostrzegłszy Rolinę w progu, Boehmowa wskazała jej leżącego ojca, wołając:
— Patrz! patrz! to dzieło twoje!
Rolina nie zważając na to, przypadła do ojca, objęła go rękami, zaczęła wołać po imieniu, odcierać, ale rozbudzić go nie mogła.
Na widok jej Pepi przestraszona, wyrwała się matce i uciekła kryjąc się za firanki łóżka.
Straszna cisza zaległa mieszkanie.
Słychać tylko było chrapanie chorego, które konanie zdawało się zwiastować.
Doktór, po którego posłano, nie dalej był jak w drugim domu i właśnie od chorych powrócił, gdy przestraszona i zapłakana przybiegła po niego kucharka. Niewiele więc czasu potrzebował, aby przybiedz do pułkownika. Był to człowiek nie młody już, doświadczony, i dosyć mu było wejrzenia aby rozpoznać że jedno tylko puszczenie krwi, wedle starej metody, mogło dać jakąś ocalenia nadzieję.
Wiedział on, znając dawniej pułkownika, że uderzenie pierwszem nie było a więc tem grożniejszem. Natychmiast pochwycił lancet i po kilku cięciach, udało mu się krew już zgęstniałą wydobyć.
Odepchnięta przez Boehmowa, Rolina zachwiała się, chwyciła za głowę i wyszła do swej sypialni, na łóżko się rzucając z płaczem.-
Kochała ona ojca o tyle o ile kogo kochać mogła. Wyrzucała sobie tę scenę której była przyczyną, ale już w sumieniu swem szukała śródków jakiegoś uniewinnienia, zrzucenia następstw na upór Balbiny.
Mogłaż ścierpieć takie położenie! Nawykła być w domu pierwszą, teraz czując się zapomnianą i opuszczoną, nie śmiejąc powrócić do ojca, szlochała i jęczała, — napadały ją mdłości prawie przytomność odejmujące.
Tymczasem doktor się krzątał około pułkownika, któremu puszczenie krwi mało co pomogło.
On, Boehmowa i kucharka musieli go dźwigając na rękach, przenieść do łóżka. Lekarz nie odstępował. Pepi drżąca, w pokoju Balbiny klęczała przed obrazkiem, modliła się i płakała.
Cała noc przeszła tak w trwodze i ratowaniu rażonego, który żył jeszcze, ale stan jego wzbudzał największe obawy. Jakby lękając się zjawienia u łoża jego Roliny, Boehmowa drzwi od niej i salonu na klucz zamknęła.
Ona sama biegała na przemiany to do swej Pepi, którą gwałtem musiała położyć do łóżka, to do chorego.
O Rolinie nikt nie pomyślał.
Ranek zastał dom w tym stanie rozprzężenia, a stara sługa dopiero o brzasku przypomniawszy sobie panienkę, poszła dowiedzieć się co się z nią działo.
Znalazła ją w gorączce, zapłakaną, w takim stanie że i do niej lekarza powołać było potrzeba. Ten radził posłać po siostrę miłosierdzia, któraby umiała obejść się z osłabioną i pilnować jej.
Straszny zamęt panował w domu.
Cały dzień następujący żadnej prawie nie sprowadził tu zmiany. Maholich żył jeszcze, ale doktór, którego Boehmowa zaklinała, aby jej prawdę powiedział całą — żadnej prawie utrzymania go przy życiu nie robił nadziei.
Słabość mogła się, zdaniem jego, przeciągnąć; przytomność i władze, wątpił ażeby wróciły.
W ciągu dnia znikła ztąd Pepi. Ucałowawszy ją i oblawszy łzami, Boehmowa wyprowadziła ją sama z domu, gotując się dotrwać do końca.
Późnym wieczorem Rolina, która dzięki staraniom siostry miłosierdzia oprzytomniała i sił trochę odzyskała, kazała doktora poprosić do siebie.
Nie śmiała sama iść do ojca, a potrzebowała być uspokojoną. Razem z przytomnością i pamięcią położenia, przybyła trwoga osierocenia i wszystkie jego następstwa.
Nie miała nikogo w pomoc, do rady — czuła się opuszczoną...
Ze wszystkich którzy jej służyli, jeden tylko Stach Bronisz był jej tak znanym, ona z nim tak spoufaloną, że go wezwać mogła i na niego rachować. Wiedziała że do wszelkich ofiar dla niej będzie gotowym i spełni je posłuszny, szczęśliwy.
Bronisz oddawna już powinien był powrócić do domu. Listami naglącemi, coś złego przeczuwający, wzywał go ojciec do siebie. Stach się wybierał, ociągał i oderwać nie mógł od Roliny, wyjazd od dnia do dnia odkładał.
Nie miał żadnej nadziei, ale chciał choć czasem popatrzeć na nią, choć przemówić słów kilka, mękę słodką i rozkosz zatrutą przedłużyć.
Miłość dawna, wskrzeszona, urosła teraz strasznie, owładnęła nim całym.
Rolina posłała po niego...
Na zawołanie zjawił się natychmiast, przerażony niezrozumiałym listem, rozpaczliwie nakreślonym.
Spodziewając się jego przybycia Rolina wstała z łóżka i w rannem ubraniu, osłabła, blada, czekała na niego drżąca.
Przyjęła go w swoim pokoju, wyszła naprzeciw i mając przemówić wybuchnęła płaczem konwulsyjnym.
Stach nie wiedział o niczem, potrzeba mu było tłumaczyć, opisywać, opowiadać co jak grom na dom spadło i przyszłości groziło.
Ojciec leżał bezprzytomny, bez nadziei, w domu miała nieprzyjaciółkę tylko, była samą, opuszczoną, bez opieki.
— Ratuj mnie, radź, nie opuszczaj! — zawołała, — Nie mam nikogo!
Lecz Bronisz nie mógł też wiele...
Sprowadził lekarzy, dozór, usługę, opatrzył wszystkie domu potrzeby i stał na zawołanie, na straży.
Tegoż samego dnia list odebrał od ojca, domagający się natychmiastowego powrotu, musiał kłamać i wymawiać się, ale Roliny opuścić nie mógł. Gotów był nawet dla niej na gniew się narazić...
Oddawszy mu się w opiekę, Rolina odetchnęła nieco.
Tymczasem wiadomość o wypadku pułkownika, który tłumaczono wiekiem i usposobieniem — o położeniu córki jego, rozchodziła się po mieście. Poruszyła ona wszystkich wielbicieli pułkownikównej, ale w sposób bardzo różny. Adam Morimer zdjęty litością napisał i posłał na zwiady. Amerykanin, którego miłość przeszła była w namiętność, niekiedy naprzykrzoną, przybiegł sam, dobijając się do drzwi, domagając aby go puszczono, widocznie korzystać chcąc z bezporadności i sieroctwa kobiet — lecz nie został przyjęty. Inni dowiadywali się ukradkiem, a St. Foix codzień przysyłał dopytując się o pułkownika.
To szturmowanie do drzwi nieustanne zmuszało Bronisza do ukrywania się, aby go nie widziano, nie rozpowiadano o nim i jego stosunkach w tym domu.
W chwilach gdy doktór sam się przy chorym znajdował, Rolina przychodziła do ojca, stawała przy łóżku, przemawiała, ale on ani jej, ani nikogo nie poznawał. Znaki życia były coraz słabsze, środki któremi je obudzić chciano, działał} coraz mniej, lub żadnego nie sprawiały skutku.
Z myślą nieuchronnego zgonu pogodzić się było potrzeba.
Przemógłszy się i przewidując nieuniknione zbliżenie się do Roliny, Boehmowa nawet, tłumiąc w sobie żal i wstręt, jaki do niej miała — zrezygnowana spotykała się z nią bez wybuchów gniewu i wyrzutów.
Nawzajem Rolina jej nie czyniła wymówek, godziła się z tem że ją widzieć i ocierać się o nią musiała. Jakiś rodzaj przymusowego, milczącego przejednania, przywrócił dawne stosunki powszednie.
Wspólny interes kazał się im cierpieć wzajemnie.
Tylko zdala ścigały się wejrzeniami, w których cała zobopólna malowała się nienawiść.
Dziesięć dni długich, męczeńskich, tak upłynęło.
Rolina zbladła, wymizerniała, chodziła na przemiany płacząc lub rozgorączkowana.
Przyszłość stała przed nią jak czarna ściana, której przeczucie ni wzrok nie mógł przebić. Sama jedna, bez tych nawet środków które miała za życia ojca — musiała rachować na siebie tylko. Ze świetnych marzeń przyszłości żadne się spełnić rychło nie obiecywało.
Jeden amerykanin mówił jej ciągle o ożenieniu, ale czynił je zawisłem od jakiegoś ułożenia majątkowych spraw swoich, od sprowadzenia potrzebnych dla formalności przedślubnych, papierów, co wiele czasu zabrać mogło.
Tymczasem gotów jej był oddać rękę, siebie, serce, podzielić z nią wszystko, ale ślub musiał być odłożony, i nastąpić dopiero później.
Jąkał się mówiąc o tem, plątał, jasno wytłumaczyć nie umiał.
Na Stacha Bronisza, który ją kochał najmocniej, ale przeciwko woli ojca i bez wiedzy jego nic nie mógł, niepodobna było rachować. Przysięgał zostać jej wiernym, nie wymagał nic oprócz serca — a tego ona nie miała... i czekać nie umiała ani chciała.
Adam Morimer otwarcie jej wyznał że żenić się nie może, a miłość jego to powracająca, to stygnąca, miała już cechę fantazyi raczej niż przywiązania trwałego. Tem mniej rachować mogła na takiego barona St. Foix, który śliczne rzeczy mówił o miłości, lecz wspomnienia o małżeństwie unikał, a aluzyi do niego nie rozumiał.
Przyjaciół miała mnogich, — ale męża żadnego.
Amerykanin jeden, choć wstrętliwy jej a przy bliższem poznaniu, czasem napełniający ją trwogą — pozostawał jako ostatnia deska ratunku... Musiała czekać... lecz oczekiwanie to nie mogłoż wyczerpać uczucia, w którem więcej być zmysłowej namiętności, niż przywiązania? Wszystko to wśród nocy bezsennych krążyło po jej głowie zbolałej. Płakała rzewnemi łzami z rozpaczy. Poddać się spokojnie swojemu losowi nie umiała — musiała z nim stanąć do walki.
Zwierciadło pokazywało jej twarz wybladłą, ale zawsze jeszcze piękną, nadzieja wstępowała w serce, rozpaczliwe położenie zmuszało ją szukać ratunku w sobie samej.
Wśród tych trosk i marzeń, łez i niepokojów córki, pułkownik nie odzyskawszy już przytomności życia dokonywał. Jednego wieczora Boehmowa siedząca przy łóżku i trzymająca rękę jego, uczuła ją stygnącą, kostniejącą, zlodowaciałą. Piersi przestały się poruszać, oblicze pozieleniało trupio. Maholich nie żył.
Przygotowania do pogrzebu oznajmiły dopiero Rolinie, że ojca już nie miała! Upadła zemdlona na łóżko. Boehmowa na której głowie wszystko teraz zostało, okazywała przytomność i męztwo wielkie.
Pogrzeb odbył się skromnie, cicho, a za trumną, oprócz szczupłej gromadki wojskowych, i kilku starych przyjaciół, szła w żałobie czarno zakwefiowana córka, i mężna Boehmowa, z ustami zaciętemi, podtrzymując rozpłakaną Pepi.
Rolina chustkę trzymała przy oczach, płakała pewnie, ale ani jej twarzy ani łez nikt nie widział, a postawa wyprostowana, sztywna dowodziła, że nawet w tej chwili pamiętała na siebie. Gdy trumnę spuszczono do grobu, poklękła przy nim córka, a po drugiej stronie Balbina ze swą Pepi, która głośno zaniósłszy się płaczem, na rękach jej zemdlała.
Usłyszawszy ten jęk, który brzmiał jak wyrzut jej nieczułości — Rolina zerwała się pośpiesznie i odeszła z gniewem. O kilka kroków za nią stojący Bronisz, którego wprzódy nie widziała, podał rękę zburzonej więcej wstrętem i zazdrością, niż żalem po ojcu.
— Jedź ze mną — odezwała się krótko i nakazująco, głosem w którym nie boleść brzmiała, ale niecierpliwość i rozdrażnienie.
Przez drogę nie mówili z sobą. Rolina płakać zaczęła znowu; Bronisz umiał poszanować stan jej duszy, patrzał na nią, był pełen współczucia, ale pocieszać nie śmiał i wyrazów na to mu brakło...
Tłumaczył on sobie nawet zazdrość i niechęć pułkownikównej na widok Pepi, bo stosunki te domowe znał jeszcze z czasów pobytu na wsi nieboszczyka wraz z Boehmową i mniemaną jej wychowanką. Razem jednak serdecznie mu żal było i tej Pepi biednej, którą ślicznem dzieckiem pamiętał.
Przybywszy na Wallnerstrasse, pułkownikówna podała rękę hrabiemu i milcząca poprowadziła go z sobą na górę. Żal jej po ojcu ustępował teraz żywszemu daleko uczuciu obawy o siebie samą. Płakała po nieboszczyku, czuła stratę jego, o ile można bolała nad nią, lecz nie miała chwili do stracenia, aby się z nieznośnego sieroctwa ratować...
Energicznie postanowiła natychmiast wziąć się do dzieła. W progu żegnając hrabiego, podniosła ku niemu oczy i słabym głosem, w którym łzy jeszcze czuć było, żądała aby nie odjeżdżał z Wiednia, z nią się nie widząc. Bronisz przyrzekł chętnie.
Rolina zamknęła się w swojej sypialni: słyszała powracającą z pogrzebu Boehmowę, szepty Pepi, krzątanie się w domu — nie chciała widzieć nikogo.
Sparta na ręku, prawie całą noc spędziła rozbierając wszystkie mrzonki życia swego przyszłego.
Odbierając jej ojca, los pozbawił ją nietylko opieki, osłony, ale położenia w świecie. Zostawała sama jedna. Z Boehmową była w wojnie, a dopókiby za mąż nie wyszła, obejść się bez niej było niepodobieństwem. Odprawić ją, było to narazić się na roznoszenie plotek, które jej bardzo szkodzić mogły, bo Boehmowa wcaleby jej nie oszczędzała.
Zatrzymać zaś tę kobietę w domu nie można było inaczej, jak zgadzając się na pozostanie Pepi przy niej — chociaż patrzeć na nią, znieść jej nie mogła.
Płacz u grobu zwiększył jeszcze niechęć do sierotki, gdyż Rolina oburzona do najwyższego stopnia, powtarzała ciągle, że ona do niego prawa nie miała!
Jedno prędkie wyjście za mąż uratować ją mogło, lecz nietylko rychło ale wedle swej myśli musiała się wydać, to jest bogato, świetnie, tak aby zdobyła to do czego wzdychała od dzieciństwa.
W ciągu tej długiej nocy oblanej łzami, Rolina to się rzucała na łóżko, to biegała po pokoju, marząc, rachując, przebiegając wszystkich kandydatów a nie znajdując żadnego łatwiejszym do układów, do pochwycenia, nad nienawistnego jej amerykanina.
Wolałaby była stokroć, łagodniejszego, dobrego, wylanego dla niej, powolnego a rozkochanego hrabiego Bronisza, ale tu ojciec stawał na przeszkodzie. Wiedziała że syn, pomimo wielkiej miłości dla niej, nie będzie śmiał pójść wbrew przeciwko woli starego hrabiego.
Bądź co bądź, postanowiła wystawić go na próbę, uczynić krok rozpaczliwy, ostatni, starać się w nim obudzić litość, rozpłomienić uczucie, zgodzić się bodaj na ślub potajemny. W tej myśli z początku zabrała go z sobą do domu, lecz zabrakło jej odwagi, przytomności, potrzebowała ostygnąć, nimby szturm ten przypuściła do jego serca.
Jeżeliby się z nim nie powiodło, zostawał jeden amerykanin tylko, którego była prawie pewną. Czytała we wzroku jego dziką namiętność, która gotową jest do ofiar największych.
Przychodził jej na myśl i Adam Morimer... któregoby była, mimo poetycznych zachwytów wydających się jej śmiesznemi, wolała niż Don Estebana, lecz stosunki z nim były zachwiane i osłabłe. Od owej rozmowy w parku, znajdowała go wahającym się, ostygłym, opierającym własnemu uczuciu. Nie była już dla niego tym co niegdyś ideałem, zeszła na piękną, pożądaną, ale ziemską istotę.
O innych wielbicielach swych, których doprowadzenie do ołtarza, czasu by dłuższego potrzebowało, myśleć nawet nie mogła. Chciała się wyzwolić co prędzej.
Nazajutrz Kolina już znacznie uspokojona, pani siebie, oczekiwała na Bronisza daremnie, — nie przyszedł. Trzeciego dnia zjawił się dopiero. Musiała go przyjąć w tym saloniku, który jej tak ojca przypominał — co ją wielce kosztowało; rozpłakała się na widok ulubionych pułkownika zbiorów i drzwi zamkniętych od tego mieszkania, z którego wiało śmiercią. Bronisz, sam mając oczy łez pełne, nie śmiejąc pocieszać jej, z uszanowaniem powitawszy, czekał aż przejdzie gwałtowny wybuch tej żałości którą podzielał.
Stał przy niej, chwytał ją za ręce, okrywał je pocałunkami, i milczał, bo wobec śmierci i nieodwołanego — na zawsze! — niema słów coby pocieszyć zdołały.
Długa chwila upłynęła w tem niemem oczekiwaniu. Rolina miała czas przyjść do siebie, zwyciężyć wrażenie, przypomnieć sobie obowiązek ratowania się.
Zerwała się z siedzenia ocierając łez resztki, zaczerwienione ale płonące ogniem wielkie swe oczy czarne wlepiła w Bronisza, i obie ręce drżące wyciągnęła ku niemu.
— Stachu — zawołała głosem przerywanym łkaniem — oto masz przed sobą nieszczęśliwą sierotę... więcej niż sierotę, kobietę opuszczoną, zgubioną... bez wiary w sercu, bez nadziei, bez sposobu do życia, bez przyjaciół, bez rodziny... Stachu — ratuj mnie, tyś mi jeden pozostał!
Wzruszony, Bronisz przyklęknął przed nią:
— Ty wiesz — zawołał — że pierwszą w życiu cię kochałem i miłość ta będzie moją ostatnią. Mów, rozkazuj, co tylko jest w mocy mojej uczynię.
Rolina stała chwilę z oczyma wlepionemi w niego, całą siłę wzroku swego czarodziejskiego spotęgowała, aby swą ofiarę uczynić posłuszną.
— Potrzebaż abym ja ci powiedziała co masz czynić?
Zatrzymała się chwilę i ciągnęła dalej głosem łagodnym.
— Mam jednego ciebie, jednego ciebie kocham! Jestem twoją! bierz mnie, idźmy do ołtarza...
Bronisz wstał załamując ręce.
— Rolino! — zawołał — wiesz że ojcu słowo dałem, iż bez jego zezwolenia żenić się nie będę; słowo uczciwego człowieka jest jak przysięga święte. Słowa tego ja złamać nie mogę! Nie wymagaj po mnie... Przysiągłem ci miłość i zachowam ją — nie ożenię się nigdy, będę czekał, będę się starał nakłonić ojca, ale ślubu bez jego wiedzy wziąć nie mogę.
Pułkownikówna cofnęła się parę kroków, brwi się jej ściągały.
— Pamiętaj — rzekła — że mnie wprzódy przysięgałeś niż ojcu, tej przysięgi dochować powinieneś. Oddałam ci serce... rachowałam na ciebie...
Ślub możemy wziąć potajemny, nikt oprócz nas wiedzieć o nim nie będzie. Ofiary takiej nie uczyniłabym dla nikogo, — tobie ufam, zgodzę się nawet na to...
Zbladł Stach przejęty mocno, zawahał się, wyrazów mu i myśli zabrakło, zdawał się już chcieć uledz tej pokusie szczęścia.
— A! nie — zawołał nagle — nie, ślub potajemny tobieby uwłaczał, a byłby krzywoprzysięztwem względem ojca. Słowa złamać nie mogę jemu, ale nie złamię danego tobie. Zostanę ci wiernym.
Rolina która czekała i spodziewała się innej odpowiedzi, stanęła cała w płomieniach z gniewu. Rękę wyciągnęła jakby go chciała odepchnąć i rzuciła się na kanapę oczy tuląc w dłonie.
— A! tyś mnie nie kochał nigdy — krzyknęła — nie kochasz mnie! Nie znasz co miłość! nie masz serca! Kamienny, lodowy człowiecze. Ja gotowam do największej ofiary jaką kobieta uczynić może, ty dla mnie nic nie chcesz poświecić! Jestżeś dzieckiem abyś nie miał prawa sobą rozporządzać? Nie jestże to tyrania ta władza ojcowska, która dziecię czyni niewolnikiem. Nie oburzaż to!
Rozpłakała się; wśród łkań wyrywały się jej wyrazy potargane, narzekania, przekleństwa... Bronisz blady, niemy stał przed nią jak na mękach. To cierpienie jej przejmowało go, lękał się uledz mu i słowo złamać.
Począł głosem drżącym:
— Nie obwiniaj mnie! Życie bym dla ciebie dał, ale czci mojej — nie mogę. Nie miałabyś dla mnie szacunku, ja sam pogardzałbym sobą, stałbym się kłamcą nikczemnym...
Nie! ty żądać nie powinnaś wiarołomstwa od tego, który się ma zwać mężem twoim. Wszystko co mam ci oddam... będę ci wiernym, rozporządzaj mną... nie żądam od ciebie żadnej ofiary.
— Nie kochasz mnie! nie kochasz! — płacząc więcej z gniewu niż z żalu przerwała Rolina. — Nic nie chcę od ciebie; pragnęłam tylko serca, chciałam szczęścia dla nas obojga... Odtrącasz je... Idź — idź! i nie zbliżaj się więcej do mnie. Rozstańmy się na wieki!
Bronisz nieporuszony stał przed nią, zbolały, ale niezłomny. Bladł, zimny pot oblewał mu skronie, usta powtarzały z wyrazem błagającym litości.
— Rolino! Rolino! nie znasz mnie!
Łzy które jej gniew wycisnął osychały powoli, rozjątrzenie wzrastało, niemal pragnienie zemsty nad człowiekiem który jej! jej uledz nie chciał... Spojrzenia które rzucała na niego były groźne, nie miłość już ale szał jakiś bezsilny z nich tryskał. Nie odchodziła jednak, a Bronisz z nadzieją złagodzenia jej stał ciągle spoglądając z pokorą. I począł szeptać znowu.
— Posłuchaj mnie jeszcze. Dałem ojcu słowo że się nie ożenię i słowa tego dotrzymać muszę, alem mu nie przyrzekł tego coby było nad siły moje — że ciebie kochać przestanę. Na miłość moją rachuj zawsze.
— Tak — przerwała ze śmiechem szyderskim — pan hrabia chce mnie mieć kochanką, metresą, którą kiedy mu się podoba będzie mógł porzucić! Byłoby to bardzo wygodnem dla niego, ale Rolina ani twoją, ani niczyją nie będzie kochanką!
— Nigdym tej myśli nie miał — wykrzyknął Bronisz. — Szanuję cię nadto, byłbym nikczemnym...
— Jesteś nikczemnym! — przerwała pułkownikówna z rozpaczą prawie rzucając się ku niemu. — Wziąłeś mi serce, uczyniłeś mnie nieszczęśliwą, a teraz gdy w imię tej miłości, w którą wierzyłam odzywam się do ciebie, odpychasz mnie...
Stach padł przed nią na kolana, ale pułkownikówna widząc że nie pokona go, zerwała się z kanapy, odpychając go z pogardą.
— Precz! nie dotykaj mnie! — zawołała — między nami skończone wszystko... ty do ołtarza iść ze mną nie chcesz, ja inaczej twoją nie będę. Oczekiwanie byłoby próżnem. Czas nie rozwiązuje słowa...
Idź — nie powracaj więcej!
Bronisz w stanowczej tej chwili zachwiał się, kochał ją, serce mu pękało — osłabł, zawahał się i miał uledz już, prosząc o przebaczenie, zgodzić się na wszystko — gdy nagle smutne oblicze poważnego starca, — ojcowskie — stanęło przed nim, zabrzmiało w pamięci to co tylekroć on mu powtarzał:
— Lepiej życie niż cześć postradać!
Odepchnięty, pozostał jeszcze chwilę patrząc na nią. Parę razy przeszyła go wzrokiem, spodziewając się jeszcze iż uledz może; ale dojrzała na smutnem jego obliczu wyraz takiej stałości niewzruszonej — iż straciwszy wszelką nadzieję, zmierzyła tylko wejrzeniem jak przekleństwo zabójczem — pobiegła do drzwi i zniknęła zatrzaskując je za sobą.
Bronisz raz jeszcze wzrokiem ją pogoniwszy, jak pijany, chwiejąc się postąpił kilka kroków. Na stoliku leżącą chusteczkę, którą łzy ocierała pochwycił, przyłożył ją do ust — i wyszedł sunąc się bezprzytomny ku wyjściu, gdzie stojącej Balbiny nie postrzegł nawet...
Boehmowa, która mimowolnie sceny między nim a Roliną była, jeśli nie świadkiem to słuchaczem, miała nad nim politowanie. Milcząc podała mu rękę... Spojrzeli na siebie.
— Uspokój się pan — rzekła cicho — biedna dziewczyna jeszcze śmierci ojca nie przebolała, rozdrażnioną jest. Wszystko to przejdzie!
Nic nie odpowiadając pożegnał ją hrabia.
Pułkownikówna stała jeszcze oczekując w progu swojego pokoju, zdawało się jej że Stach powróci, że musi zwyciężyć. Usłyszała go wychodzącego i pobladła... Cały charakter kobiety malował się w tej zmianie, której twarz jej uległa po wyjściu z salonu.
Tam była roznamiętnioną, zrozpaczoną, aż do szaleństwa — za drzwiami zimny gniew i złość rysy jej oblekły grozą tylko i zemstą.
Czuła się upokorzoną, zwyciężoną — ona co wierzyła w swoją wszechmocność — odepchniętą, pogardzoną, ona, która pierwsza narzuciła mu się z miłością swoją. Człowiek ten wydał się nie zimnym, nie ostygłym ale nikczemnym... nienawidziła go...
Drzwi się za Broniszem zamknęły — Rolina rzucać się poczęła po swoim pokoju, szukając pociechy w tem że go w oczach własnych czerniła.
Odzierała go ze wszystkiego co w nim ceniła wprzódy, widziała zasadzki i rachubę w jego postępowaniu, a uczucie honoru nazwała dzieciństwem.
— Głupiec! — zawołała tupiąc nóżkami ze złości — głupiec, bałwan! — Taki człowiek byłby nieznośnym tyranem w pożyciu... chciałby panować nademną... Tak lepiej... Zerwane z nim na zawsze!




X.

Przededniem już Rolina była na nogach, w głowie się jej paliło.
Od pogrzebu nie widziała prawie pani Boehm, nie domyślała się co ona zechce począć z sobą; obawiała się aby ją teraz nie porzuciła. Chociaż sąsiedztwo Pepi, którą czuła w domu, budziło jej gniew — gotową była ją znosić, aby nie pozostać samą.
Przedewszystkiem potrzeba było niepewność tę rozwiązać, postanowić coś, rozmówić się z nią.
Nie chciała sama iść do Balbiny, aby się tam z Pepi nie spotkać — pomyślawszy trochę kazała ją prosić do siebie.
Nim nadeszła, samo przypuszczenie że ta kobieta może odmówić jej, nie przyjść — zburzyło ją, żałowała już uczynionego kroku.
Lecz — Boehmowa, do czasu przynajmniej była jej potrzebną.
Dawszy nieco poczekać na siebie, zaproszona jejmość przyszła nareszcie — powolnym krokiem wlokąc się, z twarzą zapłakaną i posępną. Widać było że i ona zmuszoną się czuła, zrezygnowaną, niechętną. Stawiła się tu bez zbytniej uniżoności, zobojętniała, chłodna.
Pułkownikówna była już w myśli przygotowaną na jej przyjęcie — zbliżyła się przybierając powagę, — miała już przemówić, gdy spotkawszy ostry wzrok Balbiny zawahała się.
Nie chciała siebie upokorzyć, ani jej obrazić.
— U grobów — rzekła patetycznie — jak na łożu śmierci, i nieprzyjaciele się jednają. Pani i mnie równie drogim był ten zmarły...
Boehmowa na wspomnienie pułkownika płakać zaczęła — milcząc podała jej rękę. Ona w istocie na tym grobie gotową była złożyć w ofierze wiele z swej dawnej dla Roliny niechęci.
— Spodziewam się — ciągnęła dalej Rolina — że możemy pozostać z sobą razem, przynajmniej do czasu, póki ja własnego domu mieć nie będę. Rozstając się nagle po jego zgonie, dałybyśmy powód złośliwym ludziom do czernienia zmarłego.
Balbina stała ciągle zadumana, jakby o czem innem myślała.
— Ale ja się z moją Pepi rozstać nie mogę — rzekła z płaczem w głosie — nie mogę! Biedne dziecko... ja go nie porzucę.
Pułkownikówna przerwała żywo.
— Pani wiesz że my się z nią nawzajem nie znosimy. Ta dziewczyna odbierała mi serce mojego ojca... mam do niej żal. Wiem że ona mnie nie lubi. Lecz, może pozostać przy pani, w tym domu, a widywać się i żyć razem nie potrzebujemy. Przecież nie możesz wymagać abym ją w salonie sadzała przy sobie?
Boehmowa się wzdrygnęła groźno.
— W pokoju pani ja nie bywam — kończyła Rolina — możemy uniknąć niepotrzebnego spotykania się z sobą...
Spojrzawszy wzrokiem przeszywającym na swą wychowanicę — Balbina zmilczała; dała jej czekać na odpowiedź, choć widziała zniecierpliwienie.
— Niech będzie jak chcesz — rzekła — zostanę. Proszę tylko Pepi nie prześladować. Biedne stworzenie nikomu wody nie zamąci. Zemną możesz sobie robić co chcesz, jam do tego nawykła...
Otrzymawszy o co jej chodziło, Rolina twarz zasępioną rozpogodziła. Nie chciała już dłużej mówić o tym przedmiocie.
— Więc — odezwała się tonem zwykłym — proszę, wyręczajcie mnie w gospodarstwie jak wprzódy, ja się na tem mało rozumiem — a teraz nie mam siły ani przytomności do niczego. Ponieważ obiadów razem jadać nie możemy, możesz mi mój przysyłać do gabinetu... Zresztą wszystko niech idzie po dawnemu.
Boehmowa nie mówiąc nic, popatrzyła na nią obojętnie, potrząsnęła głową i wyszła z pokoju. Przymierze zawarte zostało. Ani jedna ani druga, nie czuły się w obowiązku dziękować — wiedziały że były sobie wzajem potrzebne.
Po wyjściu Balbiny odetchnęła pułkownikówna — umysł jej już jedną zawadę uprzątnąwszy, biegł dalej niespokojny. Nie myślała wcale o Broniszu, strata jego nie była sercu bolesną, zadrasnęła tylko miłość własną. Chociaż wolała go niż innych, ile razy wspomniała o nim — powtarzała — głupi!
Najpilniej teraz potrzeba było uporządkować spadek po ojcu, i interesa, o których żadnego nie miała pojęcia. Rada prawnika była niezbędną. Przypomniała sobie adwokata, którego dawniej dosyć często spotykała, a był dla niej, jak wszyscy mężczyźni ujęci jej wdziękami, bardzo grzecznym.
Doktór Hollender, młody, przystojny mężczyzna, nie mógł przecie tak pięknym spłakanym oczom sieroty, odmówić rady. Opiekunów nie miała, musiała się uciec do niego.
Słyszała wprawdzie dawniej o rodzonym bracie ojca zamieszkałym w Tryeście, ale ten był pono właścicielem tylko małego statku, człowiekiem prostym, bez wychowania, a co najgorzej, ubogim. Przyznawać się nawet do niego nie życzyła, bo w jej przekonaniu było to — kompromitującem. Krewni matki mogli się chyba znaleźć w południowej Francyi, ale i ci ubodzy być musieli i nie należeli do tej klasy społecznej, do której Rolina prawa sobie rościła.
Napisała więc na papierze żałobnym kilka słów do d-ra Hollender, prosząc go o radę, wzywając nazajutrz o rannej godzinie do siebie.
Żal i troska nie przeszkodziły jej około jedenastej przybrać się bardzo starannie w żałobę grubą, która przy białym kołnierzyku i mankietach, dziwnie ją piękną i interesującą czyniła.
Przejrzała się w zwierciedle i znalazła podobną do starego portretu Halsa lub Pauditza. Smutek, wyraz bólu rozlany na twarzyczce, nadawał jej urok, którego nie dawała wesołość.
Zdawała się mieć w sercu uczucie.
Zamyślona weszła do salonu.
Ojciec powtarzał jej to tyle razy, że w zbiorach które po sobie zostawia, była fortuna, że jego rupiecie antykwarskie, co najmniej, na kilkadziesiąt tysięcy guldenów szacowane być mogły, iż Roliny pierwszą myślą było — natychmiast je spieniężyć. Zgadzało się to z wolą ojca. W ten sposób zapewnić sobie mogła coś więcej, nad tę małą pensyjkę, jakiej się córka pułkownika, do zamążpójścia spodziewała.
Ale czemże to wszystko było dla niej, która potrzebowała milionów, aby niemi fantazye swe i dumę zaspokoić mogła?
Jedenasta była przeszło gdy u drzwi zadzwoniono, a że sługa żadnych przeciwnych nie odebrała rozkazów, znając amerykanina jako pretendenta do panny i hojnego gościa, bez pytania wprowadziła go do salonu.
Zbladła na widok jego Rolina — nie spodziewała go się w tej chwili — jakiś fatalizm, przeznaczenie narzucało jej tego człowieka.
Ze wszystkich co się około niej kręcili, był jej najmniej miłym — czasem nieprzezwyciężony wstręt i obawę czuła gdy się zbliżał.
Powierzchowność miał, pomimo zbytniej elegancyi, odstręczającą; namiętny wyraz oczów jego i twarzy, Rolinę mięszał i niepokoił. Obawiała się go. Śmiech jego, zgrzyt zębów białych, drganie muskułów twarzy, obejście się natarczywe gdy byli sam na sam — czyniły go jej nieznośnym.
Napozór grzeczny, amerykanin był razem despotycznym — przesadzona łagodność i uniżoność, zmieniały się w nim łatwo w brutalstwo. Pod skorupą cywilizowanego człowieka był to dziki indyanin.
W głąb jego Rolina swojemi przenikającemi oczyma sięgnąć nigdy nie mogła — było w nim coś tajemniczego, zamkniętego, niezrozumiałego, dwóch różnych ludzi w jednym człowieku.
Lecz amerykanin teraz zostawał sam prawie, jeden na którego owładanie liczyła. Tak się jej zdało.
Mimo obawy i wstrętu, zobaczywszy go wchodzącego, Rolina z twarzą smutną, z rączką wyciągniętą podeszła ku niemu, witając go wdzięcznie.
Na pół drogi o mało się nie cofnęła, lecz zwyciężyła się heroicznie. Uśmiech nie zdradzał tego co się w duszy działo.
Amerykanin wchodził, pomimo przybranej fizyognomii żałobnej, z jakimś wyrazem ciekawości niecierpliwej, pożądliwej, jakby mu szło o wypróbowanie, czy zmiany położenia na korzyść swą wyzyskać nie potrafi.
Przeczytała to w jego oczach — lecz nie dała poznać po sobie. Uśmiech pozostał na ustach.
Rozmowa już się rozpocząć miała, gdy dzwonek zabrzmiał powtórnie, nieśmiało, krótko i — krok się dał słyszeć w sieni bojaźliwy. Drzwi odemknęły się zwolna i — Rolina z podziwieniem ujrzała tego, kogo się najmniej lub wcale nie spodziewała, młodego księcia Rudolfa von Hoh-Winterburg, strwożonego, zapłonionego zuchwalstwem własnem.
Biedne chłopię widocznie obawiało się wielce, aby przekradając się z tą wizytą kondolencyjną, nie spotkało się tu z kim, nie zostało zdradzone. Postrzegłszy amerykanina, zbladł, lecz cofać się było już zapóźno.
Zmięszany mocno wśliznął się do salonu, zaczerwienił ogniście, kilka wyrazów wyjąknął, których treści trudno się było domyśleć — i nie wiedział już co począć z sobą.
Z ukosa spoglądał na amerykanina, który go złym wzrokiem swym ścigał, zakręcił się, spróbował powiedzieć coś jeszcze, wstał jak oparzony nagle, podszedł z nowym komplementem do Roliny i — umknął.
W tej niezręcznej eskapadzie młodzika było coś tak śmiesznego dla świadków, a tak głęboko uczutego dla biednego zakochanego, że nawet Rolina uczuła nad nim miłosierdzie — amerykanin śmiał się szydersko.
Rozkochane książątko nietylko w salonie pułkownikównej spotkało to nieszczęście, że trafił na amerykanina, spodziewając się ją znaleźć samą; gorsza katastrofa spotkała go na wschodach, gdzie się zszedł z baronem St. Foix, również jak on z kondolencyą śpieszącym na górę. Poznany, musiał mu się ukłonić. Naostatek jeszcze w bramie trafił na szpiegującego abbé Voisin, który wpadł nań z wyrzutami i gniewem, grożąc że go zaskarży przed babką.
Don Esteban przygotowany był do rozmówienia się stanowczego, bardzo seryo z Rolina, znajdując, że w pierwszej chwili najwłaściwiej było z jej sieroctwa i opuszczenia korzystać.
W tem zjawił się w progu baron St. Foix, a Rolina z wyrazem prawdziwej wdzięczności za okazane współczucie podeszła ku niemu, zapominając amerykanina.
Dwaj współzawodnicy znali się trochę, kwaśno zmierzyli się oczyma. Dzwonek nie odpoczywał — jedni po drugich wszyscy dnia tego szli z kondolencyami. Tym razem był to Adam Morimer, który się czuł w obowiązku okazać że całkiem dla dawnego ideału nie zobojętniał. Nieszczęście które ją dotknęło, odżywiło nieco zastygłą miłość poety. Morimerowi także zetknięcie się z ludźmi, których się w tej godzinie nie spodziewał, nie bardzo było przyjemnem.
Z powagą smutną zbliżył się do Roliny i w kilku słowach wyraził współczucie...
Wszyscy goście posiadali odosobnieni, milczący, a i pułkownikówna nie znalazła sposobu, aby towarzystwo ożywić. Najswobodniejszy i najzręczniejszy ze wszystkich, francuz pierwszy spróbował zawiązać obojętną gawędkę. Amerykanin gryzł usta gniewny, Morimer patrzył po ścianach, Rolina zamieniwszy chłodne wejrzenie z nim, zwijała i rozwijała chusteczkę trzymaną w ręku. Ruch ten zdradzał rozdrażnienie.
Zadzwoniono raz jeszcze. Był to stary hrabia Bongi, który wszedł z uczuciem szczerego, ojcowskiego politowania na pięknej twarzy spokojnej.
— Z wielką boleścią dowiedziałem się o nieszczęściu które panią spotkało — odezwał się biorąc ją za rękę i przytrzymując ją z uczuciem w swej dłoni. — Stracić ojca, nie mając matki, cios to okropny dla kobiety... Wszyscy też współczujemy z nią... bolejem nad jej stratą. Ja przyszedłem ofiarować moje usługi. Jeżelibyś pani była w takiem położeniu że opieka i dom przyjacielski byłyby jej potrzebne — ja i żona moja ofiarujemy spokojne u nas schronienie.
Dobroć starca przejęła Rolinę, która mu gorąco podziękowała, chociaż uczuła się nią upokorzoną... Ludzie więc sądzili że litości ich i jałmużny potrzebowała!!!
Bongi z przywileju wieku swego — mówił dalej otwarcie.
— Piękność pani, może ją narażać na niepotrzebne i niemiłe natręctwa. Potrzebujesz ciszy, spokoju, przyjacielskiej dłoni i starań. Wszystko to znaleźć byś mogła u nas, nim potrafisz boleść zwyciężyć i z życiem się nowem pogodzić...
Rolina zmięszana dziękowała ogólnikami...
Bongi usiadł i tym tonem patryarchalnym, serdecznym, mówił dalej.
Spojrzenia które rzucał na swych towarzyszów zdawały się okazywać że rad był się ich pozbyć i sam na sam otwarciej pomówić z sierotą o jej położeniu, którego mógł się domyślać — ale baron St. Foix nie okazywał wiele usposobienia do rychłego opuszczenia placu, a amerykanin jak przykuty siedział uparcie.
Jeden Morimer, wstał i zbliżywszy się do Roliny, kilku słowami grzecznemi ją pożegnał. Towarzystwo które tu zastał, dotknęło go niemile, potwierdzało stosunki pułkownikównej z ludźmi, których ojciec mu wymieniał.
Czuł się uleczonym niemal, oswobodzonym — lecz choć rana zdawała się zgojoną — bolała.
Bongi tymczasem żywą, ogólną o losach ludzkich, o cierpieniach i środkach złagodzenia ich zawiązał rozmowę z baronem, do której milczący amerykanin się nie mięszał. Dowiadywał się co panna Maholich myślała począć z sobą i czy chciała w Wiedniu pozostać.
Dziękując mu za troskliwość pułkownikówna odpowiedziała, że dla żalu po najlepszym z ojców, o niczem jeszcze pomyśleć, nic postanowić nie mogła. Potrzebowała wypłakać się, oprzytomnieć, obeznać z położeniem, w którem rozpatrzeć się nie miała czasu. Interesa ojca, którego nagła śmierć zaskoczyła, wymagały uporządkowania i t. p.
W ciągu rozmowy tej ze starym Bongi, amerykanin nie był dosyć panem siebie, aby się z pewnem zniecierpliwieniem nie zdradzić. Rolina po razy kilka musiała oczyma go napomnieć, aby się zachował spokojniej.
Naostatek baron St. Foix, widząc że włocha nie przesiedzi, wstał i począł się żegnać. Bongi pozostał jeszcze mierząc oczyma niemego don Estebana, który zżymając ramionami, mrużąc oczy, nerwowo krzywiąc się, pocierając włosy, nie ruszał się z miejsca...
Hrabia zrozumiał iż gość ten czekać musi, zrezygnowany więc, raz jeszcze zaofiarowawszy usługi swe sierocie, dodając jej otuchy i męztwa, pośpieszył za baronem.
Don Esteban wstał także, jak gdyby za nimi miał wychodzić, ale była to teatralna fausse sortie, zobaczywszy się panem placu, rzucił kapelusz i zbliżył się do Roliny.
— Myślałem — zawołał ostrym głosem zniecierpliwiony — że tych nieznośnych nie przetrwam natrętów. W istocie masz pani aż do zbytku wielu troskliwych o siebie przyjaciół. Pomimo to ja sobie roszczę pierwsze do jej usług prawo.
Pozwolisz pani mówić z sobą otwarcie, choć to może dziś nie będzie właściwem, ale ja... czekać nie umiem.
Rolina wzrokiem mu tylko odpowiedziała. Im bardziej zdawała się zbliżać chwila stanowcza, tem ją — odważną zresztą, jakiś strach paniczny więcej przejmował. Obronić mu się nie mogła — było w nim coś instynktowego, niezrozumiałego lecz niezwyciężonego.
Amerykanin, jakby to przeczuwał, łagodził głos, czynił się o ile mógł przymilającym i pokornym, lecz mimowoli dziki człowiek się zdradzał. Zapominał się co chwila.
— Nie po raz pierwszy wyznam pani — rzekł — że jestem w niej rozkochany śmiertelnie. Uczyniłaś mi pani niejaką nadzieję, że miłość ta może być odwzajemnioną.
Jestem zupełnie swobodnym, nie zależę od nikogo, majątek mam bardzo znaczny, który w najgorszym razie kilka milionów dolarów wyniesie...
Chcesz pani zemną podzielać złe i dobre losy? proszę o jej rękę.
Mówił to z gorączką i pośpiechem, a wspominając miliony, lekceważącym ruchem zbył tę kwestyę finansową.
Rolina zwolna oczy ku niemu podniosła — wejrzenie było wielce obiecujące.
— Pan pojmujesz — odpowiedziała z niejakiem wahaniem — że na świeżym grobie ojca, nie jest to chwila do mówienia o małżeństwie... Daj mi pan przeboleć, odetchnąć, wypłakać się...
— Ja znajduję — odparł żywo amerykanin — że to jest właśnie moment, w którym pani potrzebujesz opieki, mogłaby ona jej wiele przykrości oszczędzić.
Don Esteban zatrzymał się nieco, wysłowienie się wogóle nie przychodziło mu łatwo.
— Wprawdzie — ciągnął dalej — moje interesa, zajęcia moje, pilne sprawy, które mam na głowie, mogące mnie niespodzianie, lada chwila ztąd — na czas jakiś wypędzić — nie dozwolą nam wziąć ślubu natychmiast...
Wymagają tu, jak słyszałem, formalności, świadectw, muszę papierów zażądać z domu. Zabierze to dosyć czasu, ale to nie przeszkadza dać sobie słowo, zamienić pierścionki, a pani zawierzyć możesz honorowi memu — słowu.
Ślub weźmiemy jak tylko papiery...
Rolina podniosła nań wzrok i spojrzała groźno.
— Musimy więc zaczekać, aż go wziąć będziemy mogli — odpowiedziała.
Słowa te amerykanin sobie wytłómaczył jako — przyrzeczenie i zgodzenie się, nie zważał więc na oziębłość z jaką zostały wypowiedziane i zbliżył się do niej z wyrazem czułym, rękę wyciągając jakby kibić jej chciał objąć — ale Rolina się cofnęła obrażona.
Don Esteban pozostał w miejscu zmięszany nieco.
Siadł opodal.
— Więc, jakież jest ostatnie słowo pani? — zapytał trochę nadąsany.
— Prosiłam pana o czas do namysłu — odpowiedziała panna, głosem który złagodzić się starała i uczynić obiecującym gdyż zaczynała się lękać, aby nie straciła amerykanina.
— Możesz się pan dorozumiewać — kończyła po chwili — że nie odrzucając jego prośby, tem samem daję mu już nadzieję. Ale w tej chwili nie zdaje mi się właściwem... Daj mi pan czas...
— Niech pani oznaczy jak długo mam oczekiwać? — zawołał wstając i zbliżając się natarczywie amerykanin, z pewnem zakłopotaniem. — Wspominałem już o ważnych sprawach, które mogą mnie ztąd odwołać... najniespodzianiej. Słyszałaś pani zapewne że... (zamruczał niewyraźnie) przyznają mi ludzie pewną misyę dyplomatyczną... Nie mogę o tem mówić więcej. Mógłbym być zmuszonym do nagiego wyjazdu...
Rolina słuchała zamyślona.
— Cóż ja na to poradzić mogę? — spytała.
— Pani, mogłabyś mi zaufać — odparł amerykanin. — Dla mnie oczekiwanie będzie męczarnią, a ono się przeciągnąć może. Papiery z Ameryki nie nadchodzą tak prędko...
Nie śmiał dokończyć wyraźniej, gdyż pułkownikówna zmierzyła go wzrokiem, który usta zamykał.
Don Esteban rzucił się z wyrazem namiętnym i teatralną gestykulacyą.
— Nie masz pani litości nademną, nie chcesz pojąć że kochając tak jak ją kocham, a być zmuszonym dla lichych jakichś papierów dręczyć się i wyczekiwać... to jest prawdziwą torturą!
Uśmiechnęła się dwuznacznie pułkownikówna.
— W istocie takiej miłości ja nie rozumiem — rzekła — sądzę że przywiązanie powinno być cierpliwem i zastosowywać się do wymagań... zwłaszcza gdy te, jak moje, są sprawiedliwe... Mam zupełną ufność w panu, lecz z moich warunków nie ustąpię.
Amerykanin ruszył ramionami.
— Cóż to są te formalności średniowieczne, kościelne — zawołał. — Błogosławieństwo księdza nic nie znaczy, nic! Gdy dwoje ludzi daje sobie uroczyste słowo — waży ono tyle pewnie co przysięga przed ołtarzem. Dziś nikt do tych ceremonij wagi nie przywiązuje.
O co pani chodzi? mogę na piśmie dać zobowiązanie...
Rolina przerwała nie dając mu dokończyć.
— Nie mówmy o tem, proszę.
Don Esteban zakąsił wargi i zdawał się niepewny co pocznie. Dosyć długo panowało milczenie, kilka razy spojrzeli na siebie, uspokoił się nieco amerykanin.
— Mam nadzieję — dodał — że pani się namyślisz, i że to nie będzie ostatniem jej słowem. Ja przynajmniej za ostateczny wyrok tego nie biorę.
Pułkownikówna miała mu przerwać, gdy wtrącił ze śmiechem wymuszonym i zimnym.
— Bądźcobądź ja się już uważam za jej narzeczonego! Nie chcę nic więcej słyszeć, o niczem wiedzieć! Nie dam się odpędzić!
Kończąc te słowa pochwycił ją za rękę gwałtownie i zdejmując z palca pierścień z wielkim soliterem, wcisnął go jej gwałtem prawie.
Rolina słabo się opierała.
Dokonawszy tego, jak tryumfujący przybrał weselszą twarz.
— A zatem — rzekł — narzeczonym jej od tej chwili jestem, i proszę mnie uważać za najwierniejszego sługę... rozporządzać mną, rozkazywać.
I gorąco ucałowawszy jej rękę, w której jeszcze pierścień narzucony gwałtem trzymała, z pośpiechem, hałaśliwie, potrącając krzesła, stukając drzwiami, wybiegł do sieni.
Spotkawszy tu służącą, wcisnął jej dukata w rękę, rozśmiał się na głos i potoczył się po wschodach, jakby się lękał pogoni.
Po wyjściu jego Rolina długo stała zamyślona; — pierścień trzymała w ręku i przypatrywała się grze świateł w pięknym soliterze, który błyskał iskry złotemi.
Dyament był przepyszny, oprawa kunsztowna...
Miałże on ją wiązać na zawsze?
Jej się zdawało że to był prosty podarek, bo nic nie dała w zamianę.
Zwolna zaczęła go wkładać, próbując na którym palcu będzie mu najlepiej. Poruszała białą rączką, przeciw światłu wyzywając aby jej zaświecił tęczowemi blaskami.
Na jej ręku leżał tak dobrze, jakby do niej był stworzony. Sama rączka wydawała się z nim piękniejszą.
Był to zadatek świecący świetnej przyszłości.
Zadumana siadła z okiem wlepionem w pierścień... Na nieszczęście, cudne cacko przypominało brzydkiego, pół dzikiego człowieka co je narzucił. Świecił soliter tak prawie jak oczy tego strasznego człowieka. Wzdrygnęła się.
Wszyscy goście, którzy się tego rana przesunęli przed nią — wracali jak widma, a każdy z nich był jej znośniejszym od tego, którego los zdawał się dla niej despotycznie przeznaczać. Nie rozumiała go dotąd!
Miał powierzchowność człowieka należącego do lepszego świata, należał niby do niego — przyjmowano go wszędzie, umiał się znaleźć w sposób oryginalny ale nie rażący — pomimo to na niej czynił wrażenie jakiejś istoty niższej, przebranego lokaja. Nie mogła się obronić tej myśli. Lecz była to może krew obca — ród inny. Sam on przyznał się jej że w żyłach jego płynęła krew hiszpanów, conquistadorów, zmięszana z indyan krwią. Nie taił się z tem; ale kto był, jaką miał przeszłość, nie mówił wcale, mięszał się gdy go badać chciała.
Ludzie słysząc o mniemanej jego misyi dyplomatycznej, śmieli się ironicznie. Potajemne posłannictwo rzeczypospolitej Chili, Peru lub Meksyku, mogło tylko uwieść najłatwowierniejszych nieuków.
Tych ciemności nieprzyjemnych, niepokojących, błyski dyamentu nawet rozjaśnić nie mogły.
A! jak teraz stokroćby była wolała tego powolnego, łagodnego, choć tak przy swej czci i słowie upartego Stacha! Morimera nawet z jego fantazyami poetycznemi — wreszcie kogokolwiekbądź byle nie tę twarz groźną, jakąś obcą, z oczyma dzikiemi, która zdawała się z innego świata przychodzić!
Śmiech jego, w którym zgrzyt jakiś zębów dawał się słyszeć — gdy go przypomniała, dreszczem ją przejmował.
Oburzał ją wreszcie wymaganiami zuchwałemu, śmiał żądać od niej ofiary, na którą duma jej nigdy się zgodzić nie mogła. Nigdy!...
Badając się sama czuła, że słowu Stacha zawierzyłaby może, że nawet kapryśny Morimer wzbudziłby w niej wiarę — don Estebanowi zaufać!! — nie mogła.
Samo przypuszczenie że będzie zmuszoną oddać mu rękę — siebie — przerażała ją i wstręt budziła. Śniło się jej kiedyś, że w uścisku chciał śmierć jej zadać i jak ludożerca ją pożreć. Sen ten śmieszny ciągle się snuł przed jej oczyma.
Któż policzy myśli jakie się jej snuły po głowie, wywoływane pierścieniem i rozpaczą. Przez cały dzień dręczyła się niemi.
Nazajutrz spodziewany był powtórnie dr. Hollender, którego zrana dnia tego przyjąć nie mogła.
Prawnik należał także do czcicieli, prawił jej słodycze, lubił jej towarzystwo, ale należał do tej kategoryi podrzędnej, na którą dumna pułkownikówna nie liczyła wcale. Miała ich tylu!
Teraz jednak potrzebując życzliwej pomocy jego, uśmiechać mu się i bardzo uprzejmą być musiała.
Dr. Hollender stawił się o godzinie naznaczonej.
Był to człowiek młody, przystojny, twarzy trochę pospolitej, ale życia pełen i bystrego umysłu. Rolina wiedziała że z nim otwartą być musiała, bo fałsz żadenby go nie uwiódł.
Prawnik, który czasu miał mało, jak wszyscy ludzie powołaniu swemu oddani szczerze — przyszedłszy, natychmiast zażądał papierów i wyjaśnień stanu interesów.
Rolina znajdowała się w dosyć przykrem położeniu. Nie wiedziała o niczem. Ojciec nie wtajemniczał ją nigdy, nie wiedziała nawet gdzie czego szukać było potrzeba; musiała więc odwołać się do Boehmowej, która była powiernicą nieboszczyka.
Bolało to ją i upokarzało, ale starała się wytłómaczyć adwokatowi, że ojciec stosował się w tem do jej życzenia, gdyż ona nie cierpiała interesów — a miała tyle zajęć innych. Poproszono pani Balbiny, Rolina miejsca jej ustępując, wyszła.
Zupełną tajemnicą były dla niej interesa ojcowskie. Pułkownik dla niej był tylko kasyerem, od którego ona wymagała jaknajwięcej, której on piszcząc tłómaczył się ubóstwem, opierał się potroszę, w końcu zahukany, dawał co chciała. Wnosząc z tego ciągłego o oszczędność nalegania, użaleń na ciężkie czasy — z wydatków na starożytności — Rolina wyobrażała sobie że po ojcu nic pozostać nie mogło, oprócz tych skorup i rupieci, które nie wiele warte być musiały i pensyjki jaka się jej należała.
Chciała co najrychlej wyjść z tego stanu oczekiwania i niepewności — a przez zamążpójście z niedostatku, którego się obawiała. Wstydziła się ubóstwa, brzydziła niem, było dla niej nieznośne. Fałszywe wyobrażenia przedstawiały jej stan ten, nietylko męczeństwem ale upokorzeniem. Czuła się stworzoną, przeznaczoną do innego świata.
Całą swą młodość spędziła w walce aby okazać się nie taką jaką była w istocie, ale jaką pragnęła; nieraz okupując elegancyę wygodami, blask fałszywy rzeczywistym niedostatkiem, rękawiczki śniadaniem, a wstążki podwieczorkiem. Życie jej było pasmem udawań i kłamstw, dręczącą maskaradą. I teraz też gotową była szczęście poświęcić mrzonce świetnego losu.
Nie życząc sobie być świadkiem rozmowy Boehmowej z doktorem Hollendrem — tego inwentarza upokarzającego swego ubóstwa — wyszła do swego pokoju okręcając na palcu brylantowy pierścień amerykanina, którym bawiła się jak dziecię.
Czasami przeląkłszy się chowała go... i po chwili odwracała aby mu się przypatrzeć.
Dobre pół godziny trwała rozmowa prawnika z p. Balbiną, poczem dr. Hollender, wedle umowy, do drzwi jej zastukał.
Otworzywszy je Rolina znalazła go z wiązką papierów w ręku, z piórem za uchem, a twarzą zamyśloną.
Usiedli przy stoliku w salonie.
— Rzeczy się nieco wyjaśniły — rzekł prawnik — choć nie wiem czy pani będziesz ze wszystkiego kontenta. Naprzód, okazuje się iż mamy w sądzie złożony testament nieboszczyka, którego kopię tu znaleźliśmy.
Rolina drgnęła niespokojnie; zapowiadało się coś niespodziewanego.
— Cóż w nim jest? — spytała cicho.
Prawnik spuścił głowę i patrząc w papiery mówił dalej.
— Majątek nieboszczyka składa się z ruchomości (obejrzał się po salce i jej ścianach, ręką je ukazując). Ocenione one są dość wysoko! Oprócz tego mamy dwadzieścia tysięcy guldenów papierowej renty...
Rolina nie mogła się wstrzymać od wykrzyku zdziwienia, bo się wcale tego nie spodziewała.
Dr. Hollender czytał dalej.
— Kapitału tego połowa, należy, wedle rozporządzenia testamentu, przyznanej urzędownie za córkę, pannie Józefie...
Załamując ręce, z gniewem porwała się i okrzykiem pułkownikówna.
— Tego upokorzenia, tego wstydu... nie spodziewałam się — poczęła. — Za grobem mu tego nie daruję... To okropne... Ona... moją siostrą!
Dr. Hollender spojrzał na nią ze współczuciem.
— Niema sposobu sprzeciwienia się temu — rzekł łagodnie. — Rzecz jest dokonana. Pułkownik za życia o to czynił starania i adoptował ją prawnie... Pani pozostawił cały spadek ruchomy...
— A! wolałabym była wyrzec się wszystkiego, a nie być tak upokorzoną — zakrzyknęło dumne dziewczę, rzucając się na krześle.
Dr. Hollender z zimną krwią przeczekał w milczeniu, pókiby pierwsze, najgwałtowniejsze nie przeszło wrażenie. Sama ona wkrótce opamiętała się, iż nie powinna była zdradzać się ze zbytnią boleścią i po chwili spytała głosem słabym, czy prawnik nie mógłby się podjąć spieniężenia ruchomości.
Chciała sprzedać wszystko, zabrać co jej pozostawało — uciekać!!! Sama nie wiedziała co zrobi.
Dr. Hollender gotów był ułatwić licytacyę starożytności, znał taksatorów, nie obce mu były formalności, lecz z mowy jego widać było że się nie wiele ze sprzedaży spodziewał. Nie ochłonąwszy jeszcze z gniewu Rolina, co prędzej wyswobodzić się, oddzielić chciała... pozbyć tej siostry jakiejś i Boehmowej, której czarną wyrzucała zdradę.
Oszukiwano ją, uwiedziono. Sam ojciec należał do spisku. Nic nie dawano poznać, bo nie byłaby się pozwoliła pokrzywdzić. Potokiem narzekań wybuchnęła przed prawnikiem żaląc się na krzywdę wyrządzoną. Dr. Hollender uspokajał ją i milczał.
— Wszystko to po czasie — powtarzał — co nieuchronne, do tego zastosować się potrzeba...
Po wyjściu prawnika, Rolina dnia tego nie widziała nikogo. Zamknęła się od Boehmowej i Pepi, rojąc co zrobi z sobą...
Z jej pięknością, wychowaniem, trochą pieniędzy — nie możnaż się było ważyć na stawkę nową w grze z losem?!
Mogła się przenieść gdzieindziej — stworzyć sobie stosunki; poważną dobrać towarzyszkę — i nie potrzebować nienawistnego amerykanina, nie patrzeć na nieznośną Pepi, nie ocierać się o wroga — Boehmowę.
Na to potrzeba było wiele energii, taktu, umiejętności, wytrwania, ale czyż jej na nich zbywało?




XI.

Don Esteban Corcero-Prolados, od kilku już miesięcy zajmował apartament wspaniały w Hôtel Imperial, i żył na stopie dostępnej tylko milionerom...
Przed przyjazdem jego mieszkanie było telegrafem zamówione. Z nim razem przybył sekretarz jego, młody, milczący, blady anglik i bardzo poważnie wyglądający kamerdyner — amerykanin, który łączył w sobie szczęśliwie angielską sztywność z grubijaństwem nowego świata.
Służba hotelowa, nawykła do poznawania się na ludziach i odgadywania ich z powierzchowności — choć się jej czasem omylić zdarzy, ma instynkt doświadczeniem nabyty oceniania ludzi, najczęściej trafny i nieomylny.
Przyjmujący w przedsieniu rządca hotelu, zwolna badawczem okiem mierzy podróżnego; dosyć mu jakiegoś dla profanów niedostrzeżonego znaku, ruchu, wymówionego tak lub inaczej słowa, aby umiał uklasyfikować gościa i wiedział czy on społecznie i finansowo stoi na wierzchu, w środku lub u dołu drabiny.
W Hotelu Imperial ówczesny oberkelner pan Stephen, który oprócz innych kwalifikacyj, wysokiej swej pozycyi właściwych, był znakomitym lingwistą i mówił bardzo znośnie pięciu językami, nie licząc trzech które kaleczył śmiało: — pan Stephen przyjmując u drzwi Don Estebana przybywającego z sekretarzem, z kamerdynerem i kuframi przepysznie pookuwanemi, nieznacznie ramionami poruszył.
Odprowadziwszy go do apartamentu dlań przeznaczonego, poddawszy jeszcze raz bacznej analizie pakunek, sposób zagospodarowania się, i t. p. wyraził się potem w biurze hotelu w sposób wcale niespodziewany a oryginalny o amerykaninie — wręcz oświadczywszy że to jest wcale nie osobliwsza figura.
Wyrok ten jednak później jeśli nie odwołać, to zasuspendować był zmuszony. Don Esteban w oczach służby okazał się bardzo przyzwoitym człowiekiem.
Miał, jak się przekonano, list otwarty na jednego z najznaczniejszych bankierów stolicy, na sumę bardzo znaczną; żył co się zowie po pańsku, rachunki płacił jaknajregularniej, długów nie robił, i służącym dawał wspaniałe tryngeldy.
A chociaż tygodniowo opłacane wydatki hotelowe były wcale nie małe, nigdy się nie skarżył na nie, i nie kontrolował małych dopisków.
Nie szczędzono wcale; sekretarz i kamerdyner jedli i pili po pańsku. Sam Don Esteban nie wyjeżdżał nigdy inaczej jak powozem hotelowym, a używał go często. Woźnica dostawał na piwo.
Kupowano drobnych a niepotrzebnych rzeczy wiele, drogo i po największych magazynach, gdzie one są dwa razy droższe. Codzień się coś przywoziło od Kleina.
Ciekawość, nawet po hotelach, gdzie ten rodzaj świerzbu codziennie bywa łagodzony coraz nowem łechtaniem — ciekawość jest tak dalece w ludzkiej naturze, że jej nawet zmęczony pan Stephen ulegał.
Don Esteban obudzał ją w najwyższym stopniu w nim, i w zarządzie hotelu. Kto on był? co tu robił?
Spodziewano się o tem nieznacznie dowiedzieć od sekretarza, sztywnego anglika, lub od kamerdynera, który piwa pijał dużo i namiętnie.
Tymczasem ani jeden, ani drugi o panu swym, nie dali nic dobyć z siebie, oprócz że był niezmiernie bogaty i wysoko w hierarchii społecznej położony...
Kamerdyner w ostatku raz po wielkiem nadużyciu piwa, gdy go naciśnięto, stuknął w stół pięścią i zaprzysiągł się że tyle go zna i o nim wie, co i pytający, chociaż od kilku miesięcy mu służy.
Stosunki jakie mógł mieć w stolicy amerykanin, w początkach nie wiele rokowały. Potem, zwolna, zaczęli przybywać goście. Była to po większej części młodzież wesoła, lubiąca żyć, arystokracya in spe, dyplomacya początkująca, świat niedojrzały, mało ludzi poważnych.
Później i parę figur wydatniejszych, wyżej położonych się zjawiło. Ale pan Stephen czynił tę dowcipną uwagę, że to były nie te brzoskwinie bez plamy, które się po pięć franków płacą u Cheveta, ale równie duże na oko, tylko z jakąś skazą, zniżającą cenę ich do pięciu susów. Dystyngowane osoby bywające u Don Estebana wszystkie miały tę plamkę, która ich wartość zmniejszała. Były to brzoskwinie, — nawet duże, lecz przypatrzywszy się im.... można było znaleźć czarne znamię.
Panowie ci znani byli albo jako namiętni gracze, lub weseli próżniacy, kobieciarze niepoprawni, odłużeni panicze... na ostatek po dwukrotnem bankructwie zbogaceni cudownie... Największa liczba tych przyjaciół don Estebana słynęła z marnotrawstwa.
Pan Stephen notował to sobie iż dobór towarzystwa dawał do myślenia, a jako mąż logiki bardzo ścisłej, wnosił z otoczenia, iż ten co je dobierał sobie, musiał albo z niego korzystać lub sympatyzować z niem.
Dowiadywał się zawsze troskliwie w biurze jak tam stały rachunki, ale odpowiadano mu karcąc go śmiechem i wyrzucając podejrzliwość, iż te płacone były najregularniej. Według niego i to miało znaczenie wątpliwe. Pan Stephen nie chciał się uznać zwyciężonym, i kończył rozprawę ręce kładąc w kieszenie, z groźnem: Zobaczycie!! Nie uchodziło i to uwagi jego, że życie prowadził amerykanin nie po europejsku, z desinwolturą innego świata.
Pan z sekretarzem, według niego byli w zbyt poufałych stosunkach. Gdy ktoś obcy wchodził, anglik stawał się przyzwoitszym i wracał do skromniejszej roli — kamerdyner też lekceważył Don Estebana i posługiwał mu jakby z łaski, a zaczepiony odpowiadał grubo.
Gospodarstwo całe było jakieś oryginalne.
Przy gościach wszystko przybierało formę uroczystszą, po odejściu ich, rozprzęgało się.
Wieczorami zwykle tu grywano. Zaczynało się to od milczącego wistha, a później stopniowo przechodziło w inne kombinacye, które znaczne bardzo sumy na stół ściągały.
Trwały te zabawy czasem do białego dnia, przerywano tylko kosztowną wieczerzą, przekąskami i oblewane winami.
Grywano hałaśliwie, ale nigdy żadna kłótnia i skandal nie dały powodu do skargi i niepokoju w hotelu.
W miarę jak amerykanin dłużej tu zamieszkiwał, krąg jego znajomości coraz się rozszerzał i podnosił ku górze. Dyplomacya wyrzucała tu bilety, kilku wysokich urzędników odwiedziło amerykanina.
Wszystko to zawstydzając p. Stephena, w biurze hotelu wywoływało żarty z niego, bo się chlubił swem trafnem okiem.
— A co? — śmiał się kasyer. — Cóż ten twój podejrzany amerykanin? Wczoraj mu bilet wyrzucił książę... dziś przyszło zaproszenie na wieczór do ministra.
Pan Stephen poruszał ramionami, i dumnie ręce wkładał w kieszenie.
— Mówcie sobie co chcecie — odpowiadał niby upokorzony — zobaczymy!! zobaczymy! Dla mnie to zawsze zagadka. Człowiek jego stanu u którego jednej książki niema na stoliku, który gazety czyta tylko na dole zrana, i to pobieżnie, — trzyma sekretarza, a prawie żadnych listów nie odbiera i nie pisze — nie widzi mi się bardzo dystyngowanym. Zobaczycie!!
Tryb życia don Estebana dosyć był jednostajny. Wstawał późno, program dnia zależał od tego co się w mieście zapowiadało.
Żadnego głośnego koncertu, widowiska, balu, przejażdżki po Praterze, wystawy nie opuszczał nigdy. Musiał być i pokazać się wszędzie gdzie się cisnęli ludzie, wśliznąć się gdzie się zbierał świat większy.
Niekiedy dawał u siebie obiady, o późnej godzinie, francuską i angielską modą. Naówczas menu musiało być wyszukane, wina co najprzedniejsze, a po obiedzie grywano.
W czasie tych wieczorów najczynniejszym bywał kamerdyner, a sekretarz szedł na miasto i nie pokazywał się wcale.
Pan Stephen, którego oka nic nie uchodziło, bo się już naposiadł na amerykanina, uważał że niekiedy przybywały i bardzo wystrojone panie, które nie należały do żadnego świata stolicy, a widywane bywały tylko czasem wieczornemi godzinami na Grabenie. Wśród nich trafiały się też mniej znane artystki, mało znanych teatrzyków i aspirantki do dramatycznego powołania.
Głównym przymiotem amerykanina było, że — płacił.
Pod tym względem był bez zarzutu.
Zkad zaś pieniądze brał, o to się ani pan Stephen, ani kasyer nie troszczył.
Po śmierci pułkownika Maholicha, która uwagę na pozostałą po nim bez opieki córkę, zwróciła, w pewnych sferach rozpowiadano, iż amerykanin należał do najzapaleńszych wielbicieli pięknej Roliny. On się z tem też nie ukrywał. Domyślano się iż zamierzał się żenić. Ubolewali jedni nad tem, drudzy zazdrościli.
Hrabia Bongi, którego dziewczę naprzód zajęło plastycznym swym wdziękiem greckiej bogini, potem obudziło współczucie, gdy się bliżej o stosunkach domowych dowiedział — postrzegł także starania amerykanina i mocno go one zaniepokoiły.
Rolina, którą się po ojcowsku zajmował, a rad był jej przyjść w pomoc, żywo go obchodziła. Nie miał innego zajęcia nad studyowanie obrazów, rzeźb i artystycznych nowości, łatwo mu więc było przedsięwziąć i bliższe zbadanie człowieka, któremu arcydzieło — jak je zwał — dostać się miało.
Staruszek wielce był oryginalny, — dobroczynny, roztargniony, zajęty zawsze takiemi rzeczami, które jego osobiście wcale się nie tyczyły, a innym były zupełnie obojętne. Rolina mu się podobała, wiedział iż była sierotą i ubogą, że się koło niej mnóstwo młodzieży i dojrzałych ludzi kręciło — począł więc dochodzić, zabiegać aby się biedaczce nie stało co... Rad był się nią zaopiekować, ostrzedz.
— Amerykanin? chilijczyk? ale cóż za jeden? Właściciel kopalni? hm? miljoner? Cóż on tu robi nie robiąc nic? Na miljonera mi nie wygląda... Zagadkowy — podejrzany...
Począł śledzić go pilnie.
Na pierwszym kroku spotkał się, jak oberkelner hotelu, z wątpliwościami co do gatunku człowieka. Był niby wykształcony a zdawał się nieukiem, niby nawykłym do świata, a nie bardzo się w nim swobodnie i zręcznie obracał. Mogło coś iść na karb amerykańskiego pochodzenia, ale były rzeczy też zawikłane i ciemne.
Bongi czuł że się tam coś kryło, a wielkie tajemnice dają do myślenia że niema się z czem chwalić.
— Byłaby to rzecz okropna, gdyby to śliczne dziewczę miało paść ofiarą jakiego awanturnika... a człowiek ten na niego wygląda... Ale, pozory zwodzą. Hrabia zaczął śledzić i rozpytywać. Powiedziano mu o jakiejś misyi dyplomatycznej, o której głuche wieści chodziły.
Bongi poszedł na zwiady po kancelaryach poselstw, w których miał najlepsze stosunki; dostał się do ministerstwa spraw zagranicznych, w którem sam dawniej służył; — wszędzie ramionami ruszano gdy się odezwał o jakimś dyplomatycznym charakterze amerykanina. Naczelnik wydziału rozśmiał się klepiąc po ramieniu starego przyjaciela.
— Mój hrabio! — rzekł — żebyżeś ty mógł w taką niedorzeczność uwierzyć! Niema w tem sensu...
Hrabia odrazu miał toż samo przekonanie, lecz chciał dotrzeć do źródła i nie mieć sobie do wyrzucenia płochego sądu.
Zostawało pytanie: jeżeli nie był agentem dyplomatycznym, czem mógł być u licha? Każdy człowiek ma i przyznaje się do jakiegoś powołania, a miljonerem będąc, czuje się przynajmniej obowiązanym pochodzenie miljonów wytłumaczyć.
Jednego wieczora, znalazłszy Don Estebana w znajomym domu, Bongi, który nie przestawał z kim innym oprócz artystów, literatów, uczonych i swych dawnych kolegów dyplomatów, — mocno się nim zajął i przylgnął do niego. Amerykanin zdawał się tym uczynionym mu honorem nadzwyczaj zmięszany, więcej przestraszony niż uradowany.
Na rozmowę dłuższą trudno go było wyciągnąć; mówił niewiele, ograniczał się frazesami oklepanemi, nie okazywał głębszych wiadomości i gustu do niczego oprócz dobrego życia, jadła i napoju... Bongi zagadujący o poważniejsze rzeczy, męczył go okrutnie. Don Esteban napróżno mu się usiłował grzecznie wyśliznąć.
Hrabia od pierwszych słów poznał, że miał do czynienia z człowiekiem tępej głowy, małego wykształcenia, ale bardzo zręcznym i przebiegłym. Chcąc się mocniej utwierdzić w swem przekonaniu, sam prawie narzucił mu się tak, że go zaprosić musiał, bo Bongi najprzód na obiad go do siebie wezwał. Nie było sposobu nie zawdzięczyć, wedle zwyczaju, wzajemnem zaproszeniem.
To uprzejme nadskakiwanie starego hrabiego, niepokoiło Don Estebana, bo go sobie wytłumaczyć nie umiał. Bongi nie lubił jeść i nie grał w karty.
Tak tedy jednego wieczoru hrabia zjawił się w Hotel Imperial, obiecując sobie pilno śledzić sposób życia zagadkowego człowieka, jego otoczenie i t. p. Don Esteban aby uniknąć towarzystwa we dwu, zaprosił na ten dzień barona St. Foix i kilka innych osób z wyższego świata, które przyjęły wezwanie dowiadując się iż Bongi być przyobiecał.
Lecz, były to po większej części owe brzoskwinie duże z plamkami, jeden wielkiego imienia stary namiętny gracz, który już parę sukcesyj puścił na zielonych stolikach; jeden magnat węgierski młody, sławny koniarz i hulaka, gorącej krwi, ekscentryk, zawsze gotowy do najszaleńszych zakładów i niemożliwych wybryków, którym świat się musiał dziwić a gazety pisać o nich; stary ex-bankier, zajęty teraz więcej grą za kulisami niż giełdową i t. p.
Włoch, który spodziewał się dnia tego nauczyć czegoś zbliżając poufalej do amerykanina, mocno się zawiódł. Znalazł go zapiętym, milczącym, może mniej jeszcze zrozumiałym, niż gdy go widywał zdaleka. Z rozmowy domyślał się tylko, że czasami grubo tu grywano, do późna. Była to pewna wskazówka — lecz z gry tej nigdy nic na świat nie wyszło, nie skarżył się nikt, nie słychać było o wielkich przegranych.
Umyślnie czy przypadkiem rozmowa przy końcu obiadu potrąciła jakoś o różne piękności znane w Wiedniu, wspomniano o pannie Maholich, a Bongi wyraził się o niej z wielkiem uwielbieniem i współczuciem.
Wtórował mu baron St. Foix, wyrażając ubolewanie nad jej losem i wątpliwość czy osierocona, sama jedna potrafi pokierować sobą, zapewnić przyszłość.
Parę osób przytomnych, potwierdziło domysł, że pułkownik córce mało co albo nic nie mógł zostawić.
Ex-bankier, który widywał Rolinę w teatrze i unosił się nad jej pięknością, dodał śmiejąc się — że taka twarzyczka sama stała za miljony, a panna z nią majątku nie potrzebowała... Dawał do zrozumienia że przyszłość ubogiej a tak zachwycającej sieroty łatwo przewidzieć było... Ton jakim to mówił, dotknął przykro starego włocha, wziął obronę Roliny.
— Panienka ta — rzekł — mocno mnie interesuje. Starałem się ją poznać bliżej; znalazłem w niej energii wiele i rozumu. Zdaje mi się, że nawet w opłakanem swem sieroctwie potrafi sobie radzić. Kobiety mają instynkt, a pozbawionym opieki Opatrzność daje jasnowidzenie ludzi i niebezpieczeństwa...
Baron St. Foix przerwał z równem zajęciem.
— Liczę się także do przyjaciół i wielbicieli panny Maholich; przyznaję jej też same przymioty co hrabia, wierzę także w Opatrzność czuwającą nad ostrzyżonemi owieczkami, niemniej jednak obawiam się o nią wielce.
Młody magnat węgierski, który na wieczorze u księżnej Matyldy widział Rolinę i był nią zachwycony jak wszyscy — odezwał się z zapałem.
— Piękność jakiej nawet u nas w Peszcie znaleźć nie łatwo, a nasza stolica nie ubogą jest w piękne twarzyczki. Zaprawdę, szkodaby było gdyby ją miał spotkać los innych niemniej zachwycających bogini, które prawie zawsze kończą smutnie.
W czasie tego chóru kondolencyj i pochwał, gospodarz, którego Bongi nie spuszczał z oka, siedział milczący, nie mięszając się do rozmowy. Nierychło dopiero, uczuwszy że milczenie zdradzić go mogło, rzekł półgębkiem:
— Piękność zachwycająca!
— Ja — dodał ex-bankier, który chluby z tego szukał że wszystkie wiedeńskie piękności znał najlepiej i każdej z niej biografię mógł opowiedzieć — ja oddawna śledzę zdaleka tę panienkę. Nie ujmuję jej wdziękom, brylant to pierwszej wody; świeża jeszcze jakby dwudziestu lat nie miała, ale ma ich więcej trochę. Za życia ojca mogła się spodziewać wydać za mąż i, zdaje mi się że nad tem pracowała zręcznie... teraz trudniej będzie.
— Jakto, zręcznie? — podchwycił Bongi niemal urażony, ujmując się.
— Tak jest, zręcznie — powtórzył uparcie ex-bankier — obstaję przy tem. Mój przyjaciel Salomon Morimer, en sait quelque chose. Gdyby on od niej zręczniejszym jeszcze nie był, ten półgłówek Adam jużby się może był z nią ożenił, bo szalenie się rozkochał.
— A cóżby w tem ożenieniu tak nierozsądnego było? — zapytał Bongi. — Pannie nic zarzucić nie można.
Pardon! — zawołał stary. — Kochać się w tak pięknej kobiecie, jest rzeczą bardzo naturalną i rozumną, ale żenić się... szaleństwem. Niema na świecie cięższego brzemienia nad bardzo piękną żonę.
Amerykanin siedział jak na żarzących węglach... Bankier, któremu szło o to aby dowiódł iż był ze wszystkich najlepiej informowanym, począł oprócz Morimera, wymieniać innych, którym piękność Roliny zawracała głowy. Twierdził ciągle, że była nadzwyczaj zręczną i ostrożną.
— Jest to największa pochwała dla niej — przerwał Bongi. — Ostrożną być powinna, nadto ostrożną być nie może.
— Bezwątpienia — rozśmiał się głowę pochylając bankier — elle vise au solide. Życzę najmocniej aby celu dopięła.
Mówił to z takiem szyderstwem i lekceważeniem iż włoch już zniecierpliwiony, oburzył się w końcu.
— Szanowny panie — zawołał — nie pojmuję jak można tak bezlitośnie przewidywać los przyszły jednej z istot, które na największą zasługują sympatyę. Natura dała jej oblicze idealne, kształty posągowe, rozum, który sam pan jej przyznajesz; wierzę więc że i piękną duszę i umysł wielki zamknęła w tem arcydziele. Będzie to, spodziewam się, niewiasta która płci swej honor uczyni!
Ex-bankier począł się śmiać pokazując cały szereg bardzo brzydkich zębów; amerykanin spoglądał niespokojnie do koła, ale twarz mu się wypogodziła.
Wtem magnat węgier, który miewał fantazye różne i szukał tylko zręczności, aby się popisać z niemi, wtrącił nagle, iż słyszał jakoby ów śmieszny zbiór ladajakich starożytności, którym się pułkownik chlubił a ludzie z niego szydzili, sprzedawać miano z licytacyi, jako jedyną spuściznę po nim.
— Wiecie panowie, co? — zawołał — wszyscy ile nas tu jest, mamy żywe dla sieroty współczucie, interesuje nas jej los... Ten zbiór po ojcu jest całym jej majątkiem. Ja wnoszę ażebyśmy sobie dali słowo do upadłego licytować te rupiecie?
Rozśmiał się i potoczył oczyma do koła.
— Będzie to dobry uczynek, zabawka, przytem i antykwarzów łotrów zbijemy z tropu, — będą myśleli że albo się sami nie znają na rzeczy, albośmy poszaleli. A że nas może być spora gromadka... antykwarze y perdront leur latin — ou leur hebreu...
Hrabia Bongi pierwszy wykrzyknął:
Bravo — bravissimo!
Baron St. Foix nieco chłodniej (bo francuz gdy idzie o pieniądze zawsze stygnie i rozmyśla) przyklasnął także. Amerykanin podniósł kielich szampana i zawołał głośno:
— Piję zdrowie wnioskodawcy!
Myśl jest szlachetna, piękna, najlepiej w ten sposób dowiedziem sympatyi dla pięknej pułkownikównej, której po ojcu pewnie mało albo nic nie pozostało. Zdrowie hrabiego!
Wszyscy pili, myśl magnata przyjmując; a ten co ją podał, obowiązywał się le ban et l’arrière ban swoich znajomych, na licytacyę napędzać.
Tak bytność hrabiego Bongi u amerykanina, choć niewiele nauczyła włocha, przyczyniła się niespodzianie do zwiększenia szczupłego spadku Roliny.
Biesiadnicy wszyscy wzięli sobie za punkt honoru nietylko stawić się sami, ale postanowili, równie jak węgier ściągnąć przyjaciół, zrobić z tego rzecz mody. Obiecywano nawet, że księżna Matylda namówić się da do tego miłosiernego uczynku i zjawi się także ze swojem kołem.
Ponieważ Rolina o pośpiech nalegała a dr. Hollender starał się życzeniu jej zadość uczynić, oznaczono więc termin licytacyi bardzo blizki. W początku dla zmniejszenia kosztów wnoszono, aby sprzedaż odbyła się na miejscu, w domu na Wallnerstrasse, lecz pułkownikówna zgodzić się na to nie chciała. Nazbytby to obnażyło jej położenie i ubóstwo — obawiała się oczów ciekawych, języków złośliwych.
Spisano więc inwentarz naprędce, przeniesiono wszystko do najętej pustej sali, którą nastręczył dr. Hollender, ustawiono tak aby się to jaknajkorzystniej wydawać mogło.
Plakaty i dzienniki ogłosiły zawczasu dzień i godzinę.
Antykwaryusz i taksator, który spisując przedmioty ramionami ruszał, przewidując że sprzedaż może kosztów nie pokryć, bo nadzwyczaj mała ilość starożytności tych pewną wartość miała, a reszta była lub podejrzanej autentyczności albo źle zachowaną — czynił wszakże co mógł, aby zapobiedz stracie...
Jakież było zdumienie jego i licytującego, gdy o naznaczonej godzinie zaczęły się zjeżdżać powozy, wysiadać z nich ludzie gorąco się interesujący, a w końcu tłok się w sali zrobił, bo gdzie się ciekawi skupiają, tam i gawiedź płynąć musi. Najrozumniejsi nawet ludzie oprzeć się nie mogą tej sile przyciągającej którą wywiera tłum. Człowiek naówczas nie rozumując, ulega jakiemuś magnetycznemu prądowi, sile atrakcyi niezrozumiałej.
Im bardziej przeciągała się licytacya, poczęta od najbłachszych przedmiotów, osiągających ceny bajeczne, tem i licytujący się mnożyli i zapał wzrastał coraz gorętszy.
Nie oglądając nawet wystawionych na sprzedaż rzeczy, wywoływano podwójną i potrójną cenę; sprzeczano się zajadle o skorupki, o stare sprzążki, o rzeczy śmiesznie ponazywane — i samozwańczo pochrzczone. Co dziwniejsza — zapał ten dotrwał do końca, powtórzył się nazajutrz i nie ostygł dnia trzeciego. Prześcigano się w przepłacaniu. Sprzedaż nad wszelkie spodziewanie, przeciw zdrowemu rozumowi — jak powiedział taksator — uczyniła stosunkowo sumę zdumiewającą.
Płacono po tysiąc guldenów, to co kilka centów było warte. Obok innych amerykanin się też odznaczał, magnat dokazywał szaleństw, inni przyjaciele pułkownikównej nie dali się prześcignąć.
Taksatorowi oczy otworzyło i dało w końcu wiele do myślenia, to — że połowy tych drogocennych starożytności nikt nie brał i nie zgłaszał się o nie zapłaciwszy.
Dr Hollender który pilno śledził przebieg, cały sprzedaży, natychmiast ją zlikwidował, uradowany i zdumiony wypadkiem. Ostatniego dnia pośpieszył wieczorem do Roliny, która właśnie dawny salon, dziwacznie przez ojca przybrany, ogołocony teraz, na nowo starała się urządzić i znajdowała go strasznie pustym!
— Przychodzę, choć późno — odezwał się Hollender — ale przynoszę pani dosyć dobrą nowinę i to mnie tłumaczy. Sprzedaż zbioru po ś. p. pułkowniku, poszła nam nad wszelkie przewidywanie szczęśliwie. Mamy z niej po strąceniu kosztów, czysto 20,543 guldenów...
Rolina krzyknęła z radości klaskając w ręce.
— A! zawołała w uniesieniu — nieboszczyk ojciec więc nie mylił się, znaczną wartość przypisując zbiorom swoim!..
Twarzyczka jej płonęła, oczy się śmiały. Liczyła już że z tem co dla niej pozostało w rencie, miała 30,000.
A w jej rozumieniu — byłto, majątek!
Mogła czekać — oddychała!!!
Radość tę ostudził nieco prawnik dowodząc, że kapitał ten nie mógł przynieść wiele, a procentując zaledwie jej zapewniał skromne pierwszych potrzeb zaspokojenie.
Nie widując się teraz tylko z konieczności z Boehmową, która z córką razem po całych dniach w pokoju swoim siedziała zamknięta — Rolina nie śpieszyła się wyspowiadać przed nią ze szczęścia jakie ją spotkało, bo spadek ten cały do niej jednej należał. Ale Balbina miała swych przyjaciół i donosicieli, bacznie śledziła wszystko i wkrótce po odejściu dr. Hollendra przyszła powinszować Rolinie.
— Lękam się tylko — dodała — żebyś sobie nie wyobraziła że z temi 30,000, a twojemi gustami i nawyknieniami, możesz już niczego sobie nie skąpić. Pensyjka, jeżeli ją dostaniesz, będzie bardzo mała, a te pieniądze... czy ty potrafisz utrzymać!!!
— To moja rzecz! — odparła dumnie Rolina.
— Tak jest, lecz życzę ci pamiętać o jutrze.
Nazajutrz rano pułkownikówna już uczuła konieczną potrzebę sprawienia sobie żałoby, która trwać miała rok cały, bo ją czyniła interesującą i nadzwyczaj była do twarzy.
To co miała, nie świeże, nie dosyć wytworne — nie starczyło jej. Zdawało się jej że przy tak szczęśliwym składzie okoliczności, mogła sobie pozwolić odświeżyć garderobę, która jej była nieodzownie potrzebną.
Miała zawsze wielką słabość do wytwornego ubioru i gust, który jej wszyscy przyznawali. W tym smutku i sieroctwie, skazana na osamotnienie, czuła się zupełnie usprawiedliwioną, ulegając słabości... Być jeszcze piękniejszą! — sama myśl ją radowała.
Wszystkie swe toaletowe sprawunki zwykle robiła pułkownikówna na Grabenie, w sklepie dobrego swego znajomego p. Maksa Gerlacha.
Właściciel magazynu, bardzo przyzwoity średnich lat człowiek, przystojny, uprzejmy, grzeczny (co do jego fachu należało) był dla pięknej pułkownikówny ze szczególnemi atencyami.
Rolina najpewniejszą była że się w niej kochał: z nim więc łatwiej jej było i przyjemniej targować się, wybierać i kaprysić.
Ten pan Maks Gerlach, wiadomo to było powszechnie, dorobił się dość znacznej fortuny z małego... Człowiek był niezmiernej punktualności, nieposzlakowanej uczciwości, słynąc z tego że w handlu niedopuszczał się najmniejszego, nawet ussanami sankcyonowanego szalbierstwa. Dla tego kupujący płynęli do niego z zaufaniem. Surowy dla siebie i podwładnych, w obcowaniu z gośćmi był uprzejmym i miłym.
Nie myliła się Rolina, w istocie Gerlach się trochę w niej kochał, ale to była miłość cicha i milcząca; chociaż tak dojrzała że gdy się dowiedział o śmierci pułkownika, o położeniu sieroty — przyszło mu na myśl, że — gdyby chciała pójść za niego, gotówby się był z nią ożenić.
Zjawienie się więc tego ideału w sklepie, powitał kupiec bardzo gorąco i począł od wyrażenia jej całego swego współczucia; przyjmując ją jak najpożądańszego z gości.
Rolinie wcale na myśl nie przychodziło, aby — mógł roić coś tak zuchwałego. Kochać się wszystkim było wolno, ale sięgać tak wysoko!
Ocierając łzy, których na powiekach nie było, pułkownikówna weszła, przeprowadzona przez niego z uszanowaniem do salonu za magazynem...
Tu zwykle próbowano tak zwanych konfekcyj, probir-mamsel ze starym romansem w ręku, oczekiwała na klientki. Kupiec skinął na nią, aby się oddaliła. Rolina siadła w podanym jej fotelu, a pan Gerlach rozpoczął rozmowę.
Pułkownikówna podniosła woalik, aby pięknemi oczyma oczarować gospodarza, poczęła ubolewać nad swem sieroctwem, opuszczeniem, przyszłością... Nie przypuszczała jednak wcale, aby skargi te mogły ośmielić i poddać myśl, która się jej zdawała niemożliwą. Gdyby nawet kupiec był najbogatszym — zostać żoną kupca, kupcową — ona! — co marzyła przyszłość swą na wysokościach!!
Gospodarz starał się ją pocieszać. Po chwili jednak, pułkownikówna rzucała już oczyma na półki, zwróciła rozmowę na żałobę i to czego do niej potrzebować mogła.
P. Gerlach słuchał z uwagą, ale nie spieszył jakoś ze spełnieniem jej żądania. Dziwne myśli plątały mu się po głowie. Zapytał ją czy w Wiedniu ma pozostać i jak przyszłością rozporządzi.
— A! przyszłość! — odpowiedziała Rolina — któż jest jej panem, i kto ją przewidzieć może. Nie mówmy o niej, napełnia mnie trwogą...
Jakiś czas patrząc na nią, kupiec milczał.
— Nie możesz się jej pani obawiać — rzekł powoli. — Ilużby to ludzi miało się za szczęśliwych, gdybyś im pani pozwoliła tą przyszłością się z nią podzielić!
Wielkie, zdumione oczy wlepiła w niego Rolina. Milczenie jej zdawało się go ośmielać. Pół żartobliwie, pół seryo — kupiec dodał pochylając się grzecznie.
— Niepodobna pani widywać i nie zająć się żywo, nie uczuć dla niej sympatyi. Skazaną pani jesteś na obudzanie w ludziach marzeń, a któżby nie pragnął ich urzeczywistnienia!!
Rolina uśmiechała się dziwnie, gryząc usta i poruszając główką.
— Zdaje mi się, że pan przynajmniej do tych wszystkich się nie liczysz — szepnęła ironicznie.
— Niestety — śmiejąc się z otwartością mimowolną odparł Gerlach — ja właśnie mówię to z własnego doświadczenia...
Zarumieniła się Rolina, lecz nie okazała ani zdumienia ani oburzenia, które uczuła. Poruszyła głową i nie odpowiedziała nic. Gerlach poczuł że się zadaleko posunął.
— Niestety! — rzekł — wielkie to zuchwalstwo z mojej strony, że się do tego przyznaję. Pani patrzysz wyżej i masz prawo żądać więcej niż spokojnego, mieszczańskiego życia, a ja — wzdycham do tego, abym, zwinąwszy handel, osiadł gdzieś w ładnym domku, otoczonym zielenią, daleko od zgiełku i wrzawy, która mi się już naprzykrzyła...
Tego rodzaju szczęście w kątku, w istocie wcale się nie uśmiechało Rolinie. Ideał p. Gerlacha był grobem dla niej. Namyślała się trochę z odpowiedzią.
— Żartujesz pan sobie ze mnie — odezwała się po przestanku. — Mówmy o mojej żałobie.
Gerlach poprowadził ją do stolika, na który rzucił żądane tkaniny. Rolina zaczęła je przeglądać i wznowiła przerwaną rozmowę.
— Pan tak spragniony jesteś spokoju? — rzekła. — Żądać go tylko może kto go nie miał nadto, kogo cisza, nuda, samotność nie znużyły śmiertelnie. Pan który miałeś sposobność życia użyć i zmęczyć się niem, — możesz westchnąć do odpoczynku — ale... ja naprzykład? właśnie przeciwnie, potrzebuję ruchu, wrzawy i tego życia... które go zmęczyło...
Gerlach słuchał i spoglądał na nią już uspokojony z pewną czułością i politowaniem.
— Lękam się abyś pani nie doznała zawodu — odpowiedział — gdy otrzymasz to czego pragniesz... Wrzawa, ruch, chwilowe upojenie, szczęścia nie dają... oklaski i uwielbienia zostawiają po sobie czczość tylko... Szczęście, jeżeli gdzie jest, to chyba w cichym kątku i rodzinie... wierz mi pani.
Zarumieniona i dotknięta tą nauką moralną, Rolina niespokojnie przeglądała pokazywane jej coraz nowe żałobne tkaniny. Nie chciała być niegrzeczną, a była obrażoną zuchwalstwem tego kupczyka. Co najprędzej starała się wybór zrobić, aby się od natrętnego wielbiciela uwolnić.
Gerlach spadł już do właściwego swemu powołaniu zajęcia, i z wielką uprzejmością, chłodno, umiejętnie wskazywał co mogło być najwłaściwszem, najtrwalszem, a najmniej kosztownem.
Ten ostatni wzgląd, o którym wspomnienie przykre jej było, nie przyczynił się do przejednania obrażonej panny. Naprędce dokończyła przeglądu i z pośpiechem żegnając Gerlacha, magazyn opuściła. W ulicy dopiero odetchnęła.
Są w życiu momenta i wypadki małego na pozór znaczenia, wielki i stanowczy wpływ wywierające na człowieka. Takiem było owe wpół osłonięte oświadczenie się kupca pięknej Rolinie, które miłość własną jej zadrasnęło, i wywołało dumę.
Jakto? — myślała wyszedłszy w ulicę. — Sądzono więc iż ona tak nisko już upadła, tak była bez nadziei, na rozdrożu — ona! — bez przyjaciół i stosunków, bez przyszłości, że lada dorobkowicz, kupiec, mógł jej się oświadczać, a może wyobrażał sobie iż sierocie ubogiej łaskę czyni!
Z tego okropnego upadku potrzeba się było podźwignąć!
— A! nie, stokroć, nie! — mówiła idąc śpiesznie ku domowi. — Ja, miałabym być zmuszoną zamknąć się gdzieś w kącie — wyrzec świata, zaprzeć życia — siedzieć nad kołyską krzykliwych dzieci, pilnować kuchni — i spędzać dni sam na sam z panem Gerlachem... Nie — to być nie może.
Lepiej ginąć dobijając się wyżej, niż takiego szczęścia kosztować!
Choćby krótko — żyć muszę! Wzbić się tam, do góry, do tych sfer niedostępnych dla tłumu, odetchnąć powietrzem, którem one żyją.
Samo przypuszczenie takiej samotności we dwoje, za światem, bez widzów, bez blasku — wprawiało ją w rozpacz. Czuła się dosyć silną by zdobyć to co zawsze uważała za cel życia jedyny.
Z dwojga wolała wstrętliwego amerykanina z jego milijonami, kogokolwiekbądź, byle ją w świat prowadził i dał to czego pragnęła...
I myśl powróciła ku temu na wpół narzeczonemu, którego pierścionek miała na palcu. Więcej niż kiedy widziała konieczność korzystania z jego namiętności, wyzyskania tego szału, którym oczy jego pałały.
Z amerykaninem, kierując nim, mogła zająć świetne stanowisko w Paryżu, Londynie, gdzie chciała, bo złoto wszystkie drzwi otwiera, wszystkie drogi uścieła...
Niemiłym był jej — lecz mogła do niego nawyknąć i trzymać go zdala od siebie...
— Kogokolwiekbądź! — powtarzała, — byle nie mieszczański ten byt, który jest wegetowaniem nie życiem.
Z tem usposobieniem, z gorączką tą powróciła do domu.
Czekała na amerykanina...
Jeżeliby on stał się niemożliwym, miała spadek po ojcu, mogła z nim przenieść się gdzie chciała, gdzie przeszłości jej nie znano — i tam stanąć na innej stopie, życie rozpocząć nowe...
Trzydzieści tysięcy w jej przekonaniu na lat kilka wystawniejszego życia starczyć mogły — a w ciągu nich, z jej pięknością, rozumem, zręcznością, czegoż zdobyć nie mogła!!




XII.

Wróciwszy dnia tego ze sklepu Gerlacha na Wallnerstrasse, Rolina długo się uspokoić nie mogła. Rozdrażnioną była do najwyższego stopnia. Chodziła po pokojach, ręce przyciskała do rozpalonej głowy, ocierała się wódką kolońską, rzucała się — zamyślała, zrywała z siedzenia, próbowała odpocząć — zmieniała miejsce, chciała czytać i w oczach się jej ćmiło.
Nierychło w myślach poplątanych, rozpierzchłych ład jakiś świtać zaczął. Układały się coraz śmielsze plany, — wszystkie ku jednemu skierowane celowi.
Wzbić się do góry, zająć stanowisko, do którego się czuła stworzoną. Środkiem było — małżeństwo.
Była córką pułkownika, którego ród jeśli nie stary szlachecki, — był jednak uszlachconym. Miała piękność którą uznawali wszyscy, wychowanie jej dozwalało stanąć w salonach obok arystokracyi, miała wolę silną, — instynkt (jak się jej zdawało) niemylny.
Mogła czekać! Lecz jeśli amerykanin odpowiedziałby jej wymaganiom, dlaczegożby nie miała mu oddać ręki! Wstrętliwy, brzydki, był zarazem oryginalnym, a milijony, o których mówił, wiele mogły zagładzić.
Oczekiwała więc na niego, z mocnem postanowieniem nieustępowania ze swych warunków, ale razem zrezygnowana na przyjęcie jego ofiary. Namiętne przywiązanie dawało nadzieję że nim będzie kierować, zdolności umysłowe jeszcze to czyniły prawdopodobniejszem.
W parę dni zjawił się on na Wallnerstrasse.
Rolina rozprawiła się z nim otwarcie.
— Chcecie ręki mojej? — odezwała się — zgadzam się na oddanie jej wam, ale pod pewnemi warunkami. Do Ameryki nie mam jechać najmniejszej ochoty, ani się gdzieś zamknąć na pustyni. Musimy żyć w Wiedniu lub w Paryżu, na stopie waszemu majątkowi a moim upodobaniom odpowiedniej. Chcę podróżować, chcę żyć w świecie, chcę używać... Jestem spragnioną życia...
Amerykanin uśmiechał się wpół ironicznie, na pół dobrodusznie, i niczemu się nie sprzeciwiał.
— Kochana Rolino — powtarzał, chwytając jej ręce i usiłując się zbliżyć — na wszystko a wszystko, zgoda!! Będziesz panią moją i mego majątku! Rozkazy twe zostaną spełnione... Ja sam świata potrzebuję i lubię go...
Oprócz tego wymagała Rolina przedewszystkiem ślubu i świetnego wesela... Stanęło na tem że Don Esteban miał posłać po papiery potrzebne, chociaż, wzdychając dodawał zrozpaczony, że z powodu oddalenia dosyć długo czekać na nie będą musieli...
Po kilkakroć próbował czyby jakie piśmienne zobowiązanie, jakiś ślub cywilny, bodaj w Greetnagren, nie mógł zastąpić kościelnego, ale Rolina marszczyła brwi i groziła zerwaniem.
Byli więc zaręczeni.
Don Esteban przychodził teraz kiedy mu się podobało, przesiadywał godzinami, wciskał się nawet do pokoju Roliny, starał się przyzwyczaić ją do większej poufałości — ale pułkownikówna trzymała go zawsze w przyzwoitej odległości.
Niecierpliwiło go to mocno, ale namiętność wzrastała.
Jednego dnia Don Esteban wpadł do niej w bardzo złym humorze. W takich razach oczy jego indyjskie, zawsze dziko patrzące, nabierały wyrazu groźnego. Czoło się marszczyło, w śmiechu zgrzytał zębami, i usta jakimś kannibalijskim krzywiły się grymasem, jak gdyby kąsać chciał i szarpać.
Wpadłszy do pokoju Roliny, którą zastał nad książką, chociaż oddawna nie wiedziała co oczy jej przebiegały, Don Esteban zdjął kapelusz rzucając go na stół, począł zacierać włosy i stanąwszy przed nią, zawołał głosem poruszonym.
— Mam wielką... nieprzyjemność.
— Cóż to? strata jaka? — zapytała Rolina, której zawsze pieniężne straty pierwsze na myśl przychodziły.
— A? nie — głową potrząsając rzekł amerykanin. — Sprawa osobista, prywatna! o której nie mogę mówić szerzej — ale nudna!
Przeszedł się po pokoju.
— Najprzykrzejszem ze wszystkiego jest — dodał — że mi może nagle ztąd wyjechać przyjdzie. Interesa moje, lub właściwiej mówiąc, powierzone mi, mogą tego wymagać. Nie wiem ani dnia ani godziny...
— Wyjechaćbyś musiał? — podchwyciła marszcząc się Rolina — ale dokądże!
Amerykanin myślał długo.
— W każdym razie — odezwał się ciszej — jestto rzecz jeszcze niepewna i mówić o tem niepotrzeba... Niech to będzie tajemnicą między nami.
— Więc... dokąd? — powtórzyła Rolina.
Don Esteban poruszył ramionami.
— Jak nie wiem kiedy wyjadę, tak nie mogę oznaczyć dokąd!!
Oglądał się niespokojnie — przechadzał się znowu, tarł czoło. Oczy jego których białka wydawały się bielsze niż zwykle, a źrenice czarniejsze, błyskały złowrogo, niespokojnie.
Pułkownikównę strach jakiś ogarniał.
— Jeżeli wyjedziecie ztąd i nie będziecie mogli powrócić rychło... więc?
Dokończyła pytającem wejrzeniem.
Amerykanin odparł szorstko.
— Cóż was tu wiąże do Wiednia? Dla wzięcia ślubu, gdy papiery nadejdą, możecie przyjechać do mnie. Moglibyście i wprzód zamieszkać gdzieindziej, nie jesteśmy przymuszeni do życia w Wiedniu.
Rolina słuchając badała go oczyma, twarzyczka jej stawała się coraz surowszą, brwi się ściągały.
— Tak — dodała z pewnym naciskiem — czekać na papiery mogę i gdzieindziej, lecz jeśli sądzicie że zmiana miejsca wpłynie na moje postanowienie...
Don Esteban ramionami zżymał.
— Dokądże chcielibyście abym się udała? — zapytała panna.
Ciężko jakoś przychodziło się zdobyć na jasne i stanowcze słowo amerykaninowi, gryzł wargi, spoglądał na nią...
— Mówiłem wam już — rzekł ociągając się i wahając — że ludzie mi przyznają tajemną misyę dyplomatyczną... Mogłoby coś podobnego w istocie, skłonić mnie do asystowania w Berlinie kongresowi, o którym słychać że się tam ma zebrać..
Amerykanin nie był pewnym jakie wrażenie wspomnienie Berlina uczyni na Rolinie... Miasto to nie słynęło nigdy z przyjemności życia i świetności, i byłaby się może skrzywiła usłyszawszy o niem, ale czarujący wyraz — kongres — wywołał na lice rumieniec i uśmiech...
Czytała i słyszała wiele o świetności wiedeńskiego kongresu, którego wspomnienie należy do tradycyj naddunajskiej stolicy; o tych balach z tysiąca nocy, zabawach, widowiskach, o parterze monarchów, o znakomitościach jakie on ściągał, o roli jaką piękności grały wśród dyplomatów i głów ukoronowanych.
Fantazya jej według tego wzoru roiła już przyszły kongres berliński — a siebie świecącą gwiazdą pierwszej wielkości na horyzoncie kosmopolitycznych konstellacyj, sławną, ubóstwianą, wielbiona... Serce jej bić zaczęło mocno...
— Do Berlina! — przerwała — mam jechać do Berlina?? Na pewno??
Amerykanin zdziwił się i powolności tej i rozradowaniu — ostygł nieco.
— Tak, byćby to mogło — odparł — lecz...
— A czemużby być nie miało, jeżeli wam to jest dogodnem? Ja — rzekła z powolnością dotąd niebywałą — zastosuję się do waszego życzenia.
Don Esteban podziękował ukłonem zimnym.
— Dotąd, ja sam nie wiem jeszcze, do czego mnie zmuszą interesa — rzekł wahając się — nie wiem nawet kiedy jadę. Spadnie to jak piorun. Telegram może zmusić do wyjazdu w godzin kilka. Zapewne z podróży uwiadomię was, gdzie się spotkać będziemy mogli. Sądzę że w Berlinie, za nic jednak nie ręczę.
— Jestem ciekawa i tego miasta i kongresu — odezwała się Rolina, lecz na te jej słowa zadumany Don Esteban prawie nie zwrócił uwagi.
Po jej rozmarzonej główce snuły się już szeregiem obrazy nowe, które jedno słówko wywołało. Tam, w Berlinie, nikomu nieznana zająć mogła stanowisko jakie chciała! Amerykanin wydawał się jej mniej brzydkim, a przyszłość mniej mglistą...
Don Esteban nie podzielał tego wesołego usposobienia, przybitym był, a przypisywał to temu iż z nią rozłączyć się będzie zmuszony...
— Do Berlina! do Berlina! — szeptała cicho pułkownikówna...
— Być bardzo może iż ja tam was wyprzedzę — począł Don Esteban. — W takim razie najmę dla was willę osobną w Thiergartenie, i dom urządzę tak aby waszemu gustowi odpowiadał...
Tu zaświeciły mu oczy...
— Nie byłoby w tem nic nadzwyczajnego, nic rażącego, gdybyś pani zajęła pierwsze piętro, a ja parter... Mieszkalibyśmy pod jednym dachem.
— Po ślubie — sucho a uparcie przerwała Rolina.
Amerykanin starał się niecierpliwość swą pohamować.
— Pani najmniejszej nie masz we mnie ufności...
— Owszem, ufam panu i sobie — odparła Rolina — ale ludziom do posądzań i obmowy pozorów dawać nie myślę...
— A zatem villa ma być dla pani jednej — trochę nadąsany począł amerykanin. — Niech i tak będzie! Ale pani raczysz w niej mnie i moich gości czasem przyjmować. Spodziewam się sprowadzić do jej stóp część przynajmniej kongresowych znakomitości.
Mogłaż się oprzeć takiej pokusie pułkownikówna? Z uśmiechem szepnęła.
— Nic nie mam przeciwko temu.
Roztargniony, śpieszący się amerykanin zabawił chwilkę jeszcze i pożegnał ją czule bardzo. Została sama. Całe znowu pasmo myśli i domysłów wysnuła z tego co jej powiedział. Plan się jej uśmiechał, człowiek obudzał obawę. W tym domu, nawet przy licznej służbie, sama mieszkać nie mogła, a w podróż puścić się bez opieki...
Szukać opiekunki? — trafić na niepewną damę do towarzystwa? Wziąć dla pośpiechu pierwszą lepszą?... W takim razie wolała już nieznośną Boehmową; szło o to czy onaby się na to zgodziła.
Rolina obrachowała że dla pozyskania jej musiała uczynić ofiarę, która ją najwięcej kosztowała.
Pepi była przyznaną córką pułkownika, nosiła imię jego, nazywała się jej siostrą (co ją oburzało), trzeba było zrobić ustępstwo z miłości własnej i tę Pepi przyjąć za to czem była, żyć z nią, pogodzić się z tem stworzeniem, które od najmłodszych lat znienawidziła, jak jakieś plugawstwo.
Rozważyła bacznie wszystkie skutki prawdopodobne tego kroku, aż do wrażenia jakie ta świeża, półdziecinna twarzyczka obok niej robić mogła.
Zdaniem jej ta jakaś mdła, blada piękność, pół słowiańska, pół niemiecka, nie mogła walczyć o lepsze, z jej klasycznemi rysy, greckim profilem i posągowemi kształty!.. Co najwięcej, mogła stanowić kontrast i podnieść jeszcze swą prozą idealność jej rysów, czystość rysunku, styl całej postaci...
A przytem Pepi była dzieckiem nieśmiałem, niezręcznem, zahukanem, i należała do tej kategoryi istot biednych, słabych, które budzą współczucie, ale gwałtownych namiętności zapalić nie są w stanie.
Od śmierci pułkownika nie spotykały się z sobą, Pepi z matką siedziała zamknięta, albo z nią odbywała przechadzki. Jadały osobno.
Rolina pamiętała ją dawniej sierotką bez imienia, pokorną, bojaźliwą, nie sądząc ażeby przyznanie prawa noszenia imienia Maholichów, zmienić ją mogło.
W istocie Pepi czuła się śmielszą i chodziła z dumnie podniesioną główką, czuła się siostrą Roliny.
Ale — było to dobre dziecko: z natury usposobione do kochania, do poświęcania się dla drugich. Gorąca miłość matki dla niej, wcześnie tę czułość rozbudziła. Długo się z nią kryć musiała, i to ją powiększało.
Nieboszczyk pieścił to dziecię ale potajemnie, a tak się obawiał Roliny, iż za życia o przyznaniu jej praw mówić nie śmiał.
Pepi dla uniknienia nieznośnego przez Rolinę prześladowania w domu, oddana była na pensyę. Szczęśliwy traf dał jej w naczelniczce zakładu opiekunkę troskliwą, kochającą, która się do sierotki przywiązała i pieściła ją.
W tej atmosferze ciepłej, wśród uścisków i macierzyńskiego czuwania, wychowała się Pepi, na istotę, która ze zgrozą spoglądała dotąd na Rolinę, jak na wyjątkową, nieszczęśliwą kapryśnicę, która kochać nie umiała.
Urodzenie, wychowanie, pierwsze lata w domu spędzone, pobyt na pensyi, ukradkowe widywanie się z matką i pułkownikiem — uczyniły ją wrażliwą, rozmarzoną, serdeczną i przywiązującą się do tych co jej najmniejsze okazali współczucie.
O ile Rolina była cała fantazyą, i głową, ta cała sercem i uczuciem. Kontrast ich piękności doskonale malował sprzeczność tych dwóch natur, zupełnie różnych. Mogły one pokochać się — lub znienawidzieć.
Są przykłady, że najsprzeczniejsze charaktery, wzajem się dopełniając, pociągają, ale bardzo też często odskakują od siebie te dwie natury, jak dwa prądy przeciwbiegunowe.
Boehmowa siedziała z córką w swoim pokoju i prawie zapomniała o tem że Rolina jest na świecie, tak była zajętą jakiemś Pepi opowiadaniem, gdy z korytarza, wieczorem, dał się słyszeć głos wesoły, jasny, do którego p. Balbina nawykłą nie była.
— Pani Balbino!!
Od bardzo dawna w ten sposób Rolina nie powoływała jej do siebie, zwłaszcza gdy Pepi słyszeć mogła. Sama intonacya zdziwiła powołaną, która siedziała z Pepi na jednej kanapce, obejmując ją za szyję, z rozkoszą słuchając szczebiotania.
To „pani Balbino!“ głosem takim spokojnym wyrzeczone, w tym domu — teraz — było czemś fenomenalnem — Boehmowa zaledwie uszom wierzyć chciała, lecz pocałowawszy córkę, zerwała się i — wbiegła za powracającą już z podedrzwi do pokoju swego Roliną.
Znalazła ją z twarzą uśmiechniętą, z wejrzeniem śmiałem jakiemś, i łagodnem.
Było to cudem, bo w domu nadąsanie pięknej panny było stanem normalnym.
— Jestem — rzekła Boehmowa — ciekawie się jej przypatrując.
— Siadajże, proszę — dodała Rolina — bo, mamy z sobą do pomówienia. Raz musimy otwarcie się porozumieć, położenie nasze określić... i wspólne życie uczynić... choć znośnem.
Rozstać się, i dla was i dla mnie byłoby niedogodnem — sądzę, że opuścić mnie nie zechcecie?
Pytanie zdziwiło Boehmową, popatrzyła na nią!
— Dlaczego mnie o to pytacie?
— Bo, na wszelki wypadek, chcę być pewną przyszłości — mówiła pułkownikówna. — Dałam wam do zrozumienia i — domyślacie się tego sami łatwo — bo wam wiele mówić nie potrzeba, że wychodzę za mąż, za...
— Don Estebana, amerykanina czy hiszpana — dokończyła Boehmowa.
Powinszowałabym wam tego, mimo że mężczyzna nie ładny, gdybyśmy o nim coś więcej wiedzieć mogli nad to, że do europejczyka niepodobny...
— A! a! rozśmiała się pułkownikówna. — Spuśćcie się na mnie. Znasz mnie Balbino. Zakochana nie jestem, ani zaślepiona. Idę za niego bo ma miliony, bądź więc pewna że się obrachuję.
Balbina skrzywiła usta, jakby nie zbyt pewną tego była.
— Jest moim narzeczonym — mówiła dalej Rolina — ale ślub musi być odroczony dla papierów których tutaj wymagają, a te trzeba, nie wiem tam zkąd sprowadzać.
Spojrzawszy na Boehmowę, której twarz wyraz szyderski miała — Rolina dodała prędko.
— Nie bójże się o mnie, amerykanin czekać musi, a ja jestem i będę cierpliwą. Tymczasem zaś, bardzo być może iż jego interesa zmuszą zmienić miejsce pobytu... i on żąda, a ja się na to zgadzam, ażebyśmy bliżej siebie byli. Powiem ci otwarcie, trochę go pilnować trzeba; nie chcę, żeby mi się wymknął. Miliony nie spotykają się tak często...
Wypadnie mi jechać — sama nie mogę.
— Tak; to znaczy że mnie potrzebujesz — odparła zimno Boehmowa — rozumiem.
— Nie rozumiesz — wesoło podchwyciła pułkownikówna, wyciągając do niej rękę — nie rozumiesz.
Potrzebuję nie tylko ciebie, ale siostry mojej Pepi, której nie myślę chować po kątach i ukrywać.
Uśmiechnęła się patrząc na Balbinę, jaki skutek na niej wywrą te wyrazy. Boehmową nie mogła ukryć z początku swojej radości, ale natychmiast na myśl jej przyszło, na co to nowe położenie narazić mogło biedne, wątłe, bojaźliwe dziecię.
Uradowała się i zlękła...
— Nie obawiajcie się niczego! — myśl jej odgadując poczęła Rolina. — Byłam dla Pepi niedobrą, do tego się przyznaję, ale gdy raz wola nieboszczyka ojca wskazuje mi siostry obowiązki, spełnić je potrafię.
— Zdaje mi się — wyjąknęła Boehmowa — że cię to chyba wiele kosztować będzie.
— A! nic! nic! — żywo podchwyciła pułkównikówna. — Znasz mnie dobrze boś mnie wychowała; mówiłaś zawsze że ja nie mam serca. Ja je mam, ale nad niem panuje głowa — wola. Co postanowię tego dokonam.
Podała jej rękę.
— A zatem, zawrzyjmy przymierze wiekuiste, zapomnijmy przeszłości.
Zawahawszy się nieco Boehmowa wyciągnęła rękę i odezwała się głosem wzruszonym.
— A! Rolinko moja! na pamięć ojca, na wszystko cię zaklinam, bądź dobrą dla tego biednego dziecka!
— Będę dla niej siostrą! — rzekła wstając Rolina. — Idź, proszę, przygotuj ją. Przyjdę za chwilę ją uścisnąć, niech się to raz skończy, jak powinno.
Podniosła się drżąca i wzruszona Boehmowa i wyszła tak jeszcze przejęta tem co ją spotkało, że przemówić do Pepi nie umiała. Chwyciła ją w objęcia i łkając ściskać zaczęła. Dziewczę się przestraszyło.
— Pepi moja, Pepi — zaczęła bełkocąc niewyraźnie. — Nadeszła wielka dla nas chwila. Rolinę ruszyło sumienie, chce cię jak siostrę uścisnąć, chce być dla ciebie siostrą!
Dziewczę zdumione nie zrozumiało z początku. Zdawało się jej to prawie niepodobieństwem; ale matka powtórzyła jej to, potwierdziła przyniesioną nowinę.
Rumieniec wystąpił na twarz Pepi, złożyła ręce, podniosła się z okrzykiem, z radością, niewymowną, wyrwała matce, wybiegła z pokoju, i wprost wpadłszy do sypialni Roliny, rzuciła się jej na szyję rozpłakana, potem za kolana ją ściskać zaczęła.
Nawet ostygłej, marmurowej Rolinie, serce uderzyło. Uścisk ten tak gorący przejął ją.
W milczeniu ucałowała dziewczę i przycisnęła do siebie.
— Zapomnijmy przeszłości — szepnęła — będę dla ciebie starszą siostrą, dobrą siostrą. Postaram się, abyś kochać mnie mogła.
Niespokojna Boehmowa, która w ślad za córką podążyła, przyszła aby być świadkiem pojednania.
Wkrótce po tem chwilowem wzruszeniu, całkiem już będąc panią siebie, Rolina umiała w tę pierwszą chwilę wlać ze swej strony tyle czułości — ściśle wymierzonej wedle potrzeby, że Pepi oczarowała.
Była razem poważną i serdeczną.
Z niechęci dla niej dziewczę przeszło w zachwyt i uwielbienie.
Jedynem jej pragnieniem teraz było stać się tak dobrą, potulną, posłuszną, aby starsza siostra nigdy nie pożałowała uczynionej ofiary.
Wieczór zszedł na poznawaniu się wzajemnem, a Pepi poszła dnia tego spać tak rozmarzona i szczęśliwa, jak może nigdy w życiu nie była.
Boehmowa wdzięczna również, rozczulona, była pomimo to smutną i zamyśloną. Znała nadto dobrze swą wychowanicę, aby ten jej heroizm czemu innemu jak własnemu interesowi przypisać mogła. Zawsze jednak i one coś na tem zyskiwały — a zgoda i pokój były rzeczą tak słodką!
Rolina zostawszy sama zadumała się także, ale na nowo rozbierając co uczyniła, oceniła swe postępowanie jako rozumne. Inaczej nie wypadało zrobić.
Nazajutrz przybywający amerykanin, osłupiał niemal znajdując w salonie piękną, młodziutką panienkę, którą mu Rolina zaprezentowała jako swą przyrodnią siostrę. Może niekoniecznie rad jej był, bo świadek ten w salonie, nie dozwalał mu być tak poufałym jak chciał. Ale Pepi zaledwie słów kilka powiedziawszy, a zarumieniwszy się za kaźdem z nich, wyszła wkrótce i samych ich zostawiła... Widywała ona zdaleka amerykanina, teraz zblizka mu się przypatrzywszy, matce szepnęła na ucho.
— A! mamuniu! jakiż on okropny... ten przyszły szwagier!
Boehmowa się rozśmiała tylko...
Don Esteban i tego dnia jeszcze chodził nie swój, zasępiony i jakby ciężarem jakimś zgnieciony.
Półsłówkami potwierdzał prawdopodobieństwo własnego wyjazdu — i wybór Berlina, jako miejsca gdzie się z sobą zjechać mieli.
Rolina, niewiele się rozumiejąca na polityce, spytała go jednak naiwnie, jakie interesa mogła mieć Ameryka na zjeździe sprawom wschodnim poświęconym, do których ona mięszać się nie miała prawa.
Zarzut ten amerykanina prawie rozgniewał, a przynajmniej mocno zniecierpliwił. Stał jakiś czas czerwieniąc się i zżymając.
— Przepraszam cię — rzekł w końcu — na tych sprawach mało kto się rozumie i jest w nie wtajemniczony... Doktryna Monroë, zastosowana absolutnie do nas utrzymać się nie może. Nie chcemy być bezczynnymi spektatorami tego co się dzieje na drugiej półkuli.
Każdy inny nie Rolina, poznałby że amerykanin powtarzał rzecz słyszaną gdzieś i pochwyconą; ona, która w życiu nigdy nie spotkała się z doktryną Monroë — zamilkła.
W ciągu dalszej rozmowy Don Esteban ubolewał że wyjazd jego może bardzo niespodziewanie i śpiesznie nastąpić.
Już miał odchodzić, dając dziwne oznaki niespokojności, gdy od drzwi zwrócił się jeszcze po namyśle do Roliny.
— Mam papiery ważne i różne kosztowności — rzekł — którychbym z sobą w pośpieszną podróż zabierać nie życzył. Wszakże mógłbym je tu zostawić bezpiecznie... a odebrałbym je gdy się spotkamy... w Berlinie lub...
— W Berlinie, w Berlinie — podchwyciła pułkownikówna, która życzyła sobie być na kongresie. — Będę strzegła powierzonych mi skarbów, jak smok w bajce.
Amerykanin widocznie dławił się tem co mówił, ale musiał dokończyć i poufnie szepnął.
— Są to takie okoliczności, których ja teraz wytłumaczyć nie mogę, ale proszę aby nikt o depozycie nie wiedział... Nawet gdyby — czego się nie spodziewam, miał ktoś dopytywać... powinien zostać tajemnicą.
Wszystko to dziwiło trochę Rolinę — ale uspokajająco odpowiedziała.
— Depozyt jako moją własność złożę u dra Hollendra... Tam będzie bezpiecznym, aż do wyjazdu mojego.
Gdy po wyjściu amerykanina została samą i rozważać poczęła każde słowo swego narzeczonego, zachmurzyła się nieco.
Tajemnice te, ostrożności, skrywania, nie podobały się jej. Don Esteban w jej oczach nabierał podejrzanego charakteru. W tym świecie do którego ona się wzbić pragnęła, tajemnic nie było...
Amerykanin znowu obawę w niej budził — jego posłannictwo, potrzeba nagłego wyjazdu, ukrywanie kosztowności i papierów, dawały do myślenia.
A! jakże jej żal teraz było Bronisza, do którego zawsze trochę słabości miała! Człowieka z sercem tak otwartem, z taka miłością prawdy... Pomimo sceny przy rozstaniu myśl wracała do niego, szczególniej gdy ich obu porównywała.
Wszystkich przebiegała po kolei. Nawet poeta Adam, nie obudzał w niej tego co Bronisz uczucia, choć czasem szata poetyczna, w którą swą miłość ubierał — na chwilę do jej fantazyi przemawiała... Ale z nim zawieszona między niebem a ziemią, w obłokach, długo pozostać nie mogła... Adama przecie, i Stacha i kogokolwiekbądź byłaby wolała nad tajemniczego milionera, który taką obawę i wstręt obudzał... Myśląc o nim, dreszcz ją przejmował.
Lecz z nim tylko i jego milionami dostać się mogła do upragnionych stref jasnych.
Sądziła że nawyknienie znośniejszym go uczyni; przekonała się że przeciwnie, bliżej poznając, coraz większy wstręt dlań czuła...
Ile razy natrętny i namiętny narzeczony zbliżył się do niej, całował jej ręce, dotknął czoła, Rolina nieznacznie ocierała je, umywała, doznając jakiegoś obrzydzenia, jakby od dotknięcia gadu.
Były to symptomata groźne, któreby każdą inną kobietę skłoniły do zerwania z człowiekiem mającym z nią być skutym na wieki. Rolina ofiarę tę uznawała konieczną — cel byt dla niej wszystkiem.
— Los mnie zmusza do tego — mówiła do siebie. — Po ślubie będę panią, nie dam mu się zamordowywać temi czułościami obrzydliwemi.
Im namiętniejszym okazywał się Don Esteban, a był nim do najwyższego stopnia i namiętność jego coś w sobie zwierzęcego miała, tem Rolina wstręt większy czuła.
Usiłowała się przezwyciężyć napróżno.
Dawniej — uścisk ręki Stacha, zbliżenie się do niego, czyniło na niej wrażenie błogie; choć na bardzo krótko, wzruszoną była... Chłód jej roztapiał się w marzeniu jakiemś... Czułość Don Estebana gniew w niej tylko wywoływała i wstręty...
Ażeby zapomnieć o tych udręczeniach, z których się nawet przed Boehmową wyspowiadać nie mogła: Rolina zajmowała się siostrą, wybiegała z nią na przechadzki, szukała rozrywek, ale wszystko to niepokoju, przeczuć, czarnych myśli rozproszyć nie mogło.
Na swój wiek, na położenie swe, pułkownikówna miała wiele energii, instynktu, przebiegłości, rozumu; na jednej władzy zbywało jej — jeżeli władzą nazwać ją można — na cierpliwości.
Myśl każdą usiłowała gwałtownie, szybko, jednym ciągiem doprowadzić do końca, — nie licząc na czas i nie posiłkując się jego współpracownictwem. Po części gorączka młodości, a po troszę bezwiedne przeczucie własnej słabości, pędziło ją tak bez tchu do celu. Tylko bardzo silne organizmy mają potęgę tę — wyczekiwania i zamykania się w sobie, — słabsze zawsze zdradzają się gwałtownością, zbyt pośpiesznym biegiem i porywczością w czynie. Taką była i Rolina, a ludzie powierzchownie sądzący, tak samo jak fantazye jej brali za uczuciowość, żywość też i pośpiech nazywali energią.
Po ostatniej swej bytności parę dni nie ukazał się Don Esteban na Wallnerstrasse; niepokój owładnął Roliną. Chciała już posłać do niego, dowiedzieć się co się z nim stało, i Balbina ledwie jej to odradzić mogła.
Niecierpliwiła się, zżymała.
Ostatniego dnia w wieczór, nie można było jej uspokoić, gdy dosyć późno już, u drzwi zadzwoniono.
Było już po dziesiątej.
Rolina zdziwiła się widząc o tej porze wchodzącego amerykanina, zmięszanego, z twarzą wystraszoną, zmienioną, jaką czasem widywała u niego gdy był bardzo rozdrażniony. Sam ubiór jego mógł uderzać jako niezwyczajny. Odziany był jak do podróży, małej torebki którą miał na sobie, nie zrzucił, wszedł z nią do pokoju.
Pośpiesznym krokiem, jakby się lękał pogoni, nasłuchując, rzucając oczyma do koła, wtargnął do salonu.
W ręku niósł pudełko dosyć spore, ozdobne, okute misternie, które natychmiast postawił na ziemi.
— Stało się com przewidywał — zawołał trąc włosy, głosem zmęczonym i ochrypłym — muszę natychmiast jechać, natychmiast! Składam do rąk jej depozyt, o którym mówiłem — wskazał na pudełko — ale nikt o tem nie ma wiedzieć! Są w niem papiery bardzo ważne i kosztowności.
— Możesz o nie być spokojnym — odezwała się Rolina.
Amerykanin ciągnął dalej.
— Jeżeli pani je zechcesz złożyć u tego notaryusza czy adwokata, o którym wspominałaś, proszę je kazać okryć, obić, aby nie było tak znacznem. Widywano je u mnie, a nie chcę aby wiedziano gdzie złożone zostało. Idzie mi o to.
Mówił prędko, słowy przerywanemi, które go dławiły; schwycił rękę Roliny, zaczął ją całować namiętnie, zbliżył się, przycisnął ją do piersi. Musiała tę napaść nieco pohamować, tak była gwałtowną.
Zdawał się na pół obłąkanym.
Siadł potem na chwile, ocierając czoło, oddychając ciężko.
W kamienicy zadzwonił ktoś na drągiem piętrze; Don Esteban posłyszawszy dzwonek, zerwał się przerażony.
Rolina spoglądała nań, sama też przelękła i nieprzyjemnie zdziwiona, Mógłże się on obawiać czego?
Była w tem tajemnica, której duma jej nie znosiła.
W tem Don Esteban spojrzawszy na zegarek zaczął się żegnać.
— Polecam pani depozyt — rzekł już w progu. Odprowadziła go do drzwi, zniknął.
Wkrótce potem turkot powozu oznajmił że odjechał.
Powróciwszy do salonu, pomimo nieprzyjemnego wrażenia, jakiego doznała, Rolina ciekawa pobiegła do tajemniczej szkatułki.
Była tak ciężka że zaledwie udźwignąć ją mogła, i oburącz musiała nieść do swego pokoju. Kufereczek, angielskiego wyrobu, skórą okryty, bronzami okuty, był tak misternie zamknięty, iż ani zamka, ani miejsca w którem się on mógł znajdować, nie można było odgadnąć. Wyglądał ozdobnie. Rolina zamknęła go w swej szafie.
Nazajutrz dała miarę, aby jej drewniane na niego zrobiono pudełko, i chciała się co prędzej pozbyć niepokojącego depozytu.
Drugiego dnia z rana z opieczętowaną skrzyneczką pojechała do d-ra Hollendra i złożywszy u niego, dopiero odetchnęła swobodniej.
Zobaczywszy pudełko tak starannie a niezgrabnie, po kobiecemu osznurowane i opieczętowane, adwokat śmiać się począł.
— Widzę — rzekł — żeś pani musiała się przelęknąć tego co pewnie czytałaś w dziennikach?
— Ja? ale od kilku dni nie czytałam gazet. Cóż w nich było? — zapytała Rolina. — Ja zwykle nawet szukam w nich tylko co w teatrach grają, i gdzie można posłyszeć muzykę.
— Sądziłem żeś pani dowiedziała się o wypadku, który cały Wiedeń zajmuje — rzekł Hollender. — Jednego dnia popełniono dwie ogromne i nadzwyczaj zuchwałe kradzieże, możnaby powiedzieć rabunki, ale do nich nie siłą tylko oszustwem się posłużono.
— Gdzie? jakie?
— U bankiera N., na Grabenie, za fałszywym wekslem z Londynu, pochwycił jakiś oszust półtorakroć sto tysięcy guldenów, i tegoż samego dnia u jubilera na Ringu, nadzwyczaj zręcznie wyłudzono kosztowny naszyjnik brylantowy ze szmaragdami, ceniony na kilkadziesiąt tysięcy. Prawdopodobnie obie te sprawki są dziełem jednego człowieka.
Policya, telegrafy, wszystko w ruchu... niema śladu.
— O niczem dotąd nie słyszałam — odpowiedziała spokojnie Rolina — ale my same mieszkamy, ja często wychodzę z Pepi, stara sługa nie bardzo roztropna, a to mój majątek cały...
— Masz pani słuszność — rzekł dr. Hollender — u mnie przynajmniej jest kasa zamczysta... i zawsze któś zostaje w domu na straży.
— Proszę pana — dodała Rolina — o moim depozycie, niech nikt nie wie.
Doktór piszący kwit uśmiechnął się.
— Bądź pani spokojną, adwokat jest jak spowiednik, obowiązany do tajemnicy.
Rolina wróciła do domu, czując, jakby jej wielki ciężar spadł z ramion.
Czekała na list od amerykanina, który przyrzekł jej pisać wprędce, ale tygodni kilka upłynęło, a nie dał o sobie żadnej wiadomości.
Karteczka nakreślona pośpiesznie przyszła wreszcie z Paryża, po niej druga podobna z Londynu, a po nich nastąpiło długie milczenie.
Na obu tych biletach don Esteban Corcero-Prolados, podpisywał się nazwiskiem przybranem jakiegoś pana Etienne de Mauriène. Dlaczego zmienił i ukrywał swoje własne? pułkownikówna nie odgadując przypisywać musiała tej polityce i dyplomatycznym tajemnicom, których nic a nic nie rozumiała.
Po nowej przerwie w korespondencyi, coraz bardziej niepokojącej, pan de Mauriène w dłuższym liście z Hamburga donosił nareszcie, że wkrótce spodziewa się przenieść do Berlina; że naprzód albo sam lub przez przyjaciela wszystko tam każe przygotować na przyjęcie Roliny, którą prosił o gotowość do podróży, gdyż wielce był za nią stęskniony. Wiadomość ta poruszyła mocno pułkownikównę.
Nudziło ją już oczekiwanie i samotność zaledwie przerywana, ojcowskiemi odwiedzinami starego hrabiego Bongi, lub zalotnego a dosyć nudnego barona St. Foix.
Młode książątko widywała tylko zdaleka, jak cień chodzące za nią, a zbliżyć się nie śmiejące i także smutne a nieszczęśliwe! Adama Morimera nie spotykała prawie, nie wiedziała co się z nim działo.
Po odebraniu listu, myślami już była cała w Berlinie.
Mieszkanie zostało wymówione, meble tak jak sprzedane, kufry na pół popakowane czekały tylko hasła, które lada chwila nadejść mogło.
Rolina słyszała z zajęciem i czytała o wkrótce mającym się w Berlinie odbywać kongresie.
Na ostatek list, na który z takiem upragnieniem oczekiwano, nadszedł dnia jednego, oznajmujący że na imię panny Roliny von Maholich, najęta villa Agnese w Thiergartenie czekała.
Amerykanin, którego poprzedzające listy były krótkie, poplątane, niejasne, ostatni pisał wesoło i w daleko lepszem usposobieniu. Mieściły się też w niem czułości dosyć pierwotnym sposobem niebardzo delikatnie wystylizowane, tak, że Rolina odczytawszy je z rumieńcem na twarzy, z Balbiną się niemi podzielić nie mogła.
Pani Boehm, dosyć ciekawa nieznanej stolicy, o której słyszała wiele, Pepi po dziecinnemu ciesząca się podróżą — wszyscy pośpiesznie rzucili się pakować... w drogę! w drogę!
W wigilię wyjazdu Rolina pojechała do d-ra Hollendra dla odebrania depozytu, a nazajutrz kufry, tłomoki, paczki, torby i nieskończona ilość drobnych rzeczy, które zdawały się niezbędnie potrzebnemi, jechały na kolej.
Pułkownikówna inaczej jak pierwszą klasą jechać nie mogła. Osobista interwencya jej czarnych oczów potrafiła u naczelnika stacyi wyrobić osobne coupé, w którem wszystkie trzy spodziewały się, nie wysiadając dojechać aż do Berlina.
W chwili wsiadania na peronie stało zdala książątko — Adam Morimer był tam także ale nie chciał być widzianym.
W jego sercu teraz panowało uczucie którego on sam nie mógł zrozumieć, nie wiedział czy ją więcej kocha czy nienawidzi. Czasami płakał niemal z tęsknicy — niekiedy zabijać ją był gotów. Zapomnieć nie mógł!


XIII.

Wiedeń od Berlina na karcie Europy nie tak wielka przestrzeń dzieli — lecz charakter kraju, krajobrazu, obyczaju i ludzi jest tak różny, jakby na dwu przeciwnych biegunach leżały.
W Saksonii jeszcze się coś cechy południowej pozostało, choć i tu już chłodem powiewa, krew powolniej płynie, twarze zastygłe patrzą obojętniej — dalej! — przez piasczyste rozłogi, przez smętne sosnowe lasy, coraz się czuje silniej dolatujący zimny powiew północy.
Język ten sam, niemiecki, brzmi jakoś i akcentuje się odmiennie, zabarwia klimatem, dźwięczy obcemi intonacyami.
Swobodna twarz wiedeńczyka, czarne oczy wiedenki, budowa jej silna a kształtna, mienią się i znikają... rozpływają w formy inne.
W Saksonii wszystko suche, sztywne, a płaskie. Oko zagasło, pierś zapadła, plecy się zgięły — jeszcze dalej trochę, a człowiek jakby zdziczały wygląda; jeśli nie łaje, usta ma zamknięte, jeżeli spojrzy to groźno. Śmiać mu się nie chce. Czoło pomarszczone troską o chleb powszedni.
Ludność rzadka... Zamiast wesołej gałęzi winnej macicy, za Röderau ledwie dzikiego chmielu chudy wypustek.
W tych wydmach i lasach człowiek urósł duży i silny, ale pozbył rysów szlachetniejszych, twarz się pogięła dziko. Musi walczyć całe życie, więc żołnierzem jest, żołniersko się trzyma i klnie po żołniersku. Natura była dlań macochą, on się gniewa na nią, a potrosze i na tych co tu z uśmiechem na ustach z południa płyną.
Uprzejmość ludzi, którym żyć dobrze i łatwo na świecie, znikła zupełnie. Coś szorstkiego piętnuje wszystko począwszy od dziecka zziębłego na krzywych nóżkach, do starości zgiętej i zreumatyzmowanej. We wszystkich stanach widzisz tu toż samo nachmurzenie, jakby w każdym obcym zbliżającym się przeczuwano nieprzyjaciela, i gotowano się z nim do walki.
Kto zasnąwszy w Wiedniu obudziłby się w Berlinie, mógłby się ulęknąć oglądając dokoła, tak zupełnie świat tu inny...
Świat inny. W starym Wiedniu jest żywota długiego znamię, — znużenie może i wyżycie, zmiękczenie jakieś i zdziecinnienie, ale tu na każdym aż do wyrobnika leży niezmazane piętno przeszłości, spadkobierstwo wieków. Wszystko co spotykasz ma w sobie coś arystokratycznego, coś pańskiego aż do przekupki. Dużo znamion upadku ale wiele godności wiekami nabytej.
Od dorożkarza towarzyskiego, grzecznego, żartobliwego, który dla konceptu gotów parę krajcarów poświęcić, aż do — wojskowych, tak szlachecko i pańsko wyglądających — wszystko tu ma przeszłość i jest nią trochę dumne; a czuje się w domu, na własnych śmieciskach. Trochę to czuć osłabieniem, zapuszczeniem, ruiną, ale te melancholiczne cechy upadku, nie są bez wdzięku.
W Berlinie ludzie, jakby spędzeni nagle i zaciągnięci gwałtem, obcy sobie, nowi, przybysze i zdobywcy, nie poczuwają się jeszcze w domu. Tu wszystko nowe, tylko co zyskane, osadzone, wrosnąć w ziemię czasu jeszcze nie miało, naprędce się skleiło. Czuć że ta stolica dopiero od lat stu wyrosła, nie ma wspomnień i przeszłości, nie dba jeszcze o żaden wdzięk i — siłę tylko swą okazać rada.
Jest tu może przyszłość, jest potęga wielka, jest karność — ale czułości nie szukaj, na dobroć i uprzejmość nie rachuj, bo by słabości dowiodła.
Wszystko tu wyrachowane skrzętnie, litość, dobroczynność, śmiech, zabawa. Nad pewną godzinę nie wolno się weselić, a w ulicy śmiech iść musi ordynkiem i czapkę zdejmować. Wojskowy w Wiedniu czuć że wyszedł z rodziny i do niej powraca, mundur go nie tak ściska, głos mu w gardle nie zamiera, idzie lekko i podskakuje; tu żołnierz mierzonym krokiem posuwa się naprzód, przerobiony na machinę. Żołnierza naśladuje ulicznik, dorożkarz, stróż kamienicy, żebrak nawet.
Miasto zawsze jest jakby w stanie oblężenia i na stopie wojennej.
Jeżeli po weissbier napadnie wesołość ludzi, do niej nienawykłych — wpadają zaraz w szał i burzą kamienice. Naówczas trzeba ich jak słonie wściekłe rozpraszać bagnetami i siekać pałaszami.
Świat to, zaprawdę, inny, jakby czarodziejską różczką stworzony między narodzinami Fryderyka II-go a jego zgonem. Starożytności ślady i pamiątki nad wiek nie sięgają.
Za to jest tu może — przyszłość! gdy w wesołym, dobrym Wiedniu mało kto w nią wierzy. Wiedeń jest sobie wielkim panem zrujnowanym a pysznym i — na przyszłość po pańsku obojętnym; Berlin dorobkowiczem, chłopem, który wie że to co zdobył i przysporzył utrzyma. Nie szukaj u niego form towarzyskich i grzeczności, gardzi niemi jak każdy gbur, czujący kieszeń pełną a dłoń mocną.
Wszystko tu odmienne. Rysy jak siekierą wyciosane, ramiona szerokie, nogi ogromne, ręce namulane i wielkie. Nóżki wiedeńskiej niema tu w co obuć; kobieta ubrać się nie umie — stroi się. Smaku nie nabyła jeszcze, wie że potrzeba aby się rysy wyszlachetniły i kształty uposągowały.
Mowa śpiewna i słodka nad Dunajem, tu brzmi tak szorstko jak słowa któremi się odzywają autochtoni. Na pieściwie i delikatnie wyglądającego człowieka, na wątłą kobietę, prusak patrzy z pogardą. Nie rozumie tych istot do walki życia nieuzbrojonych i na wymarcie skazanych.
Po nad miastem nie strzela zdaleka ku niebu wieżyca kościoła i myśl się ztąd w górę nie porywa. Panu Bogu pobudowano szopy, w których się ludzie czasem modlą — ale ich Pan Bóg nie potrzebuje dzieł kunsztu, ani modlitwa czerpać natchnienia z misternie ułożonych kamieni.
W mieście kościołów wyszukać trudno, tak jak i duchownych nie widać. Świątynie najwspanialsze wyglądają na kamienice, a pastorowie w ulicy na komisantów z magazynu.
To co się tu liczy do arystokracyi nie ma wcale wydelikaconych rysów pańskich, ale żołnierską budowę i plecy. Nikt grzecznym nie jest, mówiliśmy już dlaczego, boć grzeczność jest pewnego rodzaju słabostką a po części tchórzostwem — a tu nikt się nie może bać ani nawet być posądzonym o to że się zlęknie. Wyzywająco, butnie, wojskowo posługuje ci kelner i buty przynosi Hausknecht. Dorożkarz mierzy cię chmurnem wejrzeniem i w rozmowę nie wdaje się żadną.
Jeżeli spotkasz uprzejmego człowieka, strzeż się, będzie to Bauernfänger, który ci się kłania aby cię spoił i odarł.
Smutkiem wieje i pustką po ulicach nowych i tych co się starszemi wydają bo są nędzniejsze. Jeżeli usłyszysz muzykę, marsza ci grają...
Wojna! wojna! Tak! Życie jest bojem. O temby złagodniały i pieszczony wiedeńczyk rad zapomnieć; on jeszcze wierzy w ideały, on marzy, radby pośmiać się i użyć chwili, a tu nie wolno ani minuty zmarnować.
Tam jest dawna wielkość z całym majestatem wieków, tu siła co przyszłość zdobywa; zdobywca nie myśli o niczem tylko o tem by zagarnął i utrzymał. Następne pokolenia odpoczną.
Smutno tu dla starych, dla zmiękłych, straszno dla słabych, ale o jutro obawy niema. Wydane hasło, rozstawione straże, czuwa każdy — biada temu co zaczepi!
Na pół drogi do celu życie być musi obozowiskiem.




Podróżne nasze nie mogły wszystkich tych wrażeń doznać, ani dojrzeć zmian i odcieni, które zbyt szybko następowały po sobie.
Czuły tylko jakby powiew jakiegoś chłodu, jakby mniej pożywne powietrze — i jakąś trwogę na widok pustych przestrzeni, smutnych lasów, żółtych wydm, szeroko rozpostartych moczarów.
Nawet złote słońce, po nad krajobrazem skazanym na smutek, obwijało się zasłoną ciemną, niby łzawym obłokiem.
Podróż szła jakoś w milczeniu, w myślach, w trwodze przyszłości może. Jedna Pepi miała w sobie tyle młodego życia, że je z siebie wlewała w to na co patrzała i krajobrazowi żałobnemu oddziaływać nie dała.
Nawykła siedzieć w mieście, otoczona murami, bawiła się niezmiernie wszystkiem dla niej nowem: szachownicą pól różnobarwną, dziwnemi drzew kształtami, ptastwem co się unosiło nad błotami; każdym przechodniem, którego cień mignął przez okno, nowemi mundurami na kolei, saską wymową, pruskimi żołnierzami w hełmach świecących; altankami i ogródkami chudemi przy stacyach.
O wszystko zapytywała matkę, która jej nic wytłómaczyć nie umiała... lada co uśmiech wywoływało na usta. Rolina siedziała wciśnięta w głąb, cała w sobie zamyślona, zdając się nic nie widzieć.
Kuryerski pociąg leciał jak strzała, nie dając spocząć, wysiąść, ani odetchnąć. — Dwie minuty... pięć minut... Zaledwie otworzono drzwiczki i podróżni mieli czas wyskoczyć z wagonów, gdy już nazad wsiadać było potrzeba.
Drezno przemknęło się jak sen, w zielonym wianku swych drzew, parków, ogródków i alei, nad srebrną wstęgą Elby, dalej coraz było pustynniej, a w Röderau stacya do więzienia podobna zwiastowała kraj nowy...
Tu już nawet Pepi patrzeć na co nie miała, jej nawet zrobiło się smutno, ludzie i ślady pracy ludzkiej zniknęli... Stacye migały osamotnione, wioski zdala zdawały się w ziemię wklęsłe, droga, pomimo pośpiechu zaczęła być długą i nużącą.
Roliny z jej zadumy nic nie mogło rozbudzić. Cała w myślach o swojej przyszłości, w przeczuciach tego co ją tu oczekiwało, zaledwie spojrzała na kraj który uciekał.
Czekała Berlina wyobrażając go sobie czemś jak Wiedeń ożywionym, chociażby na inny sposób. Teraz gdy się tu kongres miał zbierać i dyplomaci z całego świata i ciekawi ze wszech stron, zdawało jej się że Berlin musiał wrzeń życiem.
Tymczasem nic go jeszcze nie zwiastowało.
Lichterfeld — stolica blisko, ale ów gród z milionem mieszkańców czuć się nie daje... W pustyni, na wydmie, wśród chudych i poschłych krzaków, które dobrego wzrostu człowiekowi do kolan sięgają, rozpierzchłe wznoszą się budynki pokończone, pozaczynane — najdziwaczniejszych kształtów i niepojętego smaku, niezamieszkałe i nieogrodzone.
Ruina jakaś, która nigdy nie żyła, coś zmarłego w kolebce...
Mury stanęły, a ludzie do nich nie przyszli; prawda że okolica pociągnąć ich swym urokiem nie mogła.
I znowu pustynia...
Na ostatek widać wysokie fabryk kominy, czuć swąd węgla — mury poczerniałe sterczą dokoła...
Dworzec kolei na którym wysadzono podróżnych — stał prawie pusty, niepozorny, ubogi, tak że Rolina spodziewająca się wspaniałości, oburzoną została. Nie chciała wierzyć że przybyli do stolicy; pojąć nie mogła tego zaniedbania i prostoty obyczaju. Wszystko, począwszy od posługaczy do powozów, wydawało się jej tak biednem, a ruch dokoła tak powolny i bez energii?
Po Wiedniu, na jego skalę, nie do wiary małe wszystko było i biedne.
Miasto zdala wyglądało ściskiem murów bez charakteru, rzeka która tędy przepływała, tak smutna jak jej brzegi.
Szczęściem na tej stacyi tak zabrukanej czekał na pannę pułkownikównę, nie amerykanin wprawdzie, ale wysłaniec jego, młody anglik, długi, suchy — chustką białą trzymaną w ręku dający się poznać.
Był to tymczasowy rządca najętego domu, sekretarz umocowany przez don Estebana — jako prawy anglik małomówny, zimny, — pełniący swój obowiązek seryo, ale nad to nic więcej.
Miał on zlecenie przewieźć te panie i umieścić w willi Agnese.
Ażeby się ztąd dostać do niej, część miasta przebywać było potrzeba. Rolina zawsze się jeszcze spodziewała, że to co widziała było rodzajem przedmieścia, a charakter i fizyognomia samego miasta odmienne być muszą.
Tymczasem przejeżdżała ciągle takie same szerokie i puste ulice, domy bez wdzięku, rynki bez pomników, monotonne mury szare; a ludność jakąś tak ostygłą, tak powolnie kroczącą, tak odmienną od wiedeńskiej, jakby wcale tamtej pokrewną nie była.
Gdzieniegdzie widać było coś nakształt pałacu zamkniętego i jakby pustego, ze strażą powoli przechadzającą się przed wrotami. W cieniu pożółkłych kasztanów pomnik jakiś wojskowy, z orężem w dłoni, także szyldwach honorowy u wrót przeszłości.
Militarne wszystko, od domów do koszar podobnych aż do tych pomników zbrojnych. Jakby w zdobytym dopiero kraju — czuwanie.
Chłód zaczynał ogarniać Rolinę — która stolicy takiej smutnej, nieżywej, pojąć nie mogła — przerażało ją to surowe oblicze. Nic na pokaz, nic dla oczów; wzgarda jakaś świata, każąca się domyślać potęgi we wnętrzu skupionej, nie dbającej o świat i ludzi.
Nawet na ulicach więcej ożywionych, ruch po wiedeńskim wydawał się mały — nie świąteczny, bez elegancyi, zaniedbanie we wszystkiem.
Pepi tylko dla której to było nowem i ciekawem cieszyła się, wyglądała, dziwiła — była wesołą i niekiedy zmuszała matkę do podzielania jej uniesień.
Pułkownikówna nie mogła się rozchmurzyć, przewidywała już z twarzy świat do którego nastroić się jej będzie trudno.
Żadna z nich nie rozumiała tego, że główna różnica charakteru dwu stolic leżała w tem, iż jedna z nich była odwiecznie katolicką, a druga nim wyszła z pieluch protestancką została, miastem ludzi co się wyrzekli wszelkich ideałów, od religijnych począwszy. Ani Rolina, ani Boehmowa nie umiały określić, czego im tu brakło. Fantazyi średniowiecznej katolicyzmu, która w murach, na ścianach, w wieżycach się wcieliła i wyrzeźbiła jak w pieśni kamiennej — tu nie było wcale.
Artystyczna fantazya zastąpić jej czy nie umiała czy nie mogła.
Hasłem od wieków była — oszczędność. Zbytek też dopiero w najnowszych wytryskał budowach, ale niesmaczny, pośpieszny, przeładowany ozdobami, dorobkowiczowski...
Willa Agnese znajdowała się w Thiergartenie, ale od miasta i bramy brandeburskiej niedaleko.
Po smutnem widowisku ulic wydała się bardzo ładną. Była nią w istocie. Architekt wystawił ją prawidłowo, podług najlepszego wzoru, znalezionego gdzieś w książce.
Było tu wszystko co w przyzwoitej willi bogatego człowieka być powinno. Nie brakło nic oprócz fantazyi coby ją ożywiła, prócz czegoś obmyślonego wedle własnego smaku. Piękność jej podobna była do zmarłej dzieweczki w trumnie ślicznej ale bez życia.
Wśród drzew i niewielkiego ogródka, ubranego starannie w egzotyczne krzewy i rośliny ozdobne, wznosił się jakby pałacyk wdzięczny, lekki, z balkonem kamiennym, z werandą, z murkiem oddzielającym go od parteru kwiatów, wśród których, kształtów oklepanych, ale ładna, srebrnemi kroplami skąpemi mruczała fontanna.
Ona, dom, balkony, wschodki, ogrodzenie były wytworne, harmonijnie dobrane; składało się to na całość wdzięczną — przecież mimo zieleni, kwiatów i gipsowych posążków w niszach, płaskorzeźb nad oknami i drzwiami, mimo zbytku i elegancyi, tęskno i pusto tu było.
Tylko nie dla Pepi.
Rolina mimowolnie przypomniała sobie daleko mniej wytworne, mniej prawidłowo stawiane wille w okolicach Wiednia, które się jednak uśmiechać umiały. Tu, nawet ten pałacyk był jakby w mundur zaszyty, a wieżyczka z jednej strony, jak karabin nad nim sterczała.
Wrażenie jakieś przykre i rozczarowujące, którego kobiety doznały na widok miasta, rozproszyło się i zatarło gdy anglik do willi je wprowadził. Wewnątrz była pańsko i dosyć smakownie umeblowaną, wedle wszelkich prawideł i przyjętego obyczaju. Dla Roliny sam pozór państwa i dostatku tak był miłym, że mógł brak smaku i fantazyi zastąpić. Willa była tak obszerną iż bardzo wygodnie mogła je pomieścić. Na dole tylko anglik dozorca zatrzymał dla siebie parę pokojów, reszta oddaną była do dyspozycyi pułkownikównej.
Salon na górze, w którym miała przyjmować gości był obszerny, okna jego wychodziły na balkon, i z nich ładny widok odkrywał się na Thiergarten. Ozdobiony kwiatami, przybrany wedle myśli Roliny mógł najwykwintniejsze wymagania zaspokoić.
Na dole znajdował się salon jadalny wygodny, z bufetem rzeźbionym i wszelkiemi przyborami stołowemi. Rolina znalazła go bardzo ładnym. Na górze miała dla siebie gabinet jak gniazdko wysłany i ozdobiony wdzięcznie — choć poznać było można że już komuś służyć musiał i był tylko odświeżony.
Boehmowa i Pepi miały też ładne pokoje obok, z widokiem na część ogródka wewnętrzną, które im się zdawały aż nadto pańskiemi.
Kuchnie, śpiżarnie, kredensy, wszystko było opatrzone, bo willę najęto z całem umeblowaniem i zasobem. Miała nawet na górze fortepian Bechsteina, który po próbie Pepi okazał się nietylko strojny, ale głos miał bardzo piękny. Anglik, p. Stone, pamiętał nawet o kucharce i służącej, które natychmiast, bardzo strojne przyszły się „Gnädige Fraülein“ zaprezentować a właściwie obejrzeć ją.
Rodzaj hausmana i ogrodnika razem, ociężały i powolny Schmidt stawił się także gładząc czuprynę, ale na wszystkie zapytania Roliny odpowiadał stereotypowem:
„Deet wees ik net“.
Za to kucharka, osoba w średnim wieku, bardzo wyfiokowana, w sukni jedwabnej i rękawiczkach, ochoczą była do rozmowy i łatwiejszą do zrozumienia.
Dnia tego nie można było myśleć o czem innem oprócz rozpakowywania, rozpatrywania się, wypoczęcia, oswajania się z miejscowością, która co chwila czemś niespodziewanem zdumiewała.
Rolina była naprzemiany to rozpromienioną, to bardzo chmurną. Amerykanin niewiadomo kiedy mógł przybyć; zostawiona sama sobie, lękała się straty czasu i nudów. Wprawdzie teatr, przejażdżki, przechadzki, mogły stanowić pewną rozrywkę, ale ona żądną była świata, do którego przebojem sama dostać się nie mogła.
Zakopać się w tej willi, bez stosunków, znajomości — było dla niej męczarnią Tantala, bo tuż szła spacerowa aleja, którą ciągle prawie świetne ekwipaże się przesuwały.
Boehmowa zajęła się zaraz czynnie gospodarstwem, a Pepi ogródkiem który ją oczarował, kwiatkami, fontanną i wyglądaniem ku ulicy, która po za żelazną kratą wiodła w gąszcze zielone ogrodu... Wszystko to z dodatkiem ptaszków świergocących w drzewach — jej doskonale starczyło, aby się czuć szczęśliwą... Rolinie wydawało się to więzieniem. Ona, co nigdy za niczem tęsknić nie umiała, teraz niemal czuła coś do tęsknoty podobnego. Żal jej było Wiednia, który tak dobrze znała, gdzie się czuła panią, umiała obracać — a tu... znajdowała się obcą i bała uczynić kroku. Szczęściem trwać to nie powinno było długo i nie mogło.
Nazajutrz, razem z Pepi wyjechały na przejażdżkę, ulicą pod Lipami, aby zobaczyć zamek, galerye, główne gmachy i ów pałac, w którym kongres miał zasiadać.
Pułkownikówna roiła zawsze że ten zjazd powinien był niezmiernie ożywić stolicę, a nie mogła pojąć gdzie się ten ruch ukrywał, bo miasto normalnem swem życiem powolnem wegetowało. Przepychu, smaku, tej cechy arystokratycznej, którą wszystko w Wiedniu nosi na sobie, tu znaleźć nie mogła.
Fizyognomię miasta znamionowała surowość, ład, powaga, karność i wyraz siły, która się nie myśli wdzięczyć do nikogo. Zimno się jej robiło pomimo dnia ciepłego. Pepi zdumiona, ciekawa, mniej nawet była wesołą i tak swobodnie jak niegdyś roztrzpiotać się nie umiała.
Powracając Rołina stanowczo sobie powiedziała, trwożliwie oglądając się dokoła, że ona do tego kraju stworzoną nie była i żyćby tu nie mogła.
Obiecywała sobie jednak zawsze, że kongres zapowiedziany musiał to zmienić, ożywić, poruszyć... Kilka dni dosyć nudnych tak upłynęło.
Jedyną pociechą pięknej panny było, że na tej willi wszechwładnie panowała i rozkazywała. Podnosiło ją to znacznie wyżej niż stała w Wiedniu, mieszcząc się w skromnych pokoikach na trzeciem piętrze. Brakło tylko aby była widzianą, wielbioną, otoczoną, a czułaby się prawie szczęśliwą.
Tymczasem amerykanin się ociągał z przybyciem, a anglik zastępujący go tu, oszczędny w słowach, nie umiał oznaczyć czasu, kiedy się go napewno spodziewać było można.
Dnia jednego, gdy Rolina siedząc na balkonie przypatrywała się przejeżdżającym powozom i pięknym paniom siedzącym w nich i leżącym, a jeźdźcom towarzyszącym im konno — u furtki od alei zadzwoniono. Młody jeszcze, bardzo elegancko ubrany mężczyzna, nadchodzącego wolnym krokiem Schmidta począł głośno rozpytywać o pana de Mauriène. Schmidt, wedle zwyczaju swego, zbywał go kwaśno, swem, Det wees ik net.
Przybyły gość wcisnął się za ogrodnikiem na ścieżkę, i zobaczywszy na balkonie siedzącą Rolinę, pięknością jej widocznie uderzony, przedłużać się zdawał badanie nadaremne Schmidta, aby się mógł lepiej przypatrzeć czarodziejce.
Pułkownikówna z balkonu słyszała bardzo wyraźnie, że się mianował przyjacielem pana de Mauriène, a potrzebował dowiedzieć się z pewnością, kiedy się go było można spodziewać.
Schmidt niewiedzący nigdy o niczem, wywołał dla dania informacyi p. Stone.
Rozmawiając z nim nieznajomy spoglądał ciągle na Rolinę, a ona nie widziała potrzeby od tych wejrzeń uciekać.
Nudziła się bardzo, a gość tak miał przyzwoitą powierzchowność — i był przyjacielem jej... narzeczonego!
Gdy naostatek wszystkie odpowiedzi i objaśnienia nie zdawały się starczyć natrętnemu panu, Rolina pochyliła się z balkonu i — sama go wyzwała do rozmowy.
Przybyły pan zdawał się już uwiadomiony o tem że piękność, którą miał przed sobą, była narzeczoną jego przyjaciela, i pełen uszanowania wyjednał sobie chwilkę posłuchania.
Rolinie, na pierwszy raz, zdawało się przyzwoitem wezwać do towarzystwa Boehmowę, która musiała coprędzej opiąć się wielką chustką, gdyż niezbyt była, chodząc około kuchni, ubraną starannie. Trzewiki stare spodziewała się umiejętnie okryć siadając, aby ich nie spostrzeżono.
Gość stanąwszy na górze przedstawił się jako hrabia von Stilstein, niegdyś wojskowy attaché przy kilku poselstwach, kapitan jakiegoś regimentu i t. p., który miał przyjemność zapoznać się i zaprzyjaźnić z panem de Mauriène w Brukselli, Paryżu i Londynie.
Chwalił się tem że był z nim na jaknajpoufalszej stopie, że na niego oczekiwał z niecierpliwością, i że miał honor ułatwić mu wybór i najęcie tej willi...
Blondyn, słusznego wzrostu, bardzo przystojny, choć trochę wyżyty i zawcześnie przywiędły, hrabia von Stilstein miał wojskową postawę i ruchy, trochę pruskiej sztywności w obejściu się, ale był miły, wesół i zdawał się dobrze wychowany... un homme du monde.
Z zachwyceniem przypatrywał się Rolinie, która dnia tego, mimo półżałoby, bardzo była do twarzy ubraną i jaśniała tą pięknością arystokratyczną, która ją cechowała.
Hołd obcego człowieka wcale się jej nie przykrzył. Rozmowa, która miała trwać krótką chwilę, dla dowiedzenia się o p. de Mauriène (tak ciągle nazywał amerykanina) — nieznacznie, mimowolnie się przedłużyła. Rolina była znudzoną, gość ciekawy...
Hr. von Stilstein znał Wiedeń i mówił o nim z wielkiem uniesieniem, przenosił go nawet pod wielu względami nad Paryż, a z Londynem ani pozwalał porównywać.
— Jakże pani nasz Berlin znajdujesz? — zapytał.
— Dotąd — odpowiedziała pułkownikówna — nie śmiem nic o nim wyrzec. Nie poznałam go bliżej jeszcze. Dotąd mi w nim jakoś chłodno.
— A! — zawołał śmiejąc się kapitan — niech pani swych wrażeń nie ukrywa przez grzeczność. Berlin, my to sami wiemy, po innych stolicach europejskich podobać się nie może.
Jest to miasto pracy, karności, przyszłości. Nie idzie nam wcale o pokazanie się, o połysk. Nie mamy wdzięku, nie staramy się o to, ale mamy — siłę.
— Być może — odpowiedziała Rolina krzywiąc trochę usta — ale to jest strona o której my sądzić ani ocenić jej nie możemy...
Powtarzam panu, mnie tu... zimno...
Pan von Stilstein śmiał się.
— Pojmuję to wrażenie po Wiedniu — rzekł. — Jednakże dłużej tu mieszkając znajduje się towarzystwo, rozrywki, i jak w każdej stolicy, sferę w której cieplejszem odetchnąć można powietrzem.
— Kongres — przerwała Rolina — powinienby przynieść tu życie?
Kapitan lekko poruszył ramionami.
— Nie wiem — rzekł. — Wątpię aby to był kongres bawiący się i zabawny. My zupełnie inaczej pojmujemy jego zadanie... W Radziwiłłowskim pałacu urządzą salę posiedzeń dla niego, ze wszelką możliwą oszczędnością, tak że podobno nawet na stole pożyczonym u handlującego meblami stolarza, będzie swe protokóły podpisywał, a chodził po wynajętych dywanach. Damy mu parę oficyalnych obiadów i odprawim go nie grając żadnych komedyj, nie wysilając się na popisy żadne, ani na przepych, ani na gust wykwintny, ani na marnotrawną gościnność. Jesteśmy ludzie pozytywni, a nasz żelazny kanclerz pije z największym smakiem piwo niemieckie, pali staroświecką fajkę — a strojenia się i przymusu towarzyskiego cierpieć nie może.
Z pewną ostentacyą nawet będzie przyjmując dyplomatów europejskich — oszczędnym i trochę rubasznym. Uwłaczałoby mu, gdyby się do nich elegantował. Stary mundur dragonów starczy.
Rolina słuchała zdumiona.
— Czyż to być może? — zapytała.
— Stanie się słowo w słowo jak pani mówię — dodał Stilstein. — Oszczędność jest w tradycyach naszych, bo wojsko, którem zdobyliśmy co mamy, zawsze nas nad możność wiele kosztowało. Dla niego trzeba sobie było od ust odrywać. Nie pysznimy się bogactwem, bo kraj nasz jest ubogi, nie popisujemy się z siłą nawet — starczy nam że ją czujemy w sobie.
Stilstein wymówił to z pewną dumą.
— Tak, pani — ciągnął dalej uśmiechając się. — Świat nasz urzędowy jest surowym, oszczędnym, a o sławę u ludzi nie stoi.
Jednakże, mimo to wszystko, starzy i młodzi dyplomaci przybywający na kongres, potrzebujący po pracach jego rozrywki, znajdą je i u nas.
Za kulisami dobrze się i wesoło bawić spodziewamy; stary książę któremu piękne twarzyczki tak są do życia potrzebne jak powietrze, znajdzie ich tu podostatkiem; młodsi dyplomaci także narzekać nie powinni.
Rolina zamyślona słuchała i milczała.
— Niepodobieństwem jest przecież — odezwała się w końcu — aby zjazd taki, nie zmienił coś w fizyognomii i życiu stolicy.
— Nasza fizyognomia tak jest marmurową, albo raczej militarnie stężałą, że się niczem nie da zmienić — odpowiedział kapitan.
Boehmowa przebąknęła coś o teatrach, chcąc się także do rozmowy przyczynić.
— O! na tych nam nie zbywa — rzeki Stilstein — mamy bardzo dobrych artystów i znakomitego dramatycznego pisarza w jednym z książąt krwi, któremu do sławy i uznania tego tylko brak ażeby książęciem nie był. Lubimy sztukę wogóle, a jedna z księżn naszych jest artystką, uczennicą słynnego d’Angeli...
Wszystko to dla przybyłych wiedenek było równie nowem jak dziwnem.
Stilstein zaczął im wyliczać imiona pisarzy, uczonych, znakomitości artystycznych, o których nigdy nie słyszały.
Rolina czytająca dużo ale niedbale, wstydziła się niemal swej nieświadomości.
— My — mówił kapitan — chociaż pomnik Schillera mamy od niedawna, a Goethemu dopiero myślimy go postawić, jesteśmy miastem dość czytającem, oczytanem i zajmującem się żywo literaturą. Sztuka i piśmiennictwo więcej nas obchodzą niż zabawy i rozrywki.
Jesteśmy bardzo seryo.
Ale, niech się pani nie obawia, gdy raz się bawimy to do upadłego...
Stilstein byłby może dłużej im o Berlinie rozpowiadał, gdy Rolina poruszyła się nieco niespokojnie, czując iż zatrzymywanie dłuższe nieznajomego mogłoby go nadto spoufalić, a nie zgadzało się ze światowemi konwenansami.
Hrabia, ruch ten postrzegłszy, wstał natychmiast i pożegnał ją, pocieszając się, jak mówił, nadzieją że wkrótce razem z p. de Mauriène, złoży swe uszanowanie.
To ciągle powtarzające się imię przybrane, de Mauriène, w miejscu prawdziwego, pod jakiem poznała w Wiedniu amerykanina, mocno zaczynało niepokoić Rolinę.
Chwilowy pseudonim, do pewnego stopnia dawał się wytłómaczyć wymaganiami tajemnej misyi, która zmuszała kryć się z sobą i miejscem pobytu — ale dlaczegóż tak go dawny przyjaciel nazywał? i w końcu które z dwóch nazwisk było prawdziwem? hiszpańskie czy francuskie?
Tak ją to w końcu niepokoić zaczęło, że troski w sobie dłużej ukryć nie mogąc, pocichu zwierzyła się z nią Boehmowej.
Waśniły się z nią teraz daleko mniej, złagodniały obie, a choć nie przybyło im w sercach życzliwości, umiały wzajem czynić ustępstwa dla zgody i pokoju. Osierocenie zbliżało je do siebie.
Balbina długo milczała, wahając głową.
— Moja Rolko — odezwała się po namyśle — nie mam prawa ani ci radzić ni odradzać, nie nawykłam ci się narzucać ze swojem doświadczeniem i rozumem. W istocie masz go więcej odemnie.
Tak, ale Bóg obdarzył mnie — dodała ze śmiechem smutnym — jakimś instynktem psim, który niemal z zapachu na niewidziane sądzi o zbliżającym się człowieku. Otóż, powiem ci, że amerykanin twój, francuz, czy, licho go wie kto on jest, zawsze we mnie budził wstręt i obawę...
Dreszcz mnie przechodził ile razy spojrzał, a Pepi, dziecko, gdy go pierwszy raz zobaczyła, długo potem uspokoić się nie mogła, tak się jej wydał strasznym, tak się jej zdaje niemożliwem aby piękna Rolina poślubiła tego...
Nie dokończyła i umilkła.
Pułkownikówna była nadto dumną, ażeby się przyznała, iż tego samego uczucia doznawała na widok narzeczonego — westchnęła tylko.
— Bądź bardzo, bardzo z nim ostrożna! — dokończyła Boehmowa — wszystkie te tajemnice, które go otaczają, nic dobrego nie wróżą.
— Moja Balbino, ale miliony!
— I te są jeszcze... tajemnicą — cicho szepnęła Boehmowa.




XIV.

Dnia jednego dano znać nareszcie o przybyciu don Estebana, który stanął w mieście i wezwał naprzód do siebie anglika.
Rolina dowiedziawszy się o tem, nie bez trwogi pośpieszyła z ubraniem. Serce jej biło, ale niepokojem tylko.
Widziała nieuchronną konieczność rozmówienia się z nim otwartego, położenie jej wymagało tego.
Nieufność, podejrzenia, rosły z dniem każdym. Im więcej myślała a rozbierała jego postępowanie, tem mniej je mogła zrozumieć.
W parę godzin amerykanin wpadł wesoły, roznamiętniony, uniesiony, kląkł przed Roliną zobaczywszy ją w progu. Zdawał się nad wyraz szczęśliwy.
Wszystko to zwiastowało że się musiał trosk pozbyć i sprawy jego stały dobrze.
Pierwsze chwile spłynęły na natarczywych przymileniach, na pieszczotach, którym narzeczona bronić się musiała powagą i chłodem.
— Proszę cię — odezwała się po chwili — dosyć tego, mówmy poważnie. Wiele mamy ze sobą do mówienia. Co znaczy ta zmiana waszego nazwiska?
Don Esteban zmięszał się nieco, popatrzał na Rolinę.
— Któreż z nich jest prawdziwe? — dodała. — Hr. Stilstein który tu był, nie nazywa cię inaczej jak Mauriène.
— Bo to zarówno jest mojem nazwiskiem jak Corcero-Prolados — przerwał amerykanki. — Mam do niego prawo, używam go zwykle, a w Wiedniu potrzebowałem zwać się inaczej. Są to wymagania położenia, misyi mojej, których ja bliżej w tej chwili jeszcze wyjaśnić nie mogę.
— A które mnie wielką, niezmierną przykrość robią — dokończyła Rolina. — Nawykłam do rzeczy jasnych, ciemności mnie straszą.
Don Esteban zmięszany gryzł wargi niecierpliwie.
— Bądź spokojną — rzekł żywo — rozproszą się one wkrótce.
Pułkownikówna pozostała chłodną i niezbyt okazała zaufania w to przyrzeczenie.
— A papiery potrzebne? — zapytała.
Prawie niegrzecznie odparł amerykanin, że dla przyśpieszenia ich przyjścia zrobił co tylko było w jego mocy.
— Przecież to jest w moim interesie — mówił gniewnie. — Kocham, męczę się oczekiwaniem, a widzę że nademną litości ani we mnie zaufania mieć nie będziesz.
Pułkownikówna przerwała surowo.
— Możesz sobie przypomnieć warunki moje, o zmianie ich mowy być nie powinno.
Don Esteban rzucając się i zżymając przeszedł się po pokoju parę razy.
Nagle stanął i zapytał o powierzoną szkatułkę — Rolina wskazała na górę, gdzie stała zamknięta. Przywołano Stone’a i kazano mu przenieść ją do jego mieszkania. Amerykanin potem oddalił się z nim na chwilę, a Rolina pozostała w salonie rozmyślając o dość drażliwem położeniu swem, które się przeciągnąć zagrażało.
Wtem don Esteban wszedł tryumfujący, niosąc w ręku pudełko bardzo ozdobne. Znowu ukląkł przed pułkownikówną, otworzył je i złożył u nóg jej przepyszny naszyjnik, którego blaski olśniły, upoiły tak zachwyconą, iż mu pozwoliła gorący pocałunek złożyć na swych ustach.
Patrzała na ten strumień brylantów i szmaragdów, nacieszyć się nie mogąc niemi.
— Mój Boże? — zawołała nagle — ale gdzieżem ja go widziała? czy we śnie... Ja znam ten naszyjnik?
Twarz don Estebana okryła się ceglastym rumieńcem.
— Tak jest! ja ten naszyjnik widziałam w Wiedniu, u jubilera na Ringu!
— Nie ten — zawołał brutalsko amerykanin — nie ten, ale drugi zupełnie do tego podobny, bom ja z moich kamieni kazał go na wzór tamtego wykonać...
Chociaż Rolina nie znała się na wartości drogich kamieni, domyślała się jednak bardzo wysokiej ceny tego podarunku. Módz się w ten klejnot ustroić, pokazać w nim — pochwalić z tem bogactwem — uszczęśliwiało ją. Don Esteban urósł w jej oczach, wypiękniał niemal, stał się znośnym, miłym...
Razem z tem pierzchały obawy i wątpliwości, bo tylko milioner mógł składać takie dary...
Czule podziękowawszy Rolina chciała się oddalić ze swą zdobyczą, aby się nią choć przed Boehmową i Pepi pochwalić, gdy amerykanin ją powstrzymał!
— Chwilkę jeszcze — rzekł siadając przy niej chwytając jej rękę — posłuchajcie mnie — musimy się umówić o tryb życia, który tu prowadzić mamy.
Wszyscy moi przyjaciele wiedzą że mam narzeczoną, że zaręczeni jesteśmy, i czekamy tylko na papiery dla wzięcia ślubu. Nie będzie więc nikomu dziwnem, że ja dom ten prawie za swój uważam. Kongres zgromadzi tu wielu moich dawnych znajomych, a tych radbym przyjmować i ugościć.
Z księciem * bardzo miłym starcem, znakomite, wysokie zajmującym tu stanowisko, oddawna mam poufałą i dobrą znajomość. Jest on, pomimo wieku swego, wielkim piękności niewieściej wielbicielem — a ja... ja go potrzebuję...
Wszak pozwolisz go tu zaprosić?
Pułkownikówna zamyśliła się trochę.
Pochlebiało jej to — nie sprzeciwiała się.
— Hrabia von Stilstein już tu był — mówił Don Esteban, Karatheodori basza, Mehmed Ali, wielu innych będę prezentował... Są to dawni z różnych stron znajomi...
Być może iż na dole, po obiedzie czasem dłużej posiedzimy i zabawim się...
Rolina zawahała się.
— Wszystko to — rzekła — co na nasz stosunek fałszywego światła nie rzuci, a nie każe się domyślać czegoś mnie uwłaczającego, na to się zgodzę...
Ale proszę pamiętać że skompromitować się nie pozwolę i wymagam, aby mnie szanowano.
Don Esteban zerwał się mocno poruszony.
— W tem wszystkiem — zawołał — niema cienia kompromitacyi. Jestto naturalnem, przyjętem... Wprowadzę moich przyjaciół do domu narzeczonej, reszta od niej samej zależeć będzie.
Imiona, które przytoczył amerykanin, nadzieja zrobienia stosunków i wejścia z ich pomocą w świat większy, oślepiły nieco Rolinę; nie sprzeciwiała się bardzo...
— Nie znaszże ani jednego kogoś — rzekła — któryby miał rodzinę, żonę, siostrę... znajomość z kobietami położenie moje uczyniłaby daleko przyzwoitszem...
Amerykaninowi oczy błysnęły.
— Ale to są goście przybyli tu na czas krótki — odparł z niechęcią — nikt z nich tu z sobą nie przywiózł rodziny. Hrabia von Stilstein ma familię na Szląsku, sam zaś żonaty nie jest. Zresztą, jeżeli się to okaże możliwem, przez niego się postaram o kobiece znajomości... Zobaczymy!
— Koniecznie! — dorzuciła Rolina.
Niepodobna abym zawsze sama, mężczyzn przyjmowała.
— Ah! pruderya i surowość przesadzona! rozśmiał się don Esteban. — Jesteś moją narzeczoną, ja jeden miałbym prawo.
Rolina potrząsała główką...
— Po ślubie będę posłuszną — odpowiedziała — teraz pozwólcie mi mieć wolę swoją.
Chciała wychodzić znowu, ale ją wstrzymał jeszcze małemi żądaniami, jakby dom chciał mieć urządzonym.
Mówiąc to dobył spory pakiet banknotów austryackich, które chciał oddać Rolinie na koszta utrzymania domu. Na opaskach któremi były ujęte, stała wydrukowana firma bankiera od którego pochodziły. Don Esteban począł zrywać drukowane okładki z jakąś niecierpliwością gorączkową i schował je do kieszeni.
Rolina tymczasem zrobiła uwagę, że on sam powinienby je zmienić. Nic na to nie odpowiadając, Don Esteban zabrał je nazad i pożegnawszy się wyszedł.
Pierwsze dni po przyjeździe amerykanina zeszły w Villa Agnese na przygotowaniach...
Don Esteban ciągle obiecywał gości, ale ich z sobą nie przywoził. Pomimo całego roznamiętnienia i miłości dla Roliny, dnie spędzał w mieście, wpadał do niej na krótko, niespokojny, roztargniony, często nachmurzony, — skarżył się na wiele zajęć i uchodził.
Zatrudnienia te, czasem mu nawet nie dozwalały ani dobiedz do Roliny, przysyłał Stone’a z pozdrowieniem i przeproszeniami.
Jednego dnia wreszcie obiad na sześć osób został zamówiony. Oprócz gospodarza, Stilsteina znajomego Rolinie, miał być jakiś pasza, grek, francuz dyplomata i włoch....
Świetne i znane nazwiska, których się Rolina ciągle spodziewała, nie przybywały.
Książę * miał być nie bardzo zdrów, zmęczony podróżą, a wiek ociężałym go czynił.
Na ten dzień, dla gości zdjęła żałobę. Pepi, która jej zrzucić nie chciała, miała pozostać u siebie, a Boehmowa czarno ubrana, przy swym wieku nie mogła zwrócić tem niczyjej uwagi.
Rolina, własnych nawet pieniędzy nie oszczędzając, u pierwszej modniarki pod Lipami, zaraz po przyjeździe zamówiła była suknię przepyszną, drogą, całą koronkami okrytą. Chciała włożyć naszyjnik, ale Boehmowa ten popis brylantowy przy pierwszem ukazaniu się, odradziła.
W stroju do którego wszystko, aż do najmniejszej drobnostki, było doskonale dobranem, z włosami utrefionemi przez najpierwszą fryzjerkę stolicy — gdy się Rolina przejrzała w zwierciadle, pierwszy może raz w życiu poczuła się — królową.
Strój wytworny, jak rama obrazowi, dodawał jej blasku. Było coś w tej majestatycznej, nieposzlakowanych rysów klasycznych piękności — zdumiewającego — idealnego.
Pierwszy który przybył z amerykaninem hrabia von Stilstein, chociaż ją widział i podziwiał — stanął niemy gdy weszła — osłupiał... Uczynione na nim wrażenie było tak widoczne, że Rolinę wzbiło w dumę i zyskało ją dla kapitana...
Od pierwszej rozmowy znajdowała go nieskończenie wyższym umysłowo od Don Estebana. Nie mogła się wydziwić, co ludzi tak daleko od siebie stojących, zbliżać mogło i wiązać.
Don Estebanowi ta cześć i uwielbienie dla jego narzeczonej pochlebiały, był uradowany i szczęśliwy.
Całe zresztą towarzystwo zapowiedziane, z osób w większej części średnich lat złożone, niespodziewające się tu znaleść tak znakomitej i tak dystyngowanej damy — zdumione było i zmięszane.
Panowie ci zupełnie sobie inaczej wyobrażać musieli narzeczoną przyjaciela.
Rolina umiała z wielką godnością i taktem przyjmować, w czem Boehmowa niewprawna i nieśmiała mało jej dopomódz mogła.
Z gości francuz galant choć szpakowaty, Karatheodori, mimo swej powagi wschodniej i nieobeznania z formami, hrabia Stilstein, najwięcej zabawiali i otaczali piękną gospodynię.
Lecz wszyscy, ile ich było, ścigali ją oczyma, a że pułkownikówna nie miała zwyczaju wejrzeń unikać, odpłacała je każdemu.
Pod koniec obiadu, przy szampanie, humor był doskonały, nastrój wysoki, a ton więcej może męzkiemu kółku niż domowi w panie przystrojonemu, przyzwoity.
Ku końcowi też obiadu, Rolina trochę zachmurzona, dała znak Boehmowej i schyliwszy się ku siedzącemu przy niej hr. Stilsteinowi, szepnęła mu że chcąc ich swobodnymi zostawić, woli przejść na górę. Kapitan ułatwił jej wymknięcie się prawie niepostrzeżenie. Podawano kawę, zapalano cygara, wrzawa wesoła rosła. Po oddaleniu się pań, towarzystwo w istocie ożywiło się; a amerykanin wcale nie hamował objawów dobrego humoru.
Po upływie dobrej godziny jednak, śmiechy i głośne rozmowy ustały, a gospodyni sądziła że goście rozjeżdżać się zaczną, gdy z jej rozkazu na dół wysłana służąca dała znać, że panowie do kart zasiedli.
Amerykanin rozporządzał się tu, zupełnie jak we własnym domu, co trochę podrażniło Rolinę. Wkrótce zażądano na dół herbaty dla tych panów. Zabawa przy zielonym stoliku, wielce ożywiona przeciągnęła się i trwała tak długo, że Rolina, wydawszy służbie rozkazy, sama na spoczynek się udała. Zrana dopiero dowiedziała się że dobrze po północy, panowie od gry wstali. Wcale się to jej nie podobało, i miała dać uczuć Don Estebanowi swe najwyższe niezadowolenie, ale winowajca bezpieczniejszem uznał, wcale się dnia tego nie ukazywać.
Panie pojechały na operę. Rolina w nowym stroju, właściwym do teatru, ukazawszy się w loży pierwszego piętra, miała przyjemność dostrzedz zaraz, że wszystkich oczy ściągnęła na siebie. Nie unikała ich wcale.
Lornetki jedna po drugiej zwracały się ku nowej gwieździe, dowiadywano się, szeptano, a naprzeciw loży tej siedzący stary jakiś jegomość, siwy, łysy, ale twarzy rumianej, której rysy dosyć charakterystyczne, zdawały się arystokratyczne zapowiadać pochodzenie — najuparciej i najpożądliwiej lornetował Rolinę.
Przybyły wkrótce do loży hrabia Stilstein, w tym ciekawym panu wskazał księcia *, o którym amerykanin wspominał, jako o dawnym znajomym.
— Książę* — mówił kapitan — pomimo wieku jest wielkim piękności czcicielem. Jedyna to namiętność która w starym dyplomacie dotąd nie wygasła. W zawodzie swym, książę * niema już nadziei zdobycia laurów nowych: czynna jego karyera dawno zamknięta. Jest raczej dla formy niż rzeczą samą na tem wysokiem stanowisku, którego tytuł nosi. Inni go zastępują w pracy — ale około pięknych kobiet nie przechodzi nigdy obojętnym i tu — zdaje mu się że jest jeszcze bardzo czynnym... Tempi passati!!
Z równą gorliwością starzec przypatrywał się i baletowi, chociaż od niego powracał często pułkownikównej i naostatek ona zwycięztwo odniosła. Lornetka nie schodziła już z jej loży.
Korzystając z przyjścia Stilsteina, Rolina chciała aby jej w teatrze pokazał członków kongresu, nie wątpiąc że na reprezentacyi, na której dwór się znajdował — i oni też być musieli. A że czytała romanse Disraëlego, prosiła aby go dla niej poszukał... Na wspomnienie imienia tego — kapitan się uśmiechnął.
— Niestety, nie zobaczysz go pani — rzekł — ani tu, ani gdzieindziej, chybabyś miała odwagę i cierpliwość oczekiwać na niego gdy z Kaiserhofu przejeżdża do Radziwiłłowskiego pałacu. Piękny niegdyś Endymion, niezaprzeczenie jeden z najznakomitszych ludzi naszej epoki, dziś jest już złamanym starcem, choć umysł jego nie postradał żywości i energii młodej. Lecz doszedłszy do celu, dopiąwszy co zamierzał, mógł zobojętnieć na wszystko...
Pomiędzy nim a księciem * jest ta wielka różnica, iż pierwszy z nich pragnie uchodzić za młodego, gdy drugi mimo starości — umysłowo jest nim w istocie.
W teatrze wszyscy musieli dostrzedz że książę* mocno się pięknością naprzeciw siedząca zajmował. Obudzało to ciekawość, a Rolina nie gniewała się że była jej przedmiotem.
W teatrze bohaterów tych kongresu, którzy o przyszłości państwa ottomańskiego, greckiego, nowo-bułgarskiego, serbskiego i rumuńskiego mieli wyrokować — znajdowało się niewielu. Wskazał Rolinie niektórych kapitan, ale to byli w większej części dii minorum gentium.. Hrabiów Karoly i Andrassego znała pułkownikówna z Wiednia, gdzie ich widywała zdaleka...
Dziwnem się to wydawało jej, że gdy Stilstein w loży ją odwiedził, amerykanin ani tu, ani w teatrze się nie pokazał. Spytała kapitana czy nie wie co się z nim dzieje.
Stilstein poruszył ramionami, rozglądając się dokoła.
— Doprawdy, nie wiem nic! — odpowiedział. — Pani przynajmniej o obrotach jego powinnaby być uwiadomioną, Lubię jego towarzystwo czasem — dodał dwuznacznie — ale z ruchów jego i spraw nie podjąłbym się zdać rachunku. Wielce jest ekscentryczny narzeczony pani.
Uśmiechnął się spoglądając na Rolinę i — zamilkł.
W ciągu tej rozmowy uparta lornetka starego księcia *, choć się na krótko zbłąkała na scenę lub inne loże, powracała ciągle ku Rolinie.
Kapitan uważał to jak inni.
— Idę o zakład — rzekł — iż książę * szukać będzie z panią znajomości bliższej, a że p. de Mauriène jest mu dawno znanym podobno, nie zaręczam za to ażeby się w salonie villi Agnese zjawić nie chciał... Nie jest zabawnym staruszek, ale trochę dowcipu mu zostało, a galanteryi bardzo wiele...
Rolina zarumieniła się mimowolnie z radości, lecz uznała właściwem odpowiedzieć skromnie.
— O! wątpię bardzo! księciu nie będzie tu zbywało na salonach i miłem towarzystwie!
Właśnie w tej chwili, ten o którym była mowa, wygodnie rozpostarty w fotelu i więcej przypatrujący się teatrowi widzów niż scenie, podniósł się z widocznym wysiłkiem z siedzenia. Stojący za nim towarzysz podał mu pomocną rękę... Wyszli.
Część opery była jeszcze do przesłuchania. Niewiele ona obchodziła Rolinę, ale kapitan bawił ją swoją rozmową, zaznajamiał z tym światem, który loże zajmował, opowiadał o nim anegdotki, zlekka dotykał kroniki skandalicznej stolicy. I tak dotrwali aż do końcowego chóru.
Stilstein nie odszedł i miał sobie za obowiązek podać rękę do wyjścia.
Pomimo pewnej sztywności wojskowej, Rolina znajdowała go bardzo grzecznym i miłym, szczególniej po amerykaninie, który oprócz miłości swej brutalnej i namiętnej i interesów tajemniczych, o niczem mówić nie umiał, a w towarzystwie odznaczał się niesmaczną rubasznością, która za amerykański ekscentrycyzm uchodziła.
Dla uniknienia ścisku, kapitan wstrzymał nieco wyjście z loży.
Gdy drzwi jej otworzono, z pewnem zdziwieniem radosnem, Rolina ujrzała o parę kroków stojącego, jakby na czatach starego księcia *, który okryty płaszczem, sparty na ramieniu towarzysza — zdawał się oczekiwać ukazania się pułkownikównej. Oczy jego znużone odżyły na widok jej jakimś blaskiem, usta się uśmiechnęły, a natarczywy wzrok ścigał długo, dumnie i obojętnie przechodzącą, która wedle bardzo pospolitej taktyki, udała że nic nie widzi i nie domyśla się niczego.
Stilstein szeptał jej do ucha.
— Zaręczam pani, że książę był tak pięknością jej zachwycony, iż naumyślnie czekał u wyjścia, aby zblizka sprawdzić doznane wrażenie.
Rolina poruszyła ramionami. Towarzyszka jej jednak mogła dostrzedz wielką po teatrze zmianę humoru, podnieconą wesołość, jakiej oddawna nie okazywała...
Amerykanin tego wieczoru nie przyszedł wcale i dopiero nazajutrz rano zjawił się blady, zmęczony, z uśmiechem na ustach i wejrzeniem szyderskiem.
— Przychodzę powinszować pięknej Rolinie — odezwał się na wstępie. — Słyszałem już o wielkiej konkiecie, którą w teatrze zrobiła. Wszyscy byli zachwyceni jej pięknością, ale stary książę, ma być w admiracyi, w uniesieniu, w gorączce dla wieku jego niebezpiecznej. A! bardzo się z tego cieszę!
Rolina spojrzała, posądzając go o zazdrość śmieszną.
— Rzeczywiście się cieszę — dodał Don Esteban — bo książę * jest mi potrzebnym. Dobra znajomość z nim donne du relief! Łatwo mi go teraz przyjdzie do nas ściągnąć. Staruszek jest niezmiernie śmieszny z temi spóźnionemi zapałami, lecz kiedy jemu nic po nich, niech choć ludzie korzystają!
Pułkownikówna nieco się czuła obrażoną tem obojętnem użyciem piękności swej na wabik dla potrzebnych narzeczonemu znakomitości — zacięła usta...
Don Esteban stał się natychmiast czulszym, zuchwałym, jak zwykle, do zbytku, i wszystko to w śmiech obrócił.
Na ostatek prześladować ją chciał jeszcze hrabia Stilstein, który wczoraj jak mu doniesiono, tak pilnie sprawiał obowiązki cavaliere servante przez cały ciąg reprezentacyi.
— A czemużeś ty nie przyszedł? — odparła Rolina.
— Ja!! — zawołał Esteban — niestety! tęsknię, boleję, desperuję, ale kongres! cóż chcesz... interesa, zabiegi. Chwilki czasu dla siebie nie mam!
Wszystko to co dotąd tu pozyskała, nie starczyło Rolinie — nudziła się.
Miała na swe posługi powóz, codzień na zażądanie lożę w teatrze — ale to nie mogło zastąpić upragnionych stosunków z większym światem, na który jak się przekonywała, amerykanin albo nie umiał lub nie mógł ją wprowadzić.
On sam bywał w villi tylko gościem i to rzadkim.
Niekiedy na herbatę przyprowadzał z sobą hrabiego, greka, francuza, parę jakichś wojskowych figur, zasiadano potem do gry, i, pomimo że Rolina gniewała się za to, iż ją przeciągano do późna, czasem prawie do rana, nic to nie pomagało.
Obiecywał poprawę, ale nie myślał o niej wcale.
Jednego dnia z podziwieniem dowiedziała się od przynoszącej plotki służącej, że gra tak długo trwała, iż Don Esteban po niej nie chcąc do miasta powracać, nocował na dole, kazawszy sobie posłać w gabinecie.
Rozgniewało ją to i oburzyło niezmiernie; cała w płomieniach, rozdrażniona, gotując się czynić wyrzuty — zbiegła na dół.
Don Esteban, snadź do nich przygotowany, czekał, wcale skruchy za grzech nie okazując.
Za pierwszem słowem, które wyjąknęła zburzona, przypadł do jej rączek, chociaż mu je wyrwała i odepchnęła go, narzucając się, nadskakując czule ale z takiem lekceważeniem i zuchwalstwem, że Rolina gniewem uniesiona, płakać zaczęła...
— Ja, ja takiego postępowania znieść nie mogę — krzyknęła.
— Ah! ah! — wtrącił amerykanin — trzeba się jednak obyć z położeniem... to darmo! Jesteśmy narzeczeni, tak prawie jak mężem i żoną, brak tylko głupich formalności. Wszyscy moi przyjaciele wiedzą o tem.
— Mężem i żoną wcale nie jesteśmy — wybuchnęła Rolina. — Powtarzam panu, że gdyby się podobny wypadek miał powtórzyć, ja natychmiast się ztąd wynoszę. Nie ścierpię tego.
— Wyniesiesz się? — zapytał ironicznie amerykanin. — Dokąd?
— Znajdę miejsce, w którem będę bezpieczną od takich napaści nikczemnych!
Don Esteban odpowiadał śmiechem, i gróźb się nie zdawał lękać.
Rolina odwróciła się od niego z pogardą, drzwiami rzuciła i wyszła gniewna i rozpłakana. Nienawidziła go.
Czuła to, że po tym wieczorze, przyjaciele amerykanina mogli mieć najfałszywsze wyobrażenie o jej stosunku z tym człowiekiem, który usiłował ją w oczach ludzi bezpowrotnie skompromitować. Było to umyślną, obrachowaną zdradą...
Don Esteban, choć widział całe jej oburzenie, nie starając się ją złagodzić i przejednać, wyszedł spokojnie na miasto i tego dnia już nie wrócił.
Przysłał tylko bilet, w którym o tem co zaszło między niemi, najmniejszej wzmianki niebyło, — a w nim, stylem jak zawsze napuszonym, upraszał swą „królowę“, aby na jutro raczyła dla kilku, bardzo znakomitych gości (podkreślone), przygotować herbatę. Błagał ją, aby wystąpiła jak najwspanialej — i aby „bogini“ w całym blasku piękności swej czarującej się okazała.
Z wyrażenia iż goście „poznać ją pragnęli“, wniosła pułkownikówna, iż nowych jej miał przyprowadzić. Przeczucie jakieś mówiło jej, iż gościem znakomitym mógł być stary książę, którego ona także poznać pragnęła.
Postanowiła, bądź co bądź, być jak najpiękniejszą tego wieczora — o co bardzo łatwo jej było. Szło tylko o to, jaką sobie piękność wybrać miała z tylu najrozmaitszych, któremi rozporządzała...
Mogła być jaką chciała. Celowała w tem właśnie, że nie okazując przymusu ani wysiłku, nie dając się domyślać wdziania maseczki — ślicznej swej twarzyczce umiała nadać wyraz coraz odmienny, który strój właściwy uwydatniał i podnosił... Umiała być na zawołanie naiwną, smutną, roztrzepaną, wesołą, tragiczną, dumną, łagodną, dziecinną. Oczy i usta posłuszne układały się do tego wizerunku, który czasem studyowała przed zwierciadłem.
Nie potrzebowała usposobienia do odegrania zamierzonej roli, wola starczyła.
Na ten dzień, nie będąc pewną kogo ma przyjmować, musiała obmyśleć coś coby na wszelki przypadek było stosownem, a co najlepiej piękność jej podnosiło.
Chciała być majestatyczną, dumną, aby okazać że się nie czuła upokorzoną swem położeniem dwuznacznem, aby kłam zadać amerykanina potwarzy...
Strój miał być pełnym dystyngowanej prostoty, jak najmniej jaskrawym i uderzającym, aby cała uwaga na promieniejące oblicze była ściągniętą.
Wieczorem już don Esteban, w obawie aby podwieczorek nie był zbyt skromny — bo Boehmowa rządząca gospodarstwem, nadto oszczędną była — przysłał sam owoce i słodycze...
Godzina herbaty naznaczona była na ósmą, ale przeszła dawno, i Rolina, która siedziała ubrana z wachlarzem w ręku, przysłuchując się turkotowi powozów w ulicy, oczekując na przybycie gości, już się niecierpliwić zaczynała, gdy około dziewiątej, dał się słyszeć dzwonek u bramy.
Mrok jeszcze nie był tak wielki, by rzuciwszy okiem ciekawem ku ogródkowi, gospodyni nie rozpoznała don Estebana, pod rękę prowadzącego, z uszanowaniem wielkiem, nogami suwającego starca.
Był to książę *.
Za nim szedł słusznego wzrostu mężczyzna, z twarzą nie piękną i nie znaczącą, którego w loży widziała przy księciu.
Oprócz nich i kapitana von Stilstein, nie było nikogo więcej. Serce uderzyło Rolinie, zapomniała urazy do amerykanina, próżność jej była zaspokojoną.
Książę zdawał się jej zdobyczą, która mogła rozgłos dać kobiecie i postawić ją w świetle pożądanem. Nie wiedziała o tem, że tę łatwą zdobycz starca lekkomyślnego codzień robiły dziewczęta sprzedające cygara, a nawet przystojne kelnerki po hotelach...
Książę * siląc się na elastyczny chód młodzieńczy, posuwistemi krokami jednak wszedł do salonu, odtrąciwszy podawaną mu rękę. Pomimo wieczora, przychodził bez ceremonii, w surducie. Twarz jego pańska, wyrazu łagodnego, w którym się lekki, ukryty sarkazm przebijał, mogła niegdyś być przystojną; teraz była tylko charakterystyczną twarzą dyplomaty starej szkoły, która się więcej kazała domyślać przebiegłości i dowcipu, niżeli ich miała w istocie.
Można ją było nazwać twarzą szkoły Metternicha — od której dzisiejsza wielce się różni.
Typem nowej jest twarz surowa, żołnierska, nazbyt nasrożona, nadto może chcąca się okazać nieubłaganą i żelazną, której lepiej przystał mundur dragonów niż wyszywany frak ministeryalny... Dawniej ostatniem słowem była tu finezya Talleyranda i Metternicha, (więcej chytrości udająca niż miała), dziś jest siła i energia Bismarcka, również spotęgowana nad miarę.
Niewłaściwie tylko może drugą nazwaliśmy szkołą, gdyż w żelaznego księcia tropy, szerokim krokiem jego, nie każdy iść potrafi. Na to być potrzeba tak jak on zbudowanym.
Z niezmierną grzecznością, z francuską galanteryą dawnego stylu, zbliżył się stary do pięknej pani wychodzącej na jego powitanie, i rozmowę począł po francusku z tą swobodą i wprawą, jaką mu dawało przeszło pół wieku zalotów i obcowania z kobietami wszelkiego stanu, począwszy od ukoronowanych aż do bosych....
— Pozwolisz pani — rzekł — aby stary natręt, zachwycony jej pięknością, błogi przerwał jej spokój. Nie mogłem przemódz na sobie, zobaczywszy ją w teatrze, bym się nie starał mojego uwielbienia u stóp jej złożyć.
Rolina odpowiedziała grzecznem przywitaniem, a że książę nie mógł stać długo, posadzono go na kanapie, i gospodyni przy nim miejsce zajęła.
Był już jakby u siebie.
Pewien odcień zbytniej może sans gène, nie dał się uczuć pułkownikównie, gdyż osłodzony był wielką grzecznością.
W każdym innym domu książę więcej by okazał respektu, a mniej poufałości niczem nieprzygotowanej.
Rolina mniej doświadczona, ton ten przypisywała wielkiemu stanowisku księcia na świecie, i wiekowi.
Reszta towarzystwa rozmawiała na uboczu, a stary, któremu nikt w zabawie z piękną Roliną przeszkadzać nie chciał, pochylony ku niej, z wlepionemi w jej wdzięki oczyma, żywą rozpoczął gawędkę.
Pułkownikówna naturalnie naprowadziła ją na Berlin i na kongres.
Nie taiła się z tem że przybywszy niedawno z Wiednia, wcale innym wyobrażała sobie Berlin, wcale różnem spodziewała się znaleźć życie kongresu i ruch nim wywołany.
Książę, który rozmowę począł od frazesów zwyczajnych, nie przewidując w pięknej pani umysłowego wykształcenia, bo sądził o niej z amerykanina, zdziwił się gdy okazała mu dowcip i inteligencyę i — swobodniej przemówił.
— Kongres — (tu się uśmiechnął złośliwie) nazywa się tak tylko przez grzeczność i to panią uwiodło... Właściwie jest to, co najwięcej konferencya ministrów. Co się tyczy Berlina, szczęśliwe to miasto, ma temperament tak chłodny, że nawet najsilniejsza doza polityki poruszyć go nie może.
— Nieprawdaż że mój Wiedeń milszy jest daleko? — zapytała wdzięcząc się Rolina.
— A! Wiedeń! — odparł książę — ale to Kapua, w której się nam dyplomatom trafia nawet o polityce zapomnieć! Ja go pamiętam dawno, za czasów innego kongresu, nie ministrów ale monarchów...
Pani droga — dodał — wyrazem muzykalnym Wiednia jest walc Straussa, a Berlina... marsz Dessauera.
Spojrzał strzeliwszy tym dowcipem, Rolina uśmiechnęła.
— Tak — mówił dalej ożywiając się. — Wiedeń jest miły, wesoły, bonne enfant, ale ma tę wadę że jest Austryi stolicą.
— Jakto? książę byłbyś jej nieżyczliwym? — zawołała Rolina — a wspomnienie świętego przymierza?
— Tak, ale się ono innemi nieświętemi zatarło — rzekł stary dyplomata. — Byliśmy z tą staruszką niegdyś w wielkiej przyjaźni, mieliśmy szczęście raz oddać jej małą przysługę. To był błąd... bo rzecz dowiedziona, że służąc komu, robi się sobie zawsze nieprzyjaciela.
— Jakto? — spytała Rolina.
— Bo niewdzięczność jest w ludzkiej naturze — mówił książę. — Ktoś puścił w obieg to zawczesne słowo, że Austrya świat miała zdziwić niewdzięcznością swoją, ale to student być musiał, bo żaden człowiek dojrzały nie dziwi się niewdzięczności, ale się jej spodziewa.
Rolina po kilku słowach obojętnych, nie mając o czem mówić, zaczęła nad tem ubolewać że będąc tak ciekawą widzieć znakomitości wchodzące w skład kongresu, nie będzie miała nawet zręczności zobaczyć ich, tak się kryły z sobą.
— Przepraszam panią — odezwał się stary — z wyjątkiem gospodarza, który, równie jak jego sułtan, niewidzialny jest i niedostępny... reszta tych śmiertelników, których pani raczysz być ciekawą, przesuwa się czasem po ulicach. U bram pałacu Radziwiłłowskiego, gdy się zjeżdżają na konferencye, wszystkich można widzieć.
— Tak, mości książę, ale mi mówiono — odpowiedziała Rolina — że bramy te zawsze wielki tłum ciekawych zalega... docisnąć się trudno, a cisnąć się niemiło.
Książę zamyślił się chwilę; pani domu robiła na nim coraz większe wrażenie.
— Wie pani co? — rzekł z uśmiechem. — Gdybyś mi ten honor uczynić chciała, a zawiozła mnie kiedy wcześnie na posiedzenie, coby było osobliwością, bo ja zawsze przybywam za późno — moglibyśmy stanąć z powozem u bramy, a ja miałbym szczęście służyć jej za cicerone.
Zarumieniona cała, poruszyła się Rolina, uszom swym nie dowierzając.
— Nie godzi się abym dobroci i uprzejmości księcia nadużywać miała!
Stary swą pulchną, białą ręką, pochwycił rączkę malutką Roliny, i z chciwością smakosza do ust ją przyciskając, zawołał z zapałem.
— Jedno wejrzenie jej ślicznych oczu, będzie sowitą zapłatą!
Ale kogóż pani tak jesteś ciekawą? — spytał pomilczawszy.
— A! wszystkich bez wyjątku mości książę!
— Na cześć pani, zrobimy więc wielką rewiję dyplomacyi — rozśmiał się książę. — Potrzeba tylko abyśmy wcześnie byli na przesmyku, i nikt się nam wymknąć nie mógł.
I więcej już o tem mowy nie było.
Stary dyplomata, miły był i wesół, dowcipkował i prawił komplementa. Przyjął z pięknych rączek filiżankę herbaty, nie ruszając się z kanapy, do której mu stoliczek przystawiono; na chwilę nie chciał stracić towarzystwa Roliny.
Jeżeli nie starą i zbabiałą twarzą swoją, to dowcipem, grzecznością w obejściu się, łatwością w rozmowie, mógł pozyskać sobie życzliwość kobiety, olśnionej jego tytułem i imieniem. Rolina pierwszy raz w życiu spotykała w nim tak wybitnie tonem wielkiego świata nacechowanego człowieka, i znajdowała wielką różnicę między nim a swem zwykłem towarzystwem. Z nim też czuła się w swoim żywiole, do którego była stworzoną.
Około godziny zabawiwszy w Villi Agnese, z westchnieniem spojrzał książę na zegarek.
— Niestety! — odezwał się — przy pani godziny tak lecą, a myśmy takimi niewolnikami! Miłoby mi było zasiedzieć się tu i o wszystkiem zapomnieć, ale koledzy czekają na mnie w TabakCollegium księcia i pokazać się tam muszę, aby nie zasłużyć na niełaskę, gdy łaski już się nie spodziewam nawet zyskać... Nietylko on ale i sułtan nie lubi mnie i warczy...
Podał rękę:
— Pozwolisz pani.. do zobaczenia!
Rolina gorąco go zapraszała, dziękując mu razem.
— Jeśli będę miał chwilę wolną aby odetchnąć — rzekł grzecznie się kłaniając — naprzykrzę się pani...




XV.

Dzień był bardzo piękny, słońce świeciło na niebie bez chmurki...
Przed dawnym Radziwiłłowskim pałacem, do niepoznania przerobionym, u żelaznej kraty oddzielającej podwórzec od ulicy, stał tłum ściśnięty, niemy, który mnodzy konstablowie piesi i konni z trudnością starali się w pewnem utrzymać oddaleniu.
Nadchodziła godzina, o której dyplomaci zwykli się byli na kongres zgromadzać. A że członkowie jego mało się światu pokazywali, ci, których piekła ciekawość grzeszna, przybywali choć tutaj, u bramy podwórza nasycić ją, pobieżnie schwycić rysy tych ludzi, którzy przedstawiali państwa i mieli krajać ziemie jak placek — dla głodnych.
W tłumie tym ulicznym, niekoniecznie sam uliczny żywioł przeważał, były w nim reprezentowane wszystkie warstwy społeczne, od robotnika, który nie rozumiejąc po co się tu gromadzono, stawał i cisnął się dla tego, że widział innych stających i cisnących się przed sobą, — od kucharki z koszykiem na ręku i siatką, od rzezimieszka polującego na nieopatrzne kieszenie, aż do zadumanego profesora, odstawnego wojskowego i nieszczęśliwego reportera dziennika, którego obowiązkiem było widzieć nawet to co było niewidzialnem.
Dziennikarze ci i reporterowie, którzy gdzieindziej znaleźliby może litość, albo sposób przekradania się i zdobycia choć fałszywej wiadomości, — tutaj traktowani z pogardą, z niechęcią, musieli też stać w ulicy, kryjąc się z tem co ich sprowadzało, bo podejrzenia o stosunek z dziennikiem starczyło, aby ich policya precz ztąd odparła. Czyniono im ten honor, że się ich niewinnej paplaniny — obawiano.
Pod rozmaitemi też postaciami zamaskowani reporterowie stali u żelaznej kraty, skazani na karmienie się tylko wonią kongresu i odgadywanie z twarzy członków jego, ich męczeństwa lub tryumfu.
Nigdy może tajemnice narad nie były ściślej zachowywane jak czasu tego zjazdu, którego pierwsze czynności długo były zupełną zagadką.
Napróżno szpiegowano tych szczęśliwych co mieli przystęp do wielkiej sali, a mogli coś podsłuchać, coś dopatrzeć, coś odgadnąć; — wiązało ich słowo — musieli być niemi.
Nigdy też talent odgadywania i tworzenia z niczego domysłów na podstawie z pajęczyn opartych, — świetniej się nie objawił, jak w pierwszych zwłaszcza posiedzeń tygodniach...
Wśród tego ścisku najróżnorodniejszego, prawie u samej kraty, stał powóz piękny — w którym siedział lekkim paltotem osłoniony, w swym złocisto wyszywanym mundurze książę *, z pogardliwo dobrodusznym uśmieszkiem spoglądając na otaczających. Obok niego, zakwefiona siedziała młoda kobieta, z którą on żywą zabawiał się rozmową — czasem śmiech jej obudzającą.
Ciekawie zwracano oczy na tę zagadkową panią, w której domyślano się jakiejś znakomitości wysokiego rodu; bo mógłżeby położony tak wysoko książę, dla jakiejś mniej znaczącej osobistości tak się poświęcać i wyczekiwać na słońcu?
Powóz stał uparcie w miejscu. Konni konstablowie chcieli go zmusić do wjechania w podwórze, lub ustąpienia od bramy, ale stary książę szepnął coś towarzyszowi swemu, przy powozie stojącemu, a ten wytłumaczył policyi że książę * potrzebował tu postać chwilę...
Pierwszy powóz, który się około nich przesunął, z którego bardzo uprzejmy uśmiech i pozdrowienie spotkało starego księcia, wiózł zamyślonego mężczyznę, którego narodowości domyśleć się było trudno. Wpatrzywszy się dopiero lepiej, na mało charakterystycznej postaci można było dostrzedz to piękno, które, nawet na obcych, długie życie we Francyi wyciska.
Był to p. Waddington. Książę grzecznie mu się uśmiechnął.
— Widzisz pani — rzekł schylając się ku niej — jest to reprezentant Francyi, która niedawno jeszcze siebie i nas łudziła, że losy świata są w jej ręku.
Szczególna rzecz — dodał — katolicką Francyę przedstawia tu protestant i człowiek angielskiej krwi i nazwiska! Dziś francuzi grzeczni są i spokojni! Sam nie wiem czy milej się uśmiechają do Bismarka, czy do mnie; choć obu nas radziby sobie pozyskać.
Ci nam wody nie zamącą...
Nie młody już mężczyzna jadący za pierwszym, wychylił się z powozu zdziwiony, zobaczywszy stojącego księcia *, skłonił mu się z uszanowaniem i zatrzymał. Wysiadł pytać co go tu zatrzymywało.
— Jedź, panie baronie, jedź, a pozwól mi jeszcze chwilę zapomnieć o polityce... Natychmiast was dogonię.
Był to baron d’Oubril.
Przejeżdżający zaraz St.-Vallier podniósł kapelusz do góry, wesoło witając księcia, który ciągle ciceronował.
Baron Haymerle, hr. Karoly, Andrassy, z twarzy przynajmniej znani Rolinie, przesunęli się za nimi.
Nie zapomniała się tem pochwalić przed księciem, że dwu z nich widziała na wieczorze u księżnej Matyldy.
Stary wiadomość o tej bytności na wieczorze przyjął z niejakiem zdumieniem. Nie spodziewał się jej.
— Znasz pani wesołą i dowcipną księżnę? — pytał.
— Mam to szczęście — odparła Rolina skromnie — grałyśmy razem w jej amatorskim teatrze...
Widocznie podniosło to pułkownikównę w oczach starego jej towarzysza, stał się dla niej grzeczniejszym jeszcze.
W tem powóz parokonny zwolna się zbliżać zaczął. Siedzący w nim ze spuszczoną głową, nie zdawał się widzieć nikogo. Zatopiony był w myślach i obojętny na to co go otaczało. Twarz spokojna, rysów wyrazistych, pofałdowana wiekiem, niegdyś piękna, była teraz znużoną, jakby ciężarem lat i pracy przygniecioną. Ubiór skromny, postawa zaniedbana, zdawały się zapowiadać człowieka który wszystko przeżył i świat cały miał teraz w sobie. Patrzeć nań już nie potrzebował.
— Przypatrz mu się pani dobrze — zawołał wskazując go książę — jest to może z nas wszystkich najwięcej zajmująca postać. Myśmy wszyscy coś winni urodzeniu, przeszłości, rodzinie, ten sam o własnej sile dobił się tam, dokąd inni z trudnością dochodzą wspinając się na cudze ramiona...
Mylę się — dołożył stary książę — winien też wiele pełnej poświęcenia kobiecie, pierwszej żonie swej, którą niegdyś widywałem w salonie lady Holland... Nie była piękną, ani dystyngowaną, ale dla poświęcenia się swego poszanowania godną.
Domyślasz się pani — Disraëli-Beaconsfield — romansopisarz i poeta z powołania, ulubieniec pań i salonów, który — choć romansopisarz, co niemało zawadzać musiało, dobił się inteligencyą, energiją, wolą, i talentem, najwyższego stanowiska. I stoi dziś na czele arystokracyi, najarystokratyczniejszego z krajów europejskich.
Nieprawdaż że to na bajkę zakrawa?
Beaconsfield minął ich zgięty, przygarbiony, z wyrazem cierpienia na twarzy, nie spojrzawszy, ani pozdrowiwszy.
Karatheodori pasza, Mehmet Ali, zaledwie się skłonili i przemknęli śpiesząc na posiedzenie. Prześliznął się lord Salisbury, którego Rolina mniej była ciekawą. Hrabia Corti, wpatrzył się w nią, ukłonił księciu z trochą szyderstwa na ustach i pobiegł do pałacu.
— Niestety — odezwał się w końcu stary książę — najciekawszego ze wszystkich, gospodarza naszego, męża o trzech włosach... nie mogę pani pokazać; ale pani powinnaś go znać, bo Berlin jest go pełnym. A tam nawet gdzie go niema czuć jego żelazną rękę.
To mówiąc westchnął książę i trochę się zachmurzył...
Sztab księcia — dodał — już także być musi w pałacu — ale wszystko to przy nim maleje i gaśnie. Pozwolisz pani, i mnie już czas jeśli nie do roboty, bo tej nie mam, wyręczają mnie, to do słuchania. Wiedzieć potrzeba wszystko, to atrybut dyplomacyi. Spodziewam się że konstablowie puszczą panią ze mną do ganku, bo pieszo bym się nie docisnął. Tam będę musiał miłą towarzyszkę pożegnać, aby siąść i nudzić się rozprawiając o rzeczach z góry przewidzianych, które trzeba witać jak niespodzianki.
Rolina z trwogą jakąś zasłoniła się szczelniej woalikiem; woźnica zawrócił ku bramie, zajechał pod ganek, a tu towarzysz księcia z miną dosyć posępną, bo mu się ta eskapada starego nie podobała, podał mu rękę i wysadził.
Kobiece towarzystwo księcia* u samych drzwi pałacu, nie jego jednego razić musiało. Sam książę wcale się niem nie czuł skompromitowanym.
Pożegnał Rolinę, a woźnica zawrócił natychmiast do Villa Agnese, bo go już naglono, aby innemu powozowi ustąpił.
Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie na ciekawych widzach zrobił powóz książęcy z kobietą nieznaną. Długie jego zatrzymanie się u kraty, postać zakwefiona której znaczenia i imienia reporterowie nie umieli się domyśleć — wszystko to zajmujący epizod stanowiło, wśród monotonii zamkniętego kongresu.
Wieczorem Berliner Boersen Courier i Trybuna, opisując ranne przybywanie członków kongresu na posiedzenie, w dwuznacznych słowach dały do zrozumienia, że pewną księżniczkę krwi... ciekawą, widziano u bram Radziwiłłowskiego pałacu.
Inny dziennik, skromniej domyślał się sławnej artystki.
Kobiety były niezmiernie ciekawe kogo mógł stary wozić z sobą.
Pułkownikówna wróciła do willi przejęta uprzejmością starego i szczęściem jakie ją spotkało. Boehmowej i Pepi żywo zaczęła opowiadać co widziała, unosząc się nad grzecznością swojego towarzysza.
Na te rozjaśnione radością lica i wesoły humor nadszedł amerykanin, winszując tryumfu Rolinie, ciesząc się tem, że całe miasto mówić o niej będzie, a wszystkie panie zazdrościć.
Fantazya starego księcia rozbudzać się w nim zdawała miłość, gdyż czulszym i natarczywszym był niż kiedykolwiek. Niepokoiło to tem więcej Rolinę, że Boehmowa miała zwyczaj, gdy nadchodził narzeczony, wysuwać się z pokoju, aby czułej parze nie zawadzać. Pułkownikówna nie była temu rada, bo chciała Don Estebana trzymać zdaleka i zbytniej nie dopuszczać poufałości.
— Książę — odezwał się, ciągle chwytając za ręce i usiłując ją wpół objąć amerykanin — książę zapewne nieraz nas jeszcze odwiedzi. Stary zdziecinniał! Kiedyś zaprosić go może potrafimy na obiad, a wówczas trzeba ażebyś mu się w swoim naszyjniku pokazała.
To mówiąc za głowę się pochwycił.
— A propos — zawołał — garnitur nie jest kompletny, trzeba na to zaradzić koniecznie. Kolczyki i bransoletę muszę kazać dorobić.
Zbliżył się do Roliny nagląc.
— Królowo moja... proszę na parę dni o to pudełko z naszyjnikiem dla wzoru.
Rolina opierała się nieco.
— Nie odstąpię od tego, dopełnimy garnituru. Żądam tego koniecznie — prosił Don Esteban. — Kamieni ja dostarczę jubilerowi, a dopilnuję aby wykonał jak należy.
Pułkownikówna wypraszała się zrazu, lecz uległa w końcu, a rada też była że swe klejnoty pomnoży i zaświeci niemi.
Poszła więc do swego pokoju i przyniosła pudełko żądane, które Don Esteban z dziwnym pośpiechem i radością, ukrył natychmiast w bocznej kieszeni surduta.
— Dzisiaj jeszcze biegnę do jubilera — odezwał się — a za kilka dni bransoleta i kolczyki muszą być gotowe... Przepyszny szmaragd dam aby świecił na tej cudownej rączce.
Gdy to mówił, oczy jaśniały jakąś radością, tak szczerą, że Rolina uczuła wdzięczność i musiała za ten dar nowy dziękować.
— Do czegóż te zbytki — rzekła cicho — sam naszyjnik już tak był wspaniały.
— Ale dla mojej królowej — podchwycił amerykanin — niema nic nadto kosztownego i pięknego! Całą bym ją oprawił w złoto i dyamenty!
Z takiemi czułościami, całując ją po rękach, pożegnał i jakby mu pilno było do jubilera, wybiegł z willi, ścieżką w ogródku przeleciał pędem, krzyknął na przejeżdżającą dorożkę, siadł do niej i zniknął.
Wracająca do salonu Boehmowa, zastała Rolinę zadumaną.
— Jednakże, moja Balbino — odezwała się do niej — człowiek to dobry i szalenie do mnie przywiązany. Czy wiesz, że do tego naszyjnika zmusił mnie abym pozwoliła dorobić kolczyki i bransoletę.
Czasem wyrzucam sobie, że ja go tak kochać nie mogę, jakbym powinna. Ale... zmuszam się napróżno.
Przeszła się po saloniku, ręce założywszy na piersiach.
— Kochać, kochać! — odezwała się — a! jakto to trudno, gdy serce się ma zbolałe jak moje. Wiesz... czasem szukam w tem sercu czegoś, coby do miłości było podobne — i znaleść nie mogę. Czytam w romansach o niej i wydaje mi się nieprawdziwą a śmieszną. Kochać. Nie... ja chyba nigdy nie potrafię. Jeden ten niepoczciwy Stach Bronisz, gdy go wspomnę, obudzą jakieś uczucie. Gniewam się na niego, ale czasem tęsknię za nim. We snach nawet widzę go przed sobą z tą jego smutną, zdesperowaną twarzą, — tak jak go widziałam raz ostatni. Żal mi go...
A Esteban... jeśli mi się nawet przyśni, to jakby chciał mordować mnie, zabijać i męczyć... Wyrzucam to sobie — ale się go boję.
Wzdrygnęła się Rolina. Boehmowa słuchając z politowaniem patrzała na nią.
Chodziła ciągle zamyślona.
— Stach?... nie — zaczęła znowu. — Nie! On by takiem życiem do jakiego ja jestem stworzoną, nie mógł wyżyć. Natura to inna, jego żywiołem cisza, spokój, wiosna, a ja potrzebuję ognia, wrzawy i blasku...
Wyżej, wyżej, aż w obłoki!
— Obłoki?? — przerwała Boehmowa spokojnie. — Mnie się zdaje, że tak wysoko nie dolatujesz nigdy, nawet myślami. Dla ciebie woskowana posadzka starczy...
Nie wzięła za złe Rolina tego przekąsu.
— Może masz słuszność, w niebiosach by mi było nudno, nawet w towarzystwie gwiazd; ale ruchu, światła i życia — życia mi trzeba.
Wieczorem dusząc się w willi samotnej, nie doczekawszy nikogo z gości, Rolina pojechała do Thiergartenu. Zabrała z sobą Pepi, dla której każda przejażdżka była wielką uciechą, a ile razy o niej pamiętała siostra, wdzięcznie ją za to po rękach całowała.
Dobry humor poranku trwał dotychczas jeszcze. Uprzejmość starego księcia, spodziewany podarek nowy, wprawiały ją w usposobienie szczęśliwe...
Czulszą była nawet dla Boehmowej i Pepi. W parku wysiadła, aby siostra która biegała rada, przejść się mogła swobodniej.
Mnóstwo osób dnia tego używało przechadzki, towarzystwo byłe wielce urozmaicone. Rolina z pewną dumą i przyjemnością dostrzegła, że niektóre osoby zobaczywszy ją szeptały i oglądały się za nią. Ukazywano ją palcami, zatrzymywano się gdy przechodziła, była więc już znaną i i sławną...
Wiedziano zapewne że jest narzeczoną bogatego amerykanina, że stary książę i inni kongresu członkowie u niej bywali. Pochlebiało jej to. Odeszły były dosyć daleko w głąb parku, gdy w bocznej uliczce dała się naprzód słyszeć dosyć żywa i głośna rozmowa — i na zakręcie ukazał się z jakimś wojskowym pod rękę idącym, kapitan von Stilstein.
Na widok Roliny, którą powitał bardzo grzecznie, pożegnał śpiesznie swojego towarzysza i przybliżył się do niej.
Zdawał się nieco zdziwiony tem że ją spotkał samą, a może iż była w tak wesołem usposobieniu, z którem się od pierwszych słów zdradziła. Nie zawsze ją taką widywał.
Pułkownikówna lubiła jego towarzystwo i chętnie pozwoliła mu odprowadzić się do powozu.
Stilstein, czegoś chmurny, z dziwnym wyrazem twarzy pilno się jej przypatrywał.
— Dawnośmy pana nie widzieli? — odezwała się Rolina.
— Ale pani nie musi zbywać na towarzystwie?
— Owszem, dość jestem osamotniona. Mój pan narzeczony niezmiernie jest kongresem zajęty, a oprócz niego mało kto mnie odwiedza... Jeden książę * — uśmiechnęła się nieznacznie — trochę jest łaskaw na mnie. Pan hrabia często o willi Agnese zapominasz... a jesteś w niej zawsze pożądanym gościem.
— Nie wiem jak mam pani dziękować — odpowiedział kapitan z westchnieniem. — Wcale nie zapominam o villi Agnese, ale pani bym nie chciał być natrętnym, a — jeśli się mam przyznać — od dni kilku z panem de Mauriène jesteśmy trochę na zimno...
— Jakto?... cóż to takiego? — zapytała ciekawie Rolina. — Mów mi pan proszę, ale otwarcie, bardzo otwarcie.
— A! drobnostka! małe nieporozumienie. Para żywszych wyrazów przy grze... Wie pani że z nim grywamy często, a przy kartach łatwo się coś wyrwie z ust...
— Aleście panowie przecież nie zerwali z sobą?...
— A! nie... tylko jesteśmy trochę żenowani. Może być żem ja nawet winien trochę. Uniosłem się, on to zniósł chłodno...
— A! przyjdźże pan do nas, aby się to nieporozumienie zagodziło. Ja to biorę na siebie. Mnie pana żal dla siebie...
Stilstein podziękował i chwilę milczał.
— Z panią — rzekł — mam usposobienie być zupełnie otwartym. Otóż, choć de Mauriène, tak ją z bliska obchodzi, powiem szczerze, że czasem bywa dla mnie niezrozumiałym. Pani go znasz lepiej. Wydaje mi się dziwnie nierównym, niekiedy wytłómaczyć mi go trudno.
— Jest w istocie trochę ekscentryczny — odpowiedziała Rolina, czując się w obowiązku stanąć w jego obronie. — Ale to mówi za nim że gdyby szczerym nie był, zapewneby jednostajniejszym być potrafił.
— Być może — rzekł Stilstein — a jednak tych jego wybryków różnych ja nie umiem z sobą pogodzić. Jest dla mnie zagadką.
Przerwał kapitan, bo Pepi nadeszła i do powozu się zbliżali.
— Przyjdź pan, proszę — zakończyła Rolina — nie chcę abyście panowie trwali w tem nadąsaniu; jestem pewna, że on, jeśli zawinił przeprosi.
— A! nie zaszliśmy tak daleko, aby aż pojednania potrzeba — rzekł kapitan weselej — ale ja potrzebuję trochę o tem co zaszło zapomnieć.
Tak się rozstali.
Pomimo usilnego zaproszenia przez Rolinę, kapitan następnych dni się nie pokazał, a Don Esteban, który przyjeżdżał do villi w coraz gorszym humorze, coraz napastliwszy i mniej względny dla Roliny; na jej zapytanie o Stilsteina ruszył ramionami, dziko usta skrzywił — nie odpowiedział nic. Postępowanie jego z pułkownikówną coraz się stawało śmielsze, a dla niej przykre i upokarzające.
Gdy się użalała, mało co słuchał, a robił co mu się podobało. Niekiedy był grubijańskim tak, że Rolina gniewała się, uchodziła i płakała.
Mimo wybuchów czułości gotowało się na wojnę.
Jednego dnia, nad wieczór, wcale niespodzianie nadjechał przed willę stary książę, i powłócząc nogami, z bardzo pięknym bukietem w ręku przyszedł pozdrowić gospodynię, oświadczając że się zatęsknił za nią. Zapalono światła naprędce.
Książę usiadł na kanapie, sam się przymawiając o herbatę i począł dowcipną rozmowę.
Pomimo grzeczności starego i komplementów które prawił, Rolina dostrzegła w postępowaniu jego jakąś zmianę, i jakby zbytnio poufałe i od ust słał całusy drżącą ręką. Wiele na karb wieku mogła Rolina przebaczyć, a jednak duma jej na tem cierpiała. Chciała być szanowaną.
— Gdzież się to podziewa pani narzeczony — zapytał książę — że go tu przy niej nie widzę. Człowiek ten nie wart jest szczęścia swojego, gdy tak mało z niego korzysta. Widzę, że panią zaniedbuje, powinnaś go porzucić.
— Jesteśmy zaręczeni, rozstawać by się zapóźno było — odezwała się Rolina. — Czekamy tylko na papiery, abyśmy się pobrać mogli.
Książę uśmiechnął się jakoś ironicznie.
— Jeżeli pani nie jesteś stanowczo związaną, a w sercu dla niego nie żywisz czulszego przywiązania — rzekł stary — doprawdy mogłabyś sobie powabniejszego znaleźć męża, albo nie tak się śpieszyć ze ślubem.
Rolina popatrzyła na niego zdziwiona, odprostowała się dumnie, podniosła główkę. Nie umiała odpowiedzieć, i książę poczuł, że mógł ją obrazić. Zwrócił natychmiast rozmowę.
— Gdzie państwo myślicie zimę przepędzać? — spytał grzeczniej. — Radbym o tem wiedział, bo tak mi jest miłe towarzystwo pani, że gdyby klimat dla mnie okazał się znośny, pogoniłbym za niemi.
— Nie wiem jeszcze jak się to ułoży, bośmy o tem nie mówili — odpowiedziała pułkownikówna.
— Radzę Włochy łub południową Francyę, gdzie i ja będę musiał, wedle systemu lorda Brougham zimę przepędzić. Starzy powinni posuwać się coraz na południe.
Na takiej rozerwanej rozmowie, którą pochlebstwa i słodycze urozmaicały, przy herbacie którą książę pił powoli, parę godzin upłynęło.
Obsypawszy grzecznościami gospodynię, stary bałamut odjechał.
Nazajutrz zapowiedziany był przez amerykanina obiad i goście nowi; a że pomimo gniewów i wymówek Roliny, zawsze potem do gry zasiadano, która się przeciągała zbyt długo, podlewana obficie szampanem, ponczem i rozmaitemi napojami, pułkownikówna przybywającego przyjęła bardzo kwaśno, żywe mu czyniąc wymówki. Amerykanin, czując się panem tutaj, odwrócił się i odpowiedzieć nawet na nic nie raczył.
Towarzystwo tym razem składało się ze wcale nie wybitnych osobistości, kilku podrzędnych dyplomatów in spe, wojskowych i dwu młodzieńców z arystokracyi, którym ochota do życia przyszła wprzódy niż wąsy.
Przy obiedzie już rozmowa tak była swobodną, a ton tak nie salonowy, że rozgniewana pani domu, nie mieszając się do niej, wstała przy deserze, i panów tych zostawiła samych.
Natychmiast zasiedli do gry, hałaśliwie, ze śmiechami, które na pierwsze piętro dochodziły. Kazano podawać herbatę, wina, przekąski, i północ minęła a goście nie myśleli odchodzić. Don Esteban dwa razy zjawiał się na górze, ale tylko z coraz nowemi wymaganiami i rozkazy. Śmielszy był niż zwyczajnie i nie zważał na to, że Rolina się gniewała.
Ze łzami w oczach, nabolawszy nad swym losem pułkownikówna z Boehmową, pomimo wrzawy, która je dochodziła, znużone spać się pokładły.
Nadedniem przecież ucichło, goście się porozjeżdżali, światła pogasły. Rolina sen miała niespokojny i przerywany. W chwili właśnie gdy przebudzona, zasnąć nie mogąc, patrzała smutnie na lampkę nocną, drgającą słabym płomykiem, cichy chód dał się słyszeć na wschodach, w korytarzu, potem około drzwi jej samych. Ogarnął ją przestrach, chociaż nie zapomniała ich na klucz zamknąć. Namyślała się porwawszy z poduszek, czy ma krzyknąć i obudzić obok śpiącą Boehmowę, gdy klamka zadrgała, poruszyła się, i z zewnątrz silna ręka zaczęła miotać drzwiami gwałtownie, usiłując je otworzyć.
W tem i Boehmowa, obawiająca się nadzwyczaj złodziejów, posłyszała stukanie, krzyknęła i obie zrobiły alarm, dzwoniąc na sługi.
Nieproszony gość wstrząsnął raz jeszcze drzwiami ze złością i zwolna spuścił się na dół.
Skończyło się na tym popłochu, który kobietom nie dał już zasnąć do dnia. Rolina od sług dowiedziała się nazajutrz, że amerykanin, po wyjeździć gości, spóźniwszy się, nocował na dole.
Gniew jej doszedł do najwyższego stopnia; gotowała się zejść rano czynić mu najgwałtowniejsze wyrzuty, gdyż przywiedziona była tem postępowaniem nikczemnem do rozpaczy, ale Don Esteban, domyślając się sceny, jaka go czekała, bardzo rano uciekł do miasta.
Przez cały dzień oczekiwała na niego napróżno, tworząc najdziwaczniejsze plany. Nie widziała sposobu ratowania się z coraz nieznośniejszych stosunków z człowiekiem, którego charakter się odsłaniał.
A że jedna nieprzyjemność nigdy nie przychodzi sama i ciągnie zwykle za sobą cały szereg towarzyszek, czasem z nią żadnego nie mających związku, wszystko teraz zdawało się spikać na nieszczęśliwą.
Z południa gdy sama siedziała na dole z Boehmową, powóz zatrzymał się u furtki. Dwie jakieś panie wysiadły z niego i gwałtownie, natarczywie dzwonić i dobijać się zaczęły.
Na widok kobiet Rolina powzięła jakąś nadzieję, że może która z pań, pokrewnych gościom jej, szukać chce jej znajomości; uradowała się temu obiecującemu się, a wielce pożądanemu towarzystwu niewieściemu.
Podniosła się na powitanie przybywających, bardzo skwapliwie, — zmuszając do wesołego twarzy wyrazu.
Panie, które wpuścił Schmidt, ruchami, chodem, ani strojami nie zdradzały bardzo dystyngowanego pochodzenia.
Rubasznie, zuchwało wtargnęły do ogrodu, jak tylko furtkę jego im uchylono — głośno rozprawiając i rozglądając się dokoła...
Młodsza z nich bardzo wystrojona, bez smaku, twarzyczkę miała jeszcze wcale ładną, ale z wyrazem trywialnym i cynicznym. Zblizka ta piękność przekwitła okazywała się straszliwie podrobioną, wymalowaną, uemaliowaną, wytworzoną kunsztownie. Nie można było ręczyć ani za autentyczność zbyt regularnych brwi, ani za nadto świetne zęby. W czarnych oczach, pomimo otaczającego je, umiejętnie podmalowanego cienia, widać było znużenie, a u powiek ślady tego co francuzi zowią gęsiemi łapkami.
Idąca za nią towarzyszka, otyła, dziwacznie przystrojona, nie wiele lepiej wyglądała od wyfiokowanej na niedzielę kucharki...
Nie oznajmując się ani kto były, ani z czem przyjechały, dwie jejmoście wparły się do salonu gwałtem, otwierając szklanne drzwi jego z trzaskiem.
Młodsza z nich stanęła przed Roliną, wzięła się w boki dumnie i poczęła się jej przypatrywać, robiąc miny pogardliwe — Pułkownikówna tem obejściem się niezrozumiałem dla niej — osłupioną była.
Wtargnięcie to gwałtowne nieznajomych osób, nie dawało się tłumaczyć, chyba omyłką.
Już zabierała się spytać o powód tych osobliwych odwiedzin, gdy młodsza, oczyma zrobiwszy cały inwentarz salonu — śmiać się poczęła ze złością.
— Waćpanna czy waćpani mnie nie znasz — krzyknęła głosem gniewu pełnym, ostrym i piskliwym — ale ja ją znam!! znam! I przyszłam po to tylko, aby jej w oczy powiedzieć, bez żadnej ogródki, że uczciwe kobiety jedne drugim kochanków nie odbierają.
Masz waćpanna do wyboru młokosów.
Mówiąc to przybyła podniosła pięść, i widząc cofającą się, przerażoną Rolinę, poskoczyła za nią.
— Tak! tak! zachciało ci się mojego starego księcia. Wiem o tem. Jużeście go tu ściągnęli. Jeździcie razem, a wieczorami bukiety przywozi. Ale ja tego nie zniosę — nie! i pokażę wam, że bezkarnie mi wojny wypowiadać nie można.
W ulicy ci zrobię awanturę, słyszysz ty jakaś!
Masz już jednego, tego szulera i oszusta, któremu się w Ploetzensee stancyjka należy... grającego rolę milionera, trzymaj że go sobie... Ja ci go nie odbieram. Weź jeszcze z pół tuzina gołowąsów, ale wara! od mojego starego grzyba... Ja z nim już pięć lat jestem, i wydrę oczy, kto mi go zechce bałamucić...
Krzyczała jeszcze ta rozwścieczona furya, gdy Rolina z jękiem omdlała padła na kanapę — Boehmowa zasłoniwszy ją sobą zaczęła wołać i dzwonić na ludzi. Napastnicy nie zdało się to zastraszać.
Potokiem lały się jej z ust te same ciągle pogróżki i łajania, z coraz większem grubijaństwem i gwałtownością. Dopiero przybycie Schmidta, sług, anglika, który jakiemś szczęściem był w domu, i postawił się groźno, zmusiło wrzeszczące baby do odwrotu.
A że chciały wywołać skandal i całego sąsiedztwa oczy zwrócić na villę, wyszedłszy z niej rozzłoszczone, z pięściami do góry, u bramy jeszcze miotały się, hałasowały, aż póki nadbiegający policyant nie zmusił je siąść do powozu i uciekać.
Scena ta była ciosem, który dobił nieszczęśliwą Rolinę. Cała we łzach, z gorączką, zawlekła się do łóżka, i ukrywszy głowę w poduszki, płakała.
Utkwiło jej i to w pamięci, że napastnica nazwała narzeczonego jej, szulerem i oszustem...
Niestety! w jej własnych oczach stawał się on coraz podobniejszym do awanturnika, lecz nie chciała wierzyć tej strasznej rzeczywistości, która biła w oczy.
Złośliwa jędza mogła rzucić potwarz, której pozory dawały pewne prawdopodobieństwo. Był to człowiek bez wychowania, z temperamentem żywym, obyczajami amerykanin... — mówiła sobie — ale nie mógł być przecie oszustem...
Służący anglik, Stone, natychmiast po tej scenie pobiegł do miasta, jak się domyślała, aby Don Estebanowi donieść o wypadku. Rolina spodziewała się jego przybycia — chciała się rozmówić otwarcie.
Wszelkiemi możliwemi sofizmatami starała go oczyścić, uniewinnić w oczach własnych, nie chcąc przypuścić, aby tak straszliwą popełniła omyłkę.
Oczekiwała napróżno, do późna, amerykanin nie zjawił się dnia tego.
Z całą energią na którą się zdobyć mogła, Rolina nazajutrz, nie tracąc chwili, zaczęła obmyślać środki, którychby się w ostateczności chwycić mogła.
Dotąd, nie licząc się z wydatkami, czerpała w tem co jej zostało po ojcu, z nieopatrznością dziecięcą. Nie zwykła do rozporządzania pieniędzmi, szafowała niemi hojnie.
Z trwogą więc pobiegła do biurka, przeliczyć co jej zostawało. Mógł to być ostatni ratunek!
Około dwudziestu tysięcy guldenów znalazłszy jeszcze nietkniętych — odetchnęła. W najgorszym razie mogła ztąd uciec, szukać schronienia gdzieindziej, tam gdzieby jej nie znano. Odepchnięci a teraz zapomnieni przyjaciele, przychodzili jej na myśl, pewną była że na zawołanie, na głos jej, stawićby się musieli na ratunek.
Nie przypuszczała jednak jeszcze, ażeby Don Esteban był w istocie tak winnym jak się wydawał. Człowiek innego świata, pół dziki, do swobody nawykły, dziwaczny. Kochał ją przecie namiętnie — majątku dowodziło życie i wydatki.
Chciała zagrozić mu że go opuści, jeśliby trybu życia nie zmienił, położenia swojego nie wyjaśnił...
Nic ją bezpowrotnie nie wiązało, skompromitowaną się nie czuła, dumą swą wyższą była nad posądzenie...
Boehmowa także, litując się nad nią, starała się ją pocieszyć i uspokoić.
— Rozmów się z nim stanowczo, gdy przyjdzie — mówiła do niej — bądź surową. Naraża cię na nieprzyjemności, postępuje sobie coraz zuchwałej... potrzeba to raz skończyć!...
Rolina miała też najmocniejsze postanowienie wyjścia, jakimkolwiekbądź kosztem z położenia, w jakiem się znajdowała.




XVI.

Nadeszło oczekiwane jutro; posłano pana Stone po amerykanina — ale ten nie znalazł go w domu. Chłodno bardzo tłumaczył, że zaproszonym był na jakieś polowanie, z którego dotąd nie wrócił.
Potrzeba było czekać, a gniew Roliny miał czas ostygnąć nieco.
Na wyjezdnem z Wiednia, gdy wszyscy przyjaciele, żegnać się z nią przychodzili, stary włoch Bongi przybył raz także z ojcowskiemi radami i ofiarami pomocy, opieki, jeśliby ich kiedy Rolina potrzebowała. Stary był tak patryarchalnie zajęty jej losem, że nawet w zimnem sercu dziewczęcia, obudził wdzięczność dla siebie.
Chociaż wyrażał się z największą oględnością, czuć było, że niebardzo ufał amerykaninowi, i musiał mieć o nim niezbyt pochlebne wyobrażenie; a w obiecywaną świetną przyszłość wierzył mało.
Przy rozstaniu, błogosławiąc ją i życząc aby była ostrożną, de Bongi zażądał w końcu aby mu swój adres zostawiła, pisała do niego i zawiadamiała o swych losach.
Pułkownikówna przyjęła to wszystko wzruszona, roztargniona, rzuciła mu adres willi Agnese w Berlinie — i wkrótce zapomniała o tem zupełnie.
Nie było dotąd żadnej od niego wiadomości; myśląc o innych swych przyjaciołach, Rolina najmniej o nim pamiętała, bo ojcowskie to przywiązanie nic jej wielkiego nie obiecywało. Była pewna że i on, z oczów ją straciwszy, myśleć o niej nie będzie.
Dnia tego właśnie, gdy chodząc niespokojnie od okna do okna oczekiwała na amerykanina, list jej z poczty przyniesiono.
Spojrzała na podpis, był od starego poczciwego Bongi.
Pismo samo było czułem przypomnieniem się, troskliwem dopytywaniem o jej powodzenie i losy. List tajemniczemi jakiemiś obawami przepełniony, długi, niemal kondolencyjny, smutny, nie zawierał w sobie nic wyraźniejszego, coby go tłumaczyło, lecz, gdy z koperty dobywała go Rolina, wysunął się z niej i padł na ziemię, wycinek drukowany z jakiegoś dziennika.
Zdawał się umyślnie włożony, choć w piśmie o nim wzmianki nie było.
Urywek ten, zakreślony ołówkiem czerwonym, z początku jako niezrozumiały i obojętny, rzuciła Rolina; później dopiero uderzyło ją brzmienie jego. Było ono następujące:

„Przypomną sobie czytelnicy nasi, przed kilku miesiącami podaną przez nas wiadomość, o zuchwałej kradzieży dokonanej u jednego z tutejszych bankierów, któremu sfałszowany bardzo zręcznie czek na sto kilkadziesiąt tysięcy guldenów przedstawiono, i sumę tę udało się oszustowi otrzymać. Prawie jednocześnie u jednego z jubilerów udało się podstępnie, z nadzwyczajną zręcznością wyłudzić naszyjnik bardzo kosztowny“...

(Tu następowało dokładne jego opisanie).

„Oba te oszustwa zuchwałe — zdają się być sprawą jednego człowieka, grającego rolę milionera, — którego ślady policyi naszej wyśledzić się powiodło. Przybierał on nazwiska różne, i udawał tajemniczego agenta dyplomatycznego, wślizgając się do naj-
pierwszych domów i najlepszych towarzystw — i t .d.“

Opis naszyjnika skradzionego, zgadzał się zupełnie z tym, który amerykanin ofiarował był Rolinie. Reszta artykułu tak straszliwie wskazywała Don Estebana jako oszusta, że Rolina przeczytawszy z krzykiem rozpaczy padła, tracąc prawie przytomność.
Nadbiegająca Boehmowa, która przyczyny omdlenia wytłumaczyć sobie nic umiała — ledwie jej wraz z Pepi, docucić się mogła.
Przyszedłszy do przytomności, pułkownikówna jeszcze nieszczęściu swemu nie dając wiary, schowała list włocha i wycinek z dziennika, nie przyznając się, nawet przed Boehmową, — co było przyczyną omdlenia. Stara postrzegła list, domyślała się czegoś, ale przy Pepi dopytywać nie śmiała...
Blada, z zaciętemi ustami, milcząca, przybita Rolina oczekiwała na Don Estebana, łudząc się jeszcze jakiemiś najdziwaczniejszemi nadziejami, że to wszystko mogło się na korzyść jego wyjaśnić.
W strasznych męczarniach spędziła resztę dnia tego, nosząc się z listem tym na piersiach, piekącym ją jak rozpalone żelazo... Niema, zdrętwiała, czuła tylko niekiedy po twarzy spływające łzy, które na gorących osychały policzkach.
Do późnej nocy oczekując ciągle, spać się nie kładła. Spojrzenie w zwierciadło przekonało ją że tych nie wiele godzin męczarni, wypiętnowało się na twarzy boleścią, i zmieniło ją straszliwie.
Było już blisko północy i Boehmowa do snu, a przynajmniej do łóżka ją namawiała, gdy furtkę ogrodową otworzono. Rolina raczej się domyśliła niż poznała po chodzie amerykanina. On to był w istocie.
Zobaczywszy światło w pokojach na górze, z nadrobioną wesołością rubaszną, wprost wpadł do saloniku, który Boehmowa natychmiast opuściła, cofając się do przyległego pokoju.
Zobaczywszy go Rolina stanęła wyprostowana, groźna, z brwią namarszczoną, i nie mówiąc słowa, dobywszy wycinek z dziennika — położyła go przed nim.
Nie spuszczała z niego oka.
Niepodobna było odgadnąć, czy Don Esteban przyszedł już tu przygotowany na wypadek wszelki, czy tak nadzwyczajną miał moc nad sobą.
Z krwią zimną włożył pince-nez, podniósł papier ze stolika i czytać zaczął, bez drgnienia w twarzy, bez najmniejszej oznaki wzruszenia.
Co dziwniej — czytał wycinek powoli, nie śpiesząc, może nawet nadto długo studyując go — położył na dawnem miejscu i zdejmując pince-nez — zwrócił się do pułkownikównej.
— Ma to zupełnie taki pozór, jakbym ja być miał tym fałszerzem czeku, i złodziejem, który ukradł naszyjnik — nieprawdaż?
Uśmiechał się szydersko i wzgardliwie.
— To tylko dowodzi — mówił dalej spokojnie — jak dobrych mam przyjaciół i jak daleko zuchwalstwo niegodziwców posunąć się może.
Śmieszek suchy przeszedł w dziwne jakieś wzruszenie. Rolina stała, słuchała — oczekiwała.
— Szczególniej ten naszyjnik, zdawać się może wam, niezbitym dowodem. Ale, na nieszczęście, jestto na wzór pierwszego, umyślnie dla mnie zrobiony podobny, do którego ja dostarczyłem kamienie. Mam na to dowody, wskażę kto mi go zrobił, są znaki odróżniające kopię od oryginału...
Historya czeku!! — poprostu bezczelne kłamstwo. Nic podobnego zajść nie mogło i nie zaszło; bo żaden bankier nie wypłaca tak znacznej sumy, nie zapytawszy telegrafem! Potwarz!!
Są ludzie co mnie chcą podać w podejrzenie i napiętnować, ale wstali zapóźno!! Wiem z czyjej ręki ten cios pochodzi i — potrafię go odepchnąć zwycięzko, pomścić się krwawo...
Amerykanin mówił w początku z takim spokojem i pewnością siebie, iż Rolina mu uwierzyła. Tak pragnęła widzieć go oczyszczonym!
— Więc natychmiast, jednej chwili nie tracąc, krzyknęła — idź, jedź i zgnęb tych niegodziwych wrogów swoich! Takiej plamy człowiek na sobie znieść nie może, ani godziny... Ukarz tych zbrodniarzy.
— Tak, to są niepoczciwi zbrodniarze — odezwał się spokojnie siadając amerykanin — lecz żeby ich ukarać przykładnie i wyjść z tryumfem, potrzebuję czasu, muszę być ostrożnym... Radzi by mnie pochwycić, wiedząc, że choćbym był uwolnionym, podejrzenie przylega do człowieka.
— Ale któż są te wrogi? cóż to jest? zemsta jakaś? — wołała ręce łamiąc Rolina.
— Ah! długiegoby to potrzebowało tłumaczenia — odezwał się, starając się okazać spokojnym amerykanin. — Sprawa to krwawa, straszna, rodem z tych krajów podzwrotnikowych, w których wszystko przybiera poczwarne rozmiary, a zemsta jest nieubłaganą i z pokolenia na pokolenie przechodzi. Wrogi goniły za mną do Europy.
Don Esteban mówił, i wśród tego tłumaczenia, jakby inne myśli go opanowywały, roztargniony, urywał, jąkał się, mruczał...
— Spodziewam się — dodał zwracając się do Roliny — że nie mogłaś na chwilę uwierzyć tej ohydnej i głupiej potwarzy.
Rolinie łzy płynęły z oczów, stała zdaleka, nie mogąc przyjść do siebie.
— Oczyścić się, publicznie, jawnie, co najprędzej, w tej chwili! — poczęła gorączkowo...
Don Esteban popatrzył na nią, wstał z kanapy, wziął ze stolika wycinek gazety, wlepił w niego oczy, odczytał raz jeszcze i starannie schował do pugilaresu. Na twarzy Roliny, którą badał wzrokiem, spodziewał się może znaleźć wyraz litości, spostrzegł tylko rozdrażnienie, gniew i niecierpliwość. Chciał się do niej przybliżyć — cofnęła się jak przerażona.
Amerykanin przeszedł się po pokoju z głową spuszczoną, zadumany. Zdawał się niepewien co począć, brał za kapelusz i rzucał go — wahał się.
— Wracam do miasta natychmiast — rzekł w końcu chłodno — aby przedsięwziąć właściwe kroki.
Rolina nie żegnając go wyszła z salonu.
Czas jakiś jeszcze słychać było jego kroki, żywsze, to powolniejsze. Zszedł potem na dół do pokoju anglika. Boehmowa, która śledziła każde poruszenie jego, zobaczyła ich obu razem wychodzących furtką. Zdawało się jej, że Stone niósł coś w ręku.
Pomimo najgorętszej chęci uwierzenia w to co jej powiadał amerykanin, Rolina po wyjściu jego została w tym stanie niepewności bezradnej, zwątpienia — w jaki ją wprawił ów odcinek z gazety.
Nie mając przed kim się użalić, kogo poradzić, zbliżyła się do Boehmowej, była dla niej prawie czułą, i znalazła w starej towarzyszce współczucie chętne, lecz obie razem poradzić nic, na nic się ważyć stanowczo nie umiały. Płakały i narzekały...
Balbina cicho podszepnęła ażeby powracać do Wiednia. Rolinie wstyd było oczów ukazać, po rozgłosie jaki miała sprawa narzeczonego. Pozostać w Berlinie, nie myślały obie.
Don Esteban nie powiedział nic odchodząc, należało więc czekać dalszego obrotu nieszczęsnej tej sprawy. I znowu znaczniejsza część nocy, aż do zupełnego sił wyczerpania, zeszła na żalach, domysłach i narzekaniach...
Nieszczęście w Rolinie wyrabiało powoli energię gorączkową, siłę oporu wielką. Poddać się nie chciała, pragnęła walczyć; gdy Boehmowa uciekać radziła, skryć się i zerwać wszystko.
Przeszła noc, ruch i życie wróciło. Rolina obudziła się ze snów ciężkich, na nowe męczarnie. Anglik Stone, który odprowadził był swego pana, nie powrócił do willi. Do południa od obu ich nie było żadnej wiadomości.
Rolina tłómaczyła to sobie tem, że czynnym być musiał w swej sprawie. Spodziewała się go wieczorem. Późno już miejska poczta przyniosła kartkę od Don Estebana... W kilku słowach donosił narzeczonej, że sprawa jego honoru wymagała wyjazdu jaknajspieszniejszego, w pogoń za nieprzyjacielem, którego odkrył już ślady. Wyjeżdżał więc, żegnał, nie chcąc się na oczy pokazywać Rolinie, dopóki by się nie oczyścił z wszystkich nikczemnych potwarzy.
„Nie wiem — pisał do niej — jak długo ten bój na śmierć i życie może się przeciągnąć... nie mogę obiecywać kiedy powrócę. Nie chcę cię wiązać miejscem pobytu, wybór jego zostawując własnemu twemu rozporządzeniu. Węzły które nas łączą uważam za nierozerwane, i od słowa danego nie odstępuję. Pozostanę wiernym, prosząc abyś mi dotrzymała wiary, od której moje szczęście zależy i t. p.“
Patetyczne zakończenie biletu obiecywało tryumf nieochybny.
Naostatek żądał listów, które pod nowym pseudonymem, adresowane być miały do Grand Hôtel w Paryżu...
Po odczytaniu kartki Rolina mniej jeszcze wiedziała co począć z sobą. Przestrach ją ogarnął wielki.
Willa najęta, życie w niej na takiej stopie, były nadzwyczaj kosztowne. Don Esteban wyjeżdżając nie zostawił na to pieniędzy — żyjąc z własnych, Rolina wprędce mogła je wyczerpać.
Ze łzami w oczach Balbina zaklinała znów aby do Wiednia powracać, zamieszkać w skromnym domku na przedmieściu i czekać co los zdarzy. Rolina nie śmiała się tam pokazać zbiedzona i upokorzona — duma jej na myśl tę się oburzyła.
Zgadzała się na to, aby willę porzucić, zmienić mieszkanie, życie prowadzić skromniejsze, ale dokąd się udać? nie wiedziała. Cały dzień następny upłynął na najsprzeczniejszych wnioskach. Potrzeba było płacić rachunki, pieniędzy ubywało. Willę też, o którą kontrakt wychodził, za dni kilka musiały opuścić.
Biednej Pepi, która się tu tak poprzyjaźniła z niektóremi kwiatkami, i żyła w bardzo dobrych stosunkach z mnóstwem wróbli, osobiście jej znajomych — które codzień karmiła — łzy stanęły w oczach...
Zaczęto pakować się, wybierać, nie wiedząc jeszcze celu podróży.
Rolina po całych dniach chodziła, rzucała się, dodając sobie męztwa, czerpiąc je potrosze w zwierciedle, które piękność jej nienaruszoną ukazywało, choć ból wyraz nadał jej nowy. Na przemiany przychodziły chwile zwątpienia i nadziei.
W takim stanie niepokoju ducha, zastał ją w parę dni przybyły kapitan von Stilstein. Rolina się domyśliła, że mógł się dowiedzieć o wyjeździe jej narzeczonego i że to go sprowadziło.
Nie myliła się. Przy powitaniu zaraz zapytał hrabia, czy prawdą było, że de Mauriène nagle na czas dłuższy wyjechał?
Rolina nie zdradzając się, odpowiedziała chłodno, iż nagły jakiś a wielkiej wagi interes, zmusił go do podróży, która się mogła przeciągnąć.
Uwierzył w to czy nie von Stilstein — lecz ze zmienionej, zbolałej twarzy pułkownikównej nie mógł nie poznać, iż musiała wielkiej doznać przykrości.
Nie zdawało mu się tą boleścią rozstanie, bo zbyt czułą dla narzeczonego nigdy nie była.
— Ponieważ zostałaś pani bez opieki — odezwał się kapitan — możebym mógł jej być w czem użytecznym?
Rolina podziękowała nie odtrącając ofiary.
— Nie potrzebuję pani tego powtarzać — mówił Stilstein — iż wzbudziłaś pani we mnie najżywsze współczucie. Przebaczysz mi więc zupełną otwartość. Co znaczy ten wyjazd nagły, który wszystkich zdumiewa? Co się stało z tym de Mauriène? Niepodobna aby dla pani, jak dla innych, ten nowy jego wybryk był tajemnicą?
Rolina słuchając od łez się nie mogła wstrzymać, lecz natychmiast je otarła i stała się mężną.
— Pan wiesz lub domyślasz się — rzekła — ile każda z nas przed ślubem zna człowieka, któremu daje rękę? Która z kobiet pochlubić się tem może, aby jej przyszły nie miał dla niej tajemnic? My zwłaszcza, sieroty, co się wydajemy same, jesteśmy na łasce i niełasce naszego serca i naszego niedoświadczenia. Znałam mojego narzeczonego, a jednak powiedzieć nie mogę, abym wiedziała całą przeszłość jego, która ciążyć może na przyszłości...
— Ale pani nie jesteś z nim nieodwołalnie związaną? — zawołał kapitan, bystro patrząc jej w oczy.
Rumieniec oblał pobladłą twarz Roliny — wyciągnęła rękę ku niemu.
— Wierzysz pan słowu kobiety? — zawołała z uniesieniem — na sumienie i cześć moją panu przysięgam, że oprócz przyrzeczenia małżeństwa nic mnie nie wiąże.
Kapitan skłonił głowę z poszanowaniem.
— Dzięki Bogu, że tak nie jest — odezwał się. — Trudno mi uwierzyć abyś pani dla tego człowieka miała wielkie przywiązanie. Nie był on z rodzaju tych, którzy się podobać mogą i kochać umieją, a tylko uczucie prawdziwe wywołuje wzajemność. Jeżeli pani wolną jesteś, korzystaj z tego!
Popatrzyła mu w oczy pułkownikówna.
— Wiesz pan co o nim? — spytała.
Stilstein potrząsnął głową, przecząco.
— Nic stanowczego — rzekł. — Znajomość ludzi, instynkt, który mnie nigdy prawie nie zawodzi, odstręczały od niego... Zdawał mi się dwuznacznym, jakby coś ukrywał w sobie, a mężczyzna powinien być otwartym i nie potrzebować osłaniać się tajemnicą. Zjawiał się, znikał, postępowanie jego było niejasne...
Pułkownikówna nic nie odpowiedziała.
Kapitan stał oczekując na jej rozkazy.
— Zostaniesz pani dłużej w Berlinie? — zapytał.
— Nie wiem nic jeszcze...
— Odjeżdżając narzeczony musiał zapobiedz zapewne, abyś się pani w przykrem położeniu nie znalazła — rzucił nieśmiało kapitan.
Rolina pośpieszyła upewnić go że miała własne środki, które ją zabezpieczały na przyszłość, ale wymówiła to tak niepewnym głosem, pośpiesznie i zmięszana, że kapitan zapewne niewiele wagi przywiązywać musiał do tego.
Sztywny i szorstki prusak zadał jej kilka pytań jeszcze, niezbyt może dyskretnych, ale dowodzących dobrej woli. Dokończył wreszcie.
— Pani tu jesteś obcą, ludzie zechcą może z tego korzystać, narzucam się jej za ekonoma i rachmistrza! Właściciel willi jest mi dobrze znajomym.
Wdzięczną mu była Rolina i po krótkiej, obojętniejszej rozmowie rozstali się z sobą. Pomimo męztwa swego czuła się opuszczoną, osieroconą, bez opieki, bo na amerykanina coraz mniej rachowała. Boehmowa i Pepi starające się ją pocieszyć, przypominały tylko, że i o nich myśleć było potrzeba.
Powoli przygotowywano się do wyjazdu, spierając się o to, dokądby mogły się schronić, gdyż Balbina zawsze do Wiednia ciągnęła, a pułkownikówna wstydziła się tam powrócić zawiedziona i oszukana, gdy niespodzianie dnia jednego oznajmiono barona St. Foix.
Rolina powitała go żywo i radośnie, bo choć nie wiele się od niego spodziewać mogła, zawsze był to jeden z przyjaciół, którym się mogła posłużyć.
Baron tłumaczył przybycie swe do Berlina kongresem, chociaż nie miał z nim nic wspólnego; a w istocie dowiedziawszy się coś o amerykaninie, przybiegł zajrzeć i spróbować czyby nie mógł się podjąć roli pocieszyciela przy pięknej Aryadnie.
St. Foix nie wiele wierzący w cnotę niewieścią, stosunek Roliny z narzeczonym pojmował po francuzku — comme une liaison intime. Zdawało mu się zupełnie naturalnem, że młode, niedoświadczone dziewczę padło ofiarą awanturnika. Ale to właśnie było mu na rękę, otwierając następcom drogę do serca i do alkowy. Wedle jego przekonania, pułkownikówna teraz, poddając się swemu losowi, raz będąc skompromitowaną, nie powinna się już była drożyć z sobą.
Z wielką jednak delikatnością i bardzo ostrożnie baron rozpoczął oblężenie. Starał się wybadać naprzód czy zerwanie stosunków było stanowczem — i dowiedział się ze zdumieniem, że... stosunek wcale nie był zerwany.
Wydawało mu się to nieprawdopodobnem, lecz wytłumaczył sobie wiadomość tę wstydem, niedozwalającym się przyznać do popełnionej omyłki. Miał zaledwie kilka dni czasu, z których korzystając wpadł tu na zwiady — i prosił o pozwolenie odwiedzania.
Korzystając z grzecznej odpowiedzi, następnych dni coraz dłużej przesiadywał tu, coraz zręczniej a natarczywiej usiłował wybadać smutną Rolinę, lecz doznał zawodu, bo ona mu nad to czego się dowiedział pierwszego dnia, więcej nic nie mogła wyznać...
Baron razem z Boehmową jaknajgorliwiej namawiał ją do powrotu do Wiednia, obiecując tam opiekę dawnych przyjaciół, względy które dla niej starzy towarzysze pułkownika mieć musieli, opiekę, wszystkich w ogóle dobrego serca wiedeńczyków.
Sama ona wiedziała że tam by się czuła więcej w domu, u siebie, lecz duma nie pozwalała, po wyjeździe który tryumf zapowiadał, wracać zawiedzionej i opuszczonej, dopraszając się politowania.
Baron jako francuz nie cierpiał Berlina i wszystko w nim znajdował niemiłem, życie nieznośnem. Sam widok miasta, w którem począwszy od magdeburskiej bramy, paryskiego placu, zwycięzkiej kolumny i Alei Lipowej, wszystko przypominało przewagę pruską i tryumfy — był dla niego wstrętliwym.
Charakter miasta i ludności, otwarcie i z prosta żołnierski, karny, żadnym pokostem niepowleczony — wydał mu się po Paryżu barbarzyńskim...
Dla niego cywilizacyi znamieniem i cechą była ogłada — i dlatego każdy turek, daleko mniej wykształcony od szorstkiego prusaka, wydawał mu się więcej od niego ucywilizowanym, bo umiał i chciał sobie przyswoić tę formę zewnętrzną, która włoskim bulwarem pachniała.
— Nie myśl pani tylko zasiedzieć się w Berlinie — mówił jej z gorącem przekonaniem — à la longue, wytrwać tu niepodobna. Tu powietrze cuchnie prochem, a miasto podobnem jest do koszar lub więzienia.
Nie sprzeczała się o to z nim pułkownikówna, i jej było tu smutno.
— Wiedeń po Paryżu — powtarzał francuz — jest jedynem miastem, w którem się jako tako żyje, choć tęskniąc za stolicą świata, tu by przyszło przed czasem umierać.
W istocie w dni kilka ogarnęła barona tęsknota, a tak mało już miał nadziei odziedziczenia spadku po amerykaninie, iż zaczął mówić o pilnych sprawach, które go nazad do Wiednia powoływały. Pułkownikówna dotąd nie obmyśliła nic... opierała się powrotowi do Wiednia.
W takim stanie umysłu spotkało ją czego się najmniej spodziewała, albo wcale nawet przypuścić nie mogła.
Jednego dnia, gdy w swoim pokoju układała papiery, część ich skazując na ogień, usłyszała pod oknem Pepi śmiejącą się i żywo z kimś rozmawiającą w ogrodzie językiem, w którym dawno niesłyszaną polską mowę poznała. Pepi, małą będąc, i mając w Broniszewicach niańkę polkę, nauczyła się była trochę po polsku i przez jakąś fantazyę, później nietylko jej nie zapomniała, ale starała się wydoskonalić.
Lecz z kimże Pepi, tu w Berlinie mówić mogła po polsku? Jużci nie ze starym Schmidtem. Głos, który jej odpowiadał, stłumiony, uciszony, uczynił na Rolinie wrażenie znajomego jakiegoś... Pobiegła do okna i zobaczyła Stacha Bronisza, który z dawną swą znajomą — bo ją niegdyś nosił na rękach, rozmawiał sparty o drzewo...
Pepi zapraszała go widocznie, aby wszedł do willi, Stach się opierał... Rolina zobaczywszy go — zapomniała jak się z sobą rozstali — uradowała się tej twarzy najlepszego, najwierniejszego ze swych przyjaciół i wybiegła naprzeciw niego.
Powitali się znowu jak gdyby nigdy nic nie zaszło między niemi — pułkownikówna wyciągnęła mu rączki obie, uśmiechnęła się, oczy jej błysnęły radością. Stach zapałem, z jakim się rzucił na jej spotkanie, Pepi do śmiechu pobudził.
Szli razem do pokojów.
Rolina była tak przejęta nieszczęściem własnem, położeniem w jakiem się znajdowała, przyszłością, tak była roztargnioną witając Stadia, iż nie postrzegła nawet, że miał na sobie żałobę, polskim obyczajem, białemi obszewkami na sukni uderzającą.
Myślała w tej chwili o sobie i o tem jak się będzie mogła przyjacielem tym posłużyć.
— Znasz-że ty historyę moją? poczęła do niego mówić szybko. — Pamiętasz tego milionowego amerykanina? Starał się o mnie, przyrzekłam mu rękę moją — cóż miałam czynić!! Czekał tylko na papiery i przybyliśmy tu do Berlina, aby pójść do ołtarza.
Tymczasem nieszczęsne te papiery nie nadeszły, a on sam (tu się zawahała) wplątał się w jakieś intrygi dyplomatyczne, które go do nagłego wyjazdu może na długo — zmusiły! Zostałam znowu sama, opuszczona, sama z Balbiną i Pepi. Nie wiem co z sobą zrobię!
— Właśnie ja — rzekł cicho i pokornie Stach — po części się tego domyślając, na pomoc przybyłem.
— Jakto! domyślając się? Zkądże domysł! Dowiedziałeś się chyba? od kogo? jakim sposobem?
Bronisz pomyślawszy trochę, powoli wycedził nieśmiało.
— Przyznam się pannie Rolinie, coś o tem przebąkiwano w Wiedniu, że ów Don Esteban wpadł w jakieś zagmatwane — niemiłe interesa — że miano go nawet poszukiwać... Zląkłem się, abyś nie padła ofiarą, nie została samą i przybiegłem... lękam się czy nie zapóżno?...
Wzrok jego szukał odpowiedzi, Rolina stała w płomieniach cała. Chociaż miała zupełną ufność w Broniszu, wstydziła się wszystko przed nim wyjaśnić.
— Zawikłanie — rzekła — w które przez swą nieopatrzność wpadł Don Esteban, jest spodziewam się chwilowe. Wszystko się to wyjaśni i on wyjdzie zwycięzko...
Zamilkła patrząc w ziemię. Bronisz stał z niezmiernym smutkiem i współczuciem patrząc na nią.
— Przybyłem na usługi wasze — dodał — mogę być, choć tymczasowo potrzebnym.
Rolina podniósłszy oczy teraz dopiero postrzegła na jego sukni białe obwódki żałobne.
— Jesteś w żałobie! — zakrzyknęła — po kim?
— Straciłem najlepszego ojca! — rzekł Broisz, któremu łzy się w oczach kręciły.
Nastąpiło długie milczenie. Roliny myśl natychmiast pochwyciła wątek, który się jej zdawał tłumaczyć Stacha przybycie. Jeden stary ojciec stawał na przeszkodzie ich małżeństwu. — Bronisz przyjechał oznajmić jej, że ożenieniu jego z pułkownikówną nic nie staje na zawadzie.
Serce jej uderzyło mocniej.
Nie kochała Bronisza, bo nie mogła kochać nikogo, ale ze wszystkich jej czcicieli, on był najmilszym, on najpierwszym. Przypomniał jej ten czas rozbudzenia się z dzieciństwa — gdy jeszcze śniła o miłości.
Spotkały się ich spojrzenia. Pułkownikówna mówić nie śmiała, on był strwożony.
Nierychło odezwał się głosem cichym.
— Biedny ojciec mój kochał mnie więcej niż zasługiwałem... Miałem tego dowody że pragnął tylko szczęścia mojego. Na łożu śmierci, przeczuwając co się w sercu mojem działo — uwolnił od wszelkich zobowiązań, dał mi zupełną rozporządzania sobą swobodę.
Pułkownikówna zrozumiała to łatwo, czekała już tylko oświadczenia się i namyślała czy je ma przyjąć, jakie położyć warunki. Hrabia zwolna wziął ją za rękę.
— Tak — rzekł głosem wzruszonym — jestem wolny, przybywam!... (słów mu zabrakło) — Rolino — od ciebie teraz wszystko zależy.
Zmięszana, niepewna, pułkownikówna wyjąknęła nieśmiało.
— Ale ja, ja jestem słowem związana!
Mówiąc to wskazała mu siedzenie obok siebie, usiadła i wsparła się na stoliczku w myślach pogrążona.
— Postąpisz jak ci twe przekonanie i serce podyktują — począł Bronisz dosyć spokojnie. — Przedewszystkiem jednak obowiązkiem jest moim, otwarcie ci położenie moje wyjaśnić. Śmierć ojca znacznie je zmieniła. Byłem w zupełnej nieświadomości stanu naszego majątkowego. Ojciec mój drogi, do końca życia wałczył z grożącą nam ruiną. Z nim razem runęły pozory wielkiej naszej fortuny. Zmuszony jestem zrzec się dóbr odłużonych, których wyratować nie mogę. Zostaną mi jedne moje stare Broniszewice... gniazdo nasze, grobowiec nasz... Stanowią one skromną tylko szlachecką majętność.
Rolina, która słuchała niepodnosząc oczów, drgnęła tylko.
— Na Broniszewicach — ciągnął dalej — bez zbytku, bez blasku, ale bardzo dobrze żyć można. Na niczem tam nie zbędzie. Śliczne to zielone gniazdo otulone lip gałęźmi. Zostaną mi małe dłużki i na nich, ale te spłacić się spodziewam łatwo...
Pułkownikówna jednem już uchem słuchała tylko, cała zatopiona w sobie...
Kto wie? gdyby powracał panem bogatym, jakim się wprzódy być zdawał, mógł jej pod nogi rzucić czego pragnęła — życie w stolicy, przepych, zbytki, prawo obywatelstwa na wielkim świecie, wstęp do dworu, z tytułem hrabiny — porzuciłaby marzenia o milionach amerykanina, zachwiane już i niepewne urzeczywistnienia, podałaby mu rękę. Był jej miłym, panowałaby nad nim! Lecz zakopać się z nim na wsi, pracować! chodzić w perkalowej sukience i tak być poprostu szczęśliwą jak lada wieśniaczka? — ona nie mogła! Do takiej ofiary dla dogodzenia sercu nie była zdolną. Sama myśl takiego wywrotu wszystkich nadziei — oburzyła ją, dodała energii.
Podniosła oczy śmiało.
— A! kochany mój hrabio — odezwała się z uśmiechem smutnym — jakże możesz, mnie — niepoprawionej marzycielce, zakochanej w blasku, którym ty rozumnie gardzisz — ofiarować takie spokojne szczęście wiejskie, w pracy i kubraczku ubogim? Siebie i ciebie bym zamęczyła, zrujnowała i bylibyśmy oboje najnieszczęśliwsi. Niestety! ja do zielonego, cichego gniazda nie jestem stworzoną! — ja, nawet przy twoim boku nie wyżyłabym w głuchej ciszy... Cóż chcesz! Rolina jest zepsutą i ciebie niegodną!
Blednął Bronisz słuchając.
Dobry mój przyjacielu — mówiła dalej głosem łagodnym. — Ty czynisz ofiarę dla mnie wielką. Cała twa rodzina miałaby ci za złe, mezalians z jakąś tam pułkownikówną bez imienia, cudzoziemką — niewiedzącą nawet do jakiej się zaliczyć narodowości! A ta biedna Maholich, zostawszy hrabiną, żoną takiego dobrego, zacnego, miękkiego jak ty człowieka — byłaby dla niego katem, sama zamęczając się na wsi i dusząc ubóstwem. Jestem nadto sumienną, abym dla ratowania siebie nawet — gubić cię miała.
Pójdę za mojem przeznaczeniem — będę szukała milionów, choćby tak nieszczęśliwie jak teraz...
Stach milczał przygnębiony.
— Trwasz więc przy słowie danem amerykaninowi? — rzekł. — A jeżeli ten człowiek o którym tak poczwarne chodzą wieści, okaże się ciebie niegodnym?
Rolina przerwała zuchwale.
— Myślisz że nie znajdę innego?
— Nie wątpię — ale teraz — co poczniesz?
— Jestem fatalistką — odparła więcej okazując odwagi niż jej miała w istocie. — Mam przeczucie żem powinna los wielki wygrać na loteryi życia...
Zmarszczyła się i powstała dumnie.
— Być nie może — dodała — aby to jasnowidzenie przeznaczeń z którem się urodziłam, zapowiadające mi świetne losy, było prostem marzeniem i ułudą!! Idę za moją gwiazdą!
Bronisz, który przybiegł tu pełen nadziei, rozmiłowany, pewny prawie iż odzyska ukochaną, siedział odrętwiały z bólu, zapomniawszy o wszystkiem, skamieniały...
Cierpienie było tak widocznem, że Rolina, która w uczucia nie bardzo wierzyła — ulitowała się nad nim.
Zwróciła rozmowę na przedmioty obojętne, pobyt swój w Berlinie, o którym opowiadać zaczęła, naiwne wrażenia Pepi, projekta podróży i pobytu, dopókiby się amerykanin nie zgłosił.
Chciała wypoczynku szukać u wód jakichś nie będąc pewną, które ma wybrać. Wyzywała Bronisza aby jej w tem był pomocą.
Wszystkie pytania i zaczepki, któremi obrzucała hrabiego, długo pozostały bezskutecznemu. Siedział jak martwy, uśmiechając się niby, ale nie zdając się ani słyszeć ani rozumieć co mówiono do niego.
I ona była wzruszoną; tak stanowczą dawszy mu odprawę, drżała przestraszona tem co uczyniła. Mogła sięgnąć po spokojny byt bez troski, z człowiekiem, który ją kochał i wszystko gotów był dla niej poświęcić — odepchnęła je.
Rozmowa z nim stawała się niepodobieństwem. Sama chcąc wyjść i jego wyprowadzić z tego przykrego położenia, zakręciła się nagle, na zegarek spoglądając.
— A! jakże późno! — zawołała — kochany hrabio, przepraszam cię. Mamy w tej chwili pilne zajęcie... Pakunki! rachunki! wszystko na tej biednej mojej głowie. Rozumiesz... Ja i Boehmowa tak niedoświadczone jesteśmy!
Proszę cię — wieczorem, przyjdźże na herbatę, ale otrząśnij się ze złego humoru. Ta niepoczciwa Rolina nie warta abyś jej żałował..
Hrabia powoli, nie odpowiadając, wstał z krzesła.
— Ale mi słowo daj, że przyjdziesz! — dodała czulej. — Słowo!! potrzebuję cię widzieć, mówić, radzić... Wszak zostaniemy i nadal, jak byliśmy, dobremi staremi przyjaciółmi? nieprawdaż?
Uśmiechała się przymilając do niego czarodziejka. Widziała go tak nieszczęśliwym, że — jej to prawie sprawiało przyjemność. Tryumfowała! Czuła swą siłę i wierzyła w siebie... I ona, z tą potęgą, miałaby zakopać się na wsi — pour filer le parfait amour! — Nigdy!




XVII.

Wiesbaden w tym roku zaczynał już być w modzie. Wszechwładna pani miała go uczynić jednem z tych miejsc do których najtrudniej się docisnąć, najmniej łatwo w nich usadowić, chociażby niewygodnie.
Wśród tych ulubionych, odżywiających i uzdrawiających źródeł, do których płyną chorzy i zdrowi, więcej dla rozrywki niż w nadziei odzyskania sił, które nie powracają; — jest kilka prawdziwie niedostępnych w tej porze, gdy zjazd bywa najliczniejszy. Do nich należy, zawsze prawie przepełniony Carlsbad, od lat kilku zapchany Wiesbaden, zupełnie niedostępny Gastein, a nawet niezawsze możliwy, choć skromniejszych rozmiarów, Wildbad.
Do Wiesbadenu ciągną ci co lubią towarzystwo kosmopolityczne, trochę zabawy, wiele nowych twarzy i ciekawych indywidualności; ci którym potrzeba ciepła, gwaru, ruchu, roztargnienia. Nawet zimą gromadzi się tu garstka wytrwałych przyjaciół uprzywilejowanego kątka.
Jakim sposobem znalazła się tu Rolina ze swoją Boehmową i Pepi, i co spowodowało wybór tego miejsca, ona sama może nie dobrze wiedziała.
Wahała się w wyborze nie chcąc wielkiego miasta, i bojąc się samotności.
Listy Don Estebana zupełnie ją czyniły swobodną; prosił jej aby rządziła się w tem własnem upodobaniem, obiecując gdziebykolwiek była, szukać jej jak tylko mu sprawa jego dozwoli... Był nawet tak uprzejmym, iż poczuwając się do obowiązku, kilka tysięcy franków przysłał na koszta tej podróży.
Rolina była po odebraniu ich pewną, że wkrótce powrócić musi.
Listy teraz przychodziły dosyć często, a przeładowane czułościami.
Po rozmowie z Broniszem, przez dni kilka zatrzymała go przy sobie, posługując się nim, starając pocieszać, żal jego w żart obrócić, a dla zabawki podsuwając mu Pepi, która mocno się nim zajmowała, i pod pozorem uczenia się po polsku, naprzykrzała mu się ciągle. Obchodził się z nią jakby jeszcze dzieckiem była.
Hrabia, zdając się zawsze jeszcze jakąś żywić nadzieję, chętnie przeciągał swój pobyt w Berlinie. Nie wspominał jej już o tem co go bolało, nie narzucał się, nie czynił wymówek. Pułkownikówna im dłużej z nim była, im posłuszniejszym go znajdowała, tem mniej możliwem widziała zawiązanie sobie losu z człowiekiem, który tak spokój lubił i ciszę...
Powierzchowność jego nawet obudzała w niej, pewną pogardę. Bronisz mężnie noszący swe zubożenie, zastosowywał się do położenia we wszystkiem. Ubiór jego, sposób życia, raziły ją zbytnią prostotą i pewnem zaniedbaniem.
Milczący był, nierozmówny, zbyt pokorny — wszystko to nie było do smaku Rolinie.
Co do wyboru wód, w prostocie ducha Bronisz życzył się radzić doktora — czem rozśmieszył Rolinę.
Dnia jednego kapitan Stilstein, który często pułkownikównę odwiedzał, zachwalił jej Wiesbaden. Sam on podobno zamierzał tam czas jakiś spędzić. Opisywał urocze okolice, wycieczki, teatr, wieczory i towarzystwo jakie tam napływało.... Rolina łatwo się namówić dała. Berlin stawał się coraz nieznośniejszym. Stary książę wcale się już nie pokazywał i znaku życia nie dawał, kongres się nie bawił — i — jednego dnia pułkownikówna znalazła się w drogo najętem dosyć niewygodnem mieszkaniu, ciasnem, wśród zgiełku i ścisku...
Bardzoby jej tu źle było, gdyby nie przepyszne toalety które przywiozła z Berlina, i na przechadzkach niemi zwracała oczy całego świata, — gdyby nie wrażenie jakie jej piękność czyniła i nie nadzieje mnogich znajomości...
Kto inny, nie ona, możeby przykrzył sobie ciekawością, jaka ją ścigała wszędzie, obraził się natarczywością nieznajomych ludzi — ona czuła się w swoim żywiole.
Wiesbaden był pełen imion brzmiących, znanych głośnych, — tytułów i znakomitości wszelkiego rodzaju. Rolina zapisała się w księdze i została wydrukowaną w Curliście jako panna Carolina baronówna von Maholich, z panią von Boehm, z Wiednia, Podanie pani Balbinie tego von nic nie kosztowało, a zdawało się potrzebnem. Przyjeżdżający z Austryi zresztą nie są kontrolowani w tym względzie.
Rolina piła jakąś wodę, ani pomocną, ni szkodliwą. Ponieważ w villi, której część zajmowała, pensyi i stołu nie było, a pułkownikówna rada się była zbliżyć do ludzi, jadały więc w Vier Jahres Zeiten, gdzie się najlepsze towarzystwo zbierało. Mnóstwo anglików i amerykanów, dużo rossyan, trochę polaków, a z niemców tylko arystokracya z północy którą po militarnych ruchach i postawach poznać było łatwo, do table d’hôte zasiadali.
Pierwszych dni kilka zeszło dosyć nudnie, były to preludya do zabierania znajomości, u wód zawsze łatwiejszych niż gdzieindziej. Rolina dużo miała do myślenia. Chodziły prawie same, a wesołość Pepi ożywiała czasem, niekiedy niecierpliwiła pułkownikównę.
Humor jej był bardzo zmienny.
Boehmowa strzegła się ją czemkolwiek podrażnić, nigdy prawie się jej nie sprzeciwiała, znosiła kaprysy w pokorze, przez wdzięczność za to iż Pepi było teraz weselej i lepiej na świecie. Rolina niekiedy była tak na nią łaskawą, że ją obdarzała sukienkami, których sama nosić nie chciała.
Po wesołych do zbytku, przychodziły na nią dnie czarne, pełne obawy, przeczuć złowieszczych, żalów po uchodzącej młodości. Paroksyzmy te ustępowały potem i Rolina odzyskiwała śmiałość i wiarę w siebie. W ogóle starała się być poważną, usiłowała być ostrożną, i grała rolę osoby bardzo dystyngowanej, ze znakomitym talentem.
Przy stole trafiali się sąsiedzi usiłujący zawiązać rozmowę, zrobić znajomość. Prześladowano ją ciekawemi i ognistemi wejrzeniami, od których broniła się chłodem i majestatem...
Przez dni kilka nawet nie raczyła przemówić do nikogo.
Nadjechał kapitan von Stilstein.
Stosunek z nim przyjacielski był zupełnie wyjątkowym; szląski junkier nie kochał się, nie zapalał, znajdował przyjemność w obcowaniu z Roliną, i nie pragnął nic więcej.
Rolinę w początku to dziwiło, potem trochę drażniło, w ostatku musiała się z tem pogodzić, chociaż uważała to za obrazę majestatu swego, że przypuszczony do poufałego oglądania jej oblicza, zupełnie głowy nie stracił.
Było to dla niej zagadką, — ale od czegoż Stilstein był prusakiem? Jakim go porzuciła w Berlinie, takim zupełnie stawił się w Wiesbaden. Nie mówił o doznanej tęsknocie, nie zaczepił nigdy regestru sentymentalnego...
Kapitan paniom przydał się bardzo. Znał dobrze Wiesbaden i miał mnóstwo znajomości; ale wstrzemięźliwym był w prezentowaniu ich Rolinie. Sam służył im bardzo grzecznie.
Odbywano wycieczki w okolice, przechadzki po parku. Rolina przewidywała nudy... Właśnie w tej chwili przełomu, gdy one grozić się zdawały, dnia jednego w ogrodzie pułkownikówna ujrzała idącego naprzeciw siebie Adama Morimera.
Zapomniała była prawie zupełnie o tym swoim nadwornym poecie, i sama jeszcze nie wiedziała jak go teraz ma przyjmować, na jakiej z nim być stopie, gdy Adam zbliżył się i z wyszukaną ale chłodną grzecznością, zapytał, witając:
— Jakim szczęśliwym trafem panią tu znajdę?
W tonie i obejściu się z nią, była ze strony Morimera, zmiana wielka. Wyglądał też cierpiący, mizerny, smutny — ale spokojny. Zatapiając w nim wzrok Rolina, myślała że spotkanie nie było przypadkowemu a chłód pewno udanym. Wierzyła w to mocno, że miłość jej oczyma zapalona zgasnąć nie mogła.
Na zapytanie trochę szydersko odpowiedziała.
— Dziwna to rzecz że będąc razem w Wiesbaden, nie wiedzieliśmy o sobie?
— To prawda! — rozśmiał się Adam — ale zkądżem ja mógł się dowiedzieć o tem?
— Najłatwiej! z listy podróżnych!
— Czyż pani przypuścić możesz że ja już jestem tak zrozpaczony, że lekturą jej zabawiać się muszę?
Szli dalej razem. Morimer wydawał się jej zamrożonym, tak był obojętnym.
— Dawno pan tu jesteś?
— Od dni kilku.
— Na długo?
— Doprawdy, nie wiem... Jestem w drodze do Włoch i — czekam aż powietrze ostygnie.
Rolina rozśmiała się i szepnęła tak, że on jeden mógł tylko ją usłyszeć.
— Możesz się pan nie obawiać gorąca, tak sam zdajesz się ostygłym.
— W istocie — odparł Adam — pracowałem nawet nad tem, aby się uwolnić od gorączki. W życiu ludzkiem są takie chwile przełomu, gdy się człowiek sparzy... Traci się może trochę, ale i zyskuje niemało... Jestem właśnie w dobie przerabiania siebie na praktyczniejszego człowieka.
Boehmowa z Pepi poszły przodem, zostali sami. Rolina zwróciła się do niego.
— Nie przypomina to panu przechadzek w parku?
— A! tak! — uśmiechając się rzekł Adam. — Ale od tego czasu ile się rzeczy zmieniło, jak świat inaczej wygląda. Musiałaś się pani nieraz śmiać naówczas ze mnie? Czuję że byłem śmiesznym.
— A dziś jesteś pan — seryo?
— Chcę być przynajmniej.
Pułkownikówna zwróciła oczy ku niemu, aby spotkać wejrzenie, ale Adam szedł wzrok wlepiwszy w ziemię. Gniewało ją to zuchwalstwo.
— A więc, nareszcie, upragniona podróż do Włoch przychodzi do skutku? — odezwała się Rolina.
— Z wielką zawsze widzenia ich żądzą...
— Cóż teraz górę wzięło? Poezya czy sztuka?
— Jestem właśnie na rozstajnych drogach — odparł Adam zawsze spokojnie. — Ani słowem ani pędzlem nie mogę wylać całej mojej duszy... oboje dla mnie równie jest trudnem.... Któż wie? zostanę może na zawsze jednym z tych co myśl swą z sobą niosą do grobu, wcielić jej nie mając siły.
Rolinie obrót ten rozmowy, — ta — objektywność Adama, nie była do smaku. Pozwalał sobie ignorować jej potęgę.
— Natchną pana może piękności włoskie — poczęła. — Czytałam tyle o zachwycających dziewczętach na Capri. Wszak pojedziesz je podziwiać? i opiewać?
— Nieochybnie. Właśnie jest jednym z celów mojej podróży, badanie tej tajemnicy natury... jakim sposobem anielska piękność może się łączyć z największą — prostotą, albo szczerzej mówiąc, głupotą dziecięcą, którą słyną także dziewczęta z Capri.
Rolina śmiać się zaczęła, lecz z przymusem, problemata związków piękności z przymiotami ducha, wydały się jej zuchwałe.
Adam mówił dalej.
— Zdaje mi się żem o tem pani może wspominał dawniej, iż dla mnie jedną z najciekawszych zagadek natury, jest częsta niezgodność szyldu, jaki ona daje, z tem co się znajduje w sklepie. Wywiesza najświetniejsze obietnice a najczęściej ich nie dotrzymuje.
Zdanie to rzucone tak w oczy pięknej Rolinie, było prawie impertynencyą, ale Adam uczynił to bez namysłu, mimowolnie. Pułkownikówna podniosła głowę i usta skrzywiła dumnie...
— Wiesz pan? — odezwała się — że coś podobnego powiedzieć, niezupełnie brzydkiej kobiecie, jest prawie... obelgą? Wiedziałam że pan bywasz roztargniony, nie sądziłam byś był... niedelikatnym.
— A! pani! co za myśl! — podchwycił Morimer z przesadzoną grzecznością — czyż godzi się to tak tłumaczyć? Pani jesteś wyjątkiem.
— Dziękuję — zimno odparła Rolina. — Chciałżebyś pan mścić się na mnie?
— Za co? — zawołał Adam. — Byłoby to największą niesprawiedliwością pomsty szukać za grzech własny.
Nie wskrzeszajmy tej biednej przeszłości.
— Biednej? — spytała Rolina.
— Nie umiem jej dziś nazwać inaczej — rzekł Adam. — Dla pani ona się może inaczej nazywać. Miałaś wielką wyższość nademną. Ja...
Przerwał nagle głosem weselszym.
— Po co mamy to wspominać? Wszystko na święcie dzieje się według żelaznego, niezbłaganego prawa. Jestto wielka zasada i głęboka myśl prawodawstwa Mojżesza. Nic się odwrócić, nic ułaskawić nie daje. Co się stało, stało się dobrze, i stać się musiało. Hegel potwierdził naszego proroka...
Rolina nic już nie rozumiała, ani Mojżesza, ani Hegla, wiedziała tylko że Adam jej nie kochał, i że pokruszywszy kajdany, niemi porywał się na nią.
Gdyby był wystąpił z żalami, okazał się czułym i rozrzewnionym jak Bronisz, byłaby go szydersko odtrąciła; zbuntowany drażnił ją.
I szli dalej milczący. Rozmowa której treść zaczerpniętą była z przeszłości, przerwała się, pułkownikówna mówiła i rozpytywała o Wiesbadenie, chciała nawet wiedzieć gdzie Adam mieszkał i jadał.
— Stoję i jadam w Vier-Jahreszeiten — rzekł Morimer, chociaż dotąd nie chodziłem do table d’hôte.
— A my właśnie tam jadamy — dodała Rolina.
Adam się uśmiechnął.
— Czy to pana i nadal zrazi i zmusi stołować się gdzieindziej?
— Przeciwnie! — odparł kłaniając się Morimer.
— Rada będę staremu znajomemu — odezwała się Rolina — bo, oprócz hr. Stilstein z Berlina, wszyscy mi tu obcy, ani jednej twarzy znanej.
— Byłbym może prosił o pozwolenie zbliżenia się do pani — począł Morimer marszcząc się — ale do hrabiów nie lubię się cisnąć. Północni niemcy bywają dumni, ja jestem także dumnym po swojemu, m usiałabyś pani słuchać dysharmonijnego duetu...
— Stanowczo jesteś pan dziś w humorze nieznośnym — zakończyła Rolina — czy mam to przypisać spotkaniu ze mną? Popsuję panu Wiesbaden.
Ale oto właśnie mój hrabia nadchodzi, nieuniknionem jest że panów z sobą poznać muszę.
W istocie kapitan zbliżał się i po drodze rozmawiał już z Pepi.
— Jeżeli się to pani zdaje koniecznem — rzekł Morimer. — Ale, ażeby uniknąć wszelkiego nieporozumienia, racz mnie pani przedstawić, jako syna bankiera Salomona... Ja i mojem pochodzeniem tak się szczycę, jak ci panowie co się od Raubs i Herów wiodą.
Zarumieniona, zakłopotana pułkownikówna, mówić mu dalej nie dała, i zapoznała z berlińskim swym przyjacielem, nie wspomniawszy ani ojca, ani jego imienia. Stilstein, niezmiernie grzeczny dla pań, sztywno i zimno przywitał się z Adamem, którego piękna twarz zresztą była najlepszem rodowodu świadectwem. Skłonili się sobie zdaleka.
Morimer po krótkiej chwili skłonił się i poszedł w boczną ulicę.
Kapitan powiódł za nim okiem ciekawym.
Rolina która zawsze swoich znajomych i przyjaciół podnosić była zwykła, czasem nawet aż do zbytku ich wychwalając — poczęła zaraz.
— Jestto bardzo utalentowany poeta i artysta... syn bogatego bankiera, człowiek miły i dobrze wychowany, ale trochę dziwak.
Hrabiego wszystkie te szczegóły zdawały się mało lub wcale nie obchodzić — zbył je milczeniem.
W tablè d’hôte spotkali się znowu wszyscy. Stilstein zajął zwykłe miejsce przy pułkownikównie, Adam, chociaż zostawały próżne krzesła, wybrał sobie w końcu stołu siedzenie, a przybył nie sam, ale w towarzystwie człowieka, w którym łatwo było poznać artystę.
Postać to była dosyć oryginalna; mężczyzna silny, barczysty, nie bardzo zgrabny, zaniedbany, z twarzą wyrazistą, rozumną, ale szyderską, i uderzającą jakimś egoizmem. Broda i włosy obficie otaczające twarz bladą, spadały i kręciły się w nieładzie malowniczym może, ale przypominającym że palce źle zastępują szczotki i grzebienie. Strój bez pretensyi, szeroki, porozpinany, zszarzany; kołnierz od koszuli krzywo spięty, chustka przekręcona z węzłem na boku, okazywały pogardę jakąś elegancyi trywialnej, przesadzoną. Był to jednak, mimo zaniedbania, jeżeli nie piękny mężczyzna, to przynajmniej postać czyniąca wrażenie i niepospolita, bo z oczów i wyrazu twarzy tryskał duch, który najbrzydszym rysom daje aureolę.
Zaledwie usiadłszy i obiegłszy oczyma salę, artysta postrzegł Rolinę i widocznie pięknością jej został uderzony; wskazał ją Adamowi, począł się go rozpytywać i słuchał z uwagą długiego jego opowiadania. Przez cały ciąg obiadu ścigał ją wzrokiem i mocno się zdawał nią zajęty. Nie jadł prawie tak mu żal było oczu od niej odwrócić.
Adam uśmiechał się złośliwie, widząc to zaprzątnienie.
Rolina wszystko to widziała dobrze, choć nie zdawała się patrzeć na nich; i tak samo nie uszło jej bystrego wejrzenia, zajęcie innych gości, śledzących jej ruchy.
Stilstein tylko bawiący ją rozmową, po razy kilka jedno powtarzać musiał, tak była roztargnioną.
Uwagę jej zwracał głównie zbuntowany niewolnik Adam, żywo bardzo rozprawiający ze swym towarzyszem. Rada była odgadnąć ich rozmowę...
Malarz śmiał się i mówił tak głośno, znajdował się przy stole tak po burszowsku, iż zwrócił wreszcie na siebie oczy surowego Stilsteina. Włożył pince-nez, począł mu się przypatrywać, i rzekł z cicha do sąsiadki:
— A! a! mamy tu znakomitość przy stole. Widzi pani tego débraillé, który siedzi przy znajomym jej synu bankiera. Jestto, nie wiem, włoch czy wiedeńczyk, słynny europejski portrecista, goszczący u nas w Berlinie oddawna. Ogromne sumy każe sobie płacić za swe roboty.
Jest w modzie.
Wymienił nazwisko, w istocie głośne, ale Rolinie, mało się sztuką zajmującej, nieznane.
— Oryginał, jak pani widzi — dodał kapitan — popsuli go książęta i księżne, ale ze swym talentem chodzi teraz po świecie z taką dumą i śmiałością, jakby był równym tym których maluje tak pięknie.
Po pałacach krzywią się na niego, że bywa poufałym aż — do niegrzeczności, ale cóż? ma talent ogromny i poda do potomności tych którzy samiby się do niej nie dostali.
Stilstein spojrzał.
— Widzę że i na panią tak patrzy jakby ją miał odmalować! — dodał — jestem pewny prawie że się do niej zbliżyć zechce..
— Ani kazać się malować, ani nowych znajomości robić nie mam ochoty — odpowiedziała Rolina.
— Możesz pani dla niego uczynić wyjątek — rzekł kapitan. — Opowie pani swoją sławną bytność w Londynie...
Portrecista, nazwijmy go Alti’m, przy końcu obiadu kazał podać zamrożonego szampana, pił, poił Morimera, śmiał się i głośno rozprawiał. Zapalono cygara, Rolina wstała od stołu.
Nie powracając do domu, pułkownikówna poszła schronić się w cieniu niedaleko Kurhausu, a że Stilsteina po drodze jakiś stary jenerał pochwycił — została sama, dosyć smutna. Obojętność Morimera ją gryzła. Jej wolno go było zapomnieć, ale jemu stać się niewiernym!
— Ci mężczyźni — mówiła w duszy — niema istot na świecie na któreby mniej rachować można!
Była najpewniejszą że wymierzała sprawiedliwość. Ona, Boehmowa i Pepi zasiedziały się na ławce dosyć długo, gdy posłyszały głośną w bliskości rozmowę i Adam z Altim zbliżyli się ku nim.
Malarz rzucił cygaro które palił, poprawił nieco sukni, Morimer go zaprezentował.
— Chciałem mieć to szczęście być pani przedstawionym — odezwał się Alti. — Znam wiele królowych i księżn... ale dla artysty pani też królową jesteś i pokłon się jej należy...
Zimno i z pańska przyjęła go Rolina, obawiając się czy Morimer mówiąc o niej z malarzem, nie wystawił ją za czarno.
Alti siadł bez ceremonii na ławce; i gdy Adam z Pepi i Roliną rozpoczął obojętną rozmowę, wpatrywał się w piękną pannę z zajęciem nietylko artysty, ale człowieka, na którym wdzięk czynił wrażenie silne. Zdawał się okiem znawcy analizować tę twarzyczkę, co dla Roliny równie było miłem jak ambarasującem. Czuła ten wzrok gorący na sobie.
Naostatek, gdy go Morimer żartobliwie zagadnął o to osłupienie, rzekł otwarcie.
— Niech pani tego nie bierze za pochlebstwo... bo ja nie pochlebiam nikomu i znany jestem z grubiaństwa... Pani jesteś cudownie piękną.
Rolina odpowiedziała niedowierzającem słówkiem skromnem.
— Pani o tem tak dobrze wiesz jak ja i wszyscy co na nią patrzą — dodał Alti. Był po szampańskiem jeszcze ożywiony i mówny.
— Nie wiedząc nawet, poznałbym był w niej dziecię południowych krajów. Na północy, w tym zamarzłym Berlinie, kobiety choć są piękne, być niemi nie umieją; w Wiedniu...
— Choć nie piękne — przerwała śmiejąc się Rolina.
— Tak, choć nie piękne, wdzięk sobie nadać potrafią — dokończył malarz. — Z powołania muszę studjować twarz ludzką; rysy zapewne bardzo wiele znaczą, ale nie są wszystkiem, dusza musi patrzeć przez nie, aby im wdzięk i życie nadała.
Pułkownikówna, milczącego chcąc wciągnąć Morimera, zwróciła się ku niemu.
— Pan Adam także jedzie podobno robić studya fizjognomiczne do klasycznej ziemi.
— A! nasze włoszki — wykrzyknął Alti — jakby one były piękne gdyby się tak prędko nie starzały... Nic tak nie przekwita jak ta piękność południa.
— I wschodnia — dodał Morimer.
— Tak — rzekł malarz — prawa natury są niezbłagane, co się wcześniej rozwija, musi też uwiędnąć wcześniej.
Rozmowa toczyła się tak wybitym torem, a rozmawiający przypatrywali się sobie. Alti szczególniej naprzykrzony był swemi ciekawemi oczyma pułkownikównie. Posądzała go że chce rysy zapamiętać i zamknąć ją do swego albumu.
— Mam wielką pokusę — odezwał się — z moim przyjacielem Adamem, przejechać się do Włoch. Zmęczył mnie pobyt nad smutną Spreą, a ostatni portret... dobił.
Westchnął, podnosząc oczy ku niebu.
— Nasze powołanie — mówił — dla prostej fantazyi nie pozwala odrzucić żadnej pracy, kiedy się nam ona dobrze opłaca. W każdym artyście jest rzemieślnik, który na chleb pracować musi.
Proszę sobie wyobrazić co mnie za nieszczęście spotkało. Znana, przekwitła od dawna, niegdyś piękność, wieloletnia przyjaciółka starego bałamuta księcia*, kazała mi się malować. Ale to jest cała historya.
Ośmdziesięcioletni książę *, w czasie kongresu miał jakąś krótkotrwałą fantazyę. Podobała mu się piękna młoda twarzyczka... Dowiedziała się o tem przyjaciółka, zrobiła staremu awanturę, a podobno i swojej rywalce... Biedny książę na przebłaganie złośnicy, musiał dawno pożądany portret zamówić u mnie! A! ten portret — wołał Alti ręce składając. — Musiałem być archeologiem z gruzów odbudowującym świątynię, z pod skorup bielidła i tynków dobywać szczątki dawnej piękności! Kapryśna ruina znajdowała na domiar, że ją czyniłem... starszą. Musiałem łajać... płakała... przepraszaliśmy się i odmalowałem coś takiego... na czem podpisać mi się było trudno...
Pułkownikówna słuchając historyi tej, przerażona, w płomieniach cała, drżała aby się nie domyślono, jak ona ją zblizka dotyczyła. Próbowała się uśmiechać, rada była zwrócić rozmowę. Alti nie wiedząc jaką jej wyrządzał przykrość, szeroko i długo rozgadywał się o nieszczęśliwym portrecie.
Dosiedziawszy ledwie do końca, z policzkami palącemi, pułkownikówna co prędzej pożegnała się i odeszła.
Morimer w czasie tego epizodu, siedział smutny, nie mięszając się do rozmowy i niekiedy spoglądając tylko na swój ideał dawny.
Alti po odejściu Roliny, dobył cygaro zadumany.
— W istocie bardzo piękna! — zamruczał — egzamin zblizka nic nie ujął tej urokliwej piękności! Pojmuję to, że wielu motylów około tego światła skrzydła opalić musiało... Typ to zresztą znajomy — dodał — i litości są godni ci którzy mu oczarować się dadzą.
— Dlaczego? — spytał Adam.
— Jestto oblicze istoty... bez serca — westchnął Alti. — My, portreciści uczymy się czytać w twarzach ludzkich, i wnikać w naturę. Znałem już piękności takie — zdolne są one kochać namiętnie — ale tylko siebie. Zresztą, jest że to wina tej nieszczęśliwej że piękność zrobiła z niej bóstwo, że ją otoczyła czcicielami, a czciciele ją — posągiem. Od kadzideł i uwielbień kamienieją biedne!
Pomilczał chwilę.
— Bądź co bądź, z przyjemnością bym ją malował — rzekł do Morimera; — a jeśli mi siedzieć nie zechce, ukradnę jej maseczkę oczyma, i na papier przeniosę.
Następnych dni Alti, spotykał często pułkownikównę, Adam także. Podróż do Włoch odroczoną została. Nie kochał on Roliny, gniewał się na nią, wynajdywał w niej coraz nowe przywary, wmawiał w siebie zupełną obojętność, a oddalić mu się od niej było trudno.
Każdego dnia wychodził z mocnem postanowieniem unikania, a zobaczywszy zdaleka, zapominał się, biegł i oderwać się już nie mógł.
Rolina była dla niego chłodną wprawdzie lecz nadzwyczaj uprzejmą i miłą. Uśmiechała mu się wdzięcznie, zapewniała go o swej przyjaźni; niekiedy przypominała trochę ironicznie dawne przechadzki.
Postępowaniem tem, wielce wyrachowanem i zręcznem, codzień na nowo rozbudzała w nim przygasłą namiętność, z którą walczył potem upokorzony, napróżno.
Obchodziła się z nim jak — z dobrym przyjacielem, niby go nie posądzając wcale o gorętsze uczucie; przywoływała go zdaleka, posługiwała się nim, zawiązywała długie rozmowy o poezyi i sztuce, chcąc się ich uczyć od niego. W istocie wcale nie uważała na to co mówił, szło jej tylko o to, aby wyemancypowany wrócił do kajdan zrzuconych.
Działo się tak że Morimer nawet ją nie posądzał o nic — była naturalną i unikała pospolitych zalotności manewrów.
To była zemsta jej. Uchodził, słała za nim strzałę Parta; nie mogła dopuścić, aby bezkarnie, szydząc z młodzieńczej miłości miał ją porzucić.
Daleko bystrzejszy, bo chłodniejszy Alti, patrząc na to z boku odgadywał tę grę i ruszał ramionami. Łatwo mu się było domyśleć że Morimer kochał się w niej dawniej, przyznał się też śmiejąc do tego, zobojętniałego udając.
— Jabym ci radził — mówił mu z trochą szyderstwa — abyś już do Włoch jechał i mnie zabrał z sobą. Najpiękniejszy bronzowy posążek caprejski, gdy się zbliżysz do niego, gdy w czarnych jego włosach poczujesz starą oliwę, a ze ślicznych usteczek jego posłyszysz niedorzeczność — gdy poznasz że to jest ładne ptaszę, nie anioł i nie kobieta; rozumu ci nie odejmie! A tu! a tu!!
Odysseus uszy zatykał od syren, nam przy takich paniach i oczy by trzeba zamykać... Ucieczka jest jedynym środkiem rozumnym.
I śmiał się Alti, który także wyjeżdżać był powinien — a siedział...
Adam wynajdywał różne pozory, tłumaczące zwłoki. Oczekiwał listu od ojca, spodziewał się przybycia jakiegoś tajemniczego towarzysza podróży, zaczął pić homburską wodę z porady lekarza i t. p.
Naostatek bojąc się być posądzonym przez Rolinę, że ona go tu trzymała, co by go upokarzało, niezręcznie udawał wielkie zajęcie złotowłosą Pepi.
Bawił się z nią, drażnił, robił małe przysługi, podawał rękę na spacerze... Rolina rozumiejąc to bardzo dobrze, marszczyła się.
— Wiesz pan — odezwała się raz do niego gdy zostali sami — nie godzi się tak postępować... Pepi jest panu zupełnie obojętną, a bałamucisz ją lekkomyślnie. Chociaż to moja przyrodnia siostra, ale istota natury zupełnie odmiennej. Ze mną niebyłoby niebezpieczeństwa, bo ja mam serce dobrze opancerzowane, a ta biedaczka gotowa uwierzyć, pokochać i cierpieć...
— Pokochać? — pochwycił Adam. — Pani więc myślisz że ja znalazłszy tę drogocenną perłę, która się nazywa miłością prawdziwą — mógłbym ją porzucić, i — choćby życia nie dać dla niej?
Pułkownikówna pogardliwie ramionami ruszyła i szydersko zawołała:
— A! słowa! słowa! któżby im wierzył. Wyśpiewałbyś poeto, miłość swoją i na laurach spoczął.
Po takich rozmowach z nią, Morimer podrażniony, zmienił tylko ton, lecz im się wydawał chłodniejszym, tem w istocie mocniej był rozgorączkowany.
Dnie uchodziły na przechadzkach, w czasie których się spotykano, na przypadkowych zejściach, krótkich zetknięciach w teatrze, na koncertach, i czasem kilkakrotnych pożegnaniach gdy w kilka minut znowu schadzka była nieuniknioną.
Wielka ta siła atrakcyjna, którą pułkownikówna obdarzoną była, nietylko jednemu Morimerowi czuć się dawała; artysta, człowiek starszy daleko, obyty ze światem, z niewiastami i pięknościami, sybaryta, sceptyk, nie cierpiący przymusu w niczem, nawykły rozkazywać, nie być posłusznym — przed Roliną broń złożył.
Chodził za nią zhypnotyzowany jak Adam, poddając się jej potędze. Nudził ją trochę, ale miłości własnej pochlebiały hołdy człowieka, który o innych kobietach z nielitościwym cynizmem się odzywał.
— Niespodziewalem się już tego — mówił Adamowi — ażebym mógł tak uledz, fascynacyi niewieściego wzroku... Eksperyment to ciekawy dla mnie!! Wiem doskonale że zimna jest, obojętna, że ani jej wejrzenie, uśmiech, ani słowo niema znaczenia, bo to zdawkowa moneta; że jestem dla niej — jednym z tłumu, a mimo to oczarowywa mnie, ciągnie za sobą i zobaczywszy ją doznaję wrażenia... z którego potem sam się śmieję. Panie Adamie — powtarzał — jedź do Włoch i zabieraj mnie z sobą...
Oprócz kapitana, Morimera i artysty, jak wszędzie tak tu Rolina wprędce stworzyła sobie całe koło niemych wielbicieli, narzucających się jej znajomych, przyjaciół starych i młodych, z których każdy pochlebiał sobie, że był przez nią — wyróżnionym z tłumu.
Z nieporównaną zręcznością, którą natura daje tylko istotom uprzywilejowanym, umiała prawie współcześnie kilku, kilkunastu obdarzać drobnemi dowodami sympatyi — spojrzeniami, uśmiechem, skinieniem, słówkiem cichem, dwuznacznem tak, że każdy się mógł sądzić wybranym — i — marzył.
Do tego otoczenia męskiego, które się coraz zwiększało, przybyła i kobieta jedna, postać bardzo ciekawa, trochę śmieszna, pani baronowa Keperau, z którą zrobiły znajomość u stołu...
Gdy inne takie pobieżne stosunki, zawiązujące się u wód łatwo, wprędce stygły i zapominały się — przyjaźń z baronową od pierwszej chwili zapowiedziała się jako trwała i ścisła.
Baronowa, niegdyś zapewne piękna, była już podstarzałą mocno, pomarszczoną, nosiła loki blond na siwych włosach, ale ubierała się z pewną elegancyą i staraniem. Wiek obdarzył ją dosyć niemiłą otyłością, której ruchem, bezsennością i dyetą napróżno pozbyć się starała.
Keperau krzątała się, biegała, wciskała wszędzie i niezmordowanie była czynną.
Nie mając żadnego stałego zajęcia, pozbawiona bliższej rodziny, przez cały rok zwykle podróżowała do wód, do morza, to gdzieś na zimę dla klimatu. Przesuwała się po całej Europie, wzdłuż, wszerz i była kroniką chodzącą wszystkich skandalów i awantur całego świata.
Dawne stosunki łączyły ją niemal ze wszystkiemi wybitniejszymi znakomitościami europejskiemi, znała każdego, — gdzieś, kiedyś spotkała, widziała, rozmawiała z każdym głośnym dyplomatą, ministrem, uczonym, a nawet z wielu panującymi.
Żywa, dosyć dowcipna, choć dowcip jej był więcej pożyczany niż własny; obdarzona niezmierną łatwością wysłowienia, lubiąca towarzystwo, stół dobry, wszelkie rozrywki; łaknąca nowin i nowości, baronowa miała talent wszrubowywania się do najniedostępniejszych kątów. Dla wielu to wściubstwo czyniło ją nieznośną, ale dla innych była pożądanem narzędziem pomocniczem do wprowadzenia w świat, zawiązania znajomości, wyśledzenia zagadek i tajemnic.
Nadzwyczajna piękność Roliny, majestatyczna jej i pańska postawa i maniery; obudziły wielką ciekawość w baronowej i żądzę bliższego jej poznania. Przekupiła więc talarem oberkelnera, aby ją przy pułkownikównie posadził u stołu — i natychmiast narzuciła się jej ze znajomością...
Umiała się okazać tak Rolinie, iż w niej obudziła ciekawość i nadzieję, że jej być może użyteczną.
Nie uspokoiła się potem Keperau, aż się, mniej więcej, w głównych zarysach, nie dowiedziała historyi tej piękności, jej położenia i stosunków.
Artystę znała dawniej, Morimerowi się narzuciła, dla Pepi okazała prawie macierzyńską czułość i tem serce Boehmowej zyskała.
Raz zabrawszy znajomość z Roliną, którą olśniła rozpowiadając zręcznie o swych stosunkach, o pobycie w Paryżu, Palermo, Turynie, Ostendzie, Scheveningen, w Kairze, w Szkocyi, w Moskwie, u wód na Kaukazie i t. p., gdzie wszędzie miała być przyjmowaną u dworu, obcowała z najpierwszemi rodzinami (miała ich litanią całą na zawołanie) — nie rozstawała się już z nią prawie.
Powzięła dla niej przyjaźń, uwielbienie, przywiązanie — do egzaltacyi posunięte.
Rolinie właśnie na takiej powiernicy zbywało; a baronowa umiała się jej przypodobać, zastosować do niej, zaufanie jej pozyskać do tego stopnia, że po kilku dniach żyć nie mogły bez siebie.
Pułkownikówna upiękniwszy znaczenie, dodawszy i ująwszy wiele, zwierzyła się przyjaciółce z przeszłości całej. Godzinami całemi chodziły z sobą po cienistych alejach ogrodu.
Gdy zabrakło do rozmowy przedmiotu, Keperau z nieprzebranego repertuaru swych wspomnień, umiała zawsze coś dobyć zajmującego i nauczającego. Odwiedzały się wzajemnie, goniły za sobą niespokojnie.
Dodajmy dla objaśnienia, że baronowa wcale komedjantką nie była, że taką jaką ją Bóg stworzył, chodziła po świecie.
Dwa razy była zamężną, wspominała o wielu przyjaciołach i wielbicielach wzdychając; mężowie poumierali, przyjaciół czas nielitościwy rozpędził. Zostało jej tyle majątku, że, przy pewnej oszczędności, mogła przez rok cały odbywać podróże, i kończyć życie czynne, napawaniem się widowiskami dramatów, w których już udziału nie brała.
Potrzebowała ludzi, życia, ruchu; samotności i jednostajności znieść nie mogła.
Doświadczenie dawało jej pewną bystrość w poznawaniu i ocenianiu, wielką swobodę i łatwość w stosunkach... Nie szkodziła nikomu, pomocą była wielu, śmiano się ze starej, ale jej potrzebowano, i tęskniono za nią.




XVIII.

W czasie pobytu w Wiesbadenie, Rolina, na którą powietrze tutejsze, a więcej towarzystwo i rozrywki podziałały orzeźwiająco — odebrała parę listów od narzeczonego.
Ostatni, weselszy, dłuższy, pełen był obietnic i nadziei. Prosił jej, ażeby była gotową do połączenia się z nim w miejscu, które miał wkrótce oznaczyć, prawdopodobnie we Włoszech lub Francyi południowej; spodziewał się bowiem papierów już w drodze będących... Sprawa jego, jak się wyrażał, brała obrót jaknajlepszy, wrogowie mieli być zawstydzeni i ukarani, tryumf jego zupełnym. Dowodem, że amerykanin dawnych swych nie wyrzekał się projektów, była nowa a znaczna przesyłka pieniężna...
Jesień nadchodziła. Baronowa Keperau zaczynała niepokoić się wyborem nowego miejsca pobytu, mówiła o Ostendzie, choć przyznawała że była drogą. Lubiła nie kąpiele, ale towarzystwo tamtejsze. W całem znaczeniu tego wyrazu była kosmopolitką. Nosiła wprawdzie niemieckie nazwisko, ale wychowanie jakie odebrała, czyniło ją niemal francuzką. Jakiś czas żyła w Anglii, lubiła bardzo i dobrze znała Włochy, gdzie z pierwszym mężem lat kilka mieszkała. Wspominała z przyjemnością Petersburg, spędziwszy tam jedną zimę z drugim mężem, szukającym pono karyery nad Newą. W interwallach między pierwszem owdowieniem a drugiem zamążpójściem, towarzyszyła, jak się przyznawała, jednemu dyplomacie do Konstantynopola. Miał się z nią żenić — ale go nagła śmierć zabrała.
Baronowa należała do tego wędrownego świata, który zna najlepiej wszystkie pierwszorzędne hotele, salony internacyonalne, — i któremu losy pojedyńczych narodów i państw zupełnie są obojętne, byle nic spokoju ich i wędrówek nie zakłócało.
Była to najprzyjemniejsza machinka do mówienia w salonie, jaką sobie wyobrazić można — bo nic jej obcem nie było. Dawała się nakręcić na co chciano. Czytała ogromnie wiele i we wszystkich językach, bo, ilekroć nie miała co robić z potrzeby zatrudnienia, z głodu pożerała stosy książek; obeznaną była ze starożytnościami bo zwiedzała muzea począwszy od Bulaq aż do Duńskiego w Kopenhadze; na pamięć umiała katalogi wszystkich galeryi od Hermitażu do Madrytu, a o obrazach nie gorzej sądziła od większej części dyletantów.
Mogła służyć za cicerone, za drogmana, za przewodnika, nawet w części Palestyny, którą zwiedziła z innym znowu dyplomatą, a mówiąc o tej podróży zachwycała się zawsze rozkwitłemi laurami (laurier-rose) nad Jordanem i olbrzymiemi sykomorami i tamarysami w okolicy.
Nie dziw że na Rolinie, encyklopedystka ta, która nigdy w żadnym przedmiocie nie była zmuszona nieświadomością do milczenia — uczyniła wielkie wrażenie... Wzajemna sympatya zbliżała je ku sobie...
Z żywością sobie właściwą, baronowa Keperau po dziesięć razy na dzień, powtarzała w rozmaitych kółkach.
— Padać przed nią na kolana! Wierzcie mi, żyję długo, widziałam wiele, ale takiej perfekcyi nie spotkałam w życiu. Piękność jej jest niczem, ale rozum, charakter, powaga, takt... A co za oczy! co za oczy!
Na uwielbienie oczów godzili się wszyscy, kobiety spoglądały na nią z zazdrością...
Wskutek pochwał baronowej ogólna ciekawość była podbudzoną, otaczano pułkownikównę, zachodzono jej drogę, dopytywano gdzie będzie aby się z nią spotkać. Keperau służyła chętnie za pośredniczkę.
Nie wszystkie panie tak były rozentuzyazmowane jak baronowa, ale mężczyźni, chórem za nią powtarzali. — Bosko piękna!
Niektórzy dodawali — co za szkoda że zaręczona...
Rolinie wśród tego dymu kadzideł, miło było oddychać; nie potrzebując nic więcej, tem jednem żyć mogła. Stroiła się coraz inaczej, coraz fantastyczniej, nie żałowała na toalety, smak miała i bogatą wyobraźnię Sary Bernhardt. Tworzyła sobie ubiory, może jaskrawe trochę, rzucające się w oczy, ale oryginalności pełne.
Dni ostatnie upływały bardzo wesoło i swobodnie.
Alti, który odjechać nie mógł, codzień ją w albumie swoim ukradkiem szkicował, z profilu, en face, ze spuszczoną, z podniesioną, z przechyloną na ramię główką; zadumaną, śmiejącą się, w negliżu rannym, w toalecie wieczornej.
Utrzymywał zresztą, że nie było nic łatwiejszego nad zrobienie portretu Roliny — dość było sobie medal lub posąg grecki przypomnieć.
Z powieści o... amerykaninie, chociaż pułkownikówna odmalowała go przyjaciółce w dosyć jasnych barwach, baronowa jednak nie powzięła o nim wielkiego wyobrażenia.
Żałowała Roliny że wyjść za niego musiała.
— Moja ty najdroższa — mówiła śpiesząc, bełkocąc, sypiąc słowami bez miary, a ściskając pułkownikównę — ciebie doprawdy szkoda dla tego jakiegoś dziwacznego chilijczyka czy peruańczyka... Chociażby miał miliony! Naprzód ja się znam na tem, mów co chcesz, ty go nie kochasz! Pokazywałaś mi fotografię jego: nie zaprzeczam, oryginalny, a i to coś znaczy gdy ktoś nie jest podobny do wszystkich, ale bardzo brzydki! Wyraz ma jakiś dziki. Już ten twój dawny kochanek, żydek, syn bankiera, jest przy nim Antynousem. Ale to głowa przewrócona. Mnie tego wszystkiego dla ciebie mało, taka piękność jak twoja... Książęta krwi żenią się z takiemi bóstwami. Morganatycznie, to prawda, ale to są najtrwalsze małżeństwa... Proszę cię, ojciec, pułkownik, miał żelazną koronę, więc baron... Wychowanie, talenta, wszystko! Ty Bóg wie jak zalecieć byś mogła wysoko!!
— A! kochana moja — przerwała Rolina — sieroctwo, brak opieki... a choć nie bez majątku — mam mało, trudno było czekać!
— Mając takie oczy! — wołała Keperau — takie oczy! Z niemi nic nie potrzeba więcej. Siła w nich magiczna. Słowo ci daję, nie pochlebiam, prawdę mówię, tu niema mężczyzny, który, gdybyś mu chustkę rzuciła, nie padłby na twarz przed tobą.
— A cóż mi z tego?
— Co? zdobyłabyś wszystko czego tylko możesz pragnąć — plotła Keperau. — Bóg ci tę piękność dał nie darmo, to znamię twojego przeznaczenia! Amerykanin prędzej czy później wywiezie cię do Nowego-Yorku, Chicago, Rio-Janeiro, Bóg wie dokąd! między dzikich ludzi. Szkoda ciebie...
Codzień prawie powtarzały się podobne rozmowy, w których przyjaciółka nie skąpiła kadzidła i wbijała ją w dumę. Pomimo to Rolina jednakże trwała jeszcze przy swym amerykaninie, w którego miliony wierzyła znowu. Groźba wygnania do nowego świata, nie ustraszała jej, bo się zawczasu przeciwko temu zastrzegła.
Przyjaźń z baronową, cały tryb życia w Wiesbadenie, który Pepi podzielać musiała, nadskakiwanie jej Morimera, na złość Rolinie — zaczęły w końcu zagrażać zachwianiem dotąd dobrych stosunków z Boehmową.
Boehmowa zaczynała się o swoją Pepi obawiać, aby ten rodzaj życia źle nie wpłynął na nią. Nie była rada nadskakiwaniom Adama, bo czuła że były manewrem, nie prowadzącym do niczego, prócz do zawrócenia dziecku głowy; całe towarzystwo ludzi płochych i roztrzepanych, wpośród którego się obracały, niesmacznem dla niej było.
Uczyniwszy co w jej mocy było, aby Pepi wychować na dobrą, spokojną, do rodzinnego życia skromnego przysposobioną istotę, lękała się by cała jej praca w niwecz nie została obróconą. Pepi była młodą, wrażliwą, łatwowierną i wszystko na nią oddziaływało, a Boehmowa wieczorami sam na sam, z pytań i odpowiedzi mogła się przekonać, że córka jej wiele niepotrzebnych myśli chwyciła, wiele wątpliwości mieć zaczynała i powoli zmieniać się zaczęła... Lękała się dłuższego życia z Roliną. Dla ubogiego dziewczęcia, samo nawyknienie do niego, było niebezpieczeństwem.
Oprócz tego Boehmowa dotknięta była sama tem, że przy baronowej schodziła do bardzo podrzędnej roli szafarki i gospodyni, nie potrzebowano jej wcale, często pozostawiano w domu.
Rolina powierzała jej pilnowanie swych skarbów i mieszkania, zabierała Pepi i po całych dniach się o starą nie troszczyła.
Zaczynały po dawnemu spoglądać na siebie chmurno, kwaśno, nieufnie. Pułkownikówna za najmniejszą rzecz czyniła jej ostre wymówki jak słudze, często w obecności córki, co upokarzało Boehmowę. Ta coraz też ostrzej odpowiadać zaczynała.
Niekiedy występowała w wymówkami i radami.
— Po co my tu siedzimy — mówiła — i dlaczego to targowisko sobie wybrałaś, nie rozumiem. Życie bardzo kosztowne, towarzystwo wyciągające na wydatki, tłum bałamutów płochych do koła, który kobiecie zawsze więcej szkodzi niż może być przydatnym. Wszystko to bez myśli, bez celu, tyle tylko, że się panna bawi i komplementami pasie...
Rolina obojętnie przeglądając się w lustrze, poruszała białemi ramionami.
— Skarż-że się jeszcze, gdy podziękowaćbyś powinna. Pepi się ze światem obezna, wytresuje. Gdzieś na swojego narzeczonego czekaćbym musiała, wolę tu niż gdzieindziej. Drogo? ale ja płacę za wszystko!
— Tobie tu dobrze — mówiła Balbina — bo ty bez zalotów, bez pochlebstw, bez flirtracyi żyć nie możesz, ale mnie niedobrze, a Pepi niezdrowo... Wszyscy wiedzą, że jesteś narzeczoną, a pozwalasz koło siebie biegać i zalecać się, ciekawam co... poszedłszy za mąż, poczniesz? Amerykanin będzie zazdrosny.
— Zazdrosny? Radabym widzieć? — śmiała się Rolina. — Ja do życia zamkniętego, klasztornego, nie jestem stworzoną.
Małe te utarczki z Boehmową, coraz zaczynały być częstsze, ale na postępowanie pułkownikównej bynajmniej nie wpływały. Niekiedy może tylko do oporu pobudzały, robiła jej na przekorę.
Zły humor pani Balbiny urósł za przybyciem powtórnem barona St. Foix, który zawsze jeszcze marzył o spadku po amerykaninie.
— Co sobie ludzie o tobie i o nas pomyślą! — lamentowała. — Kompromitacya straszna!
— Dajże mi pokój z morałami — odpowiadała Rolina ostro — wiem co robię, i o radę nie proszę.
St. Foix zajęty był pułkownikówną, z uporem podstarzałego człowieka i nie wierzył ani w to żeby się amerykanin ożenił, ani by Rolina była tak nieprzystępną i surowych zasad, jak się wydawała.
Wielki tłum, którym tu była otoczoną, nie unikając go wcale, potwierdzał go w tem przekonaniu. Zdawało mu się, że owoc dla niego był dojrzały, a ufał w swą zręczność, iż mu się go przed innemi uda pochwycić. Zaczął ją więc naprzód wyśmiewać nieco z wiary w amerykanina ostrożnie, potem malować jej rozkosze żywota paryskiego. Według niego stolica Francyi była jedynym teatrem, godnym takiej jak ona piękności. Tu było wszystko do zdobycia. Uśmiechał się z przysłowia wiedeńczyków, że jeden tylko Wiedeń jest na świecie, zastosowując to do Paryża.
Tam żyć trzeba jej było, lub wyrzec się życia. Dawał do zrozumienia, iż chętnie podałby rękę do wyprowadzenia jej na scenę.
Gotów był dla niej wyjednać sobie przeniesienie do ministerstwa. Mówił tak o wszystkiem, o miłości swej, poświęceniu, gorącej chęci służenia, ale o małżeństwie nigdy. Nie wchodziło ono w plan jego.
Rolina dosyć surowo i zimno dała mu do zrozumienia, że czuła się obrażoną. St. Foix wziął to za strategię kobiety, probującej tylko czy więcej wyzyskać nie potrafi, i łudził się zawsze, iż ją pozyskać może.
Pułkownikówna parę razy już zbiła go wspomnieniem amerykanina, St. Foix zmilczał, lecz okazywał że uwierzyć w niego było mu trudno.
Naostatek gdy Rolina trochę zniecierpliwiona, zwróciła jego uwagę na to że zapomniał o tem, iż była narzeczoną, St. Foix wybuchnął.
— Ale ja właśnie przybyłem tu z ostrzeżeniem, że oczekiwanie i łudzenie się pani będzie bezskutecznem. Nie może być abyś pani o tem nie wiedziała, że człowiek ten wplątany jest w sprawę nieczystą, zawikłaną, nie mogącą skończyć się dobrze.
— Bardzo panu baronowi wdzięczną jestem za jego troskliwość — zimno odpowiedziała Rolina — ale pan się mylisz. Sprawa w którą go wplątali nieprzyjaciele przez zemstę, jest ukończoną, potwarcy będą ukarani. Miałam o tem świeżą i najpewniejszą wiadomość. Papiery potrzebne nadchodzą, wkrótce — bierzemy ślub.
St. Foix stanął przerażony.
— Jakto! pani będziesz miała odwagę?
Pułkownikówna rozgniewała się i z dumą odstrzeliła.
— Niezmiernie panu baronowi wdzięczną jestem za jego troskliwość o mnie, ale proszę wierzyć, że ani ślepą ani płochą nie jestem!
Skłonił się francuz i przeprosił, przekonany że na owo marzone spadnięcie owocu dojrzałego z drzewa, czekać jeszcze będzie potrzeba. Miał taką ufność w to, iż spaść musi, że czekać postanowił.
W parę dni potem sama Rolina zagadnęła go o Don Estebana i przekonała się, że francuz pogłoski tylko i wieści brukowe o nim pozbierał, których, że z całą otwartością powtarzać jej nie śmiał, wydały się niezasługującemi na to aby do nich jakąkolwiek przywiązywać wagę.
Zabawiwszy krótko, zawiedziony ale nie zrażony, St. Foix powrócił nazad do Wiednia.
Przed rozstaniem się, chcąc zatrzeć niemiłe wrażenia, podwoił grzeczności, starał się bawić i przypodobać, udawał wesołego i pożegnał nadzieją spotkania wprędce znowu.
Pułkownikówna oczekiwała na skazówkę dokąd udać się miała, z coraz większą niecierpliwością. Małżeństwo to, na które była zdecydowaną, trwożyło ją zarazem, chciała co prędzej uczynić krok stanowczy i rozpocząć walkę którą przewidywała.
Reszta, tak zwanych przyjaciół Roliny, z nią razem dosiadywała w Wiesbadenie; Alti nawet, który ciągle mówił o tem że miał roboty bardzo pilne, zmyślił sobie reumatyzm w prawem ramieniu, brał kąpiele i — siedział.
Morimer ciągle zapowiadał swój wyjazd i — nie ruszał się, Pepi tak już była pewną że nie wyjedzie, iż co wieczora żegnała się z nim na żart, a zrana udawała witając go niezmierne podziwienie.
Boehmowa, widząc jej spoufalenie się z panem Adamem, trwożliwie ją przestrzegała, ale dziewczę miało instynkt własny i nie łudziło się wcale grzecznością pięknego chłopca, czując że nie dla niej tu przesiadywał.
Jesień coraz się już mocniej chłodnemi porankami i wieczorami czuć dawała, gdy dnia jednego przyniesiono wreszcie list z poczty, z kilką tysiącami franków na podróż do Nicy.
Don Esteban donosił iż spodziewał się tam przybyć wkrótce i prosił, aby Rolina oczekiwała na niego. Wiózł już papiery potrzebne, ślub miał się odbyć wprędce, życzył sobie aby najęto willę, któraby dla nich obojga starczyła; dozwalając przyjmować liczniejsze towarzystwo. Potrzebował salonu, kilku pokojów, lokalu dla służby i koni. W Nicy lub Cannes całą zimę spędzić zamyślał.
Wiadomość ta z którą list zaledwie odczytawszy, pobiegła pułkownikówna do Boehmowej, nie bardzo ją uradowała. Zżymnęła ramionami, nie odpowiedziała nic, czoło się jej zmarszczyło.
Pepi klasnęła w ręce — lubiła podróże, miała zobaczyć kraj nowy i nieznany. Nica była już Włoch przedsmakiem.
— Ciekawam tylko — zawołała śmiejąc się — czy cały nasz dwór będzie nam towarzyszyć! Czy mój pan Adam znajdzie że Nica mu jest po drodze, a Alti uzna ją na swój reumatyzm zdrową!!
Była to właśnie godzina, o której zwykle zjawiała się baronowa Keperau, która zawsze jeszcze bez Roliny żyć nie mogła. Od rana potem chodziły już razem, a rzadko bardzo nowe jakie zjawisko lub stara znajomość, odrywały ją od pułkownikównej.
List leżał na stole otwarty.
— Baronowo kochana, każą mi jechać do Nicy!
— Jakto! do Nicy!
— Tak jest! nie mam dla was tajemnic, czytajcie, proszę.
I podała jej pismo, które Keperau, wcisnąwszy na nos złotą lornetkę, pilnie odczytywać i rozbierać zaczęła. Pierwszy to raz spotykała się z autografem narzeczonego Roliny, nic więc w nim uwagi jej nie uszło, poczynając od dosyć brutalnie wyrażających się czułości, aż do nieco wątpliwej ortografii.
Czytała, odczytywała, zdjęła okulary, położyła list zasępiona.
Były z sobą od dawna na stopie wielkiej poufałości.
— Ale, proszę cię — odezwała się krzywiąc Keperau — pardon! list ten cały wygląda jakby go pisał... kamerdyner dobrego domu do garderobianej.
— A! moja droga baronowo! — odparła żywo, rumieniąc się Rolina — zapominacie że ten biedny człowiek spędził gdzieś młode lata na koniu, pomiędzy Buenos-Aires a Rio Janeiro, że to nie nasz europejczyk, ani wychowanek Theresianum!!
— Tak! tak! — smutnie odpowiedziała Keperau — i to właśnie mnie boli, bo jak pisze tak będzie żył, i zamęczy cię ten dziki!
To mówiąc z wybuchem czułości rzuciła się jej na szyję.
— A! że też się to już zmienić nie może!! — poczęła poruszając się i gestykulując Keperau. — W najlepszym razie będziesz musiała przedsięwziąć na nowo wychowanie jego, a męża edukować, zwłaszcza gdy nie bardzo jest młody i ma nałogi... to zadanie dla młodej kobieciny, ciężkie i nużące.
— Losy rzucone — odparła z westchnieniem Rolina, zamyślając się. — Chciałam raz się dobić do portu, baronowo moja, kobieta zamężna jest swobodną; rozumiesz mnie, gdybyśmy z sobą wyżyć nie mogli...
Keperau w ręce uderzyła.
— Ależ to lekarstwo heroiczne i lepiej się nie narażać na nie! — zawołała.
Niezmiernie poruszona listem i wiadomością, baronowa raz jeszcze poczęła czytać i rzuciła pismo na stół, pochyliła się nad koszem w którym stały kwiaty, powąchała heliotropu, urwała gałązkę rezedy, zwróciła się ku Rolinie. Łzy miała w oczach.
— Słuchaj, moja ty prześliczna — zawołała nagle. — Wszystko mi jedno! Ja się całe życie włóczę! Miałam jechać do Biarritz, potem do Pau, wolę za tobą ciągnąć do Nicy. Nie byłam tam od dawna, mówią że się miasto pobudowało, wypiękniało... Chcę z tobą być... Może ci się przydam na co. Zobaczę i wyegzaminuję tego człowieka... Może zapobiegniem nieszczęściu... Stanowczo — c’est dit — jadę z tobą, kiedy się wybierasz?
Rolina nie była jeszcze pewną, odpowiedziała że parę dni potrzebuje do wyboru.
— Ja także (tu zaczęła ją ściskać) nie rozstaniemy się. Cała ta historya z tym amerykaninem niepokoi mnie. Jesteś niedoświadczona...
Pułkownikówna podziękowała jej, nie pewną będąc jeszcze, czy jej z tem lepiej czy gorzej być może.
Keperau pochwyciła parasolik, wybiegła natychmiast i w pół godziny potem wiedzieli już wszyscy, że piękna pułkownikówna Wiesbaden opuszcza, a poczciwa, nieoszacowana jej przyjaciółka, rozkochana w niej, postanowiła jej nie opuszczać.
Keperau tłumaczyła wszystkim, ale na ucho, że czyniła to widząc nieopatrzność Roliny, która mogła popełnić niebezpieczny — coup de tète... Ja przynajmniej, gdy tam będę, nie dopuszczę... Ten jakiś podejrzany mi człowiek z drugiego świata, rachuje na jej sieroctwo, dobrą wiarę, ale znajdzie mnie przy niej, a ja!! tak łatwo się uwieść mu nie dam!
Wiadomość o bliskim wyjeździe przeraziła wszystkich, którzy patrząc w oczy czarodziejce, marzyli rozkosznie.
Alti się zasępił i o reumatyzmie zapomniał. On na żaden sposób dalej za nią gonić nie mógł, czekały nań prace pozaczynane w Berlinie.
Morimer tegoż dnia stanowczo już na ten raz oświadczył że natychmiast do Włoch wyjeżdża i po południu, zaledwie pożegnawszy się — zniknął.
Pepi, o której zapomniał, wybiegła za odchodzącym na ganek, z wesołą swą różową twarzyczką i figlarnemi oczkami, życzyć mu szczęśliwej podróży.
— Któż wie — zawołała śmiejąc się i podając mu ładną ale różową jeszcze rączkę dziecinną — w życiu się już pewnie nie zobaczymy... Zatem, niech mi pan za złe nie ma moich wybryków i zachowa przyjazne wspomnienie.
— Ale ja wiekuistego rozstania ani przypuszczam! — odparł Adam równie wesoło — owszem z pewnością mówię pani — do miłego widzenia...
— Gdzie? jak?
— Siostra pani zapowiedziała przecie iż po ślubie do Włoch się wybiera — rzekł Morimer — a ja właśnie błądzić tam będę...
Morimer odszedł. Pepi, która pomimo swojego wieku, rozumiała dobrze to na co patrzała — westchnęła spoglądając za nim.
— Biedaczysko! pogoni za nią nie za mną!!
Ostatnie dni spędzone w Wiesbadenie, nie dały odetchnąć pułkownikównie, tak ją uroczyście i czule żegnano.
Alti urządził dla niej pożegnalny wieczór z muzyką, wieczerzą i tańcami; i wśród gości swych wesołych chodził jak zabity, smutny, zrozpaczony, nie rad z siebie. Na wzór jego inni też zapraszali i wydawali wieczory. Jedna z pań dała herbatę dla baronowej i zaprosiła Rolinę...
Nie miała prawie czasu myśleć o przygotowaniach do podróży, które spadły całe na Boehmową i Pepi. Te musiały obie siedzieć w domu, męczyć się rachunkami i pakunkami, aby Rolinie oszczędzić trudu... i uczynić ją swobodną.
Stara Boehmowa ciągle była w posępnych myślach pogrążoną i o przyszłość niespokojną.
Nie wiedziała na czem się to wszystko skończyć mogło, a przewidywała dla siebie i Pepi konieć niepomyślny. Na serce Roliny nauczyła się nie rachować wcale; cierpiała je przy sobie dopóki jej były potrzebne — a potem, mogła porzucić, wcale się o los ich nie troszcząc, chociażby... na gościńcu. Po wyjściu za mąż ona i Pepi stawały się ciężarem — cóż naówczas począć miały? Z najmniejszego sporu, nieporozumienia, mogła się zrodzić kłótnia, gniew i gwałtowne zerwanie...
Boehmowa bojąc się o swe dziecię, przemyślała zawczasu, czy nie lepiej tu, bliżej Wiednia, rozstać się było? Powrót do niego, prędzej, później był nieuchronnym. Dla Pepi nie było przyszłości przy siostrze, która ją pięknością swoją gasiła, a obchodzeniem swem spychała niemal na sługę.
Przywiązanie, na które zrazu trochę rachowała Boehmowa, pomimo łagodności i powolności Pepi, nie rozwinęło się w sercu Roliny.
Wątłą bardzo była nadzieja, że ów milionowy amerykanin mógł wspaniałomyślnie, przy rozstaniu się z niemi los ich zapewnić.
To tylko jedno Boehmową wiązało jeszcze do wychowanicy, która stawała się coraz więcej wymagającą, przykrą, lekceważącą, ją i dumną. Piękność Pepi nie tak uderzająca, ale wdzięczna, świeża, mająca urok pierwszej młodości, choć nie mogła walczyć z majestatyczną Roliny pięknością, już czasem czyniła ją zazdrosną.
Innych bogów cierpieć nie mogła obok siebie. Ile razy ktoś uśmiechnął się, przemówił, okazał sympatyę dla młodego dziewczątka, pułkownikówna marszczyła się, wpadała w zły humor, szydziła z niej bez litości, wyrzucała nawet zalotność, co Boehmową oburzało i do łez nieraz martwiło.
— I ona, śmie to niewiniątko o kokieteryę obwiniać — mówiła w duchu — ona co jest kokieteryą wcieloną!
Balbina miała też wstręt nieprzezwyciężony do starej baronowej, która sobie z nią dawała tony wielkiej pani. Przezywała ją — sroką, z powodu gadatliwości; a Keperau znajdując nawzajem Boehmową do chłopki podobną, Pepi do prostej wiejskiej dziewczyny, z góry na nie patrzała. Nigdy się żadnej z nich w rozmowę nie dała wciągnąć.
Balbina byłaby może zerwała na wyjezdnem z Roliną i opuściła ją, gdyby nie Pepi. Dziewczęciu się chciało tej podróży. Widząc matkę zachmurzoną a znając moc swą nad nią, ściskała ją, całowała i starała się pocieszyć.
— Mamuńciu droga! — wołała — w podróż, w podróż! na południe! A! jak ja będę szczęśliwa mogąc oglądać te śliczne wybrzeża, po których mi na całe życie zostanie wspomnienie.
Uboga dziewczyna, nigdybym tam inaczej dostać się nie mogła! Choć wiem, że ty się lękasz podróży i nie bardzo jej życzysz... mamuniu, zrób ofiarę dla Pepi.
— Tak, dla ciebie chyba — mówiła zasępiona Boehmowa, siadając przy niej — tylko dla ciebie! Ale... dziecko ty moje... co tobie, co nam po tem wszystkiem? Tyle ludzi zna tylko jeden swój kątek świata, a są szczęśliwi, i gdyby ich do najpiękniejszego wygnać chciano raju, płakaliby po ubogich progach.
— Może! ale to są ludzie szczęśliwi, a szczęście wszystko ozłaca — szeptała Pepi, i rzucała się matce naszyję. Poprawiła się jednak.
— Co ja plotę? — rzekła — my się też nie możemy nazwać nieszczęśliwemi! A! nie... przypomnij sobie, matuniu, te czasy, gdy ja nie mogłam się pokazać w domu, gdy ze mną trzeba się było taić przed nią? Kiedy ojciec całując mnie, oglądał się czy ona nie widzi... Nie jesteśmyż teraz szczęśliwsze, a ona lepszą?
— Tak, moja Pepi — odezwała się Boehmowa — ale tak jak jest, nie może wiecznie trwać. Prędzej czy później, musimy gdzieś własnego szukać kąta. Dla ciebie niezdrowe jest to zaperfumowane Roliną powietrze, którem oddychasz; życie próżniacze, do którego nawykamy. Samo twoje obcowanie z siostrą chorującą na wielką panią, gdy ty uboga jesteś i pozostać musisz, nie dobre dla ciebie.
— No... to potem wrócimy do Wiednia — przerwała wesoło Pepi — ja bardzo kocham Wiedeń. Zobaczysz, najmiemy sobie gdzieś małe mieszkanko na Józefsztacie, na Wiedeniu, gdzie ty zechcesz, i będziemy pracowały... pracowały, a na obiad choćby jedną obejdziemy się potrawą! Będzie nam dobrze i wesoło!
Matka ze łzami w oczach ściskać ją zaczęła.
— Tak, moja Pepi, myśl o tem ciągle, lepiej niż o morskich wybrzeżach. Niech ci się śni to przyszłe ubóstwo nasze. Wrócimy do niego we dwie, a potem znajdzie się poczciwy, pracowity, ubogi jak my człowiek.
— Ale po cóż mi ten jakiś człowiek! — gwałtownie wybuchnęła Pepi. — My będziemy żyły same we dwie, zobaczysz jak się urządzimy, ja nawet prać potrafię.
Tak one marzyły o swej przyszłości, a stara Boehmowa nie chciała przestraszać dziecięcia, bo ona jej, doświadczeńszej, daleko się mniej wydawała jasną. Pepi musiała coś więcej dla niej zrobić, niż prać firanki. Cała nadzieja była na zużytkowaniu tego co się nauczyła i umiała.
W tych myślach, niepokój w sobie tłumiąc, Balbina pakowała, spisywała, rachowała, biegała po sklepach, odbierając co chwila kwaśne napomnienia Roliny podrażnionej, roztargnionej, nerwowej, a dumniej niż kiedy rozkazującej w domu. Czuła się już panią milionową, ale zarazem, jak widmo groźne stał przed jej oczami ów amerykanin dziki, z wejrzeniem Kanibala i zgrzytającemi w śmiechu zębami.
Zbliżająca się chwila, która ją z tym człowiekiem miała połączyć, pożądaną była i straszną. Ciągłe w tym przedmiocie polemiki z baronową, nie pozostały bez wpływu. Czasami i ona mówiła sobie, że lepszego losu była wartą i że życie z nieokrzesanym amerykaninem nie obiecywało raju.
Udawała wesołość, lecz niepokój ją dręczył.
Nica miała być ostatnią stacyą jej swobody, początkiem nowego żywota. Po ślubie musiała już niepodbijać tego człowieka, ale bronić się aby niewolnicą jego nie zostać. Do walki tej czuła siły, lecz wartaż ona była tych bogactw i blasku, który ją miał opłacić?
Keperau wmówiła w nią, że ona wcale nie znała tego, z którym o swobodą swą walczyć musiała, pobyt w Berlinie szczególniej, którego szczegółów nawet przed przyjaciółką nie wyjawiała, do myślenia dawał.
Widziała go tu na przemiany namiętnym, pokornym, przypochlebiąjącym się, a razem zuchwałym, głuchym, niezważającym na gniewy i wymówki, cynicznie samowolnym. Wszystko to teraz na myśl jej przychodziło i obarczało zbiedzoną głowę brzemieniem przywidywań groźnych.
Baronowa, która widziała ten smutek i zaprzątnienie, a była w błędzie, i wielbiąc Rolinę, miała ją za bardzo czułą, przywiązującą się, sercową, — przypisywała chmurkę na czole, tęsknotę po kimś...
Nie mogła tylko odgadnąć kto był tym szczęśliwym, a napróżno starała się mniemaną tajemnicę dobyć z przyjaciółki.
— Żal ci będzie malarza? — szeptała spoglądając na nią bacznie.
Rolina poruszała ramionami.
— Jego? tego genialnego gbura? ale mnie już zmęczył...
— A nadworny poeta?
— Nudził mnie... dziwak!
Inni nie lepiej wychodzili.
Baronowa w końcu wyznać musiała, że nic nie wie i nie rozumie. Pułkownikówna z całą swą dla niej otwartością pozorną, umiała z tego się tylko zwierzać co uznawała właściwem.
Nawet w chwilach największego poruszenia, panowała ustom swym i pamiętała, aby się całkiem nie zdradzić. Z towarzystwa baronowej pułkownikówna wiele sobie obiecywała.
Był to, co najmniej, przewodnik doświadczony. Nica nie była jej nieznaną, bo niegdyś, dawno, spędziła tam jakieś pół zimy, uciekłszy od szczurów w San Remo.
Keperau podejmowała się wszystkiego, znalezienia willi pięknej a nie drogiej, urządzenia życia, wyręczania Roliny w najtrudniejszych przygotowaniach, do których nieświadoma miejscowości i kraju Boehmowa, służyć nie mogła...
W dniu wyjazdu tłum się znalazł na dworcu kolei. Zarzucono wagon Roliny bukietami, a gdy wsiadła i wychyliła główkę żegnając swych wiernych czarnemi oczyma, — z tysiąca westchnień złożone jedno jakby wielkie westchnienie pogoniło za odjeżdżającą.
I ona łzy miała na oczach, ale nie po Wiesbadenie; — z trwogi którą przyszłość ją napełniała.
Alti stał powiewając długo chustką i kapeluszem.
Wyglądał dnia tego strasznie, z rozwianym gorzej niż zwykle i rozrzuconym włosem, z potarganą brodą.
— Widzisz — rzekł odwracając się do jednego ze swych znajomych, który na pół szydersko, pół litościwie na niego spoglądał — widzisz! masz na mnie przykład, iż człowiek nigdy sobie nie powinien pochlebiać, że jest zabezpieczony od ognia oczów kobiety. Gdyby na to było towarzystwo ubezpieczeń zaraz bym wziął polisę... Ale — ba!! z tym ogniem nawet starym igrać nie należy!
Najmniej parę miesięcy pęzel mi będzie drżeć w ręku, a, uchowaj Boże, portretu kobiecego, namaluję tę przeklętą cygankę!
— Mnie się zdaje — odpowiedział przyjaciel — że jak poetę leczy z miłości, gdy ją pięknie wyśpiewa, tak tybyś się wykurował raz ją odmalowawszy...
— Ba! ja ją z pięćdziesiąt razy narysowałem już i namalowałem, a nic nie pomogło — odrzekł Alti. — Chybabym spróbował jeszcze z ideału zrobić karykaturę. Ale to trudno.
Spróbuj!




XIX.

W Grand Hôtel w Paryżu, w małej salce restauracyi na dole, kończył śniadanie baron St. Foix. Podano mu czarną kawę i fine-champagne. Na stole widać jeszcze było reszki obfitego deseru, niedojedzony brie, nietknięte owoce, francuz siedział, mimo odżywienia, które go powinno było orzeźwić — smutny, zadumany, melancholiczny, ze wzrokiem bezmyślnie zwróconym w dziedziniec pełen zawsze ruchu i żywo kręcących się, służby, przyjezdnych i odjeżdżających.
Paryżanin czuł się tu niemal obcym teraz, nie miał już pied-à-terre — w mieście, wielu znajomych postradał, inni go jak obcego witali, oddawna straciwszy z oczu.
Na ostatek i wspomnienia z Wiesbaden wywiezione napełniały go smutkiem po doznanym zawodzie. Znajdował się właśnie w tej epoce życia, gdy namiętności są najniebezpieczniejsze, bo człowiek do nich przyrasta, bo się w niego wcielają; a po za niemi ani przyszłości, ani nadziei już dla niego nie ma.
Snuła mu się przed oczymi piękna Rolina — królowa, a wywołał jej wspomnienie widok nieprzyjemny — zdawało mu się, że amerykanin prześliznął się przed oczyma jego.
Nienawidził tego człowieka.
W czasie śniadania St. Foix postrzegł wchodzącego don Estebana, zdawało się, że chciał także usiąść do stołu, ale gdy baron zwrócił się ku niemu, amerykanin go postrzegł, poznał i natychmiast drugiemi wymknął się drzwiami.
St. Foix pobiegł do biura dowiedzieć się o niego i przekonał się, że don Esteban, którego znaczącą fizyognomię opisać było łatwo, stał w istocie w hotelu pod nazwiskiem pana de Mauriene. Nie zdziwiło go to wcale, że tu się nazwał inaczej.
Powiedziano mu, że wieczorem wyjechać miał rapidem do Marsylii. Widok tego człowieka krew zburzył w baronie, bo wiedział najdokładniej z odebranego listu, iż za oszustem zwącym się don Esteban Corcero-Prolados, z Wiednia wysłano listy gończe, z powodu kryminalnego procesu o oszustwo, w który był zawikłany.
Baron St. Foix łatwo się mógł domyśleć, że jechał po Rolinę, aby z nią uciec gdzieś dalej. Los któremu uledz miała pułkownikówna, obawa utracenia jej, barona wprawiły w rodzaj gorączki. Bił się z myślami jakby można przeszkodzić, zatrzymać łotra i uwięzić.
Pośpiech, z jakim don Esteban, na widok dawnego znajomego wiedeńczyka, zniknął z restauracyi, dowodził że się nie czuł bezpiecznym.
St. Foix namyślał się jeszcze, wahał, rozważał czy ma pojechać do prefektury i wziąć na siebie odpowiedzialność, żądając zatrzymania oszusta — gdy stary, poważny, siwowłosy mężczyzna, słusznego wzrostu, powolnym krokiem wsunął się do restauracyi.
Baron poznał w nim, dobrego przyjaciela starego hrabiego de Bongi, i żywo podszedł ku niemu.
— Wy, tutaj! hrabio kochany... co za miła niespodzianka!
— Ah! mój drogi St. Foix — odparł, ściskając go Bongi — jakże mi przyjemnie, w tym pustym dla mnie Paryżu, choć jedną znajomą twarz znaleźć! Wyście tu jak w domu — a mnie tak obco.
— Ah! — rozśmiał się gorzko St. Foix — ja też ledwie mój stary Paryż w tym nowym odnaleźć mogę. Nie zmienił się on może tyle co ja, ale jesteśmy jak dwaj starzy przyjaciele, co się lat wiele nie widzieli i poznać się im trudno. Cóż wy tu robicie, hrabio?
Bongi zrobił minę dziwną.
— Wiecie, na starość człek sobie wymyśla różne rzeczy, aby życie zapełnić. Ja — rzekł — dziecinne może zadanie sobie uczyniłem. Zajmowałem się całe życie sztuką i jej dziejami; może się to na nic nie zda, ale mnie bawi. Zwiedziłem wszystkie muzea Europy, dotarłem aż do Madrytu, Lizbony i Sztokholmu, widziałem Rembrandtów w Ermitażu, i Murillów nad Manzanaresem. Zabrakło mi w końcu przedmiotu do studjów i powziąłem myśl, dla mnie bardzo szczęśliwą, przepatrzenia wszystkich małych muzeów rozsianych po miasteczkach włoskich, co dopełniłem w roku przeszłym, zebrawszy plon obfity trecentistów. W tym roku przyszła kolej na Francyę, Marsylię, Montpellier, Arles Nines, Lyon itp.
Jestem w przejeździć do Rouen, aby sprawdzić czem jest owa tamtejsza Syxtyna Rafaela, która tu powinna się zwać Amatiną.
Baron słuchał dosyć roztargniony.
— A wy? — zapytał de Bongi.
— Ja przybyłem potroszę dla wypoczynku, trochę dla skąpania się w życiu paryskiem. Biorą teraz ludzie kąpiele z wody, krwi, piasku, powietrza, ja kąpię się w mojem paryskiem błocie.
— A! paradnie! — rozśmiał się Bongi. — Dajże mi siąść przy sobie, bo wracam z Luwru głodny, nie jadłszy nic od rana.
— Dawno z Wiednia?
— Kawał czasu! — rzekł baron. — Jechałem na Wiesbaden... Fantazya! Wystaw sobie hrabio, spotkałem się tam z obu nas interesującą tą śliczną, a biedną pułkownikówną Maholich.
Bongi z wielką żywością spojrzał na barona.
— I cóż? zmiłuj się? Co się z nią dzieje?
— A! no! wychodzi podobno za tego awanturnika, którego ścigają jako oszusta listami gończemi.
Bongi ręce załamał.
— Być że to może!
— Jest to łotr tak zuchwały... tak bezczelny...
St. Foix pochylił się do ucha hrabiemu.
— Wystawcie
sobie że on tu jest w Paryżu, tu w tym hotelu, pod obcem nazwiskiem. Widziałem go tylko co, przed chwilą — ale zobaczywszy mnie drapnął. Z pewnością jedzie, aby to biedne dziewczę pochwycie i uciec z nią... może do Ameryki, do Indyi... a gdzieś ją potem porzucić lub zaprzedać.
— Jest tu! tu! — porwał się Bongi — widziałeś go! Możemyż my pozwolić, aby padła jego ofiarą? Na Boga!!
— A jakże zapobiedz temu? — westchnął baron. — Wprawdzie możnaby pojechać do prefektury i domagać się, na własną odpowiedzialność aby go aresztowano, ale...
— Ale cóż? co? — przerwał Bongi. — Jeżeli wiecie że za nim wysłano listy gończe, to obowiązek.
Zjedzmy jednak naprzód śniadanie, bo umieram z głodu, potem ja z wami jadę do Beust’a, którego mam szczęście znać osobiście. Każemy go przytrzymać.
St. Foix spojrzał na zegarek.
— Pośpieszaj że hrabio ze śniadaniem, bo może jest w bulońskim lasku konno, albo zamknięty komponuje walc dla królowej Izabelli, która go już tańcować nie będzie; lub odpowiada na jaką saską broszurę...
Ruszył ramionami Bongi.
Francuz, któremu uśmiechnęła się nadzieja ocalenia Roliny i pochwycenia znienawidzonego łotra — poweselał i stał się rozmównym.
— Jakżeście wy po długiem niewidzeniu Paryż znaleźli? — zapytał hrabiego.
— Ja? — rzekł Bongi — zupełnie takim jakim był. Przybyło mu ulic, domów, bulwarów, drzew i kamieni, ale charakter został ten sam, nawet heroiczna kuracya z pomocą petrolu nie poskutkowała.
— Tak, aleśmy się zmienili na republikanów — rzekł St. Foix.
— Myślicie? — rozśmiał się Bongi. — Imaginacya! Byliście republikanami za cesarstwa może, za republiki czuć u was imperyalistów...
Chcecie poznać co duch republikański, pojedźcie do moich Włoch, gdzie monarchia jest na tarczy, a w sercach stara miłość respublicae. Paryż jest sobie neutralnym zresztą Paryżem; wielkiem, olbrzymiem targowiskiem i salą balową, ale co do politycznych opinii, zasad, wszystko tu zaraz przedzierzga się w kwestyę osób. Dopóki mu płyną pieniądze i ludzie, Paryż nie pyta pod jaką pieczęcią.
Baron się zmarszczył nieco.
— Panie hrabio — rzekł dumnie — jesteśmy zawsze jak byliśmy narodem stojącym na czele cywilizacyi.
— Nie przeczę, ale właśnie wasz sposób cywilizowania na tem zależy, aby przerabiać na paryżan — a kazać sobie za to dobrze płacić.
O waszych przekonaniach politycznych nie mówcie mi.
Zadumał się St. Foix.
— Do pewnego stopnia — rzekł — i ja moją Francyę znajduję uleczoną z tych fantazyi legitymizmu, orleanizmu, bonapartyzmu. Znikł nawet szowinizm, a zapanowały interesa i potrzeby realne. Pozytywizm nietylko w literaturze panuje, ale piętnuje i politykę naszą. Wyrzekliśmy się ideałów, — mamy drogo okupiony spokój, mamy pieniądze, rozszerzamy kolonie nasze — czegóż nam więcej potrzeba? Kapitały nasze żywią pół świata — dawniej idea dawała przewagę, dziś — pieniądze.
— Jesteście ludzie praktyczni — odparł zajadając śpiesznie Bongi. — My we Włoszech trochę jeszcze idealistami jesteśmy po staremu, ale to może dla tego, że pieniędzy nie mamy.
Baron rozśmiał się.
— Zresztą — wtrącił — w gruncie rzeczy, Paryż, choć Haussmann przebudował, zawsze ten sam co był. Z cudowną żywotnością i siłą, odrodziliśmy się po wojnie, rany się zabliźniły i prawie nie czujemy dwunastu miliardów, które nas Napoleon III kosztował. Paryż! Paryż! — dodał uśmiechając się St. Foix. — Przyznajcie, kochany hrabio, że niema miasta na świecie w któremby życie milej niż tu spędzić można. Począwszy od zmysłowych do umysłowych nasyceń, gdzież razem tyle nagromadzonych dla nich skarbów?
— Macie słuszność — odparł Bongi. — Paryż jest sturamiennym Briareuszem, i niema miasta na świecie, któreby w sobie tyle sprzeczności łączyło, tyle jednoczyło światów różnych. W Paryżu jest kilkadziesiąt Paryżów nic a nic do siebie nie podobnych. Można tu rozpustować, uczyć się, zostać pustelnikiem, modlić się i tańcować. Z tych różnobarwnych kół składa się wasz mikro czy makrokosmos paryski.
— Stolica świata! jedyne miasto w Europie! — zawołał St. Foix.
— Niezaprzeczenie — potwierdził Bongi — a mimo to, ja bym tu ani żył ani mieszkał, nie mam zmysłu Paryża.
Rozprawiali tak o rzeczach obojętnych dopóki hrabia śniadania nie skończył. Baron spoglądał często na zegarek, lękając się aby mu amerykanin nie uszedł. Włoch jadł chciwie, ale pośpieszał, otarł usta prędko i stał w gotowości do towarzyszenia baronowi. Przed hotelem znalazłszy powóz, pośpieszyli do ambasady austryackiej. St. Foix przy liście z Wiednia miał kopię listu gończego.
Ale — stało się co Bongi przewidywał, hrabiego Beust’a nie zastali w domu. Pierwszy sekretarz ambasady obu tym panom nieznany przyjął ich bardzo zimno... Sprawa, nie zdawała mu się dość jasną, a żądanie dziwne... Wymawiał się od wszelkiego w niej urzędowego współdziałania; a bądźcobądź, chciał czekać na posła sam nie mogąc rozstrzygać nic.
Baron St. Foix zniecierpliwiony tem, nie puszczając hrabiego Bongi, który całem sercem rad był mu dopomódz, pojechał z nim do prefektury policyi. Prefekta nie znaleźli także, powiedziano im że pojechał do Elysée, a później przyjąć nikogo nie mógł.
Sekretarz po pilnem roztrząśnięciu sprawy, znajdował ją trochę dziwną, nie rozumiał pobudek dla których obcy ludzie, mogli jakiegoś oszusta ścigać, nie mając w tem żadnego interesu własnego. Wydawało mu się to — niewytłumaczonem.
Wśród gorących rozpraw, cudem powrócił prefekt, gdy już wychodzić mieli. St. Foix rzucił się na niego obcesowo, począł nacierać tak gorąco, dawny austryacki dyplomata tak popierał żywo jego prośbę, iż po przeczytaniu listu, prefekt postanowił zadość uczynić ich żądaniom.
Bongi i St. Foix poufnie mu zeznali że szło o ocalenie kobiety, za którą awanturnik gonił, a francuz każdy sprawę płci pięknej, łatwo bierze do serca. Natychmiast więc wydane zostały rozkazy ścigania i aresztowania. Baron wszelką odpowiedzialność brał na siebie.
Dokonawszy tego, włoch i francuz odetchnęli.
— Ocalona! — zawołał St. Foix wsiadając do powozu.
Rozkaz wydany dwom bardzo wytrawnym ajentom policyi, polecał im pogoń za wskazanym oszustem, którego powinni byli ścigać, bodajby do granicy, jeżeliby się im wymknął w Paryżu. Rysopis, nazwiska jakie przybierał, wskazówki szczegółowe dał St. Foix.
Hrabia Bongi stał także w Grand-Hotel, powracali więc razem, ale baron świadkiem aresztowania amerykanina w hotelu być sobie nie życzył, zrobili więc wycieczkę ku łukowi zwycięztwa i dopiero gdy godzina odejścia rapidu minęła, powrócili na obiad do siebie.
Baron natychmiast pobiegł do biura, zapytać o p. de Maurène.
Spojrzano nań jakiemiś oczyma nieufnemi, gdy nazwisko to wymienił i sekretarz dał mu wiedzieć, że ten pan, nie czekając rapidu, zmieniwszy postanowienie — wcześniej hotel opuścił.
— Więc — podchwycił gorączkowo baron — więc... nie znaleźli go tu już, ci co go szukali?
Sekretarzowi twarz się wyjaśniła i odpowiedział z uśmiechem.
— Nie, ci panowie, którzy się o niego dowiadywali, już go nie zastali.
Francuz się za głowę pochwycił.
Nom d’un nom! — zawołał. — Miał jechać do Marsylii.
— Tak mówił.
— Pociąg pośpieszny już odszedł?
Sekretarz znudzony badaniem, odpowiedział skinieniem głowy.
Baron się zapalił niezmiernie i doszedł do takiej zapamiętałości, iż oświadczył Bongiemu gotowość bodajby gonienia osobiście oszusta.
Bongi wielkie oczy na to zrobił.
— Kochany baronie — rzekł — wątpię ażebyś mógł być zręczniejszym od ajentów którzy go ścigają.
St. Foix tłumaczył się nie bardzo logicznie, miłością bliźniego, obowiązkiem bronienia niewinności itp. Zdawało mu się że gorliwością w tej sprawie może być pomocnym.
W istocie szło mu o to aby Roliny nie dać pochwycić amerykaninowi. Miał on ją za już zgubioną, ale właśnie na rękę mu było, po odpędzeniu oszusta samemu się na ratowanie zaofiarować. Przed Bongim tylko nie przyznawał się do tego i mówił patetycznie o poświęceniu się dla nieszczęśliwej sieroty.
Bongi pochwalał zresztą tę rycerską gotowość stawania w obronie zagrożonej cnoty.
— Stanowczo jestem gotów jechać — dodał St. Foix. — Nie lubię nic robić przez połowę. Policya nie schwyciła go tutaj, musiał więc umknąć w kierunku Marsylii, koleją P. L. M. Jestem pewny że gdzieś tam u brzegu morza swej ofierze oznaczył miejsce spotkania się. Telegrafuję do Wiesbadenu, aby się dowiedzieć dokąd się ztamtąd udała, siadam na pierwszy lepszy pociąg i jadę.
Bongi ściskał go z rozrzewnieniem.
— Oto ja we francuzach lubię — rzekł — tę szlachetną skłonność do uniesień, gdy się ich serce poruszy. Rozgrzałeś i mnie kochany baronie i gdybym nie był tak ociężały i stary, zaprawdę, nieledwiebym ci w tej wyprawie towarzyszyć gotów. Wyrzekłbym się nawet Rouen i Madonny...
St. Foix coraz mocniej zajęty ratunkiem Roliny, wybiegł natychmiast wysłać telegram do Wiesbadenu, który miał być wskazówką miejsca umówionego na spotkanie.
Przy dźwięku muzyki zasiedli w przepysznej sali do stołu, wśród bardzo miłego i wesoło nastrojonego towarzystwa. St. Foix na widok tego przepychu, stołu i wytwornego menu, znowu rozpoczął hymn pochwalny, na cześć swojego Paryża.
— Nigdzie się tak nie obiaduje jak w Paryżu, niema kuchni jak nasza — wołał rozkładając serwetę.
— Prawda — rzekł spokojnie Bongi — i literatura kulinarna liczy tylko jednego Brillat-Savarin’a, kwestya tylko czy to jest dobrodziejstwem dla ludzkości że sobie rozpieściła podniebienie.
St. Foix nie mógł prawie zrozumieć tak postawionego pytania.
— Ja sądzę — dokończył Bongi — że wszelki zbytek zmysłowy wkłada na nas kajdany. Nie wymagam dyogenesowej przesady, ale się boję smakoszów. Nie jeden sybaryta sprzedał honor za misę soczewicy Esav’a.
Baronowi stary włoch wydawał się trochę pociesznym dziwakiem.
— Po cóż żyć gdyby się nie używało! — zawołał.
— Używać należy, ale tak jak ja, rozśmiał się Bongi. Ja zjadam na śniadanie kilka obrazów, albo tors taki starożytny, i przy kawałku chleba syt jestem.
— Wszystkie torsy kamienne, oddałbym za dobrą potrawkę z kuropatw! — rzekł St. Foix.
Przez cały obiad prawie, ucierali się tak wesoło. Hrabia jadł nie wiedząc co. St. Foix analizował każdego półmiska naturę i charakter, a potem logikę całego menu z zastosowaniem jej do hygieny, ze znakomitem znawstwem przedmiotu.
Skończył się obiad, koncert przebrzmiał, ale z Wiesbadenu odpowiedzi nie było. Telegram, dla którego zbudzić się kazał baron, nie przyszedł nawet w nocy, i nazajutrz rano kufry już stały upakowane do podróży, gdy nakoniec oczekiwana odpowiedź nadeszła, iż prawdopodobnie (vermuthlich) panna Maholich do Nicy się udać musiała.
Bongi siedział z lupą w ręku przy zastygłej kawie, nad jakiemiś rysunkami starożytności, gdy St. Foix wpadł do niego wołając.
— Do Nicy! pierwszym pociągiem odchodzącym śpieszę... Do Nicy!
— Niechże wam Bóg błogosławi i pomyślne gwiazdy przyświecają w podróży — rzekł stary składając lupę. — Będę was ścigał myślami, a tymczasem ruszę i ja dzisiaj do Rouen, chociaż niewielką mam nadzieję, aby Madonna S. Amata, obok drezdeńskiej stanąć mogła.
Baronowi tak już było śpieszno, że nie siadając pożegnał hrabiego, przyrzekłszy dać wiedzieć o sobie i pobiegł kazać podać rachunki i powóz.
Po namyśle, zostawiwszy wszystkie swe bagaże w hotelu, z małym tłomoczkiem ręcznym, pośpieszył do pierwszego pociągu, ku Marsylii odchodzącemu. Dopiero w wagonie, ostygnąwszy nieco, spostrzegł że może niepotrzebnie sam w pogoń wyruszył, ale kość była rzucona.
Pół śpiąc, pół marząc, sam nie wiedział jak pominął już z ruin podźwignięte okolice Paryża, jak dobiegł do Dijonu i przez Lyon się przesunął.
W Marsylii z pociągu wprost kazał się wieść do policyi, gdzie miał nadzieję dostania języka.
Z pewnem niedowierzaniem przyjęto go tu, dopóki się nie wylegitymował, i wybadawszy go naprzód naczelnik biura dał mu wiedzieć iż wysłańcy paryscy nie znaleźli tu już tego którego ścigali, lecz z pewnych poszlak wnieśli iż musiał się udać dalej do Cannes, i w dalszą za nim pośpieszyli drogę.
Niezmordowany St. Foix, obrońca niewinności, zatelegrafował natychmiast do Tulonu i do Cannes, aby wrazie wymknięcia się oszusta, goniono za nim do Nicy. Sam baron czując się trochę znużonym, musiał w Marsylii odpocząć. Gorączka go nie opuszczała, zaledwie zjadłszy i zdrzemnąwszy się po kawie, pędził już do dworca kolei, aby się nie zatrzymać aż w Tulonie, dla powzięcia tam wiadomości.
Ze ściganiem człowieka jest jak z pogonią za zającem. W początkach koń i jeździec idą zwolna; w miarę jak się zwierz odsadzą, wzrasta namiętność, krew się burzy — ściganie staje się szałem, nikną z oczu niebezpieczeństwa, waży się życie dla zająca.
Tak samo baron St. Foix pędził za amerykaninem, z początku wolno, potem coraz żywiej w końcu z gorączkową niecierpliwością. W Marsylii nie spoczął długo, chciał być w Tulonie, myślał wziąć najpośpieszniejszy pociąg do Nicy, jeżeliby tam nie schwycono oszusta. Policya wydawała mu się ospałą, niedołężną, niezręczną. Gotów był ją zaskarżyć, zżymał się i rwał zapamiętale.
Siadł natychmiast w pociąg idący do Tulonu, natrafiwszy na jeden z tych, które po wszystkich stacyach i przystankach odpoczywają, biorą wodę, zaopatrują się w węgiel, obsługują miejscowe poczty i nie śpieszą się wcale.
Podróż ta krótka do Tulonu, wydała mu się wiekiem, nieskończonością. Jak wprzódy na policyę, tak tu narzekał i oburzał się na dyrekcyę kolei P. L. M., na nadzorców stacyi, na całą służbę, machiny, itp. Naostatek drzwiczki się otwarły — Tulon! Baron wyskoczył z tłomoczkiem w ręku, pochwycił pierwszy powóz i kazał się wieść czwałem — do policyi.
Tu ani o ajentach, ani o żadnym ściganym podróżnym nie wiedziano. Ruszano ramionami, a sposób wyrażania się barona szorstki i imponujący o mało nie był przyczyną nieprzyjemności. Wyprawiono go z kancelaryi niegrzecznie.
Baron postrzegł się dopiero teraz że śmiertelnie był znużonym i ledwie na nogach się trzymał. Gorączka go tak wyczerpała. Godzina była wieczorna, z rozpaczy kazał się zawieźć do Grand Hôtel, sądząc że znajdzie coś podobnego do jego homonyma w Paryżu. Znalazł go nędznym. Jedzenia gotowego nie było, rozgniewany poszedł szukać restauracyi w mieście.
Tu zabłąkał się tak dobrze w uliczkach starszej części miasta, iż dopytując o restauracyę lub kawiarnię, znalazł się wbliskości portu.
Wskazano mu lokal, wcale nie wytworny na oko; ale chłopak posługujący, którego zastał we drzwiach, zaręczał mu że tu była kuchnia najsławniejsza w mieście, i cały commerce et la marine tu się stołowały, nie licząc urzędników i dystyngowanych podróżnych.
W istocie przeszedłszy sień zabrukaną, spostrzegł baron przez szklanne drzwi pokoje obszerne dosyć czysto wyglądające i zapełnione gośćmi. Okna ich wychodziły na port, maszty okrętów, liny i żagle stanowiły dekoracyę, za którą część portu handlowego widać było.
Nie pewien czy wnijdzie, przypatrywał się przez okno towarzystwu, które przy stolikach zasiadało — gdy, tuż prawie, niedaleko drzwi postrzegł amerykanina spokojnie bardzo zajadającego sole aux fines herbes, i przyglądającego się portowi, jakby tęsknił do jednego ze stojących w nim okrętów.
Cofnął się baron natychmiast, aby nie być postrzeżonym, nie wiedząc co ma począć, a klnąc głupich paryskich policyantów, którzy się ptaszkowi dali wyśliznąć.
Chciał lecieć sam do policyi, ale nużby tymczasem amerykanin się ulotnił?
Posyłać! nie wiedział kogo!
W niepewności tej, stojąc podedrzwiami narażał się na potrącanie i szyderstwa garsonów, posądzających go, jak się zdawało, o zbyt szczupłe fundusze, aby się z niemi ważyć wnijść do restauracyi.
Miał czas bardzo się dobrze przypatrzeć amerykaninowi, który z taką spokojnością spożywał rybę, popijał ją winem, łamał chleb, przyglądał okrętom, odpoczywał, jadł znowu, jak gdyby się nie domyślał żadnego grożącego niebezpieczeństwa. Ciemna, wychudła, teraz brzydka twarz jego, miała wyraz obojętny i zastygły, — nie drgnęła wśród wrzawy i ruchu otaczającego, a oczy nie biegały dokoła, i prawie osłupiałe patrzały w jedną stronę, ku portowi.
O parę kroków od don Estebana dwóch ichmościów bardzo przyzwoicie ubranych, przy osobnym stoliczku tylko co wybrawszy sobie miejsce zasiadali do podanego im wina i szynki.
Milczący, poważni, spoglądali czasem na siebie, niekiedy z ukosa na amerykanina, uśmiechali się, szeptali, a port i okręta i piękny widok mało się ich zdawał obchodzić. Oba mieli podróżne torebki na sobie i zwierzchnich sukni, ani kapelusze w nie zrzucali.
Baron po namyśle, postanowił kilka słów napisać na bilecie wizytowym i wysłać je przez komisyonera do prefektury; sam zaś został na czatach w bocznym pokoju, z którego widać było co się w sali działo. Nie obawiał się być poznanym, nasunąwszy czapkę na oczy i zarzuciwszy jedwabną chustkę na szyję i część twarzy.
Amerykaninowi tymczasem po rybie przyniesiono roztbif krwawy, który on łapczywie, oblewając musztardą zajadać zaczął. Dwom jego sąsiadom podano drugą wina butelkę. Baron zapomniał o jedzeniu i garson ledwie go namówił, natrętnością swą na pół butelki wina. Drżał z niecierpliwości.
Oczekiwanie niezmiernie długo się przeciągało.
Don Esteban ani słodyczy, ani deseru nie żądał, zakąsił serem, przyniesiono mu kawę, do której wpuścił sporo koniaku, wypróżnił ją prędko, zapalił cygaro, zawołał l’addition! zapłacił rachunek i poprawiwszy kapelusza zmierzał ku drzwiom.
Baron wstał zrozpaczony.
W tem dwaj sąsiedzi amerykanina podnieśli się także z krzeseł, spojrzeli na siebie, jeden z nich don Estebana wyprzedził do drzwi i grzecznie mu się ukłoniwszy, coś długo na ucho szeptać zaczął.
Barona tknęło dopiero teraz przeczucie, iż ci dwaj panowie musieli być wysłańcami z Paryża...
Odegrał się w istocie w oczach jego krótki dramat. Amerykanin w chwili gdy go chciano zatrzymać rzucił się potrącając ajentów i gości ku drzwiom na port wychodzącym, gdy drugi policyant zaskoczył mu drogę i silną ręką chwyciwszy za piersi zatrzymał. W sali powstało zamięszanie, widać było, że przytomni byli w gotowości przyjść na pomoc policyi.
Wymknąć się nie było sposobu, siłą przebić ani myśleć. Goście kołem otoczyli pochwyconego.
Amerykanin zaczął krzyczeć głośno, iż jakaś niepojęta zaszła omyłka, chciał się legitymować, odgrażał się dumnie, łajał, dobył papierów z kieszeni, odwołując się do publiczności. Tymczasem jeden z ajentów trzymał go wyrywającego się, a drugi na papiery spojrzawszy okiem wprawnem, uśmiechnął się i schował je do kieszeni.
— Pan de Mauriène! Wiemy — rzekł — ale dawniej Esteban Corcero...
Amerykanin zbladł jak chusta, a ściślej biorąc z brunatnego stał się oliwkowym, usta mu konwulsyjnie drgały.
— Prowadźcie mnie panowie — krzyknął dumnie — wszystko się to wyjaśni, a ja mojej krzywdy poszukiwać będę.
Wtem oglądając się dokoła osowiałemi oczyma, postrzegł w progu drugiego pokoju stojącego barona, zżymnął się, z oliwkowego znowu zrobił się brunatno-czerwonym i mimowolnie pięść zaciśniętą podniósł do góry.
Chociaż w takiem jak Tulon mieście, podobne przygody nie są żadną osobliwością, nagłe aresztowanie człowieka, który z pozoru należeć się zdawał do wyższych klas towarzystwa, miał na sobie kosztowne łańcuszki, pierścienie, szpilkę brylantową, suknie modne i t. p., zrobiło wrażenie wielkie. Domyślano się w nim przestępcy politycznego, lub jakiegoś ciekawego skandalu, — ludzie cisnęli się z zapytaniami do ajentów, ale ci na żadne pytania odpowiadać nie chcieli.
Ująwszy grzecznie pod ręce don Estebana, wsiedli z nim do oczekującego już powozu zamkniętego, i — pojechali.
Baron St. Foix przeprowadził ich aż do drzwi!
Tryumfował! niewinność została ocalona, lecz razem — pomyślawszy nieco — przekonał się, że on tu już nie miał co robić, a nawet jechać dalej do Nicy, pocieszać opuszczoną, było li właściwem, nad tem się musiał zastanowić.
W każdym razie miał czas spocząć i posilić się w restauracyi przysłuchując chodzącym pogłoskom o wypadku, w którym udział jego był niewiadomy. Pomoc policyjna, po którą posłał przybyła zapóźno. St. Foix posiedział jeszcze czas jakiś za stołem zadumany, i w końcu pieszo, powoli do Grand Hôtel powrócił.
Ostygł znacznie celu dopiąwszy. Szło teraz o to jak miał z tego korzystać. Nie był pewnym co począć wypadało ażeby Rolinę opanować; czy natychmiast jechać i przyznać się do tego co dla niej zrobił, czy czas jakiś pozostawić ją w niepewności, bez opieki, aby potem łatwiejszą była zdobyczą. Należało się dobrze namyśleć. St. Foix całą noc spędził na rachunkach prawdopodobieństw...
Przecudny ranek jesienny, ciepły, słoneczny, przypominający wiosnę, powitał go nazajutrz pod tem niebem szczęśliwem.
Baron poszedł na zwiady jeszcze czy uwięziony amerykanin został odprawiony do Paryża, czy odstawiony do granicy austryackiej.
Zapewniono go, iż po wymianie zapytań telegrafem, pod dozorem dwóch ajentów wysłany był do granicy i wydany władzom, jako obwiniony o znaczne oszustwo popełnione w stolicy.
Rozważywszy wszystko, baron St. Foix postanowił wstrzymać się z podróżą do Nicy, wstręt mu nawet czyniło przyznanie się przed Roliną, iż miał udział czynny w tej sprawie, dopókiby się nie przekonała że w istocie Don Esteban był pospolitym awanturnikiem. Prawdopodobnie musiało się to rychło wyjaśnić.
W Tulonie pobyt był niemożliwy, Cannes mogło jeszcze być puste, baron sobie przypomniał znajomych w Marsylii i postanowił tam na czas jakiś powrócić. Napisał tylko poste restante do hr. Bongi, zawiadamiając go, że nie nadaremnie odbył podróż na południe.
W Marsylii parę dni spędził baron bardzo przyjemnie, choć po Paryżu pustą mu się wydała. Powietrze w tej porze roku było tu znośne, okolice się upiększyły od czasu jak ich nie widział; stół znalazł wcale dobrym, i byłby może zasiedział się dłużej, dając Rolinie czas do zrozpaczenia o sobie, gdyby dnia jednego przerzucając dzienniki w Cafe de l’Orient, nie natrafił na następujące doniesienie:

„Donosiliśmy niedawno o aresztowaniu w Tulonie, niebezpiecznego, a oddawna poszukiwanego napróżno oszusta, który ściganym był z Austryi listami gończemi. Czujnej policyi naszej udało się go wyśledzić, i w chwili, gdy się zupełnie sądził bezpiecz-
nym, pochwycić w jednej z restauracyi. Dała ona więcej jeden dowód doskonałej organizacyi naszej służby bezpieczeństwa i inteligencyi ludzi, którzy ją składają...
Odprawiony pod ścisłym nadzorem dwóch ajentów paryskich do granicy austryackiej, zuchwały oszust miał już być wydanym władzom austryackim, gdy przy dopełnianiu formalności ekstradycyi — na chwilę wypuszczony z wagonu, niepojętym sposobem zniknął i żadne dotąd poszukiwania na trop zbiega naprowadzić nie mogły. Są pewne poszlaki iż służba kolejowa, z którą w podróży zabrał znajomość, ujęta przez niego, ucieczkę mu ułatwiła...“

Baron z gniewem gazetę cisnął o ziemię! Wprawiło go to w rozpacz! Tyle trudów, zachodów i marzeń nadaremnie straconych!
Pocieszało go to że teraz amerykanin, zmuszony ukrywać się i uchodzić nie mógł już pokazać się w Nicy, ani myśleć o żenieniu się z Roliną. Musiał też być pozbawiony wszelkich środków, gdyż papiery i pieniądze jakie miał przy sobie, ajenci powinni mu byli odebrać.
Zmienił postanowienie swe baron, i nie chcąc dłużej siedzieć w Marsylii, wybrał się ztąd do Nicy.
Pierwszym pociągiem pośpiesznym odchodzącym w stronę Monaco i Nicy, dyplomata nasz zgryziony, smutny, zawczasu obrachowując jak mu się znaleźć wypadnie, zdążał ku Promenade des Anglais, do pięknej pułkownikównej, którą się tu znaleźć spodziewał.
Stracone dlań były cudne te widoki któremi tu krajobraz zachwyca; ukazujące się lazurowe morze, wysepki, złociste skały, ciemne pinie, oliwki szare — cała ta scenerya natury już wschód zapowiadającej, kąpiąca się w słońcu, wiecznie kwitnąca przez rok cały, malownicze chaty, wille, pałacyki, które zdają się biegnąć do morza, aby w nim skąpać swe stopy.
Baron St. Foix nie patrzał i nie widział nic, zbudził się dopiero w smutnym hotelu pełnym angielek, w którym ledwie mu się udało wyprosić pokój na trzeciem piętrze...
Nica była już dosyć zaludnioną, oczekiwano różnych znakomitości, zapowiadano bale i występy gościnne śpiewaczek i wirtuozów, zjeżdżali się namiętni gracze, dla sąsiedztwa Monaco... Baron poszedł zaraz na zwiady szukając pułkownikównej, ale nigdzie się o niej nie mógł dowiedzieć.




XX.

Styczeń się kończył, wiosna zapowiadała, a na tem szczęśliwem morskiem wybrzeżu, od północy Alpami zakrytem, wdzięczyła się już ona młodziuchno. Fijołki które przez grudzień kwitnąć nie przestawały, bujały całemi bukietami okryte, migdałowe drzewa wdziały swe różowe sukienki i zdala wyglądały jak dziewczęta w stroju świątecznym. Róże całe w pączkach gdzieniegdzie się rozwijały, na drzewach które liść straciły pączki nabrzmiewały lśniące; inne nieuszkodzone przez zimę zieloność ciemną, szarą, płową i jasną splatały w mozajkę barw harmonijnych.
W tym ogrodzie hesperyd, gdy się mistral uciszył, a morze wygładziło, magnolje, paulownije, datury, tomaty indyjskie, mirty, heljotropy, laury, obok wspaniałych pinij, na tle szarych i czerwonawych skał, zdawały się obrazkiem przez fantazyę pejzażysty stworzonym.
Prawda była podobną do bajki z Tysiąca i jednej nocy.
Właśnie jednego takiego dnia spokojnego, z portu przy Lazarecie, wypływała łódź z nicejskiemi gośćmi na morze, które ubrało się w najpiękniejszy swój lazur, zdala wszystkiemi odcieniami tęczy mieniony.
Z tego miejsca w którem się wioślarze, nawykli do wożenia cudzoziemców zatrzymali, widok był prawdziwie zachwycający.
W głębi cały łańcuch lilijowych Alp ostro i zębato malujących się na żywym niebios błękicie; poniżej jakby w gnieździe zieleni różnobarwnej, przybierającej kształty kuliste, piramidalne, fantastycznie pogarbione i postrzępione — leżało miasteczko rozsypane po wybrzeżu, ze swemi villami, wschodami, galeriami, kolumnami i wzgórzem starego zamczyska, panującem mu majestatycznie.
Jako tło, służył łańcuch gór, wierzchołek Mont-Chauve, pozaokrąglane garby pagórków cimenceńskich po nad strumieniem Varu.
Nawet oswojone z tym czarodziejskim obrazem oko, nie mogło się od niego oderwać.
Godzina była popołudniowa, słońce przygrzewało już jak w lecie, choć blask jego był złagodzony niedojrzanemi wiosennemi wyziewy.
Towarzystwo znajdujące się w łodzi, która umyślnie się zatrzymała, aby pozwolić napawać się tym widokiem, było bardzo szczupłe; — w istocie składało się z jednego mężczyzny i jego dworu...
Nicejscy wioślarze z wielkiem poszanowaniem spoglądali na tego, który w łodzi widocznie pierwsze miejsce zajmował. Był to młodzieniec lat dwudziestu kilku, piękny bardzo, z włosem jasnym, oczyma niebieskicmi wypukłemi, twarzyczką świeżą, różową, wdzięczną razem i zuchwałą. Słusznego wzrostu, zręczny, gipki jak młode dziewczę, pańskiego oblicza i postawy; — znać było że chyba po raz może pierwszy oglądał te cuda południowego świata, tak niemi był uniesiony, a z zachwytem utaić się nie mógł.
Cała twarz, uśmiech, wejrzenia, ruchy malowały to szczęście jakiem był przejęty, — szczęście które w młodości tylko sprawia wrażenie nowe, doścignięcie jakiegoś upragnionego celu.
Co chwila z ust wyrywały mu się wykrzykniki, oczyma obracał na wszystkie strony, wskazywał palcami na góry, na budowy, na części krajobrazu, zapytując jak się co zwało... Ludzie otaczający odpowiadali mu, spiesznie, prześcigając, usiłując ciekawość zaspokoić.
Za młodym panem stał z uszanowaniem i miną zmęczoną, najęty cicerone, który z obowiązku monotonnym głosem tłumacza z profesyi recytował oklepane wiadomostki, często po kilka razy na dzień powtarzane. Wioślarze przerywali mu w swym języku francusko-włoskim, poprawiali go, czynili uwagi i dodatki, chcąc się zalecić podróżnemu, i popisać ze znajomością swego kraju.
Oprócz młodego pana i przewodnika, znajdował się na łódce służący tylko z twarzą bladą, policzkami wydatnemi, nosem zadartym, spłaszczonym, postawą żołnierską, trzymający pański plaid na ręku i tak znudzony jak przewodnik był znużonym.
Obojętność z jaką ten służalec patrzał na obraz cudowny, dziwnie odbijała od entuzjazmu młodego pana. Ten zdawał się świeżo przybyłym, po raz pierwszy dopuszczonym do oglądania kraju czarów — widok palm i kaktusów żywych wprawiał go w szalone zachwycenie, prawie śmieszne tak namiętne.
Pokazywał je z dziecinną radością odrętwiałemu słudze, który milcząc głową tylko potrząsał, dziwiąc się pewnie więcej uniesieniu pana niż palmom.
Wioślarzom, którzy zwolna kołyszącą się łódź starali w miejscu utrzymać, radość ta cudzoziemca miłą była, czyniła nadzieję pewną szczodrej buona mancia.
Młodzieniec to gołem okiem, to z pomocą teatralnej lornetki w kość słoniową oprawnej, rozpatrywał się w krajobrazie. Szczególniej ville niektóre wychylające się z pośrodka dębów zielonych i pinij, zwracały jego uwagę. Rozpytywał się o szczęśliwych ich właścicieli.
Trwało to tak długo, że ludzie łódką powożący, znudzeni staniem w jednem miejscu, wnosili już czyby dalej ku Monaco nie płynąć, lecz cudzoziemiec tak był rad z widowiska, a słońce się już poczęło zwolna skłaniać ku górom, iż wolał rozpatrując wybrzeże, zwolna się skierować ku staremu zamkowi.
Wydano rozkaz, wioślarze ruszyli posłuszni.
Młodzieniec rzucił się na poduszki i z uniesieniem wpadł w zadumę. Sługa z plaidem dumał także, ale oczy jego nie ciekawe, szukały czegoś na dnie łódki.
Nie mając z kim, młodzieniec rozpoczął z nim rozmowę w ruskim języku.
— Nu, Sasza — odezwał się z pewnym akcentem zdradzającym obce pochodzenie. — Śniło się tobie kiedy żebyśmy te cuda oglądali?
Sasza stojący z tyłu, z którego twarzy nie widać było, aby mu się to tak cudownem wydawało, poruszył z lekka ramionami — ale odpowiedział żywo.
— Nigdy w świecie, mości książę.
— Nieboszczka matka mówiła mi o podobnych pięknościach u nas na Kaukazie i w Krymie — ciągnął dalej młody — ale ja ich nie widziałem i tam chyba tak pięknie jak tu być nie może. Przychodzą mi jednak na myśl te mateczki opowiadania. To raj!!
Załamał ręce w uniesieniu. Sasza patrzał posępnie i krzywił się. Zdawało mu się że pański wykrzyk wymagał odpowiedzi i rzekł sucho:
— Tak jest.
Młodzieniec zatopiony był w jakichś marzeniach, pierś miał tak przepełnioną, tak potrzebował wylać się z tem co ją uciskało, iż choć słuchacz był tępy, mówił ciągle więcej może do siebie niż dla niego.
— A! jaki ja jestem szczęśliwy! Sasza! jaki szczęśliwy! Wyrwałem się w ten piękny świat, na swobodę, całą piersią mogę oddychać i używać. Tak długo o tem marzyłem..
Sasza odwrócił się nagle śmiejąc — tam teraz dwadzieścia pięć stopni mrozu i nosy odmarzają!
Wyprostowany sługa pośpieszył z potwierdzeniem.
— Tak jest... oświecony panie...
Nie słuchając go — młody książę ciągnął dalej.
— Kupić tu chyba trzeba villę! Na święcie piękniej i lepiej nigdzie być nie może. A na promenade des anglais co pięknych twarzy! jak one piękne te drewniane angielki i te kauczukowe francuzki! Do stu tysięcy! o takich kobietach my nie marzyliśmy — Sasza!
— Tak jest... oświecony panie — zamruczał sługa i skrzywił się.
Przewodnik tłumacz, zazdrośny nieco iż podróżny nie zaszczycił go rozmową, a ciągle coś w niezrozumiałym języku do sługi prawił, wtrącił korzystając z małego przestanku.
— Wasza książęca mość, każę nazad do portu zawrócić, czy przybić gdzieindziej?
— Przybijajcie gdzie się wam podoba, bylem się mógł napatrzeć — odparł wesoło książę. — Pięknie bo u was jest, do licha — nad wyraz wszelki!
Cicerone się uśmiechnął.
— Spodziewam się że w. książęca mość z villi Maryi zadowolony?
— Dosyć — rzekł książę — choć teraz gdy ich więcej widziałem, możebym był wolał inną. Ale (uśmiechnął się do siebie) ma ona swą dobrą stronę.
Przewodnik pilno nasłuchujący i przypatrujący się mówiącemu, uśmiechnął się także, jakby tę stronę dobrą rozumiał.
— Sąsiedztwo przyjemne — szepnął trochę złośliwie.
Rumieniec przebiegł po dziewiczej twarzyczce księcia, ale wnet wrócił do powagi jaką względem cudzoziemca przybierał, nie dając mu się poufalić z sobą.
Łódź tymczasem zwolna zbliżała się ku wybrzeżu, a słońce też bledniejąc zachodziło za góry. Chłodniejszy wiatr od nich powiewał, powierzchnia morza dotąd wygładzona i nieruchoma, marszczyła się, kołysać zaczynała. Barwy wód ciemniały i żywość traciły; zdala pas lazuru czarnego odgraniczający morze od niebios oblókł się jakby mgłą i w mrokach utonął.
Po niebie, zwolna, od gór wierzchołków poczęły się jak dymy lekkie i przejrzyste zrywać obłoczki szare.
Sasza troskliwy o swojego pana który był dosyć lekko ubrany, choć nie wezwany plaidem okrył mu ramiona, końcem jego osłonił kolana... Książę uśmiechnął się do niego, a stara głupkowata twarz Saszy poczciwym uśmiechem serdecznym mu odpowiedziała.
Rozkazano przybijać do brzegu jaknajbliżej villi Maryi, stojącej niedaleko od promenady anglików.
Książę lekko i zręcznie na brzeg wyskoczył, bawiąc się niebezpieczeństwem zamoczenia, gdy łódź rozkołysana blisko do lądu przystać nie mogła.
Dziecinnego coś było w tem roztrzepaniu jego... Wszystko mu było zabawnem i nowem.
Zapłacono łódkę i wioślarzy, a Sasza i cicerone do osoby księcia przywiązani, z nim razem szli, ledwie mogąc nadążyć ku villi Maryi, zdala już z za drzew wyglądającej zalotnie ze swym ogródkiem olbrzymiemi obwiedzionym kaktusami i eukalyptusami do koła; z galeryami, gankami, werendą okrytą zielonym bluszczem i pnącemi się różyczkami.
Nie brakło nawet wodotrysku, który przed gankiem mruczał srebrną strzałą wyskakując do góry.
Doszedłszy do ganku książę coś szepnął Saszy, odprawił skinieniem cicerona, a sam stanął tu jeszcze, spoglądając ku miastu, lubując się ogródkiem, kwiatami i drzewami.
Tuż na lewo i prawo ciemne pomarańczowych drzew liście, zpośród których gdzieniegdzie złote owoce się okazywały, — śmiech wywołały na jego usta, jak gdyby sobie przypomniał wiersz Goethego o tym kraju błogosławionym, gdzie cytryny i pomarańcze kwieciem się okrywają.
I wesoła twarzyczka, wprędce znów oblekła się jakąś tęsknotą. Czegoś mu tu do szczęścia brakowało!
Oko jego zwróciło się w prawo, gdzie z poza gęstwiny drzew, przeglądała druga villa do tej w której mieszkał podobna.
Zmierzchało zwolna, wieczór nadchodził; Sasza, którego widać było, z poufałością starego sługi, przechadzającego się po pokojach na dole, doglądał już zapalania świateł, i w narożnym pokoju jadalnym, przypatrywał się stanąwszy zadumany przygotowaniom do podwieczorku. Właśnie chłopak w elegancką liberyę przybrany, niósł świecący samowar i na stole go ustawiał.
Książę zwrócił oczy ku drzwiom otwartym jeszcze jadalnego pokoju, jakby mu się samemu niebardzo do niego wchodzić chciało, gdy furtka skrzypnęła, na żwirze ścieżki usłyszał chód poważny i powolny. Słuszny mężczyzna, na wojskowego wyglądający, siwy, z krótko ostrzyżonemi włosami, wygoloną twarzą, na której tylko wąs siwy pozostał, z wyrazem surowym w obliczu, przybliżył się do ganku.
Ubrany był bardzo skromnie, ale na swój wiek starannie.
— Toście wy mi gościem miłym, Pietrze Maksymicz — zawołał z ganku książę. — Jakżeście łaskawi że nie zapominacie o mnie. W samą porę! Nie lubię do herbaty zasiadać nie mając przemówić do kogo.
Samowar gotów.
— Ja tak samo, Platonie Entychjewicz — odparł po wojskowemu salutując go stary głosem grubym.
— Byłem tu już po południu, ale was nie zastałem.
— Jeździłem trochę na morze.
— No ja morza nie znoszę, nawet kiedy spokojne.
— A jak z niego pięknie Nica wygląda!
— Ona bo piękna zewsząd — rzekł Piotr Maksymicz. — Tylko nam droga do licha. Gdyby nie rozkaz doktora i nie mój kaszel uparty, wolałbym siedzieć u siebie w domu w saratowskiej gubernii, przy dobrym piecu.
— Ależ wam tu cieplej i kwiatki wam pachną.
Piotr Maksymicz ramionami poruszył.
— Przesądy i uprzedzenia! u nas na Syberyi cieplej niż w Nicy.
Książę Platon śmiał się z tego paradoksu.
— A, pewnie — ciągnął dalej stary jenerał wchodząc na ganek i podając rękę gospodarzowi. — A, pewnie. Na słońcu się tu upiec można, ale niechże powieje chłodny mistral a tumany kurzu podniesie, trzeba uciekać do domu i zębami dzwonić; bo po domach, gdzie się żadne drzwi i okna nie zamykają, a na kominku skwierczy lichy ogieniek z winnych gałęzi — po domach chłód przejmujący.
— Mnie nie zimno! — rozśmiał się Platon.
— I mnie też nawet w Moskwie nigdy zimno nie było. Kiedym miał lat dwadzieścia kilka — dodał jenerał.
W tem Sasza przypomniał że herbata była gotową. Poszli powoli do jadalnej sali, której drzwi i żaluzye zaraz pozamykano, i zasiedli do wytwornie zastawionego stołu, którego widok, trochę posępnego jenerała rozchmurzył.
Popatrzył na rozweseloną, śmiejącą się twarzyczkę swojego młodego towarzysza!
— No dobrze wam tu? Platonie Entychjewicz? — zapytał trochę złośliwie.
— Jak w raju!
— Tylko wam Ewy brak — dodał jenerał — prawda? ale nie bójcie się, Ew tu jest więcej niż potrzeba. Całe ich transporta wyprawują stolice do Nicy, Londyn, Paryż et caetera. Szkoda tylko że to są wszystko już nazbyt dojrzałe Ewy i słomiane wdowy nie po jednym Adamie.
— Piotrze Maksymiczu — przerwał wesoło młody — wy, starzy, coście smak stracili, wszystko widzicie inaczej... a nam mołojcom!
— Co za dziw! — potwierdził jenerał. — Mówiłem wam Platonie Entychjewiczu, gdym był młody nie było mi zimno, a lada wiejska Maritorna wydawała mi się Wenerą. — Ruszył ramionami przysuwając sobie świeże masło.
— No... chwalcie, unoście się jak się wam podoba, Platonie Entychjewiczu, ale... ostrożnie! ostrożnie!
— Dlaczego?
— Bo to są połapki! — rzekł stary.
Nieustraszony tem książę, śmiał się.
— Tak! tak — mówił dalej jenerał zajadając żarłocznie. — Ja się szczególniej boję tych kobiet co przyjeżdżają na wystawę na takie targowiska jak Nica, Monaco i inne. Młodym się łatwo głowa zawraca.
Gdybyście tu byli przyjechali za życia matki waszej, Maryi Piotrównej, kiedy ona jeszcze czuwała nad wami (a była niewiasta przenikliwa i baczna), onaby was ustrzegła od biedy. Teraz wy sami jesteście panem swej woli i losu, a młodość gorąca, i prawda, że po naszej północy, to kraj i ludzie wydają się czarodziejsko.
— A! tak! tak! — wykrzyknął zapalczywie, podnosząc się Platon. — Te kobiety! Co to za elegancya! jaka dystynkcya! mowa, wykształcenie. Co za urok w nich!
Jenerał słuchał uśmiechnięty i tylko usta pełne herbaty, parsknąć mu nie dały!
— A! wszystko fałsz i komedye! — zawołał.
Książę rozciągnął się w krześle wygodnie, a czoło mu się zmarszczyło.
— Piotrze Maksymiczu — rzekł — przypomnijcie sobie coście mi niedawno mówili. Pamiętacie! gdy włoch przywiózł tu na sprzedaż obrazy. Była tam Madona Francesco Francyi, z rąbkiem na czole, którą ja się tak zachwycałem. Niemiec stojący przy mnie dowodził, że nie jest oryginałem! Naówczas wy powiedzieliście mu: Jeżeli kopia doskonała złudzić mnie może, a robi mi oryginału wrażenie? nie wszystkoż jedno?
— Tak — przerwał jenerał — i byłoby wszystko jedno mieć taki sfałszowany oryginał w kobiecie; gdyby on jednego dnia nie musiał zblednąć i stać się obrzydliwą bazgraniną.
Książę rozparł się wygodnie w krześle, zapalając cygaro.
— Hm!! — szepnął pół głosem. — Czasem kilka chwil złudzenia, gdy dają szczęście, wiele warte...
Piotr Maksymicz skrzywił się patrząc na urodziwego chłopca, jakby czuł już mu grożące niebezpieczeństwo.
— Słuchaj — odezwał się poważnie. — Pełnoletni jesteś, sam jeden na świecie, pan sobie. Jam tobie ni swat ni brat, tylko stary przyjaciel ojca i matki, życzę ci dobrze jak własnemu synowi. Młody zerwał się z krzesła i poszedł go w ramię pocałować.
— Słuchaj że ty mnie — mówił jenerał dalej — tyś tu ciągle jak pijany; życia spragniony, oszalały. Bądź ostrożny! Zlituj się! Umizgaj się do kobiet, bo bez tego młodemu życia niema. Kochaj się sobie, daj się nawet trochę obedrzeć, jeśli będzie za co... Jesteś bogaty! nie przepadniesz dla jakich stu tysięcy rubli, choćbyś dwa i trzy razy tyle stracił jeszcze ci dosyć zostanie; tylko, na Boga zbawiciela, do ołtarza nie idź! tylko się nie żeń!!
Stary w ręce aż uderzył.
— Pamiętaj to! pamiętaj, tyś ostatni z rodu prawie królewskiego Radjanów; masz prawo do najświetniejszych partyj, Twoja przeszłość obowiązuje cię do tego byś wysoko patrzał.
— Ojcze kochany — rozśmiał się książę Radjan ramionami zżymając — nasza przeszłość niepowrotnie została w ruinach gruzyjskich pałaców pogrzebioną. Marzenia nasze carskie należą do historyi, do grobowisk, a jam dziś, kto? młody chłopak bogaty, któremu, dalibóg trochę szczęścia w życiu się należy.
Wiecie, poczciwa, święta matka moja Marya Piotrówna chciała mnie żenić z księżniczką Eufemią Artemjewną, dobrą dziewczyną, ale nie ładną i ułomną; dla milionów i dla nazwiska, wyprosiłem się jej. Popłakała i powiedziała: Masz słuszność. Chcieliżbyście wy mnie dla pamięci dziadów skazać na domowe piekło? Dla tego żem jedynak i ostatni z rodu, miałbym za ród ten cierpieć!
Jenerał milczał zamyślony.
— Cierpliwości! cierpliwości! kochany Platonie, ja ci nie narzucam nic; nie wymagam nic nad to żebyś się po pijanemu nie żenił, a teraz, ty jesteś pijany swoją młodością. Poczekawszy, gdy świat poznasz lepiej sam dobrowolnie weźmiesz może garbatą...
To mówiąc z pewnem lekceważeniem, obejrzał się czy sług niema, a zobaczywszy że są sami, dodał:
— Garbate żony miewają ładne pokojówki!
— A! Piętrzę Maksymiczu — porywając się znowu z krzesła gorąco wykrzyknął młody książę — jak wy coś podobnego mówić możecie! Gdyby aniołem piękności była taka pokojówka, która ust otworzyć nie umie, w której myśl śpi, z którą pół godziny na rozmowie przetrwać nie można! nicbym dla niej nie uczuł oprócz politowania.
Widzisz, młody jestem, krew gra we mnie, a te istoty piękne tylko ciałem, choćby były do Wenery Medycejskiej podobne, nie czynią, na mnie najmniejszego wrażenia; dla mnie duch niebiański ożywić musi anielską postać, abym mógł przed nią poklęknąć.
Mówił z coraz wzrastającym zapałem.
— Przy takim ideale, jeśli go znajdę, jam nie książę Radjan, ale robak gotów paść pod nogi jego, i szczęśliwy będę nawet gdy mnie one zgniotą...
Stary jenerał splunął, niewiadomo czy dla cygara które palił, czy przez lekceważenie tego zapału, z jakim młody jego przyjaciel mówił — nie do rzeczy. Nie miał ochoty dłużej o tem rozprawiać, i zmienił natychmiast przedmiot, zagadując.
— Monaco was nie ciągnie?
— Nie — odparł Platon — ja gry nie lubię, wygrana mi obojętna...
— Toście szczęśliwi. Ja muszę jutro jechać się odegrywać — westchnął jenerał. — Ostatnim razem uparłem się przy seryi czerwonej i okrutne wziąłem plagi.
— Widzicie, Pietrze Maksymicz! wy także macie swą słabość — przerwał książę — trente et quarante niebezpieczniejsze dla was niż dla mnie tutejsze piękności.
— Niestety! każdy wiek ma swe skały o które się rozbija — rzekł stary z pokorą.
— Zupełnie też was uniewinniam i tłumaczę — mówił Platon — gry tylko w młodości pojąć nie mogę, a najdziwniejszą mi jest ta namiętność w kobiecie.
Jenerał myślał zapewne o nowej seryi, i nic nie odpowiedział. Książę mówił dalej.
— Pozawczoraj gdyście mnie namówili z sobą do Monaco, czego nie żałuję, bo miejsce jest zachwycające, stałem jak osłupiały, znalazłszy tam przy stoliku gry, jedną z najpiękniejszych kobiet jakie w życiu spotkałem, i to tak rozgorączkowaną, tak przejętą.
— Że nawet na tak ślicznego jak wy chłopca patrzeć nie chciała — rozśmiał się jenerał — ale, któż to była ta jedna z najpiękniejszych?
— Piękność jej i wy podziwialiście, Pietrze Maksymiczu — rzekł książę — ale nie w Monaco, bo tam wy nie widzicie już nic. Była to sławna wiedenka z czarnemi oczyma, które takim ogniem palą.
— Sąsiadka wasza z villa Eusebia!! — zawołał jenerał.
— Tak jest! — westchnął Platon — jak dla mnie jest ona nie jedną z najpiękniejszych, ale najpiękniejszą ze wszystkich kobiet jakie widziałem w życiu. Wystawcież sobie, Petrze Maksymiczu, nastraszono mnie że się już niedługo będę cieszyć jej sąsiedztwem. Nie wiem co tam zaszło, ale mi zaręczają że choć przybyła na pobyt dłuższy do Nicy — ma ją opuścić...
— A! dałby to Bóg — począł jenerał wesoło — bo, przyznam ci się, Platonie Entychjewiczu, żem się zaczynał jej obawiać dla ciebie.
— Mieliście słuszność — przerwał książę. — Żadna kobieta w życiu takiego na mnie wrażenia nie uczyniła. Zważcież żem ja ją dotąd widywał tylko zdaleka, na przechadzkach, w teatrze, a zbliżyć się napróżno usiłował, że ani ona do mnie, ni ja do niej nie przemówiłem słowa. Cóżby to było gdybym się mógł z nią zapoznać? bo wszyscy jednozgodnie głoszą, że jest taką czarodziejką w obejściu się jak w spojrzeniu, pełną dowcipu i życia!
Samemi oczyma już mnie podbiła, po całych dniach widzę je wlepione we mnie.
Z oburzeniem i wstrętem stary jenerał rzucił się usłyszawszy to wyznanie, i z całem krzesłem odwrócił się do księcia.
— Przeklęta czarownica, — krzyknął. — Niechże sobie jedzie na kraj świata. — Ale któż ona jest? kto? wy już o tem pewnie wiecie, kiedy was tak zajęła.
— Tylem się dowiedział tylko — odparł Platon, — że pochodzi z dobrej rodziny szlacheckiej. Jest córką pułkownika austryackiej służby.
Na wspomnienie austryackiego pułkownika twarz jenerała przybrała jeszcze posępniejszą barwę.
— Szlachectwo austryjackie! — odezwał się. — Wiecie przecie że tam szlachty i baronów najwięcej. To nic nie dowodzi i nie mówi nic.
— Znacie baronowę Keperau?
Jenerał podniósł głowę:
— Któżby jej nie znał?
— Keperau jest z nią prawie nieodstępną, przybyły nawet razem, są nierozłączne.
— I to dla mnie nic nie dowodzi, bo stara baronowa dla zaspokojenia ciekawości poszłaby do piekła.
— Ale by się z Lucyperówną nie przyjaźniła — odparł książę. — Keperau bywa w najlepszych towarzystwach, i ma powagę wielką. Ja, niedawno ją poznałem i nie śmiałem badać o tę pułkownikównę, możebyście wy byli tak łaskawi, jenerale, to przynajmniej żadnego nie ściągnie podejrzenia?
Jenerał strząsnął rękami:
— Za nic w świecie, żadnego pośrednictwa, żadnej posługi się nie podejmę w tej sprawie! — zawołał. — Zrobicie najlepiej dając jej odjechać z Panem Bogiem i — zapominając jak najrychlej.
Herbata była skończona, Piotr Maksymicz wstał powoli, książę podniósł się także z krzesła. Przeszli do salonu przez którego niedomknięte żaluzye, widać było księżycowe światło na ganku.
Gospodarz drzwi otworzył.
— Jenerale, korzystajmy z tego czarodziejskiego widoku, wyjdźmy do ogrodu, księżyc świeci cudownie.
W istocie z podniesionego nieco ganku wilii, widok na wybrzeże i rąbek morza w dali, w którym światło księżyca srebrzystą strugą się odbijało — był zachwycający. Noc była cicha, a od miasta żaden prawie głos nie dochodził. Dokoła wszystko się usypiać zdawało. Woń zawczasu rozkwitłych krzewów napełniła powietrze. Mroki nocy, pomiędzy które zakradały się pasami i smugami promienie księżycowe, czarowną stanowiły dekoracyę. Na ciemnem tle eukalyptusów i pinij, villa ze swym białym frontem, kolumnami, galerjami, balkonem, malowała się biało i wdzięczniej występowała niż we dnie.
Od strony sąsiedniej villi Eusebii, słychać było stłumiony dźwięk fortepianu. Książę stanął przysłuchując mu się z natężoną ciekawością. Tony wydobywane od niechcenia z instrumentu ręką wprawną zdawały się wymownie tłumaczyć stan duszy — artystki.
Nie była to właściwie gra żadna, wykonanie staranne, ale dziwaczne brząkanie, pełne wyrazu, zrozumiałe tylko dla współczujących. Fantastycznie brzmiały klawisze, to urywkiem tęsknej piosenki, to jakąś skargą, to chorałem pobożnym, to kapryśną po klawiaturze palców pogonią. Niekiedy ręce ścigały się burzliwie, namiętnie, obudzając wszystkie tony po kolei, to konały one, głuchły, cichły i ze stłumionych szmerów, z głębi jęk się tylko dawał słyszeć.
Jenerał, który lubił muzykę i dość się znał na niej, ramionami poruszał.
— Ale niechżeby co zagrała! — mruczał.
— Właśnie gra to co myśli i czuje — zawołał książę. — Dla mnie jestto tak zrozumiałe, jak słowa znanego języka. Zwątpienie, smutek, rozdrażnienie — duma — jakieś wspomnienia i nadzieje.
Nie poznaliście w tem wmięszanej ukraińskiej dumki?
— A zkądżeby ona tam przyszła?
— Nie wiem, ale że była, — to pewna — rzekł książę. — Słyszałem ją już parę razy.
— To chyba dla tego iż się podsłuchujących nas domyślają!
Książę się oburzył.
— Tak się nie gra chcąc dać słyszeć — zawołał stając w obronie sąsiadki. — Na sto razy, dziewięćdziesiąt dziewięć kobieta będzie się popisywała biegłością swoją, nie — uczuciem.
Słuchali jeszcze, ale fortepian cichł i zamilkł.
Po chwili, gdy sądzili że się już nie odezwie wcale, wesoła, szalona tarantella poruszyła wszystkie jego struny, i wśród najżywszych zwrotów, niedokończona fałszywym akordem się przerwała.
Jenerał zabierał się odchodzić.
— Będzie to dla ciebie wielkie szczęście — rzekł rękę podając gospodarzowi — gdy fortepian ten brzmieć przestanie, a piękna sąsiadka się wyniesie nietylko z villi ale z Nicy. Widzę że cię już zajęła żywo. Dobranoc Platonie Entychjewicz, ja jutro jadę szczęścia próbować do Monaco.
Książę zadumany nic nie odpowiedział.


XXI.

W villa Eusebia, w saloniku którego wszystkie żaluzye były pozamykane, aby nie dopuścić wiosennych słońca promieni, bo tu jak we Włoszech, służba miejscowa daleko się ich obawia więcej niż chłodu, i zbyt starannie nawet w zimie zabezpiecza od gorąca; — na kanapce wciśnięta w kątek, obwinięta szalem, sparta na białej rączce siedziała Rolina.
Kilka ubiegłych miesięcy, nic jej nie ująwszy piękności, nadały wyraz nowy.
Nie było to już owo zuchwałe dziewczę, gotujące się walczyć z losem, pewne zwycięstwa; — na czole jej troska zawisła chmurą, w ustach tkwiła gorycz i znużenie. Bladość okrywała śliczne lice, i oczy tylko, jakby powiększone jeszcze, jaśniejsze, zuchwalsze wyzywająco, dumnie w świat patrzały. W nich się chroniła ta resztka pewności siebie, którą wyraz ust już stracił. Wejrzenie śmiałe sprzeczało się z bolesnem warg skrzywieniem.
Sama postawa jej miała coś w sobie pognębionego, znękanego. Siedziała zmęczona, to na podłogę spoglądając, to na ściany.
W domu całym cicho było, w suterenach tylko kręciła się żeńska służąca, a na piętrze niekiedy żywsze kroki wstrząsały sufitem, bo villa nie była zbyt krzepko zbudowaną i lada silniejszy ruch, lada wiatr nią potrząsał.
Była to jedna z tych budowli wątłych, na spekulacyę wznoszonych, powierzchownością łudzących, w których zamieszkawszy dopiero czuje się wszystkie ich niedogodności.
Pomimo słońca i ciepła zewnątrz, Rolina w saloniku wstrząsała się przejęta chłodem zamkniętych pokojów. Z twarzy jej wnosić było można iż odpoczywała po jakiemś przesileniu, po przebytej walce, dumając o jej następstwach.
Siedziała tak dosyć długo, gdy na wschodach dały się słyszeć kroki żywe, które zmusiły ją wyprostować się i przybrać postawę poważną, niemal surową.
Drzwi się otwarły, weszła Boehmowa, ale nie ta jaką widzieliśmy w Berlinie i Wiesbadenie, pokorną, zrezygnowaną, posłuszną, podobna była więcej do tego czem była za życia pułkownika, gdy z Roliną wojnę prowadziły.
Otworzyła drzwi salonu śmiało, obejrzała go dokoła i zobaczywszy siedzącą, zawołała głosem poruszonym i gniewnym.
— Rzecz więc skończona, my się z sobą pogodzić nie możemy i żyć nam razem niepodobna. Pepi dla ciebie coraz nieznośniejszą jest, choć ci ustępuje i unika nawet spotkania, ja ledwie za pomocnicę kucharki służyć jestem godna, po co się dłużej męczyć? na co ja mam wisieć tutaj? Ani dla ciebie ani dla nas przyszłości tu niema, czas darmo stracony.
Na kogo tu czekasz! czy jeszcze na tego oszusta amerykanina, wierząc bezczelnym kłamstwom jego? Po co tu siedzieć i do ostatniego grosza się ekspensować i zgrywać?...
Tego tylko brakowało, ażebyś jeździła do Monaco? a potem co?
— Jestem panią tego co mam i mojej woli panią — dumnie, nie powstając z kanapy odparła pułkownikówna. — Wać pani mi ani rad dawać, ani mi praw dyktować nie będziesz. Ja tego nie zniosę!
— Nie myślę też ani radzić, ani nawet prosić — zawołała Boehmowa — bo wiem że się to wszystko na nic nie przyda. Komu zguba przeznaczona ten zginie... Ale ja nie myślę dla was ani dziecka gubić, ani siebie.
Rolina rozśmiała się naigrawająco, chociaż nie szczerze, bo w gniewie jej była ukrytą trwoga.
— Oszczędź mi pani tych słodyczy — rzekła — dosyć ich już od niej miałam w życiu. Jest to zapłata za to żem Pepi jak siostrę przygarnęła
— Prawda! wieleśmy ci za to winni wdzięczności — przerwała Balbina i żywo po saloniku zaczęła się przechadzać, nie patrząc już na Rolinę. Stanęła zdaleka naprzeciw niej.
— Przez pamięć na ojca twojego — zawołała — raz jeszcze się odzywam do ciebie... Rolino. Jaka przyszłość cię czeka? co tu wysiedzisz? Ten oszust jest poprostu kryminalistą, nigdy powrócić nie może, a gdyby się zjawił po policyęby posłać potrzeba...
— Nie czekam na niego! — odparła Rolina!
— A, na kogoż i na co?
— To moja rzecz — dumnie zawołała pułkownikówna. — Mam dosyć innych do wyboru, o los mój się proszę nie troszczyć. Wiem co robię.
— Nie wiesz — przerwała gwałtownie Boehmowa. — Wszystko się już wyczerpało, wkrótce długów nie będzie czem popłacić. To szaleństwo! Cóż dalej? Chyba...
Rzuciła na nią pogardliwem wejrzeniem, Rolina zrozumiała je — zerwała się z siedzenia i krzyknęła.
— Tego już nadto!
— Głód i próżność popchną cię do przepaści.
— Jeszcze raz podniosła głos Rolina czerwieniąc się z gniewu — troski o mój los i o cnotę moją pozbyć się proszę. Gdy zechcę — jutro...
— Nie przeczę, protektorów usłużnych mieć będziesz bez liku... ale męża, którego chciałaś, nie dostaniesz...
Pułkownikówna padła na kanapę, obwijając się szalem.
— Milczeć! — krzyknęła.
Boehmowa jakby nie słysząc tego, cała w myślach, ruszyła ramionami.
— Wolę na to co tu czeka nie patrzeć. Ja i Pepi jedziemy.
— Szczęśliwej drogi?
— Zostaniesz samą.
— Towarzystwo znajdę.
— Baronowę!
— Ani słowa przeciw niej, bardzo proszę.
— Nie mam co przeciwko niej powiedzieć, oprócz że tak płocha i nierozważna jak ty — odpowiedziała Balbina. — We dwie możecie zapłynąć tak daleko że powrócić będzie trudno.
Załamawszy ręce, stara towarzyszka stała z głową spuszczoną, zrozpaczona.
— Gdybym choć takie serce jak ty miała — odezwała się z boleścią w głosie — i mogła cię opuścić bez żalu i zmartwienia! Dla samej Pepi oddalić się muszę, towarzystwo was otaczające nie dla niej; myśmy ubogie i ten zbytek drogo okupiony, fałszywy, szkodliwym dla niej, i to próżniactwo i te zabawy.
— A! a! — przerwała szydersko Rolina — co za morały i jaka skrupulatność! Cała rzecz, że się tej Pepi nikogo złapać nie udało!
Boehmowa spojrzała, zżymnęła się i zamilkła obrażona. Rękami powiodła w powietrzu, potrząsnęła głową i wyszła. Oczyma mściwemi pułkownikówna powiodła za nią.
Wyjazd Boehmowej, z którą przyszło po ciągłych waśniach do takiego rozbratu, drażnił ją — był dla niej groźbą; mógł być tłumaczony na niekorzyść Roliny. Miała wprawdzie baronową Keperau, która się do niej bardzo przywiązawszy szaperonowała jej wszędzie, ale po kilkomiesięcznej znajomości z nią widziała, że rzeczywistej pomocy z niej mieć nie może.
Fantazya jakaś, imaginacyjna troska i przestrach o zdrowie, mogło ją tak nagłe wypędzić, jak niespodzianie do Wiesbadenu przygnało.
Pozostać samą nie mogła i nie chciała Rolina. Naówczas więcej niż teraz zwróciłyby się na nią oczy złośliwe i narażonąby była na posądzenia, których duma jej przypuszczać nawet nie chciała.
Nadzieja przyjazdu tryumfującego amerykanina opuściła ją zupełnie, przez resztkę jakiejś dumy, nie chcąc pokazać że tak haniebnie oszukaną została, upierała się w śmiesznem oczekiwaniu, choć sama nie miała w nie wiary.
Wiedziała że Don Esteban był ścigany, że podobno go pochwycono, i że się potrafił wymknąć. O tem wszystkiem zawiadomił ją baron St. Foix, ale znalazł ją tak oburzoną i nie dającą mu wiary, że przyszłości pozostawić musiał przekonanie o prawdzie.
Po ucieczce od austryackiej granicy nastąpiło długie milczenie; potem przyszedł list z Włoch zapowiadający znowu powrót, tryumf, oczyszczenie się z zarzutów...
W drugim następnym żądał aby dla wzięcia ślubu przyjechała do niego do Florencyi, a że z Ameryki wyprawione pieniądze go nie doszły, tymczasowej pożyczki kilku tysięcy franków.
Baronowa Keperau wezwana do rady, skłoniła Rolinę do odpisania mu iż słowo dane zwraca, do Włoch jechać, ani pieniędzy przesłać nie mogąc. Uparta pułkownikówna bez wiedzy przyjaciółki dodała, że jeśliby jawnie oczyścił się ze wszelkich zarzutów i przybył do Nicy, miesiąc jeszcze oczekiwać nań jest gotową, po upływie tego czasu wszystko uważając za zerwane.
Na ten list Don Esteban odpowiedział, nie żądając już ani pieniędzy, ani wyjazdu do Wenecyi, prosząc tylko i zaklinając o cierpliwość. Na okazanie iż znowu zasiłki otrzymał, dołączył parę tysięcy franków.
Keperau starała się wybić z głowy Rolinie amerykanina, fałszywe jego miliony i tę nadzieję małżeństwa z człowiekiem więcej niż podejrzanym.
Skutkiem jej nalegań po upływie pewnego czasu, pułkownikówna wyrzekła się już prawie zupełnie amerykanina, tembardziej że wstręt i trwoga jaką ją przejmował, wzrosły jeszcze żalem za czas stracony.
Baronowa zaprzysięgała że byle Rolina dłużej w Nicy pozostać mogła na tej samej stopie, znajdzie nie jednego ale dziesięciu o jej rękę się ubiegających.
I ona wierzyła w to, tak jak wierzyła w siebie. Poczęły więc razem się pokazywać w teatrze, na przechadzkach, na reunionach i za pośrednictwem baronowej robić znajomości.
Tłumem zaczęto otaczać piękną pułkownikównę. Jednakże pomimo iż najżywsze okazywano nią zajęcie, choć zalecali się mnodzy, nic się na seryo nie zwiastowało...
Keperau nie była zniechęconą; podług niej lada chwila coś się musiało objawić. Tymczasem z Boehmową zaczęły się sprzeczki, utarczki, kwasy i skończyły na postanowieniu jej powrócenia do Wiednia.
Trochę roztrzepana życiem pustem Pepi, może żałowała że je zmienić musi, ale kochała matkę i wierzyła w nią.
Przyszłość więc dla Roliny nie zbyt się ja sną obiecywała. Do potrzeb elegancyi zbytkownej, której wymagania w Nicy były daleko większe niż w niemieckim Wiesbadenie, przybyła niebezpieczna fantazya walki z losem — w Monaco.
Rolina raz tam zajechawszy przez ciekawość, postawiwszy luidora i wygrawszy kilkaset franków, zaczęła wierzyć że ma szczęście i że powinna wygrać krocie.
Wprawiło ją to w goryczkę.
Pojechała raz drugi i trzeci, przegrała parę tysięcy, a że wiele z własnego kapitału roztrwoniła, przy tej namiętności groziły jej zawikłania, długi, niedostatek...
Najdziwaczniej w świecie Rolina to rozpaczała, to roiła rachując na jakieś cuda, na swoją gwiazdę, na szczęście nadzwyczajne. Ze smutku przechodziła do gorączkowej wesołości...
Zaledwie drzwi się zamknęły za Boehmową, gdy, po chodzie szybkim, nierównym i stukających korkach, Rolina poznała nadchodzącą przyjaciółkę.
Stara baronowa była tu nie gościem ale całodzienną załogą. Nie mieszkały wprawdzie razem, ale od rana do wieczora były z sobą.
Wpadłszy do saloniku i zastawszy Rolinę w kącie kanapy, nadąsaną, z brwiami ściągniętemi, Keperau przyskoczyła do niej z niepokojem i troskliwością.
— Kochanko! cóż ci to jest?
Rolina palcem wskazała na górne piętro. Rozumiały się.
— Z tą kobietą niema sposobu wyżyć, nie, musimy się rozstać.
Baronowa stała zdziwiona i zadumana chwilę. Zdała się jej ta wiadomość nie bardzo przyjemna; była znużona już pobytem w drogiej Nicy i lękała się aby cały ciężar opiekowania się pułkownikówną nie spadł na nią.
— Możeż to być? — szepnęła.
— Nie może ale musi! Ona mi zatruwa życie, wymaga nadzwyczajnych rzeczy, chce mną rządzić. Pepi nudzi mnie wisząc nieustannie przy nas.. Raz trzeba to skończyć.
Keperau dumała.
— Jest-że to tak nieuniknione?
Rolina wstała z kanapki i zbliżyła się do baronowej, obejmując ją.
— Droga moja, jutro... ty mi tę łaskę zrobisz i przeniesiesz się do mnie. Sama pozostać nie mogę.
Lubiąca niezależność, mająca swe nawyknienia, nieznosząca w życiu kontroli, baronowa trochę zmięszana, uścisk jej oddała w milczeniu.
— Uspokój się, moje dziecko — rzekła — damy sobie jakoś rady. Mam nadzieję że niedługo będziesz czekała!
I ręką wskazała ku villi Maryi.
— Ale potrzeba... umieć się obejść z nim!
Drażliwy ten przedmiot, o którym Rolina mówić jeszcze nie chciała, niedługo zajmował żywy umysł pani baronowej, zwróciła się ku czemu innemu.
— Na liście przybyłych — rzekła — wyczytałam wczoraj imię księżnej von Hoh-Winterburg i wnuka jej Rudolfa... z Wiednia.
Usłyszawszy nazwisko pułkownikówna drgnęła i zarumieniła się.
— Księżna, ja już dowiadywałam się o nią — dodała Keperau — ma być zrujnowana; jest to stary piękny ród, ale fortuna w gruzach...
— Księżna tu przybywa na zimę?
— Nie dla siebie — mówiła baronowa — dla biednego wnuka. Młody, śliczny chłopak, ale podobno skazany na śmierć suchotnik. Łudzą staruszkę że go klimat wyleczy; męczarnię mu tylko przedłużą. Widziałam go na pół siedzącego, pół leżącego przy starej, której głowa i ręce się trzęsą. Chłopak jak trup wygląda.
Rolinie zakochane w niej książątko przypomniało się żywo i wieczór u księżnej Matyldy — westchnęła.
— Widywałam go w Wiedniu — odezwała się — ale był tak młodziuchny i tak się zdawał świeży, zdrów...
— Tak, to kwitnące zdrowie w młodości, często jest tylko przededniem choroby i śmierci — dodała baronowa — kwiatki najładniejsze najprędzej więdnieją.
Pułkownikówna dumała nad tem jakie dziwne losu zrządzenie, jedną z jej ofiar tu ściągnęło?
— Szkoda chłopca — mówiła dalej nieznużona plotkarka. — Rozpowiadają o nim, o ich rodzinie, o starej księżnie bardzo dramatyczne historye. Ojciec jego dla jakiejś szalonej namiętności, zakochawszy się w aktorce, stracił dla niej majątek a podobno i życie. W synu krew się jego odezwała... Mówią że chłopak, którego babka troskliwie strzegła, także zawczasu zakochał się szalenie w jakiejś piękności, dla niego niedostępnej, i że to chorobę rozwinęło...
Zaledwie dostrzeżono pierwsze jej objawy, gdy już lekarze uznali za nieuleczoną. Biedna staruszka tu go, ze słabą nadzieją iż powietrze i nowe wrażenia uleczyć mogą, przywiozła... Ale dosyć spojrzeć na niego... dnie policzone!
Milcząc słuchała Rolina opowiadania, miałoż ono jaki związek z tem uczuciem jakie jej książę Rudolf okazywał, byłażby ona winną?
Baronowa swoim zwyczajem natychmiast zwróciła rozmowę.
Pomiędzy kobietami tego powołania co ona, jak między gastronomami są dwa temperamenta różne — żarłoki i smakosze. Keperau liczyła się do kategoryi pierwszej. Potrzebowała na przeżywienie się wiadomości, plotek, znajomości, wypadków, nowin jak najwięcej. Nie lubowała się jak inne jednym przedmiotem, smakując, wysysając, rozbierając go aż do kosteczek; pożerała co napadła aby dużo... Nic przykrzejszem dla niej nie było, nad spotkanie się z wieścią, nieco już zwiędłą, która do niej w porę nie doszła. Musiała wiedzieć o wszystkiem, chociażby mniej dokładnie, i być pierwszą placówką społeczeństwa najdalej wysuniętą.
Nie starczyła też jej jedna Rolina, choć do niej prawdziwą słabość miała.
Gdyby nie to że ją własnoręcznie za mąż wydać chciała, co ją tu jeszcze trzymało, dawnoby pewnie uciekła gdzieindziej za nowem, bo w Nicy znała już wszystko, wszystkich, i zaczynało jej braknąć pokarmu.
Książę Radjan całkowicie przez nią zbadanym i zużytkowanym nie był jeszcze, ku niemu zwracały się teraz jej ciekawe wejrzenia. Wiedziała o nim tylko tyle ile przez cicerone dopytać mogła, który rozpytywał Saszę. Ale od starego sługi, wynoszącego pana pod niebiosa, a z trudnością mówiącego złamanym obcym językiem, nie wiele było się można dowiedzieć.
Sasza powtarzał że książę był carów gruzyjskich potomkiem, rodu panującego niegdyś ostatnią gałązką, milijonowym panem i zupełnie sobą rozporządzał, będąc pełnoletnim.
Pani Keparau o to carstwo in partibus nie wiele chodziło, daleko więcej o miliony, a stopa na jakiej dom młodego księcia był utrzymany, szafowanie pieniędzmi hojne, dowodziły że był w istocie magnatem.
Dla niego jednego wynajęta była cała villa Marya, oprócz starego Saszy, który nic nie robił i patrzał tylko jak drudzy próżnowali, było dwóch służących, groom, kucharz, woźnica, bo książę trzymał parę koni i wierzchowca. Płacono wszystkim dobrze, a w domu rozrzutność była pańska i słowiańska. Baronowa słyszała od bankiera, że książę Radjan miał kredytywę na sto tysięcy franków.
Ci co znali jenerała Piotra Maksymicza, tak samo od niego się mogli dowiedzieć że książę Platon był dziedzicem olbrzymiej fortuny.
Co się tyczy człowieka, niepotrzeba było przebiegłości i doświadczenia baronowej aby się na nim poznać. Była to natura szczera, otwarta, młoda, gorąca, gwałtowna nieco i despotyczna, jak są ludzie do rozkazywania od dzieciństwa nawykli, ale cała na dłoni i nie cierpiąca ani przymusu ni fałszu. Widziano go biegającego ciekawie, unoszącego się, głośno wywołującego swe zachwyty, spragnionego życia, jakby po raz pierwszy usta jego dotknęły dotąd niedostępnej czary.
Książę Platon nie raz się już spotykał z Roliną, okazując jak wielkie na nim piękność jej czyniła wrażenie. Starał się do niej zbliżyć, lecz właśnie postrzegłszy to pułkownikówna udawała dumną i nieprzystępną.
Książę Platon podobał się jej bardzo, powierzchowność miał pańską, twarz wdzięczną, wejrzenie namiętne, wszystko mówiło za nim; lecz po doznanym zawodzie Rolina chciała być ostrożną... lękała się już przedwczesnych nadziei.
Keperau, osoba doświadczona, przebiegła, która w zapale księcia Platona, w jego uniesieniach, w gorączce która od niego buchała, widziała gwałtowność pierwszych wrażeń i lękała się ażeby one nie ostygły, aby księciu nie spowszedniał ten świat którym się zachwycał, była za tem ażeby kuć żelazo póki gorące. Namawiała Rolinę aby nie zanadto zwłóczyła znajomość. Wiedziała z góry że na tę rybę złotą zastawionych sieci będzie mnóstwo, tem niebezpieczniejszych że nie na osobę jego, ale na majątek wymierzone zostaną, a pierwszy wybuch młodzieńczy zagaszą.
Pułkownikówna nie słuchała rady, ufała w to iż sama najlepiej pokieruje wielką sprawę własnego losu. Nie chciała być nawet posądzoną że goni za kimkolwiek, pragnęła zmusić aby się o nią dobijano, a zdało się jej że potrafi do tego doprowadzić.
I ona jednak nazbyt zwłóczyć nie mogła, środki się wyczerpywały, przyszłość stawała groźna.
Zapowiedziany wyjazd Boehmowej, zwiększając troskę, zgryzł ją i zasmucił, czuła się znękaną Rolina i zapragnęła rozrywki. Nie wiedziała jak dzień spędzie aby uniknąć spotkania z Pepi i jej matką.
— Baronowo moja — odezwała się wstając — zrób mi jeszcze ten jeden tylko raz łaskę, jedź ze mną do Monaco...
Keperau pogroziła jej.
— Tylko jeden, ostatni tysiąc franków! Jeżeli szczęście nie posłuży, daję słowo — na tem koniec.
Zawahała się baronowa.
— A! despoto ty mój! jakże tobie można czego odmówić? — rzekła. — Nie chcę sobie mieć do wyrzucenia żem ci się zgrać dopomagała, ale tak pięknie prosisz! ten jeden raz! Dziś mi wyglądasz tak smutną i bladą, żal mi cię. Czekaj na mnie, biegnę suknię przemienić i za kwadrans jestem z powrotem... Za pół godziny odchodzi pociąg.
Rolina także skwapliwie ubrać się pobiegła. Podróżną tualetę wybrała nadzwyczaj smakowną, o której wiedziała że jej była do twarzy, kosztowną razem aby wydawać się panią, choć tego nie potrzebowała, bo piękność ją nią czyniła. Cierpienie i rozdrażnienie dodawały jej ognia i blasku.
Nie dowiadując się nawet o Boehmowę zbiegła Rolina, ubrana już i czekała w ganku na Keperau, która nowe loki przypiąwszy, przytoczyła się zdyszana.
Pieszo musiały przechodzić około willi Maryi, właśnie w chwili gdy książę Radjan stał na ganku.
Baronowa swoim krzykliwym głosem, zaczęła narzekać na to że się na pociąg do Monaco spóźnić gotowe.
Usłyszał to książę Platon, a chociaż nie miał wcale zamiaru jechania do Monaco, dokąd go nic nie ciągnęło, posłyszawszy że panie się tam wybierają w mgnieniu oka postanowił gonić za niemi. Szło mu koniecznie o poznanie się z sąsiadka.
Był ubrany, schwycił tylko dobrze banknotami napełniony pugilares, cygara, panamę i skoczył do gotowego powozu, rozkazując pędzić na stacyę.
Tu trafił tak w porę, że w chwili gdy Rolina z baronową do coupé pierwszej klasy siadały, mógł się prawie gwałtem wcisnąć za niemi.
Pułkownikówna, która właśnie sobie wybierała miejsce w cieniu, chroniąc się od słońca, zwróciwszy się, z wielkiem podziwieniem, zarumieniona ujrzała księcia przed sobą, witającego ją z uszanowaniem. Pierwszy to raz spotykali się tak blisko. Keperau tak była tem uszczęśliwioną, iż o mało się nie zdradziła.
Przypadek czy rachuba? Książę Platon siadł na słońcu, ale naprzeciw Roliny. Keperau modliła się tylko aby nowy jaki natręt nie popsuł im tego pożądanego tète à tète.
Znajomość bliższa z Roliną zdawała się teraz nieuchronną.
Wprawdzie Rolina uparcie patrzała w okno, ale książę Platon na nią, a wlepiał w nią oczy z takim zachwytem młodzieńczym, naiwnym, gorącym, że baronowej serce rosło.
— Nie ulega wątpliwości — rzekła w duchu — że gonił za nami. Miałam doskonałą inspiracyę mijając willę mówić głośno o pociągu do Monaco.
Świśnięto — ruszali nareszcie.
Książę siedział jak posąg, Rolina patrzała w stronę, aby wejrzenia jego nie spotkać. Keperau uznała właściwem wywieść ją z tego osłupienia, zadała pytanie i zmusiła główkę zwrócić. Kilka słów wymówionych półgłosem, na które książę czyhał, dały mu zręczność wmięszania się ostrożnego w rozmowę. Wtrącił coś obojętnego o okolicy, krajobrazie, o morzu.
Rolina zdawała się nic nie słyszeć, ani chcieć odpowiadać, ale baronowa śmiało obróciła się do księcia. Wymienili parę frazesów, pierwsze lody były przebite.
Natychmiast książę Platon zwracając się do pań obu — odezwał się:
— Bardzo jestem szczęśliwy ze mnie traf do pań zbliżył, których jeżeli się nie mylę, jestem najbliższym sąsiadem. Zajmuję obok Euzebii, willę Maryę... i mam honor, w braku kogoś coby mnie im mógł przedstawić — sam się zaprezentować — Platon Radjan...
Pragnąłem dawno...
Keperau przerwała żywo.
— Kobiety same, bez męzkiej opieki, zmuszone są bardzo krąg swych znajomości ścieśniać...
— Natrętom, jak pani widzi, trudno się opędzić — rzekł śmiejąc się Platon. — Choćbym miał na to zasłużyć, aby mnie panie do nich zaliczyły — musiałem się im przedstawić. Pragnąłem dawno mieć to szczęście...
Spojrzał na Rolinę, której wzrok prześliznął się przed jego oczyma jak błyskawica, a był nabity jak baterya elektryczna, która ma minę podpalić.
Ona nie odzywała się dotąd ni słowa. Myślała jak ma rozpocząć rozmowę, rachowała! Keperau kipiała z niecierpliwości aby przejazd nie długi do Monaco został należycie zużytkowany.
Milczenie ją niepokoiło.
O ile mogła oczyma podbudzała Rolinę, która zdawała się nie chcieć tego zrozumieć.
Książę Platon był wielomowny, unosił się nad pięknościami tego kraju, mówił o tym z którego przybywał, dowcipował wesoło i spytał w końcu pułkownikównę, czy to czarodziejskie wybrzeże w jej oczach nie miało wdzięku.
— A! przeciwnie — odpowiedziała Rolina spokojnie i poważnie — jestem wielką miłośnicą piękności natury, ale od kilku miesięcy patrząc na ten śliczny kraj, już się obyłam z jego wdziękiem, pierwsze wrażenie się zatarło. Spokojnie nasycam się jego pięknościami.
— Ja ich używam z całą gorączką człowieka, który marzył tylko o nich, a rzeczywistość przeszła jego marzenia — rzekł książę. — Jestem szczęśliwy, i nie radbym ostygnąć!
Rolina westchnęła.
— Kto niema trosk innych, może się swobodnie napawać naturą.
— Ja, nie mam, dzięki Bogu, żadnych — zawołał Platon — młody jestem i, jak ptak swobodny... ale jak ptak co raz pierwszy wyleciał z klatki.
Keperau się wmięszała.
— Ja, stara — rzekła — takbym się gotowa zachwycać księcia zapałem i szczęściem, jak książę naturą. Rzadka to rzecz widzieć człowieka szczęśliwego.
Platon śmiał się.
— Zaręczam pani — wykrzyknął — że w tej chwili, mogę się nazwać i jestem najszczęśliwszy z ludzi.
Spojrzenie na Rolinę nadało temu obcesowemu wykrzyknikowi wielkie znaczenie. Pułkownikówna roztargniona patrzała w okno...
— Jeżeli panie nie widziały Monaco, i jadą go oglądać — mogę je zapewnić że będą zachwycone. Daleko jest piękniejsze od Nicy i jej okolic.
Rolina mu przerwała śmiało.
— O! ja wprost tylko jadę do zielonego stolika, szczęścia próbować!
Książę Platon cofnął się zdziwiony.
— Jakto? pani? pani byś mogła doznawać jakiej przyjemności w grze? A! to nie do wiary!
— W walce z losem! — podchwyciła Rolina — ale dla czegóż nie?
Platon ramionami poruszył.
— Rozumiem walkę z losem — rzekł — ale nie o złoto.
— Na nieszczęście — ono jednak wyraża wszystko na świecie, jestto weksel na — to co życie dać może.
— Co życie dać może kupionego — zawołał Platon — lecz jaką wartość ma szczęście kupione?
Pułkownikówna zarumieniła się mocno.
— Zmieńże książę świat i uczyń go niesprzedajnym.
Zamilkł trochę zasmucony młodzieniec.
— Być może — dodał — że ja dotąd mało znam świata, i na tę jego stronę wstydliwą nie patrzę umyślnie, aby smaku do życia nie tracić.
— Zresztą — poprawiła się Rolina spoglądając śmielej na Radjana, który jej z oczów nie spuszczał — walka z losem jest rozrywką dla tych co innej nie mają.
— Jakto? W Nicy pani brak rozrywek?
— Na roztargnieniach nie zbywa, prawdziwej rozrywki mało. Myśmy tu prawie obce, znajomości mamy nie wiele, a te kilkogodzinne!
— Lecz z tych krótkich czasem — przerwał książę — zawiązują się trwalsze stosunki.
Rolina potrząsnęła główką i poprawiła zasłonkę, trochę twarz odkrywając.
— Rzadko się to zdarza, i rachować na to tak trudno, jak na wygranę w Monaco.
Nastąpiło milczenie i pogoń wejrzeń, które się krzyżowały, uciekały i z sobą spotykały. Keperau zapytała czy książę długo tu bawić zamyślał.
Radjan odpowiedział że sam jeszcze nie wie, ale tak się czuje szczęśliwym w tem powietrzu, zieleni, wiecznej wiośnie, iż gotówby pozostać na zawsze.
— Na zawsze niepodobna — przerwała Keperau — bo w maju nikt tu w świecie wyżyć nie może. Wiosna jest w zimie, ale za to latem jak w piecu.
— Książę — dodała trochę złośliwie Rolina — właśnie dlatego że się tak zachwycasz tym rajem, zdaje mi się znużysz się nim prędko. Gwałtowne uczucia są krótkotrwałe...
— O ile siebie znam — odparł Platon — jestem bardzo wytrwałym, choćby w najgorętszem uniesieniu. Lata mogą mnie spalić na węgiel, ale nie ostudzą...
Pułkownikówna przerwała rozmowę, po niebezpiecznej toczącą się pochyłości.
Mówiąc o rzeczach obojętnych, przypatrując się krajobrazowi, dojechali w ostatku do Monaco. W ciągu podróży Keperau bardzo zręcznie przyjaciółce dopomagała. Rolina w początku niedostępna i dumna, jakby ulegając wrażeniu mimomolnie, z wielkim kunsztem, stopniowo się rozweselała, stawała swobodniejszą. Książę mógł sądzić, iż towarzystwo jego tak szczęśliwie skutkowało.
Dziwna to była natura kobiety, którą rozmysł i rachuba nawet naówczas rządziły, gdy chłodne serce się trochę poruszyło w piersi. Każda prawie nowa znajomość działała na nią tak, że ją w błogie, acz krótkotrwałe wprawiała marzenie. Czuła coś jakby przedsmak uczucia, które nigdy nie przychodziło. Po tych preludjach sentymentu, wprędce górę brała głowa, fantazya i przemagały rachuby zimne. Serce nie rozkołysane, uspakajało się i stygło.
Dnia tego Rolina była także pod wrażeniem nowości. Piękny, sympatyczny, żywy młodzieniec zajął ją, zapragnęła być przez niego kochaną, chciałaby się była może sama w nim pokochać — nie miała serca!
W Monaco książę pierwszy wyskoczył z wagonu, pomógł wysiąść paniom, prosił o pozwolenie towarzyszenia im, za które — nie odrzucając — podziękowano.
Poszli więc razem.
— Ja sam nie grywam nigdy — oświadczył książę — ale mogę być pani krupjerem, kasjerem, rachmistrzem, czem pani każe.
W milczeniu przyjmowano jego usługi. Książę nimby weszły do salonu gry, chciał im pokazać śliczny ogród, widoki z niego i wszystko co tu sztuka zrobiła dla oczarowania a przyciągnięcia do — przepaści.
Rolina się sprzeciwiła, gorączka gry ją paliła.
— Nie, nie, mości książę — zawołała — ja naprzód muszę moje tysiąc franków przegrać. Są to ostatnie które postanowiłam rzucić w paszczę fortunie...
Chodźmy...
Posłuszny Platon skłonił się i podał rękę. Była to godzina w której napływ gości największym bywa. Stoły gęsto zbitym tłumem otoczone przedstawiały ten straszny obraz ludzi roznamiętnionych, nieprzytomnych, zapominających przeszłości swej i przyszłości, z całą rozmaitością wyrazów jakie namiętność na każdej twarzy wyciska inaczej; w każdym temperamencie rysując się odmiennie. Starzy, młodzi, szczęśliwi, przybici, rozgrzani, zdrętwiali, osłupieni rozpaczą, cisnęli się do tego stołu szczęścia, przy którym kilku bladych, zobojętnianych, przemienionych w machiny ludzi, zagarniało i odsuwało złoto...
Odegrywał się tu ten znany dramat stary, którego piąty akt przewidziany jest zawsze, a w którym każdy skazany, siebie sądzi wyjątkową istotą i sam jeden poi się nadzieją.
W milczeniu grobowem, przerywanem monotonnem — rien ne va plus — po którem następuje cisza głębsza jeszcze oczekiwania, słychać brzęk złota, szelest papierów, westchnienia, szmer, ciszę znowu. Jak trup blady, chwiejąc się na nogach odchodzi gracz, który już nic do postawienia nie ma, przeciska się nie widząc nikogo, idzie sam nie wie dokąd.
Zdala dostrzegł książę Radjan, starego jenerała Piotra Maksymicza, który siedział ponury zadumany, nad rulonikiem ostatnim.
Rolina wchodząca dumnie, potoczyła wzrokiem i zbladła. Musiała się zeprzeć na ramieniu księcia, lekki okrzyk wyrwał się z jej ust, zdawała się bliską omdlenia...
W sali było gorąco...
Naprzeciw za stołem siedział, niepozornie ubrany, z twarzą pomarszczoną, z oczyma dziko pałającemi Don Esteban.
W chwili gdy go Rolina zobaczyła, i on podniósł wzrok, poznał ją, drgnął! natychmiast wstał od stolika.




XXII.

Baronowa, która amerykanina nie znała, a z upięknionych i retuszowanych fotografii jego, ani go poznać, ani domyśleć się mogła; widząc cofającą się i chylącą Rolinę, nie umiała sobie tego wytłumaczyć inaczej, tylko chyba zręcznym manewrem dla obudzenia w księciu współczucia.
Książę Radjan również się zdziwił, gdy pułkownikówna, ocuciwszy się, pod pozorem gorąca, którego znieść nie mogła, zażądała wyjść na terasę, ku ogrodowi.
Widząc ją zbladłą i zmienioną, Platon natarczywie się dopytywał, czyby służyć czem nie mógł.
Ona sama nie wiedziała co ma zrobić z sobą. Zostać? uciekać? Nie mogła ani towarzyszowi swemu się wytłumaczyć, ani baronowej przy nim wyznać co ją tak strwożyło. Oczy tylko przestraszone, obłąkane zdradzały cierpienie.
Doprowadziwszy ja do ławki w cieniu, książę, gdy mu szepnęła że chce sama pozostać, oddalił się oznajmując baronowej, iż na galeryi niedaleko czekać będzie na rozkazy.
Keperau niecierpliwie wyglądała odejścia jego, aby Rolina wytłumaczyła jej co się stało. Ale przerażona jeszcze widokiem tego człowieka, właśnie w chwili gdy zjawienie się jego mogło wątły wątek zasnuty tak szczęśliwie rozerwać, Rolina nie mogła przyjść do siebie długo i przemówić słowa.
Serce jej biło z niewypowiedzianą trwogą, chciała uciekać, obawiała się pogoni.
— Baronowo! — zawołała głosem słabym — amerykanin! człowiek ten... oszust, co był moim narzeczonym, jest tu! Widziałam go.
Keperau ręce podniosła nad głowę i załamała.
— Widział cię?
— A! tak! niestety...
— Wracajmy natychmiast do Nicy! jedźmy! uciekajmy!
Ze spuszczonemi i wlepionemi w ziemię oczyma, pułkownikówna długo nic nie odpowiadała, jakby w ustach jej słowa zamarły.
— Uciekać! — zawołała nagle — pogoni za nami. Nie! widział mnie, choćby nie wiem ile to kosztowało, raz z nim potrzeba skończyć.
Ławka na której siedziały, zbyt była blizką pałacu gry, Rolina wstała energicznie zbierając całą siłę i powoli iść zaczęła szukać miejsca, w któremby nieuchronna z tym człowiekiem rozmowa, nie zwracała oczów przechodzących...
Zaledwie uszły kilka kroków, gdy żywy chód dał się słyszeć za niemi. Pułkownikówna uczuła, domyśliła się nadbiegającego don Estebana... Zatrzymała się z mocnem postanowieniem stawienia mu czoła, śmiało. Gdy się to działo książę Radjan, który na galeryi stojąc, nie spuszczał z oka ławki i widział panie wstające z niej, zobaczył też amerykanina wybiegającego z sali, oczyma niespokojnemi szukającego kogoś. Jakieś przeczucie tknęło księcia Platona, poczuł z wolna w ślad iść za nim.
Przekonawszy się że w istocie gonił za temi paniami, a one oczekiwać się zdawały na niego, zatrzymał się książę. Serce mu uderzyło zazdrością, chociaż człowiek ten, który ją budził, nie zdawał się wcale godnym aby go za niebezpiecznego wziął rywala.
Zawsze brzydki, don Esteban teraz więcej był zdziczałym, zaniedbanym, ogorzałym, niż na wiedeńskim bruku. Postawa ani strój nie dozwalały przypuszczać, aby do lepszego towarzystwa należał. Na twarzy, w ruchach poznać było łatwo śmiałego awanturnika, tej nieokreślonej klasy średniej, która pozorną i niezgrabną ogładą okrywa z trudnością pochodzenie swe z gminu.
Dawniej amerykanin umiał udawać szorstkiego, rubasznego obywatela drugiej półkuli, teraz, jakby już nie potrzebował zmuszać się do przybranej roli, występował napiętnowany zuchwalstwem oszusta bez wstydu. Strój jego podróżny, wyszarzany, pomięty, był lichy i ubogi, w rysach twarzy malował się niepokój zbiega, który się ściganym czuje. Oczy latały groźne i bojaźliwe razem, a ręka drgała, jakby szukając rewolwera na obronę.
Takim go teraz, po długiem niewidzeniu, zmienionym straszliwie, ujrzała zrozpaczona Rolina.
Gonił za nią roznamiętniony, dziki, z uśmiechem złym na ustach.
Zdyszany stanął przed nią.
— Ja właśnie jechałem do Nicy — zawołał głosem schrypłym i znużonym, nie zważając na przytomność nieznajomej baronowej. — Bardzo mi przyjemnie.
Chciał się zbliżyć, Rolina cofnęła się zmarszczona.
— Sprawa moja niezupełnie ukończona — dodał — ale się zbliża do końca — rychło... rychło! Tu lub we Włoszech, wypadnie.
Wpatrywał się w tę groźną piękność, która go mierzyła wzrokiem piorunującym, i głos, z początku śmielszy, słabnąć zaczął.
— Pan o tem wiesz oddawna — sucho, dumnie przerwała Rolina — że pomiędzy nami wszystko zerwane, skończone. Zawiodłeś pan zaufanie moje, zostałam oszukaną, poniosłam straty, znać was nie chcę!! Znać nie chcę... Idź pan odemnie!
Roliny głos drżał i pełen był wstrzymywanego płaczu, cofała się mówiąc, chwytała rękę baronowej, oglądała do koła. Amerykanin zamilkł, ale wzroku z niej nie spuszczając, patrzał coraz namiętniej i zuchwalej.
— Ja słowo wasze miałem, mam i nie zwalniam z niego — krzyknął głośno. — Wszystko się wyjaśni... Kto się dla kogo poświęcił i doznał zawodu, ja nie wiem. Tułam się z waszej przyczyny. Gdzieindziej byłbym bezpieczny. Potrzeba było do Włoch przyjechać. Wszystkoby się skończyło...
Mówił słowami urywanemi, bez związku, i z trudnością zdobywając się na jakieś usprawiedliwienie.
— Dość tego — zawołała Rolina — mówiłam i powtarzam panu że go znać nie chcę. Jesteś pan obwinionym, ściganym, nie oczyściłeś się. Splamionemu człowiekowi nie podam ręki!
Odwróciła się chcąc uchodzić i tuląc się do baronowej, oczyma szukała dokoła czy nie stanie kto w jej obronie od tej napaści.
Amerykanin gdy się poruszyła, rzucił się za nią.
— Myślisz pani — zawołał — że ja, ja, poświęciwszy dla niej wszystko, dam się potem jak pies precz odpędzić! Pani mnie nie znasz! Z tą waszą sprawiedliwością, sądami i z wami dam sobie radę. Mnie nie ujdzie to co mojem być powinno!! Nie. Dla tej pasyi wpadłem w kałużę, ale z niej wybrnę, a gdybyś do klasztoru nawet skryła się przedemną, i z niego cię dobędę! Nie ujdziesz mi, będę ścigał, musisz być moją!
Podniósł rękę, jakby uchodzącą chciał pochwycić; Rolina krzyknęła, w bok się rzucając.
Ks. Radjan, który zdaleka całą tę sceną widział nie mogąc jej zrozumieć, zobaczywszy uciekającą Rolinę, goniącego ją człowieka, rzucił się natychmiast na ratunek. Ale pośpieszne kroki nadbiegającego posłyszawszy Don Esteban zląkł się i wskoczył w bok w zarośla, krzyknąwszy znacząco Rolinie:
— Do widzenia!
Ks. Platon nadbiegł właśnie, gdy osłabła ze wzruszenia pułkownikówna, zwieszona na ramieniu baronowej traciła przytomność; a Keperau siliła się ją utrzymać aby nie padła. Sceny tej nie umiejąc sobie wytłumaczyć książę, przybiegłszy pytał co ma robić i czy ścigać trzeba napastnika.
Rolina rozbudzona z omdlenia głosem jego i trwogą dała znak przeczący...
Stali tak chwilę w milczeniu, gdy pułkownikówna odezwała się do Platona.
— Mości książę ponieważ los zrządził że ciężar opieki nademną chwilowo na was spada... proszę, prowadźcie mnie gdziebym spocząć mogła — pierwszym pociągiem powracać muszę — tak się czuję słabą.
A po namyśle dodała cicho.
— Wypadek, którego książę byłeś świadkiem — wytłumaczę mu.
Platon tak był szczęśliwym iż los mu rolę opiekuna narzucił niespodzianie, zbliżając go do kobiety, którą tak poznać pragnął — iż w chwili pierwszego zapału — do największych ofiar był gotów.
Podał rękę zmęczonej i bezsilnej Rolinie i zwrócił się z nią do najbliższego hotelu, rozkazując otworzyć na dole salon i parę pokojów. Tu padła pułkownikówna na kanapę, a książę widząc że potrzebuje wypocząć sama, zostawił ją z baronową.
Rolina przez czas dosyć długi burzyła się, gniewała i płakała na przemiany, nie mogąc obmyśleć co począć.
Wiara w jakąś gwiazdę szczęśliwą wskazywała jej księcia, jak o zesłanego przez Opatrzność na obronę. Ale potrzeba było znaleźć sposób wytłumaczenia mu wypadku, tak aby w jego oczach nie postradać uroku.
Ten człowiek odarty, opalony, który tak zuchwale gonił za nią, krzyczał, odgrażał się, musiał mieć do tego jakieś prawa!
Po kilkakroć zwróciła się do baronowej z pytaniem:
— Co ja mu powiem?
Keperau nie śmiała nawet doradzać. Rolina po namyśle, przekonawszy się że kłamstwo wszelkie byłoby niebezpieczeństwem, postanowiła mówić prawdę, ubierając ja tylko z kunsztem sobie właściwym... Wypocząwszy, poszła do zwierciadła poprawić ubranie, i uprosiła baronowę, ażeby księcia wezwała.
Zastał ją już siedzącą w fotelu, bladą, ale śmiało patrzącą mu w oczy i uspokojoną.
— Mości książę — odezwała się, wskazując mu siedzenie przy sobie — czuję że mam ze szlachetnym człowiekiem do czynienia, muszę mu się wytłumaczyć... Byłeś mi pomocą, jestem obowiązaną i do wdzięczności i do szczerości...
Jestem sierotą, mości książę, po ojcu moim został mi majątek szczupły. Nie mając opieki, szukać jej musiałam w zamążpójściu.
Człowiek którego książę widziałeś, poznał mnie w Wiedniu, gdzie bywał w najlepszych towarzystwach i żył na pańskiej stopie. Spotykałam go, między innemi, i u księżnej Matyldy T. Zaczął naówczas starać się o moją rękę; olśniewał wszystkich jakiemiś bajecznemi milionami, miałam wstręt nieprzezwyciężony do niego, choć wszyscy — przyjaciele i rodzina zmuszali do dania mu słowa.
Uległam opłakując tę ofiarę, przyrzekłam mu że pójdę za niego.
Wesele odłożonem zostało aż do nadejścia potrzebnych świadectw i papierów; tymczasem amerykanin na którego padły szkaradne jakieś podejrzenia, okazał się awanturnikiem. Musiałam zerwać z nim, zniknął oddawna, ale prześladował mnie listami, na które nie odpowiadałam... Resztę wiecie, mości książę...
Rolina zakryła twarz rękami i płakać zaczęła. Jak wszystkie osoby nerwowe i fantazyą powodować się dające — łzy miała łatwe...
Wielkiego uczucia ludzie połykają boleść — ci co serca nie mają, wywieszają łatwo jego znamię.
Baronowa stojąca obok, dodatkami do opowiadania starała się w księciu obudzić współczucie, które i bez tego objawiło się nader gwałtownym wybuchem oburzenia i zgrozy.
Wstał pośpiesznie z krzesła, chwytając kapelusz.
— Mnie się zdaje, że, zapobiegając podobnym scenom i napaściom — zawołał — potrzeba go kazać przytrzymać. Lecę natychmiast.
Rolina głośnym wykrzykiem zaprotestowała.
— A! nie! nie... dajcie mu ujść, niepodobna aby się ważył mnie ścigać...
— Niech pani będzie spokojną — z rycerską gotowością przerwał książę — ja będę stał na straży, nie odstąpię jej na krok. Towarzyszę paniom do Nicy, to się rozumie samo z siebie, ale i tam, gdyby tego była potrzeba, mieszkamy w sąsiedztwie, ja i moja służba jesteśmy na zawołanie!
Rolina z wdzięcznem wejrzeniem podała mu rączkę, którą ucałował z zapałem.
— Będę najszczęśliwszy, jeśli mi pani uczynisz ten honor i pozwolisz czuwać na sobą. Wrócimy natychmiast do Nicy, a tam ja willę Euzebię ostawię strażą dokoła i sam nią będę dowodził. Ręczę za bezpieczeństwo pani.
Po półgodzinnem odpoczynku, dzięki opiece księcia, wszyscy oddychali swobodniej. Rolina blada była, smutna, wzruszona, lecz książę wzbudzał w niej takie zaufanie, iż trwoga zdawała się ustępować zupełnie.
Keperau rozpowiadała obszernie historyę przeszłości, tak ją przedstawiając aby heroinę w jaknajwiększym ukazać blasku. Sama ona zresztą umiała półsłowami tak żywo odmalować swą dolę, opuszczenie, zdradę której o mało nie padła ofiarą — że książę Platon pięknością jej już zachwycony, oczarowany — uległ urokowi tego tragicznego losu, kobiety tak nieszczęśliwej, a współczucia godnej. I on nabierał przekonania że przeznaczeniem jego było, znaleźć się w danej godzinie na jej drodze i zostać wybawcą.
Zapalał się tą rolą swoją, obrońcy uciśnionej niewinności.
Nim się napowrót wybrano do Nicy, baronowa na głód się uskarżać poczęła, chciała kawałek chleba przekąsić. Książę pobiegł i kazał podać obiad, na jaki hotel się mógł zdobyć, z całą wykwintnością człowieka do zbytkownego życia nawykłego.
Przy stole ożywiona i coraz poufalsza toczyła się rozmowa, wracała powoli wesołość.
Wypadek ten, istotnie cudowny, nagle zbliżył do siebie nieznajomych przed chwilą, odsłonił przeszłość, tajemnice, i postawił w tym stosunku, do którego w zwykłem życiu po upływie kilku miesięcy zaledwie się dochodzi.
Wszystko to wydawało się ks. Platonowi i Rolinie zarówno opatrznościowem. Przeznaczenie czynnie i widomie się objawiało.
Serce Roliny, zaschłe, wystygłe, martwe, poruszało się nieznanem oddawna uczuciem wdzięczności i sympatyi dla pięknego swojego wybawcy... Książę tak gotów do poświęceń, tak gorący, tak już widocznie rozkochany, wydawał się jej bohaterską postacią.
Sparta poufale na jego ręku, jak gdyby od wieków się znali, pułkownikówna przeszła na stacyę i pod strażą jego troskliwą do Nicy powróciła.
Nie wstępując nawet do swej willi, książę natychmiast, z obawy aby amerykanin się tu nie zjawił, powołał służbę swoją i kazał jej zająć dół i sutereny willi Euzebii.
Wydał najsurowsze rozkazy, aby nikomu obcemu zbliżyć się nawet nie dopuszczono.
Baronowa, położywszy Rolinę do łóżka, sama pobiegła na miasto, obmyśleć — po spoczynku — jak dalej ma prowadzić sprawę tak dziwnie a szczęśliwie rozpoczętą.
— Jeżeli się teraz za niego nie wyda za mąż — mówiła w duchu — to już chyba nigdy! Samo nieszczęście dla niej obróciło się na dobre.
Książę Platon w swojem mieszkaniu rozmarzony, niewymownie szczęśliwy, chodził wielkiemi krokami, nie mogąc się uspokoić. — Te oczy! te oczy! — powtarzał zadumany, i zatapiał się we wspomnieniach dnia ubiegłego.
— Bosko piękna!
W willi Euzebii Boehmowa i Pepi wybierające się w drogę, nie mogły zrozumieć co się stało Rolinie — i co się w willi działo... Wyjazd ranny wydał się im ucieczką od nich — powrót, choroba, rozstawienie straży około domu, wtargnięcie obcej służby — były dla nich niepojęte.
Chociaż służąca oznajmiła Boehmowej, że Rolina chora położyła się do łóżka, weszła stara do jej sypialni.
Nie doczekawszy się jednak ani słowa z ust na pół uśpionej, rozgorączkowanej pułkownikównej, która na pytania jej nie dała odpowiedzi, postawszy chwilę, odeszła z niczem.
Zachwiała się ze swym wyjazdem, przeczuwając tu jakąś zmianę, — coś czego ciekawą była, ale sobie wytłumaczyć nie mogła, czekała co jutro przyniesie.
Kufry stały popakowane, wszystko do wyjazdu gotowe. Noc upłynęła spokojnie, ale dokoła chodzące warty, Boehmowej oka zmrużyć nie dały.
Nazajutrz rano o zwykłej godzinie, Rolina się już ubierała.
Wczorajszy dzień na twarzy jej pozostawił ślady, ale duszy męztwo wróciło. Miała opiekuna, przyszłość się znowu uśmiechała.
Gdy Balbina weszła do niej, badające rzucając wejrzenia, czy nie zostanie powołaną aby została; dawna wychowanka zmierzyła ją tym samym wzrokiem zagniewanym co wczoraj.
— Cóż się to stało? — spytała Balbina — całą noc...
Rolina dokończyć jej nie dała.
— Nic się takiego nie stało, coby projekta wasze zmienić mogło. Nie żądam i nie potrzebuję żadnych ofiar i poświęceń dla mnie.
Rozstałyśmy się wczoraj, życzysz sobie do Wiednia powrócić, nie staję na zawadzie podróży.
Boehmowa miała też dumę swoją.
— Tak?? — odparła chłodno — a zatem, bywaj zdrowa! Bogdajbyś nigdy nie potrzebowała pomocy którą dziś gardzisz. Żegnam.
To mówiąc wyszła rozgniewana.
Pepi chciała koniecznie iść siostrę pożegnać, matka jej nie puściła.
Potem jak się ze mną rozstała — rzekła — nie powinnaś i nie możesz się z nią widzieć. Obraziła niewdzięcznica twoją matkę, odprawiając ją jak sługę, nie masz obowiązku żadnego dla niej.
Drżąc jeszcze z gniewu i wzruszenia, Balbina posłała po powóz, kazała zabierać kufry, wzięła za rękę, zapłakaną Pepi, i opuściła z przekleństwem na ustach willę Euzebię... Nim dojechały do stacyi rozpłakała się...
Rolina stała w oknie gdy powóz opakowany wyruszał — czuła że z nim cała jej przeszłość, wszystkie wspomnienia młodości, ostatnie węzły wiążące ją z rodziną — pękały. Dwie łzy, żalu czy niepokoju spłynęły po twarzyczce, starła je prędko. Wszystko było skończone. Potrzeba było nowe rozpocząć życie...
Przyszłość, chciała samej sobie być winną, Pepi i stara Balbina ciężyły jej jak kajdany.
Stała z temi myślami w oknie, za żaluzyą, oczyma nie widzącemi nic spoglądając w dal, marząc już o jutrze. Powóz się zwolna oddalał i zniknął na zakręcie ulicy. Zdało się jej że widziała główkę zakwefioną Pepi, która ku willi spoglądała.
Stojącą tak u okna zastała ją baronowa, która na dole dowiedziała się o odjeździe Balbiny i oburzona nazywała go — niewdzięcznością!
Myśli Roliny już innym biegły kierunkiem — rozważała jak ma się ubrać do księcia, który przyjść musiał.
Pierwsze słowo jej do baronowej było zapytaniem w tym ważnym przedmiocie. Zaczęły roztrząsać to zadanie z zajęciem najżywszem.
Pułkownikówna chciała się ubrać z jaknajwiększą skromnością i prostotą, Baronowa była zatem, aby wszelkich użyć środków, dla uwydatnienia piękności — za strojem bardzo modnym i wykwintnym.
Zdaniem Roliny w danym razie, zalotność zależała na tem aby nie okazywać się zalotną, wyrzec się niepotrzebnych kunsztów.
Pułkownikówna zwycięzko przy swojem zdaniu się utrzymała, a Keperau zgodziła się na nie, zaręczając że piękności jej niczem dodać nie można było blasku.
Poszły więc razem studyować tę prostotę i zaniedbanie, w którem Rolina wystąpić chciała.
Książę Radjan wahał się z początku czy miał dnia tego iść zaraz do willi Euzebii, lękał się ażeby to nie wyglądało jakby przychodził o podziękowanie należne się upomnieć. Chciał zdala tylko czuwać nad nią.
Dzień wczorajszy, pełen przygód, obfity we wzruszenia i niespodzianki — podbił go zupełnie. Uściski jej ręki, wzrok smutny, dowody zaufania, niezatarte zostawiły po sobie wspomnienia... Nie myślał już, nie marzył tylko o niej, żył z nią — był nietylko zakochany, ale oszalały. Młodość potęgowała to uczucie.
Chciał więc zrazu, okazać się delikatnym, bezinteresownym, nie narzucać jej gwałtownie, nie obudzać w niej obawy. Ale niecierpliwość rosła z każdą godziną, i po południu, uczuł się tak stęsknionym, iż wytrwać dłużej było dlań niepodobieństwem.
Wahał się, brał kapelusz, wychodził, wracał, spoglądał na zegarek, przekonać się starał sam siebie iż delikatność mogła być wytłumaczoną jako lekceważenie — i wyszedł.
Rolina równie niecierpliwa spodziewała się go zrana, baronowa pewną była także iż przybieży zaraz — obie się strwożyły nieco, nie doczekawszy się go. Miałżeby być tak obojętnym?
Nie wychodziły jednak nigdzie, Keperau z górnego piętra śledziła ruchy wszystkie w willi Maryi. Czekały.
Z należnem poszanowaniem, nad wieczór już książę kazał się Saszy zameldować. Stary sługa był tu na straży.
Przyjęto natychmiast gościa pożądanego. Rolina wybiegła na przeciw niego do saloniku, obie rączki wyciągając do niego.
— Tysiączne dzięki! — zawołała głosem wzruszonym — a! winnam wam tyle!
Spojrzała na niego! Oczy więcej jeszcze niż usta mówiły, młody książę nie władał już sobą, był podbity.
Keperau patrząca na powitanie z boku, mówiła w duchu.
— Niema ratunku — musi się poddać! Czarodziejka.
Uśmiechała się nieznacznie.
Rozmowa zaledwie potrąciwszy o tragiczny dzień wczorajszy, natychmiast przeszła na te ogólniki, któremi się tak doskonale mówi to czego jasno i wyraźnie wypowiedzieć nie można.
Jest to zawsze język początkującego uczucia lub bałamuctwa, które jego barwy przywdziewa, język, którym wobec stu osób, z pomocą oczów, mogą sobie dwie powiedzieć co chcą, nie rażąc nikogo, nie wtajemniczając słuchaczów.
Rozmawiano o niczem — a mówiono sobie wszystko — książę, który miał zabawić krótko, zasiedział się niechcący do zmroku.
Podano światło, podwieczorek, herbatę. Rolina się skarżyła że herbata w Nicy, angielskiego pochodzenia była nieznośną, przepraszała za nią. Natychmiast Sasza wykomenderowany do willi Maryi, przyniósł prawdziwą kiachteńską. W kwadrans potem posłano starego po książki.
Wieczorem umówiono się aby jednego z dni następnych wspólnie przedsięwziąć wycieczkę nad prawy brzeg Paillonu do St. André, do groty której Rolina nie widziała jeszcze i do zamku Tourette, z którego widok miał być cudowny na okolicę.
Znała go jedna tylko baronowa, z poprzedniego swego w Nicy pobytu.
Książę radził korzystać z pięknej pogody i chciał wycieczkę urządzić jaknajrychlej, podejmując się wszelkich do niej przygotowań, lecz Rolina przypomniawszy sobie amerykanina, z jakiejś obawy, prosiła aby przejażdżkę na później odłożyć.
Zwłoka ta dla Platona Entychjewicza nie była niemiłą, znaczyła owszem iż czas przed sobą mieli, który książę mógł na swą korzyść obrócić. Nie tęsknił wcale za grotą St. André, ani za zamkiem w Tourette.
Wieczór do późna upłynął na miłej, ożywionej, coraz poufalszej rozmowie, która dla słuchającej jej baronowej była niezrozumiałą, ale dla dwojga młodych tak zajmującą, iż się nie postrzegli jak godzina dziesiąta wybiła.
Książę pożegnał się z tą pewnością, iż jutro będzie tu pożądanym gościem i że powinien powrócić.
Żegnając potem baronowę, Rolina rozpromieniona szepnęła jej na ucho wyznanie, że była — zakochana!
— Droga moja! to źle! — zawołała baronowa. — Żadnej słabości! zmiłuj się! Bądź panią siebie — trzymaj go zdaleka.
Uwaga ta starej przyjaciółki niemal obraziła pułkownikównę — cofnęła się krok i potrząsła główka.
— A! — rzekła — mnie, mnie, mogliście posądzić iż się — zapomnę! Allons donc!
Nazajutrz złożyło się tak, że książę został na obiedzie.
W chwili gdy Roliny nie było w salonie, szepnął poufnie pani Keperau, że po rozwadze i namyśle czuł się obowiązanym pójść do prefektury i poufnie tam ostrzedz o pewnem podejrzanem indywiduum, włóczącem się po okolicy. Dał do zrozumienia iż przyrzekł nagrodę żandarmom, jeśliby oko mieli na tego człowieka, którego dał im rysopis.
W prefekturze miejscowej coś już o podobnym oszuście wiedziano.
Dowiedziawszy się o tem później Rolina od przyjaciółki — odetchnęła.
— Nieoszacowany ten nasz książę — odezwała się — pamięta o wszystkiem!
Za parę dni wycieczka do St. André miała przyjść do skutku.
Straże około willi, nadto bijące w oczy, zastąpił wkrótce Sasza siedzący w suterenach na dole, palący tam papierosy i biorący lekcye języka francuzkiego od młodej kucharki, która się nim bawiła. Stary bowiem, choć dla niego dawno pora przeszła do umizgów i zalotów, był zawsze galantem przy płci pięknej. Najlepszy humor panował w suterenach, ale kuchnia na tem nie zyskała.
Spokój powracał też i Rolinie, pewnej już że amerykanin oddalić się musiał i napastować ją próżno przestanie. Zaloty księcia szły przyśpieszonym biegiem, stosunki coraz były lepsze, zgodność charakterów i gustów okazywała się zdumiewającą. Keperau wykrzykiwała ciągle, że nigdy w życiu tak dla siebie stworzonych istot nie spotkała...
Dnie ubiegały żywo, nie rachowano się z niemi, gdy...
Było to rano. Rolina wstała ze snu rozmarzona, myśląc, jak zwykle, co dnia tego włoży, aby być dla niego jaknajpiękniejszą; na czem wczoraj przerwała rozmowę i do czego ją mogła dziś doprowadzić.
Do narady nad ubraniem miała powołać panią Keperau, która dała się namówić do zamieszkania na górze — gdy służąca weszła z listem w ręku i położyła go przy zastawionej na stole kawie.
Pułkownikówna, której fizyognomia listu nie podobała się, wzięła go ostrożnie, z pewnym wstrętem w paluszki, — gdyż wyglądał brudno jakoś, a ona się wszelką nieczystością brzydziła — i zapytała, zkąd pochodzi.
— Raniuteńko podsunął go podedrzwi jakiś człowiek...
— Nie postylion?
— Nie, poczty jeszcze nie było...
— A! to znowu jakaś żebranina! — zamruczała Rolina otwierając list.
Spojrzała nań, krzyknęła i padła na krzesło blada i strwożona.
Na grubej ćwiartce papieru stało znajomą jej ręką nabazgrane, co następuje:
„Nie sądź bynajmniej że pod strażą nowego twego kochanka, możesz się bezpiecznie urągać ze mnie. Mam w żyłach krew ogniem płynącą — kocham do szaleństwa, ale się mszczę, życie stawiać i życie odebrać gotów.
Nie będziesz moją, nie będziesz niczyją!
Śmierć wam obojgu. Wiem, że szukają mnie i ścigają, ale nie znajdą. Patrzę w okna wasze, wiem kiedy on wchodzi i wychodzi. Znajdę sposób pomsty krwawej.
Nie będziesz moją, nie będziesz niczyją. Ja o życie nie stoję“.
Powtórzone wyrazy, wielkiemi nieforemnemi wypisane głoskami, podkreślone były ze złością, czarnym pasem atramentu, jakby ręka co go na papier rzuciła, chciała tak nożem dwa przeciąć życia.
List upadający na ziemię pochwyciła baronowa, przeczytała go, porwała i wylękła, nie pytając Roliny, pobiegła z nim do willi księcia.
Książę Platon w rannym swym stroju siedział przy herbacie z gazetą w ręku, gdy Keperau wpadła jak burza i, nie mogąc przemówić, list przed nim na stół rzuciła, sama chyląc się na krzesło. Tchu jej brakło.
— Na miłość Bożą, wody! — krzyknęła głosem przerywanym. — Wody!
Służba rozpierzchła się na wszystkie strony. Książę przebiegłszy już oczyma list, zmarszczony, groźny, gotował się z nim wychodzić.
Keperau dyszała, patrząc mu w oczy.
— Wracaj pani, bądź spokojną i uspokój pannę Rolinę, natychmiast idę do prefektury... to dokument.
Dobra policya z papieru, mogłaby dojść miejsca gdzie się ukrywa... Żandarmerya jest niedbałą, niema bezpieczeństwa w Nicy! Idę do urzędu!
Uspokój pani Rolinę.
To mówiąc książę Platon, porzuciwszy śniadanie, jak stał śpieszył do prefektury. Keperau wolnym krokiem do przyjaciółki wróciła.
W willi Euzebii, po dniach bezpieczeństwa i odpoczynku, znowu zapanowały popłoch i trwoga.
W takim stanie rzeczy naturalnie, wszystkie zwykłe formy towarzyskie się zaniedbują... Niebezpieczeństwo usprawiedliwia, środki ochrończe wymagają nieustannego porozumiewania się.
Książę przybiegł wprost do willi Euzebii i pozostał w niej długo, poszedł się przebrać, wrócił i został dzień cały.
Męztwo jego, energia, spokój jaki okazywał, zaręczenia iż żandarmerya nadzwyczajne środki miała przedsięwziąć — dały odetchnąć Rolinie.
Dziękowała mu powtarzając, że póty czuje się bezpieczną, dopóki on jest przy niej. Platon też nie myślał odchodzić, a gdy późno w noc pożegnać był je zmuszony, zaprzysiągł iż czuwać będzie sam i cała straż bezpieczeństwa...
Dnia tego ręce ich prawie się nie rozplatały, oczy nie schodziły z siebie — poufałość rosła i — gdy baronowa wyszła z salonu, była chwila że główka znużona spoczęła zlekka na jego ramieniu.
Książę Platon Entychjewicz, ledwie nie błogosławił zuchwałego amerykanina.




XXIII.

Była wiosna rozwinięta już w pełni, wiosna południa jak lato gorąca, cała w wieńcach liści i kwiatów, w odurzających woniach, namiętna, rozszalała, rozpasana. Obok roślin bujających rozpustnie, okrywających kamienie, pnących się na mury — zwierz i człowiek wydawał s