Beniowski (Sieroszewski, 1935)/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

Po trzydniowej nawałnicy nastał nagle, jak tu się często zdarzało, dzień pogodny, cichy i słoneczny.
Nad gędźbiącem wciąż jeszcze morzem słał się lekki, zwiewny opar, na wygładzonej rzece pojawiły się korowody płynących z góry kier i sadź lodowa z szelestem lgnęła do brzegów podmywanych prądem. W głębi lądu poza zatraconem w śnieżnych całunach i zaspach miasteczkiem zalśniło cudnie w słońcu wyniosłe, zębate półkole niepokalanej białości gór, pocięte błękitnemi cieniami. Powyłaziły z ukrycia psy i dzieci, powychodzili z domów mieszkańcy z łopatami i, wesoło hukając, jęli odkopywać przyźby i znowu torować sobie drogi na świat, do ludzi.
Strumienie dymów popłynęły z niskich korninów ku blademu lazurowi nieba. Skrzypiąc, powlokły się ulicami sanie, zaprzężone w psy, po drwa do lasu; kamczadale oraz niewolnicy w wytartych włochatych „kuchlankach“ biegli za nimi, pokrzykując.
Dumnie stąpając, przeszli w drogich szubach urzędnicy i wojskowi w stronę czarnej twierdzy.
Potem znowu nastała senna, leniwa cisza. Mijał krótki dzień, co zaledwie rozbłysnął, już się zataczał. Znowu wśród zamrożonych śniegów zaświeciły krwawe plamki ogni w okienkach chałup...
Mieszkańcy po wczesnej kolacji układali się już byli do snu, gdy od morza, od przystani Czekawki, przybiegł prawie bez tchu nieletni syn dozorcy składów rządowych z papierem do samego naczelnika i przyniósł wieść, że dawno oczekiwany statek zawinął nareszcie do portu.
Rozgorzały natychmiast przygaszone ognie i zaroiło się na ulicach. Wszystko biegło w kierunku twierdzy, ale brama była już zamknięta i szyldwach nie puszczał nikogo. Opowiadano więc sobie dziwa zasłyszane przelotnie o niebezpieczeństwach, jakie przebyła załoga statku w czasie burzy, o strzaskanym wielkim maszcie, o zranionym kapitanie okrętu, o zmytych w morze majtkach, o nadchodzącej już dla wszystkich ostatniej godzinie i niespodziewanym zbawcy, który się nagle pojawił, niewiadomo skąd...
— Wszystko urządził... Maszt na miejsce postawił... Ducha w ludzi tchnął... Żagle napiął... w taką wichurę... Statek do steru przywrócił... Co dlań burza?... On po wałach niebosiężnych płynął, jak my po drobnej świeży!...
— Wiozą go!... Przestępcą, powiadają, jest!... A kto zacz — niewiadomo: może sam zatajony dla wszystkich Wielki Książę, a może i Ktoś większy... — szeptali znacząco mężczyźni.
— Czy młody?... — pytały kobiety.
— Ech, wy, sikory!... Zaraz was świerzbi!... Zobaczycie jutro!
— Brodę ma białą do pasa, a nogi jak krab!...
— Gdy jednem okiem patrzy w niebo, drugiem ziemię świdruje albo za sobą widzi!... żartowali.
Kiedy nazajutrz porucznik Norin, wysłany z sześciu kozakami po pocztę i wygnańców, wszedł do więziennej izby na przystani, zauważył odrazu w kupce powstałych na jego przybycie mężczyzn wysmukłego, zgrabnego młodzieńca z czarnym podkręconym wąsem, w przystojne odzianego szaty. Domyślił się, że to ten właśnie, o którym krążyła legenda, i przystąpił doń z pewną nieśmiałością:
— Czy to ty zwiesz się Beniowski?
— Tak, to ja!...
— A ktoś ty?...
Beniowski błysnął oczami i milczał przez chwilę.
— Żołnierz jestem. Niegdyś jenerał, dzisiaj niewolnik!... — odszepnął wreszcie cicho.
Norin cofnął się i wyprostował bezwiednie i już go więcej nie pytał, nawet nie patrzał nań; kazał wszystkim zbierać rzeczy i siadać do łodzi, aby odpłynąć do miasta, do „Bolszija Ostroga“.
— Czy tam zostaniemy? — spytał Beniowski.
— Niewiadomo. Tam wam powiedzą, co z wami zrobią! Tego nie wie nikt, ino ten papier!...
Uśmiechnął się i pokazał zesłańcom kopertę, zapieczętowaną wielką woskową pieczęcią.
Wsiedli do trzech czółen, po dwóch wygnańców i po dwóch kozaków do każdego, i wolno, kołysząc się w chybotliwych stateczkach i omijając gęsto płynące kry, pomknęli wgórę rzeki. O parę stajań przecięły im drogę cztery bajdary, pełne ludzi odzianych w futra, wywrócone włosiem do góry.
— Co słychać na świecie?... Skąd jedziecie!? — krzyczeli im zoddala, gdyż kozacy nie puszczali ich blisko, wołając: — Poszli precz!... Nie wolno z przestępcami rozmawiać!...
— A oni kto są?...
— Oni też są zesłańcy!...
Łodzie nie oddalały się bynajmniej; przeciwnie, gdy pierwszy gniew i żarliwość straży przygasły, zbliżyły się nawet i płynęły chwilami burta o burtę.
— Kto jesteście i skąd?
— Baturin, pułkownik.
— Czy nie z gwardji czasami?
— Z gwardji! A co?
— Znam cię, służyłem z tobą!... Serebrennikow Mikołaj, kapitan? Nie poznajesz mię?... Ha, ha!... Pewnie, żem się zmienił!
— Więcej tu się takich znajdzie!...
— Stiepanow Hipolit, kapitan...
— Sofronow, sekretarz gubernjalny...
— Skądżeś się między wojskowymi wziął?...
— Ha!... Los!... Nie ja wziąłem się, aie mnie wzięli!...
— Chwat!...
— Któż jeszcze?
— Kapitan Panow?...
— Czy nie Paweł Afanasicz, ożeniony z Morozową?...
— Właśnie!... Kto pyta?...
— Swojak twój! Łobaczow!...
— Grysza, tyżeś to!... Ot, gdzie los zgotował nam spotkanie!
— Wola Boga!...
— A gdzież Beniowski?...
— Ten tam z czarnemi wąsami!...
— Cuda o nim opowiadają!...
— Głowacz!... Chłop łebski!...
— Ach, gdyby was zostawiono w naszem mieście!...
— To nas mogą wysłać jeszcze dalej?
— A no tak!... Mogą was wywieźć do Niżnie-Kamczacka, do Wierchnie-Ostroga... na wyspy... Mogą osiedlić po ułusach!...
— Czy tam gorzej?...
— Rozumie się, że gorzej, chociaż i tu nie słodko... Głód, nędza, ucisk... Pracy żadnej, zarobków żadnych... pomocy znikąd!... Są tacy, co nieomal dwa tygodnie w miesiącu głodują... Szczęśliwy, który co dnia ciepłą strawę do gęby kładzie... Brud, robactwo... Chałupy, jak psie budy...
— Taka was gromada i życia sobie nie umiecie urządzić?... — zauważył głośno Beniowski.
— Ba, gromada!... Istotnie gromada, ale ten po wodę, a ten do łasa... Każdy swoją ino linję gnie, chce przewodzić! A są tacy, co rade idą przeciw wszystkim... Są zaprzańcy i judasze... Żyjemy we wsi zesłańczej pomieszani ze złodziejaszkami i rozbójnikami i władze obchodzą się z nami porówno...
— Źle!...
— Dość, dość!... Ruszajcie już!... Widać miasto!... Doniesie kto naczelnikowi!... Będzie mi wymawiał! — wolał na wygnańców Norin. — Powiedziałem, że dość!... Hej, chłopcy, odpędźcie ich... Wiosłami po łbach!
— Już, już!... Jedziemy!... Bywajcie zdrowi... Starajcie się, żeby was zostawiono w mieście!... Pamiętajcie!
Mała flotylla rozdzieliła się; kozacy żywiej popędzili wiosłami łodzie, a starzy wygnańcy pozwolili czarnym prądom unieść swoje napowrót wdół rzeki.
— Winblath, co powiesz na to?... — spytał Beniowski towarzysza po polsku. — Zdaje się, że i ty znalazłeś jakiegoś krewniaka.
— Nie krewniaka, ale rodaka... Julu Brondorp, Szwed... Cóż, kiedy czuję, że nas tu nie zostawią!...
— Ach, ty kruku!... Nie zostawią zapewne, jak sami... nie zostaniemy!
Wysadzono ich na ląd i poprowadzono do otoczonego palisadą więzienia, co stało naprzeciw wejścia do twierdzy. Tu długo musieli czekać przed bramą, zanim oficer wrócił od naczelnika i straż załatwiła wszystkie formalności.
Gdy znaleźli się nareszcie sami w ciemnej, cuchnącej celi, słabo oświetlonej płomykiem tranowego kaganka, pułkownik Baturin przysiadł na rogu pryczy i zakrył ręką chudą, ascetyczną twarz.
— Ha! Więc i tutaj mogą nas rozłączyć! A wtedy co?
— Cicho, w korytarzu ktoś siedzi!... zauważył Stiepanow. — Zaraz się dowiem.
Nachylił badylastą figurę i wsunął długi nos w wybite we drzwiach okienko.
— Kto tam wzdycha? Przyjacielu, kto jesteś?
Zamiast odpowiedzi cicho zadźwięczały łańcuchy.
— Jakiś więzień nieszczęsny!... Hola, odezwij się... My też jesteśmy ludzie ścigani przez los... Jeżeli w naszej mocy dopomóc ci, uczynimy to; jeżeli ty możesz nam okazać usługę, zbliż się...
— Nie mogę, jestem przykuty... mam kunę na szyi... ale jeżeli serca wasze są dostępne litości, błagam was imieniem Boga, przyślijcie mi jutro przez straż trochę chleba... i kropelkę wódki... — odrzekł głuchy, jakby z dna studni wychodzący głos.
— Zacóż cię każą tak srogo, człowieku?
— Nie wiem. Oskarżyli mię fałszywie źli sąsiedzi, nieprzyjaciele, zawistni współzawodnicy oskarżyli mię o sprzyjanie... Ochotinowi... Byłem poborcą podatków na wyspach Kurylskich, a zwę się Antoni Kuzniecow...
— A któż jest ów Ochotin, powód twych cierpień?...
Znowu usłyszeli brzęk łańcuchów.
— Nie wiem... nie znam go... nic nie wiem... sił nie mam... nic, nic nie wiem... Nie znam go... do... niczego... się... nie przyznaję!... — rozległ się wreszcie po dłuższem milczeniu ochrypły, nawpół do jęku, nawpół do szczekania podobny szept.
— Odłóżmy do jutra badanie; teraz sami musimy się naradzić. Zbliżcie się, abyśmy mogli rozmawiać pocichu!... — zaszeptał Baturin.
Usiedli wkółko i, pochyliwszy ku sobie głowy, gwarzyli.
— Widzi mi się, że sprawa Hoffmana i naszego figla z listem do Ochockiego gubernatora wcześniej, czy później się wyda. Hoffman przed śmiercią widocznie się wygadał, może nawet cały nasz plan rządowi odkrył. Nawet, gdyby szczęśliwym trafem nie wypłynęło narazie podrobienie listu, to nas mogą przez samo podejrzenie aresztować, badać, a następnie wysłać do kątów, skąd o połączonem działaniu mowy niema! A w pojedynkę nikt stąd nie uciecze!... mówi Baturin.
— Chodzi więc niby o to, żeby nie dać się wysłać?... He? Cóż więc: będziemy się bronić czy jak!?... Co?... Trzeba mówić otwarcie!... — spytał posępnie Panow.
— Jeżeli jest wyraźny na to rozkaz, to doprawdy nie widzę, jak możemy wykonaniu przeszkodzić! — zauważył Stiepanow.
— Wszystko zależy od tutejszego naczelnika, w każdym razie on może nas zostawić w mieście do wiosny... dla wypoczynku!... Musimy się o to postarać! — zauważył Sofronow.
— Ba, nic więcej ponadto nie potrzeba! dorzucił gorąco Baturin. — Żaden okręt tutaj już teraz nie przyjdzie. Wszyscy to mówią. Komunikacji morskiej z Ochockiem w zimie niema; droga lądowa trwa coś trzy miesiące. Mielibyśmy więc dosyć czasu do rozejrzenia się na miejscu i obmyślenia środków zaradczych...
— Słusznie!... — zgodził się Panow. — Moglibyśmy zdobyć broń, przecież tu pewnie polują...
— W tem sęk, jak trafić do naczelnika! Chyba, że ty go oczarujesz, Beniowski!?
Wszyscy zwrócili oczy na młodego mężczyznę. Ten uśmiechnął się smutno.
— Radbym z całej duszy, przyjaciele, ale pojęcia nie mam co to za persona. Ci nasi bracia, co tu siedzą już od kilku lat, nic do rzeczy mi nie wyznali. Zresztą może zachowali wstrzemięźliwość, nie wiedząc, kto zacz jesteśmy. Słuszna... Lecz te ich przezwiska naczelnika: despot, ciemiężyciel, okrutnik, nie są żadną wskazówką. Każdy na tym urzędzie względem nas musi być taki, inaczej rychło go napędzą... W srogich tu prawach ogólnych istota!... Lecz nie o to narazie chodzi!... Mylnie szukać u person podobnych cnoty, sprawiedliwości, albo innych dobrotliwych dowcipów i na nich swoje fortele budować... Tak sądzę, że oprzeć się należy na jakowemś ich upodobaniu, na skłonności ich przyrodzenia. Ale jakiej?... Nie mamy najmniejszego po temu pozoru, ani spraw miejscowych poznania! Musimy bez rozsądnej kalkulacji gotować się na wszelką okoliczność i brać, co ona przyniesie. A głównie wlot zgadując, zamierzenia jeden u drugiego, pomagać sobie wzajem niegnuśliwie... Socjeta wszelka nawet stadu wilków, daje wzmocnione rekursa, takoż pozwala przez mnogość swej wiolencji z płynnej rozmaitości okólnego żywota wcześniej, czy później wyłowić odpowiednie fortele! Dlatego, przyjaciele, proponuję położyć się niezwłocznie spać, abyśmy jutro, dobrze wywczasowani, odzyskali czujność słuchu, bystrość oczu, żywość myśli, zdolne wszystko postrzec, wszystko rozważyć i korzystać bez pośpiechu z wszelkiego przypadku...
Oracja była przyjęta przychylnie i wygnańcy, ległszy pokotem na pryczy, usiłowali usnąć.
— Ach, Beniowski, Beniowski!... Dokąd ty nas znowu prowadzisz? Ty nas poprowadzisz wprost na szafot!... — szeptał po polsku Winblath.
— Śpij spokojnie, gdyż jesteś już na nim, przyjacielu! Jako żywo, nie wytrzymasz z twemi płucami, odbitemi kolbami adwersarzy, ani tutejszej długiej zimy, ani srogich mrozów, ani uderzeń knuta, na które zasłużyć tu łatwo, och łatwo, przyjacielu! Wszyscyśmy skazani na nie wcześniej czy później wszyscy, co pragniemy choćby cienia wolności!... A czy ty jej już nie pragniesz, czy jej już nie pragniesz, mężny majorze króla Karolusa?... Czy doprawdy gotów jesteś tu pozostać na wieki?... Nie chciałbyś już spotkać żony w miłym Sztokholmie?... Nie chciałbyś przy kuflu piwa pogawędzić z przyjaciółmi o sprawach publicznych?
— I ty o to pytasz, złośliwcze!?... — bąknął niechętnie Szwed i odwrócił się twarzą od przyjaciela.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.