Bankructwo małego Dżeka/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bankructwo małego Dżeka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1924
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Cyrk znowu — to była myśl Fila.
Akurat w cyrku przedstawiano dzikie zwierzęta: lwy, tygrysy, pantery.
Na afiszach wymalowano ogromną żelazną klatkę, i jedna pani, ale w spodniach, stoi między zwierzętami, a lew przeskakuje przez obręcz.
— Słuchaj, Dżek, mój złociutki, zakręć się koło tej sprawy, żeby jakoś można było po zniżonej cenie. Sam zobaczysz: kinematograf jest ciekawy, ale tam wszystko na płótnie, więc to są tylko obrazki. A tu — rozumiesz: prawdziwe dzikie zwierzęta, a między niemi kobieta — i ona się nie boi. Widzisz, tak ci doskonale udała się fotografja. Mój złociuteńki, zrób kalkulację, sfinansuj, ale prędko, bo za dwa tygodnie — zmiana programu.
Dżek nie chciał:
— Kierownik powiedział, że mam niespokojną głowę. Rodzice dopiero dali na fotografję, więc będą się krzywili. Nie mam czasu. Sami się zajmijcie.
Ale Harry był w cyrku. Jest zupełnie tak, jak na afiszach: młoda pani w czarnem ubraniu wchodzi do klatki z dzikiemi zwierzętami. Najwięcej ryczał jeden lew. Nie chciał przeskoczyć przez obręcz. Uderzyła go, ale on tak otworzył paszczę. Już zupełnie miał się na nią rzucić. Ale ona coś krzyknęła i już go nie uderzyła. Tylko lokaje cyrkowi w czerwonych frakach trzymali żelazne drągi. Ale lew przeskoczył, tylko potem stanął w samym rogu klatki i ryczał. Strasznie był zły. I tak łapą w powietrzu ruszał, jakby ją chciał rozedrzeć. A potem zaczął gryźć klatkę zębami.
Fil aż pocałował Dżeka:
— Zrób kalkulację, Dżek.
Obstąpili Dżeka ze wszystkich stron.
— Sfinansuj.
Bo Harry nie pierwszy lepszy i jeżeli mówi, że poszedłby drugi raz nawet, to napewno warto widzieć.
Dobrze. W niedzielę pójdzie Dżek z Filem przed cyrk i dowie się, zobaczy, rozmówi, jeżeli będzie można. Jednem słowem, rozejrzy się.
Najgorsze, że nie miał mu kto pomóc. Mister Taft odmówił pomocy: nie zna się, nie wie. W fotografji pomogła matka Pennella. A tu musi sam. Żeby choć wiedział, jak zacząć.
Fil nie dawał mu spokoju.
— Musisz, — powiada.
I tak się jakoś zaczęło Dżekowi zdawać, że naprawdę ma obowiązek zaprowadzić trzeci oddział do cyrku.
Ale kiedy stanęli przed ogromnym domem, gdzie mieści się cyrk, jak zobaczyli milicjantów, którzy rozpędzają takich, jak oni, chłopców. A tu samochody walą jeden za drugim.
— Nic z tego nie będzie, — mówi Dzek.
— Co ci szkodzi spróbować?
Dżek już nie jest nowicjuszem. Pamięta, z jakim strachem wchodził dawniej do mister Tafta, do introligatora, do hurtowni. Teraz było zupełnie co innego.
Do fabryki kajetów wchodzi, jak do własnego domu, albo do szkoły. Odrazu mówi, że jest uczniem trzeciego oddziału i koledzy powierzyli mu prowadzenie kooperatywy. Dżek umie rozmawiać, a finansowo nazywa się to:
»Dżek umie nawiązywać stosunki«.
Więc Dżek nawiązał stosunek z woźnym cyrku.
— Tak i tak. Trzeci oddział. Czterdzieścioro dzieci. Nie mogą dużo zapłacić.
— Zaczekaj, — mówi woźny. A ten kto? — zwraca się do Fila.
— My razem.
— Stójcie tu sobie.
Więc już stoją i są spokojni. Ale przyszedł drugi woźny i mało ich nie wyrzucił. Mówi, że tu stać nie wolno, że przeszkadzają.
— Tamten pan nam pozwolił.
— Jaki tamten pan? Co pozwolił?
— Kazał nam zaczekać.
— Jeden mówi tak, drugi tak — wtrącił się niepotrzebnie Fil i mało nie oberwał za ucho.
Ale akurat weszli państwo, bardzo bogaci, w takich futrach. A potem chłopak chciał się wtrynić bez biletu. A potem doszedł jakiś pan i posłał woźnego.
A tu muzyka we środku gra.
— Czujesz zapach? — pyta się Fil.
— Bo co?
— To ze stajni, od koni. Wszystkie konie w cyrku arabskie: mają cienkie nogi, długie szyje i są bardzo mądre.
Woźny tymczasem zaprowadził ich do kasjera. Dżek otworzył tekę, chciał pokazać papiery kooperatywy, ale kasjer nie ma czasu.
— Szkoła musi napisać list. Najlepiej niech przyjdzie ktoś starszy. Bo są przedstawienia wieczorne i popołudniowe.
— A ile kosztuje bilet?
— Najtańszy dziesięć centów.
Tyle akurat zapłacił Harry.
— No, ale rozmawialiśmy z kasjerem.
— I trzeba napisać list.
— Wiesz, — mówi Fil, — wyślemy sami. Morris wymaluje klatkę ze zwierzętami, Nelly napisze, a wszyscy podpiszą. Musimy zwierzęta zobaczyć. Czy wiesz, gdzie Morris mieszka?
Poszli do Morrisa, kupili arkusz czystego papieru, Morris raz jeszcze obejrzał na ogłoszeniowym słupie afisz cyrkowy i powiedział, że nie wie, czy potrafi. Ale na jutro obiecał przynieść. Potem poszli do Harry, żeby napisał list. A Harry napisał:
»Szanowny Panie!
Byłem w cyrku i bardzo mi się podobały dzikie zwierzęta. I opowiedziałem w szkole. I wszyscy chcemy zobaczyć dzikie zwierzęta«.
Długo myśleli, co dalej. Ale Dżek wymyślił:
»Więc bardzo prosimy, bo mamy kooperatywę, żebyśmy mogli tanio być w cyrku, bo mamy mało pieniędzy, a najtańszy bilet kosztuje 10 centów. Mamy na futball odłożone 1 dolar 35 centów i możemy dać jedną parę łyżew, to się może w cyrku przydadzą«.
Trochę Harry ma zmienić i jutro przyniesie do szkoły.
Bardzo cicho było w poniedziałek na lekcjach. Harry wymalował śliczną laurkę. Na pauzie się podpisali. A o godzinie dwunastej tę petycję — bo taki list zbiorowy nazywa się u dorosłych petycja — więc ten list Dżek dał pani do przeczytania.
Pani poszła z listem do kierownika, który obiecał zatelefonować do dyrektora cyrku, jeżeli będzie miał czas.
Co zrobić, żeby kierownik miał czas? Dlaczego dorośli są zawsze zajęci i właśnie na najważniejsze sprawy nie mają czasu?
I mogło się spóźnić. Bo dopiero po tygodniu kierownik zwrócił list klasy. I Dżek z Harrym poszli do cyrku, ale im kazano przyjść nazajutrz, bo kogoś nie zastali. Potem im powiedzieli, żeby sam kierownik napisał. I znów przeszedł tydzień. Tymczasem afisze głosiły: »Ostatni tydzień«. »Jeszcze tylko dwa dni«. Wreszcie, kiedy już zupełnie stracili nadzieję, Fil wpadł, jak bomba, do klasy z wiadomością, że z powodu nadzwyczajnego zainteresowania, na żądanie publiczności, dzikie zwierzęta zostaną jeszcze przez tydzień. Wiec kto nie zdążył, niech się spieszy, bo już naprawdę ostatni tydzień.
I zdążyli.
Rodzice się trochę krzywili, ale Fil obmyślił odezwę do rodziców pod tytułem:
»Przecież to karnawał. Wszyscy się bawią. A dzieci — to przyszłość narodu«.
I w tę właśnie nieodwołalnie ostatnią niedzielę trzeci oddział poszedł do cyrku.
Program był taki:
1. Gimnastycy akrobaci.
2. Oryginalna tresura czystej krwi ogiera arabskiego »Arik«.
3. Bim-Bom.
4. Sześć koni, oryginalnie tresowanych.
5. Billy Jenkins. Cowboy, Indjanin i miss Bohara — sztuki rzucania lasso, tańce indyjskie, celne strzały.
I jeszcze i jeszcze.
Aż na końcu — dzikie zwierzęta.
Gdyby nic nawet nie było, to sam cyrk trzeba koniecznie zobaczyć. Arena wysypana piaskiem, a potem wokoło, coraz wyżej i wyżej — krzesła dla publiczności. Na ścianach różne obrazy o dzikich ludach. I tyle światła. I mały kucyk z napisem: »15 minut przerwy«. I śmieszny tresowany osiołek. I Bim-Bom. Jedno śmieszne, drugie śliczne, trzecie straszne. Jak oni mogą to wszystko, że się nie pozabijają?
Nawet dziewczynki były zachwycone, nawet ci, którzy już byli raz i dwa razy w cyrku. Nawet Dżekowi cyrk się bardzo podobał, tylko nie mógł się zgodzić, że pogromczyni zwierząt jest najpiękniejszą i najsławniejszą kobietą na całym świecie i nawet od początku świata.
— Przecież to są tresowane zwierzęta — mówi Dżek.
— A ty możebyś wszedł do klatki? — zaperzył się Fil.
Są tacy, którzy mówią, żeby weszli. Klaryssa powiada, że żaden chłopakby nie wszedł. Nic dziwnego, że dziewczynki są trochę dumne.
Są tacy, którzy mówią, że tygrys jest niebezpieczniejszy od lwa, bo się rzuca odrazu, a lew naprzód ryczy.
No, ale że głowę kładła w paszczę lwa, tego już nikt nie może zrozumieć.
Dżek, który myślał akurat o czemś innem, tak sobie tylko, aby coś powiedzieć, zauważył:
— A może to tylko naumyślnie?
— Co naumyślnie?
— Może to był sztuczny lew?
— Ach, ty kalkulacjo, — krzyknął oburzony Fil.
I zaległa nieprzyjemna cisza.
Dżek żałował, że się niepotrzebnie odezwał, a Fil strasznie żałował, że wymyślił na Dżeka nowe przezwisko. Już teraz niech ktoś zechce Dżekowi dokuczyć, napewno przezwie go »kalkulacja«.
Dżek zaraz się usunął i niewesołe myśli zaczął snuć po głowie:
Oto słońce świeci, niezadługo klasa upomni się o futball, a w kasie kooperatywy pustki. Szkoda, że nie odebrał dolara wtedy, kiedy były w kasie pieniądze. Weźmie dziś tekę z papierami do domu i obliczy, ile mu są winni. Jeżeli nic nie będzie kupował, przez miesiąc, powinien zebrać chociaż na jeden futball. Gdyby kto kupił parę łyżew. Szkoda, że kupił trzy pary. Łyżwy potrzebne są jeden, albo dwa miesiące. Łyżwami bawi się tylko jeden; a w futball gra odrazu dużo.
Myśli tak Dżek — myśli, a tu go nagle trąca w łokieć Hanson.
— Słuchaj: Fil się pyta, czy się na niego gniewasz?
— Ja na Fila? Za co?
— No, że cię przezwał.
— Jak?
— Powiedział na ciebie: »kalkulacja«.
— Nie, nie gniewam się, — szczerze powiedział Dżek.
Ale Fil doszedł do Dżeka dopiero nazajutrz po drugiej lekcji: bo się wstydził, że wyrządził przykrość dobremu koledze.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.