Beniowski (Sieroszewski, 1935)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Nazajutrz rano otoczonych strażą wygnańców przeprowadzono przez bramę z drewnianą wieżą po zwodzonym moście na obszerny podwórzec forteczny do mieszkania naczelnika. Tam długo czekali w ciemnym przedpokoju, przysłuchując się głosom i skrzypom, dolatującym z głębi domu. Wreszcie drzwi od świetlicy otwarły się i na progu ukazał się Niłow w galowym, suto złotem szytym mundurze; za nim stał wyprostowany jak struna Norin.
— Baczność!... — rozległa się komenda.
Niłow zbliżył się do więźniów, uszykowanych w szereg po wojskowemu.
— Kto jesteś?... — spytał pierwszego z prawej strony.
— Baturin.
— Żołnierz?
— Tak. Pułkownik.
— Dosyć. Następny!...
— Beniowski...
— Jenerał polski? Co?
— Tak!...
— Niegdyś hrabia!? Co?
— Tak!...
— Jakże się tu dostał? — spytał Niłow wymijająco w trzeciej osobie i zwrócił czerwony nos w stronę Norina.
— Jeniec wojenny! — odpowiedział szybko Beniowski.
— Aaa!... Mamy tu już takiego? Jakżeto go zwać? Zapomniałem!
— Kazimierz Bielski, Wasza Wysoka Szlachetność! — podpowiedział Norin.
— Tak, tak! Kazimierz Bielski!... Dosyć!... Następny!...
— Winblath. Major szwedzki. Jeniec wojenny...
Gdy tak wszystkich obszedł, znowu stanął Niłow pośrodku sieni, ogromny, posępny, na tle jasności bijącej z otwartych drzwi świetlicy, dotknął ręką siwiejącego wąsa i mruknął z lekkiem zająknięciem:
— Tak!... Wszyscy więc byliście żołnierzami i nawet... oficerami!... Ale dla mnie teraz jesteście tylko krnąbrnemi i niewdzięcznemi dziećmi Jej Cesarskiej Mości, Miłościwej Pani Naszej Carowej Wszechrosji, przysłanemi tutaj z Jej rozkazu i woli na karę, pokutę i poprawę... Dlatego zapomnijcie raz na zawsze o waszej przeszłości, wyrzućcie z głowy pyszne myśli i szkodliwe filozofje, albowiem nie ścierpię ich!... Ułagodźcie zmącone dusze w pracy, w posłuszeństwie rozkazom przełożonych, w pilnem płaceniu podatków... A teraz idźcie do kancelarji, gdzie sekretarz Sudiejkin da wam szczegółową instrukcję waszych obowiązków i zachowania się!
— Więc wszyscy zostajemy tutaj!? — zapytał nieostrożnie Panow.
— Co?... Kto mówi?...
Lecz wygnaniec już zamilkł, szarpnięty gwałtownie przez Beniowskiego za łokieć.
— Ale, ale!... Gdzież znowu ten wasz Beniowski!? Który to mówił, że jest Beniowski? A to ty?! Dobrze!... Otóż raportował mi kapitan okrętu, że w czasie burzy, gdy on, raniony padającym masztem, utracił przytomność, miałeś objąć dowództwo statku i choć uczyniłeś to samowolnie, co nigdy na przyszłość dopuszczone być nie może, ale że zabiegami swemi ocaliłeś załogę, pocztę i majątek rządowy, więc wyrażam ci z tego powodu jednocześnie moją naganę i zadowolenie, oraz chwalę za dzielne spełnienie obowiązku... Sprawiaj się tak nadal, a nikt ci tu krzywdy nie zrobi, owszem pozyskasz życzliwość przełożonych i moją opiekę... A tylko słuchać musisz, musisz słuchać, to pamiętaj przedewszystkiem!
Kiwnął głową, odwrócił się i odszedł, a Norin przymknął za nim drzwi do świetlicy.
— Srogi samiec!... — bąknął Baturin, schodząc po stopniach ganeczka.
— Ee!... Tak źle nie jest!... Straży już niema i wszyscy zostajemy tutaj!... — gadał wesoło Beniowski, rozglądając się chciwie po drewnianych obwarowaniach twierdzy. Oczy jego ślizgnęły się zkolei po domu naczelnika i spotkały się na krótką chwilę z parą innych błyszczących oczu, wyglądających przez szparę niedomkniętych drzwi kuchennych.
Zatrzaśnięto je niezwłocznie, ale Beniowski się roześmiał i mrugnął znacząco na Stiepanowa.
— Widziałeś?...
— Ba!... Cała ich tam gromada i ładne...
Beniowski nagle sposępniał i, kiwając głową na palisady fortecy, mruknął:
— Rudera!...
— W sam raz do tutejszego użytku... na strzały i kamienie kamczadałów!... — odrzekł Winblath.
W kancelarji, która znajdowała się na tem samem podwórzu fortecznem, ale bliżej wejścia, znaleźli za jednym ze stołów jegomościa w czarnym, opiętym fraku z metalowemi guzami.
Przeczytawszy list wręczony mu przez naczelnikowego ordynansa, podniósł do góry zwiędłą, zielonkawą twarz „biurowego szczura“ i szepnął słodziuchno:
— Dziękujcie, panowie, Bogu i za największe poczytajcie sobie szczęście, że miejscem waszego wygnania wyznaczono wam Kamczatkę, której naczelnik jest najlepszym, najlitościwszym, najdobrotliwszym, najwspaniałomyślniejszym, najtkliwszym, najszczodrzejszym na świecie człowiekiem. Ja go znam dobrze. Ja również jestem szlachcicem i pamiętajcie, że zostałem naznaczony na urząd sekretarza gubernjalnego ukazem, osobistym Jej Cesarskiej Mości, Wszech Pani Rosji, Wielkiej Księżny Moskiewskiej, Carowej Kazańskiej i Astrachańskiej, Władczyni Wszech Syberji oraz innych tysiąca imion! Czekam wakansu po Sergjuszu Mikołajewiczu Noswosiłowie, Rzeczywistym Radcy stanu, Sekretarzu gubernjalnym, urzędniku ósmej klasy..., którego obowiązki tymczasem pełnię... On tu rzadko przychodzi, ale ja w jego imieniu uczynię wszystko, co jest w mej mocy, aby złagodzić wasz los... Posłuchajcie więc przedewszystkiem instrukcji...
Wyjął arkusz drukowany z pliki papierów i odczytał głosem nosowym, spoglądając znacząco na wygnańców po każdym okresie:
„W dniu uwolnienia z pod straży wygnańcy zaopatrywani są ze składów rządowych w żywność na trzy dni, po upływie których obowiązani są sami myśleć o swojem utrzymaniu.“
„Każdy dostaje z kancelarji rządowej muszkiet, grot oszczepu, funt prochu, cztery funty ołowiu, siekierę, kilka nożów, oraz różne narzędzia ciesielskie do zbudowania sobie chałupy.“
„Wybór miejsca zamieszkania dowolny, byle nie bliżej jak 7 wiorst od miasta.“
„Za otrzymaną broń i narzędzia wygnańcy obowiązani są w tymże roku pobrania wnieść do kasy rządowej 100 rubli futrami.“
„Każdy wygnaniec obowiązany jest odrabiać przez jeden dzień w tygodniu wskazaną mu robotę rządową, aż po kres ustanowiony prawem.“
„Żaden wygnaniec bez specjalnego pozwolenia naczelnika kraju nie ma prawa oddalać się ze swego mieszkania dłużej jak na dwadzieścia cztery godziny.“
„Każdy wygnaniec prócz tego obowiązany jest płacić corocznie podatków do kancelarji miejscowej: sześć skórek sobolich, pięćdziesiąt skórek zajęczych, dwie skórki lisie i dwadzieścia cztery gronostajowe.“
— Podpiszcie, że wam czytano!... A tutaj pokwitowanie z odbioru rzeczy!
— A gdzież... one? — spytał Panów.
— Dostaniecie w magazynie!...
Pierwszy Baturin pochylił nad podanym papierem swoją szlachetną, posiwiałą głowę; po nim przystępowali inni koleją. Sudiejkin przyglądał im się z pod oka.
— A co?... Nic trudnego!... A zawsze zysk, bo moglibyście i nic nie dostać!... Nieprawda?... Teraz idźcie z kozakiem, on wam drogę pokaże!...
Długo czekano przed wielką drewnianą szopą, zanim odszukano magazyniera. Gdy wreszcie, brzęcząc wielkiemi kluczami, otworzył ciężkie wrzeciądze, znaleźli się w półciemnym składzie, gdzie leżały ułożone porządnie na pólkach, lub zawieszone na sznurach, słupach i hakach najrozmaitsze przedmioty, zaczynając od butów, ubiorów, różnokolorowych postawów sukna, a kończąc na broni. Było tego na kilkadziesiąt tysięcy rubli.
Kozak i magazynier pilnie śledzili za rozglądającymi się po szopie wygnańcami.
— Poco macie, panowie, się trudzić!... — zwrócił się do nich grzecznie Beniowski. — Pozwólcie nam samym wybrać, co wskazano. A ponieważ z dobrej broni na pewno upolujemy więcej, słusznie wam się należeć będzie od nas wdzięczność... Nie uchylamy się od niej, owszem, oto jest mały jej zadatek!... — dodał, wsuwając w rękę jednemu i drugiemu srebrnego rubla.
Ci podrzucili je z wesołemi minami na dłoni i kiwnęli głowami.
— Wybierajcie, jest, dzięki Bogu, z czego!...
— A gdzież ryby? — zwrócił się do nich Panow, gdy narzędzia i broń już zostały odłożone na stronę.
— Ryby?... Żadnych ryb tutaj niema!... Ależ w pokwitowaniu napisano wyraźnie: dziewięć funtów ryby suszonej na głowę, prowizja na trzy dni!...
— Nic o tem nie wiemy. Ryb niema!... Trzeba chyba zwrócić się do kancelarji!
— Ee!... Co wam tam po rybie!... Na wiosnę będzie jej w rzeczkach tak dużo, że rękami ją chwytać będziecie!... — odrzucił magazynowy. — A zresztą, idźcie do Sergjusza Mikołajewicza, może wam da, ale co innym, to on nic nie daje!
— Cóż będziemy jeść!? — burzył się Panow, lecz przyjaciele ujęli go już pod ręce i, unosząc wydane skarby, opuścili pośpiesznie twierdzę.
Za zwodzonym mostem czekała na nich gromadka wczoraj poznanych towarzyszy. Mieli z sobą sanki zaprzężone w sześć psów; położono na nich rzeczy nowoprzybyłych i, wesoło gwarząc, ruszyli wszyscy za miasto do wsi wygnańczej.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.