Beniowski (Sieroszewski, 1935)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

Był to szereg nędznych, ponurych chałup, wyciągniętych luźnym sznurem wzdłuż drogi, ledwie oznaczonej na białych śniegach. Pośrodku wznosił się wielki budynek z pociemniałych od starości okrąglaków modrzewiowych, nakryty śpiczastym dachem z małym krzyżem na szczycie.
Gdy osiedleńcy przeciągali przez wieś, z izb wychodziły kobiety brudne, obszarpane, w futrzanych kamczadalskich odzieżach, choć były między niemi i Europejki.
Niektóre stawały na stopniach sionek i posępnie patrzały na idących, inne kryły się za nawpół otwarte drzwi.
Poprzedzony saniami z ładunkiem błyszczącej broni pochód zatrzymał się przed trochę większym i trochę schludniejszym domkiem, na którego małym ganeczku stał wysoki mężczyzna w reniferowej szubie i futrzanej uszastej czapce. Długa złota siwiejąca już broda spływała mu na piersi, a duże, błękitne marzycielskie, zwilżone łzami oczy patrzały dobrotliwie na zbliżających się wygnańców.
— Witam was, męczennicy!... — rzekł niskim, dźwięcznym głosem, obnażając głowę.
— Kto to?... — spytał Beniowski.
— To Chruszczow, nasz starosta!
— Chruszczów, Jeronim Antonowicz?... powtórzy Baturin, przepychając się przez tłum. — Tyżeś to, książę? Nie poznajesz mię?...
Chruszczów pilnie wpatrzył się w twarz mówiącego i potrząsnął głową.
— Nie, nie poznaję!... Któż pan jesteś?...
— Oficer z twego pułku... Ten sam, co cię niegdyś aresztował... Baturin!...
— Baturin?... Aha, przypominam sobie!... Jakżeś się tu dostał?...
Baturin uśmiechnął się z przymusem.
— Los!... Poczęści... Nie mogłem zapomnieć was... Gdyśmy wtedy u was... byli... A następnie... tej chwili, gdy nad wami łamano szpadę... na... placu.
— Bracie mój... i duszo powołana!... — szepnął Chruszczow.
Pochylił się nagle ze stopni, objął wygnańca za ramiona i ucałował w usta; poczem, trzymając go za ręce, powiódł w głąb mieszkania. Wzruszeni wygnańcy tłumnie poszli za nimi, stukając po schodkach przemarzłem obuwiem i dzwoniąc wnoszoną do sionki bronią.
W obszernej izbie było prawie ciemno, gdyż małe okienka, grubym przysłonięte lodem, rozświetlały siwem światłem ledwie podoknia i najbliższe im części ław oraz długiego stołu; reszta tonęła w brunatnym mroku. To też, gdy weszli, stojąca koło komina młoda Kamczadalka postawiła natychmiast na pełen żaru trzon komina kilka świeżych łup, od których wionęła z trzaskiem, z pryskaniem skier po wszech kątach żywa jasność.
Beniowski ciekawie rozglądał się wkoło, ale nic nie dojrzał godnego uwagi, gdyż na gołych, okopconych ścianach nie było nic prócz wiszących w kącie na drewnianych hakach nędznych kamczadalskich pułapek na drobnego zwierza, oraz paru starych, mocno wyłatanych, skórzanytch świt, czapek, suszących się łyczaków i kierpci. W głębi mieściła się łożnica gospodarza, sądząc z zasuniętej nad nią irchowej zasłony z metalowemi brzękadłami, a w drugim rogu, naprzeciw pod obrazem głowy Chrystusa w cierniowej koronie, widniała podobna zasłona ze starej, wypłowiałej, niegdyś żółtej kitajki.
Uderzył Beniowskiego zupełny brak oręża.
Podaj herbatę, Alajdo!... — zwrócił się gospodarz do Kamczadalki. — Siadajcie, mili goście! — prosił, przysuwając ławy do zionącego szkarłatną łuną komina.
Obsiedli kołem ten komin cudaczny, zrobiony z ogromnego dziuplastego pnia, pokrytego wewnątrz grubą glinianą polepą. Zwiesili głowy i umilkli, a ztyłu poza nimi stali również w milczeniu starzy, dawniejsi wygnańcy.
— Tak!... Więc to tak!?... — szepnął wreszcie, zgięty w pałąk, zapatrzony w ogień Stiepanow.
— Napijcie się przedewszystkiem wódki. Sam ja nie piję, ale rozumiem, że po przebytych trudach podróży i po tak smutnem spotkaniu potrzebujecie pokrzepienia... i wesołości... powiedział gospodarz, zbliżając się z flaszą i czarką do przybyłych.
Alajda, trzymając oburącz za obłączkę wielki miedziany czajnik, napełniała herbatą rozstawione na stole drewniane, gliniane i metalowe kubki. Dwie inne kobiety, stare i brzydkie, Rosjanki, które z innych chat przed chwilą przybyły jej do pomocy, wykładały rybę uwarzoną z ogromnego kotła na drewniany półmisek.
Wódka i pożywienie rozwiązały języki.
— Dużo was?...
— O, dużo! W tej tu osadzie dwudziestu trzech mężczyzn i trzydzieści kobiet, a w całym kraju w Wierchnim, w Niżnie-Kamczacku i po ułusach rozrzucono wiele takich osad... Ale ta jest największa i najbogatsza...
— Najbogatsza?... — powtórzył przeciągle Stiepanow.
— No tak, my przynajmniej domy mamy; inni mieszkają w wykopanych w ziemi jamach, albo razem z Kamczadalami.
— I jakże się to dzieje? Tylu was dzielnych ludzi! Dookoła takie bogactwa, lasy, rzeki ryb pełne, góry, gdzie są pewnie kruszce?... W puszczach moc, powiadają, zwierza?... A wy — biedni? — pytał Beniowski.
— Ha! — roześmiał się Grzegorz Łobaczow.
— Jak to widać, żeś cudzoziemiec. Nam nic nie wolno, nic!... Myśmy pozbawieni praw stanu i własności... Zapomniałeś pewnie, bracie, co ci czytano w wyroku.
— Żadnego mi wyroku nie czytano!...
— O, to nic nie znaczy... Ale każdy, który się tu dostał, traci wszelkie prawa... Pierwszy lepszy pachołek, kozak albo żołnierz może mu wszystko odebrać...
— Urzędnicy uważają nas za swoich niewolników... Każde ich słowo jest dla nas prawem i rozkazem!
— Życia nawet nie jesteśmy pewni...
— Nie mamy prawa się skarżyć na nic i na nikogo!...
— Ani świadczyć w sądzie!...
— Ani obcować z kimkolwiek...
— Wiernemu poddanemu nie wolno nas przyjąć w dom, a Boże uchowaj wyrazić współczucie!...
— A jednak... — zaczął Beniowski.
— Tak, tak!... Są nawet tacy, co się podorabiali... Mieszkają w mieście, mają gospodarstwo, sprzęty... Ale to wszystko z łaski władzy... Jutro może się zmienić wszystko... Znajdują się wśród nas nędznicy, nędzniejsi od najgorszych zbrodniarzy, ale którym dobrze!...
— A jednak... — powtórzył z uporem Beniowski. — Pamiętam, że raz... nad rzeką Om zaskoczyła nam drogę kupa ludzi zbrojnych, myśliwców... Zbliżyli się z lufami samopałów, skierowanemi na nas, prosząc nibyto pokornie, żebyśmy nie pogardzili ich ubogą gościną... I chociaż nasz komendant miał dwudziestu czterech muszkietników, musiał się zgodzić, gdyż ich było zgórą sześćdziesięciu... Chłop w chłopa jak dęby, odziani w futra i skóry, ale dostatnio, rynsztunek też mieli przyzwoity... To też, jak się okazało, byli wygnance...
Zapanowało ciężkie milczenie.
— Pozwolicie, że naleję wam, przezacny gościu... Widzę, że wypróżniliście już swoją czarkę!... — zwrócił się do Beniowskiego gospodarz, pochylając się nad nim i znacząco ściskając go palcami za ramię.
— Jakiż koniec? — zapytał któryś ze słuchaczów.
— Bardzo pospolity! — roześmiał się Baturin. — Wypili naszą wódkę, zjedli galety, zabrali proch i muszkiety naszej straży, i po trzech dniach puścili nas wolno.
— I odeszliście?...
— Właściwie oni odeszli; przyszedł pogłos, że wojewoda Aczyński ciągnie na nich z Birussami i Sahalami, odbieżali więc nas, porzuciwszy wraz z końmi w swoich łubianych, zasypanych śniegiem budach...
— Otóż to!... To samo i tutaj! Kamczadale, Korjacy, Czukcze, wszyscy gotowi bić — zabić każdego, kto biały... Nie rozróżniają, czy rządowy, czy wygnaniec... Każdy z nas dla nich wróg!...
Beniowski już się więcej nie odzywał. Wodził uważnym wzrokiem po nowych twarzach, ale najpilniej przyglądał się gospodarzowi, gdy widział, że ten na niego nie patrzy.
Długo jeszcze gawędzili, gryząc cedrowe orzeszki, opowiadali sobie przygody z podróży, zdarzenia z pobytu w więzieniach na Syberji, na Kamczatce, oraz dawne wspomnienia dawnego świetnego życia.
W miarę jak zapadał wieczór, zbierało się coraz więcej wygnańców; wracali z pracy w lesie, z nad jezior, gdzie zarzucali sieci, z miasta, gdzie pokończyli rządową pańszczyznę. Izba wypełniła się po brzegi; w ciemnych kątach zamajaczyły złowrogie twarze z piętnami na czołach i policzkach, z wyszarpniętemi przez kata nozdrzami. Zaduch od sprzałych skór, zjełczałego tranu, starych, przepoconych onuczy stał się nieznośny.
Rozmowy rozstrzelały się i cichły.
Wtedy Chruszczów wniósł, aby ci, co mają obszerniejsze mieszkania, zaprosili przybyłych do siebie na przeciąg czasu, potrzebny im do wybudowania sobie chat.
— Z radością gościłbym was wszystkich, ale szczupłość miejsca staje temu na przeszkodzie!... Jak sądzicie: ilu z was mogłoby się tu pomieścić!?
— Nigdy w życiu nie zgodzimy się na to!... Każdy z nas też pragnie mieć u siebie choć jezdnego gościa, choć na jedną noc protestowali starsi wygnańcy.
— Oddajcie więc wasze kłopoty z nami losowi i rozegrajcie nas w loterję! — zwrócił się do nich z uśmiechem Baturin. — Proponuję jednak, aby wyłączyć z tej gry jenerała Beniowskiego; należy mu pozostać tutaj, u kochanego waszego starosty, nietylko z rangi, lecz i dla świeżo zabliźnionych, uporczywych ran, które lekarz zabronił narażać na chłodne powiewy nocy...
— Przepraszam... — zaczął Beniowski, lecz Baturin rzucił mu bystre porozumiewawcze spojrzenie.
— Niezmiernie rad będę, jenerale, jeżeli zgodzisz się uczynić mi ten zaszczyt! prosił Chruszczów.
Wszczął się gwar, ruch, zaproszenia, umowy, uściski. Po niedługiej chwili izba opróżniła się i Chruszczów z Beniowskim pozostali sami; Alajda wyszła do śpiżarni po futra na posłanie dla gościa.
— Dlaczego książę ścisnął mię wówczas za ramię?... — spytał nagle półgłosem Beniowski.
— Wydało mi się, że, nie znając naszych praw i obyczajów, gotów pan jakiem nieostrożnem słowem narazić nietylko siebie, ale i nas wszystkich na wielkie niebezpieczeństwo. Nie należy kusić ludzi słabych i nieszczęśliwych. Ze źle zrozumianych słów pana mógłby jaki ciemny umysł wywnioskować, jako że ich skłaniasz do buntu i nawet napaści zbrojnej na władze, coby zaraz doszło do uszu niepowołanych. Z czego niebawem skorzystaliby urzędnicy i kozactwo miejscowe, aby zawładnąć tą szczyptą lichego naszego majątku, jaki widziałeś. Wtrąconoby nas wszystkich do więzienia, poddano śledztwu i okrutnym katuszom dla wykazania wielkiej pilności w sprawowaniu obowiązków i wierności monarsze z jednej strony, a z drugiej...
— A gdyb... — zaczął Beniowski, lecz przerwał, gdyż weszła Alajda z naręczem oszronionych skór.
— Możesz pan mówić dalej bez lęku! Poczciwe to i oddane mi zupełnie stworzenie. W dodatku nie rozumie ani słowa po rosyjsku.
— Wolę to ostatnie... w myśl przestrogi waszej, miłościwy książę!... — uśmiechnął się Beniowski.
— Zapewne, zapewne!... — powtórzył w zamyśleniu Chruszczow.
Przysunął gościowi bliżej zydel przed komin i dorzucił na dogasający ogień parę nowych szczap.
— A więc słucham.
— A gdyby tak było, gdybym istotnie zamierzał to, o co pan nie chciał, aby mię posądzono!... powtórzył Beniowski, patrząc bystro na gospodarza. Ten nie ruszył się, nie zmienił na twarzy, nawet oczu ku niemu nie zwrócił; jeno broda mu zlekka zadrżała.
— Więc co?... Napad?...
— Nie! Ucieczkę...
I przysunąwszy się bliżej ku niemu, Beniowski szybko i zwięźle opowiadał mu o sprzysiężeniu utworzonem przez jego towarzyszy jeszcze w Jakucku, o ich zamiarze zawładnięcia statkiem w Ochocku, o nagłej śmierci jednego ze spiskowców, lekarza Hoffmana, o śladach spisku, znalezionych przez władze w papierach nieboszczyka, o liście gubernatora, wysłanym estafetą do naczelnika Ochocka z rozkazem aresztowania i zatrzymania spiskowców, o wykradzeniu listu tego przez niego w drodze u pijanego kozaka i zamienieniu go na inny, polecający co rychlej wysłać wygnańców dalej do Kamczatki, oraz czynić im wszelkie ulgi w podróży i na miejscu.
— Udało się. Jesteśmy... Być może nawet, że łaskawe przyjęcie Nilowa jest też skutkiem tych zmyślonych rekomendacyj...
— I pan mi to wszystko mówi, nie znając mię wcale? — przerwał mu z przykrym uśmiechem Chruszczów. — Czy pan wie, że mi nie wolno wiedzieć nawet o tem, że jeżeli natychmiast nie doniosę tego, co usłyszałem, zostanę skazany narówni z wami na katusze. Ale... co gorzej, że prawo obiecuje zdrajcę za donos obdarzyć... wolnością, prawem powrotu do kraju... Czy pan wie o tem, czy pan wie? Co?
Wstał i przeszedł się kilka kroków w szkarłatnym blasku ognia; Beniowski nie spuszczał zeń oczu.
— Tak, ja wiem to wszystko!... — rzekł wreszcie głosem twardym. Ale wiem też z kim mówię!
— Od pierwszych lat przybycia tutaj myślałem o tem i nic nie mogłem wymyślić!... Odchodzą stąd wprawdzie kilka razy do roku okręty kupieckie na wyspy Aleutskie, Kurylskie i dalej dla handlu, dla polowania na morsy, bobry, koty, dla połowu ryb a głównie... dla rozboju, ale są one zawsze pilnie strzeżone przez zbrojną załogę tutejszą, uważającą nas za swoich poddanych, za swoją własność, obsadzone przez kozaków i żołnierzy i dla nas wprost niedostępne... Ach, gdyby mieć okręt, rozpiąć żagle, odpłynąć stąd, roztopić się w błękitach wody i nieba... Odejść, porzucić na zawsze tę ziemię krwi, zbrodni, ucisku i gdzieś daleko wśród ciepłych oceanów pod nowem niebem, na błogosławionej wyspie niepokalanej tchnieniem ludzkiem zamieszkać, aby zacząć tam żyć odnowa życiem Chrystusowem, życiem zgody i miłości... — szeptał sam do siebie, chodząc cichemi krokami po izbie, wreszcie stanął i umilkł. I ogień tylko trzaskał, odrzucając daleko rubinowe węgle.
— Więc cóż!?... Więc tak... ma pozostać wszystko po dawnemu? — spytał surowo Beniowski.
— Nie wiem. Nawet gdyby się dostać na statek, zabrać go, nie obyłoby się bez walki, bez rozlewu krwi, zabójstwa, utworzenia nowej władzy... a ja... nie mogę, nie znoszę tego... od tego aż tu uciekłem... za to tu jestem...
Beniowski spojrzał na księcia z pod oka.
— A gdyby... wybudować własnoręcznie okręt! — rzucił z niechcenia.
Chruszczów zatrzymał się.
— Senne marzenie!... Niema zresztą czasu, na wiosnę przyjdą statki z Ochocka, przywiozą pocztę i wszystko się wyda!...
— Racja!...
— Zresztą o wiele wcześniej wydaliby was właśni nasi bracia wygnańcy... Trzeba znać tych ludzi słabych, ciemnych, niewytrwałych, zdolnych jeno do zapalnych postanowień i gwałtownych czynów, ale wcale nie umiejących wykonywać planów potrzebujących czasu, cierpliwości, ostrożności... Przyziemni nieszczęśliwcy, pełni zawiści, podejrzliwości, chciwości... często źli głupcy, nad którymi się można jeno litować... Sami obaczycie!
Było już późno; ogień dopalił się. Alajda dawno już spała za irchową zasłoną.
— Czas już spocząć, przyjacielu!... Znużona myśl nie da dzisiaj dobrej rady... Nawet nie wiem, czy wogóle ją znaleźć może!? Położenie wasze, wyznaję, że ciężkie jest i prawie bez wyjścia...
— Takich niema!... — uśmiechnął się Beniowski.
— Dałby Bóg, dałby Bóg!... — powtórzył kilkakroć Chruszczow i z namaszczeniem zrobił znak krzyża na piersiach.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.