Bankructwo małego Dżeka/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bankructwo małego Dżeka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1924
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Podczas lekcji arytmetyki wezwano Dżeka do kancelarji. Dżek domyślił się, że się coś stało, bo kierownik niby spokojnie zaczął, ale odrazu widać, że zły.
Często dorośli zamiast się zapytać, odrazu zaczynają się gniewać. Wtedy w głowie się miesza i zamiast spokojnie wytłumaczyć, albo nic się nie odpowiada, albo się zaczyna wykręcać i jest jeszcze gorzej. Dżek był doświadczonym uczniem, więc postanowił lepiej nic nie mówić.
— Słuchaj Fulton, pani pozwoliła wam prowadzić bibljoteczkę, potem chcieliście mieć kooperatywę. Siódmy oddział ma też kooperatywę, ale tam żadnych szacherek nie robią. Bardzo chciałbym wiedzieć, co się u was dzieje. Co ty za łyżwy kupiłeś i co to wszystko znaczy?
— Tak, proszę pana kierownika — mówi pani Hamilton. — Zaczęło się bardzo pięknie. Laurki na Nowy Rok, różne choinkowe drobiazgi. Co prawda, dziwiłam się, że za pięć centów przyniósł mój chłopiec tyle różnych rzeczy. Ktoś im tam podarował podobno. Już wtedy nawet chciałam przyjść, żeby się dowiedzieć, bo mi się wydawało podejrzane. Ale mój chłopiec nigdy nie kłamał. A teraz, jak się zaczęły te handle w klasie, zmienił się, że go nie poznaję. Raz wziął pieniądze na ołówek, a kupił jakieś marki. To znów — niby mu pióro zginęło — wziął dwa centy, a pióro niby się znalazło. »Więc nie kupiłeś pióra?« »Przecież się znalazło«. »Więc gdzie masz pieniądze?« Mówi, że mu były potrzebne. Pytam się, na co dzieciakowi mogą być potrzebne pieniądze.
Pani Hamilton zaczęła płakać.
— Bo proszę pana kierownika matka wszystkiego nie powie. Gdyby ojciec się dowiedział, toby go żywego z rąk nie puścił. A ja wiem, że niewinien, tylko koleżki, o tacy, jak ten kawaler...
I pokazuje na Dżeka.
— ...Jak go posłałam po naftę, powiedział, że zdrożała. Ździwiłam się, ale jeszcze nie podejrzewałam. Bo mi się w głowie pomieścić nie mogło...
Znów płacze; kierownik ją uspokaja. A Dżekowi jakby kto w głowie wywiercił dziurę; ledwo oddycha.
— ...Wreszcie wczoraj, proszę pana kierownika, wyjął mi pokryjomu 5 centów. I dopiero się przyznał. Ale teraz już nie wiem, czy mam wierzyć... Och, jakie to bolesne dla matki... Przecież nie poto posyła się dzieci do szkół, żeby się uczyły... kraść.
I pani Hamilton już na cały głos zaczęła płakać, i wykrzykiwała:
— Dla takich dzieci, jak Fulton, powinny być inne szkoły. Jakieś poprawcze szkoły, żeby się z porządnemi wcale nie stykały. Bo zaraza idzie na całą klasę. Takich uczniów powinno się wypędzać ze szkoły.
Już kierownik chce się Dżeka o coś zapytać, ale pani Hamilton nie daje:
— Co pan go się będzie pytał. On powie, że nie winien. Ja ich wykręty znam. Ja swojemu chłopcu za nic nie pozwolę wyjść na podwórko. Pan nie wie, jakie to wszystko zepsute. Oj, ci koledzy, ci koledzy...
— Proszę pani, znam i ja dzieci, — mówi kierownik.
— Ja je lepiej znam, bo jestem matką.
— A ja jestem wychowawcą.
— To co? Pan siedzi sobie w kancelarji — i już. A jak mój chłopiec miał zapalenie płuc, pięć nocy nie rozbierałam się, nie spałam, nie jadłam, nie piłam... A teraz taka nagroda. Och, jakie to dla matki bolesne. A wszystko przez koleżków.
Więc kierownik znów do Dżeka:
— Czy sprzedawałeś marki?
— Nie, — odpowiada Dżek.
— A co, nie mówiłam? Niewiniątko! Wiedziałam, że tak powie.
I znów:
— Wypędzić. Szkoła poprawcza.
Aż kierownik się zniecierpliwił i odesłał Dżeka do klasy. I co potem było, Dżek nie wie, tylko słyszał przez drzwi klasy głos pani Hamilton na korytarzu. A potem głos woźnego.
Dopiero na pauzie zaczęli sobie wszyscy opowiadać. I już cała szkoła wie, ale każdy mówi inaczej.
— Hamilton-Dżek.
Później:
— Czarli i Dżek.
Jeszcze później:
— Dżek — Betty — Czarli — Sanders — Hamilton — łyżwy — marki — kooperatywa.
Dżek bał się najwięcej, żeby i Nelly nie wplątali do awantury. A każdy dochodzi do Dżeka:
— Co to było? Poco cię kierownik wołał? Czego chciała matka Hamiltona?
Och, jakie to było nieprzyjemne.
Mówili nawet, że się matka Hamiltona chciała pobić, czy też pobiła się z woźnym.
Tak trwało przez całą pauzę. Z dziewczynek najwięcej wiedziała podobno Doris, a z chłopców Iim. Czarli miał taką minę, jakby go wcale nie obchodziło. Betty płakała.
Dżek tak myślał:
— Łyżwy kupił z panią. Ale czy ma kierownikowi powiedzieć? Może pani będzie się gniewała? Markami handlował Czarli. Ale czy kierownik uwierzy, czy Czarli się przyzna?
A najgłówniejsze:
— Czy wezwą matkę, czy nie?
Fil raz tylko doszedł do Dżeka. Był zupełnie poważny i powiedział:
— Zobaczysz, że ci nic nie będzie. Bo za co?
A potem rozmawiał długo z Iimem. I właściwie pierwszy Iim zaczął mówić o Czarli.
Adams udawał, że go głowa boli.
Po dzwonku uciszyło się nareszcie. A potem znów zawołano Dżeka do kancelarji. Weszła pani podczas lekcji rysunków i powiedziała:
— Dżek, weź swoje rachunki z kooperatywy i chodź:
Teraz Dżek przekonał się, jak wygodna jest teka. Tylko otworzył szafę, wyjął tekę z papierami, i już miał wszystko bez szukania.
A w kancelarji pierwszy zeznawał woźny:
— Proszę pana kierownika, Dżek jest bardzo porządny chłopiec. Tam jest jeden Czarli Rok, ten trochę lubi kręcić.
Kierownik powiedział, żeby woźny zawołał Czarli, a sam zaczął przeglądać rachunki Dżeka.
Okazało się, że Hamilton tylko dwa razy brał łyżwy: raz zapłacił, a drugi raz nie zapłacił i więcej już nie brał. Hamilton przez cały czas kupił tylko jeden zeszyt, trzy stalówki, no i laurkę. Co kupił przed świętami, dokładnie nie było wiadomo, bo wtedy Klaryssa obraziła się i przestała pisać.
Wszedł Czarli.
— Marki? A no tak, zbiera marki, zamienia się, ale we wszystkich szkołach wszyscy robią to samo. Zresztą, może nie przynosić więcej albumu, bo i tak przynosi tylko, jak go bardzo proszą. Czy Hamiltonowi coś sprzedawał, nie pamięta, ale zdaje się, że nie.
Jak można tak strasznie kłamać. I patrzy kierownikowi prosto w oczy i nawet się nie zaczerwieni.
Ale jeszcze nie koniec. Kierownik zapytał się, czy Dżek może zostawić tekę z rachunkami do jutra, i odesłał ich do klasy, a potem zawołał Hamiltona, który prawie do dzwonka był w kancelarji i wrócił cały zapłakany.
Na drugi dzień już tylko Czarli, Adams i Betty byli w kancelarji. Potem Czarli poszedł do domu i wrócił z matką. A na trzeci dzień przyszła matka Sandersa.
Kierownik bardzo grzecznie powiedział Dżekowi: »dzień dobry«, jak mu się Dżek ukłonił na korytarzu, a papiery i tekę zwrócił mu dopiero po trzech dniach.
— Jesteś w porządku, mój chłopcze. Miałeś przykrość, ale widziałeś, że i ja nie same mam przyjemności. Matka Hamiltona ma słuszny żal do szkoły, że jej syn wdał się w niepotrzebną aferę. Więc prowadź spokojnie kooperatywę, ale sam nic nie rób, tylko zawsze się naprzód poradź pani, albo przyjdź do mnie.
Teraz przyjemnie było odpowiadać, kiedy go obstąpili koledzy:
— No co?
— Co ci powiedział kierownik?
Klasa była bardzo zadowolona. Bo myśleli, że każą zamknąć kooperatywę, a już się przyzwyczaili; zresztą byłby wstyd przed innemi oddziałami.
Sandersiak, jak wiadomo, mieszkał na tych samych schodach, co Dżek, więc Dżek bał się, żeby matka się nie dowiedziała. Bo poco? Dosyć, że sam miał tyle nieprzyjemności. Ale Sanders nic nie mówił, bo się bał, że wyjdzie na jaw sprawa z pierścionkiem Pennella.
I niby wszystko zostało po dawnemu, że Dżek i Nelly prowadzą bibljotekę i kooperatywę, ale teraz jeszcze się więcej pilnuje, żeby rachunki były w porządku. I klasa tak się przyzwyczaiła, że myślą, że już inaczej wcale być nie może. A nie. Dżek znów chce zrobić klasie niespodziankę, a nawet dwie niespodzianki:
Pierwsza, żeby się cały oddział razem fotografował. A druga, żeby cały oddział poszedł do cyrku.
Właściwie to matka Pennella kazała powiedzieć, żeby Dżek przyszedł, że ma ważną sprawę. No i powiedziała, że będzie bardzo przyjemne, jeżeli każdy będzie miał fotografję, bo to jest miła pamiątka, a brat pani Pennell ma zakład fotograficzny.
Więc musiał znów biedny Dżek chodzić, dowiadywać się o cenę. Bo są różne fotografje: droższe i tańsze. Znów musiał przy pomocy mister Tafta robić kalkulacje, żeby najładniejsza fotografja wypadła najtaniej. Więc jeżeli wszyscy się zgodzą, to każda fotografja kosztować będzie cztery centy, a jeżeli się weźmie mniejsze fotografje, to będzie można zrobić po 3 centy — i tym, co zapłacić nie mogą, można wydać 5 fotografij bezpłatnie.
No i ubrali się ładnie i cały oddział razem z panią poszedł do fotografa. Zgodzili się wszyscy, a pani Hamilton sama przyniosła do szkoły aż 6 centów, żeby jednemu jeszcze dać bezpłatnie, jeżeli nie może zapłacić.
— Chętnie dam — powiedziała pani Hamilton, — ale, żebym wiedziała, że to nic złego, i żeby było jawnie, a nie pokryjomu.
No i jedni usiedli na podłodze, drudzy na ławce, a reszta stanęła. Pani siedziała we środku i chciała, żeby z jednej strony usiadł Dżek, a z drugiej Nelly; ale się zawstydzili i nie chcieli. Stanęli bardzo zdaleka.
Fotograf dwa razy fotografował, żeby wybrać klisze, która się lepiej uda. A potem na robótkach miał każdy zrobić ramkę do swojej fotografji.
Rozumie się, kierownik wiedział i pozwolił. A Dżek nawet wspomniał o cyrku.
— Och, niespokojną masz głowę, — powiedział kierownik. — A idźcie sobie do cyrku, tylko pamiętaj, żebyś przez te różne interesa nie został na drugi rok w tym samym oddziele.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.