Bankructwo małego Dżeka/XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bankructwo małego Dżeka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1924
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Właściwie Czarli-Adams zaczęli od samych świąt, ale potroszku.
Naprzód od marek.
Marki zbierali chłopcy zawsze, ale tylko niektórzy. I zbierali takie sobie, tanie, mniej ważne. Kupowali mało, przeważnie zamieniali: jedną na jedną, dwie zwyczajne na jedną rzadszą. Prosili tych, którzy nie zbierają, żeby im przynosić. I był spokój. Dopiero Czarli zaczął na dobre. Sam dostaje darmo, a innym sprzedaje. Zachęcał w ten sposób, że w notesach własnej roboty wkleja różne marki, na pierwszej stronicy pisze: Stany Zjednoczone, na drugiej Kanada. Potem dużemi literami: Europa i po kolei: Rosja, Francja, Niemcy, Anglja i t. d. Potem: Azja — i tu zwykle wkleja jedną markę japońską, — niby że w albumie są marki z całego świata. Bo ten notes nazywa: album, a razem z markami dopiero — kolekcja. I kto kupił za dwa centy kolekcję, zaczyna już zbierać. Potem Czarli najlepsze marki z kolekcji wymani, niby że zamienia na więcej, a potem drugi i trzeci raz sprzedaje te same. A chłopcy się nie spostrzegli.
Czarli parę razy probował zbliżyć się do Dżeka, niby że przyjaciel.
— Powiedz, Dżek, co ty masz z tej kooperatywy? Pracujesz tylko dla nich za darmo.
Albo:
— Gdybyś mnie wziął do kooperatywy, to możnaby dużo różnych rzeczy zrobić.
Ale widzi, że nic, więc dał pokój. I razem z Adamsem, swoim śmieciarskim sposobem, zaczął gromadzić bez wyboru, co się da i gdzie się da. Tu wytrajlował starą monetę, zbierał wypisane kajety na strzały i pukawki, to muszelki, to wypalone lampki elektryczne, klisze kinematograficzne. Urządził jakąś panoramę. Miał słonia z porcelany, figurkę Napoleona, pęknięte lusterko, widelczyki od czekoladek, pilnik tępy, piórnik złamany, jedną łyżwę, kapelusik dla lalki, djament do krajania szkła, młotek, paski jakieś, stare karty do gry, sztukę taką, żeby zdjąć drut z druta, ale nie siłą, no i rozumie się, pocztówki zapisane, które niby oprawił w ramki, że to są obrazki.
I dopiero rozpoczął handel.
Wszystko to robił i dawniej, ale nie tak bardzo, bo nie wiedział, czy wolno, więc musiał się ukrywać. Ale teraz, kiedy pani pozwala Dżekowi, nie ma potrzeby się bać. Rozłożył wszystko na ławce, powypisywał ceny i dopiero:
— Patrzcie. Zamiast płacić Dżekowi za pożyczanie łyżew, a jeszcze prosić, jak o łaskę, możecie kupić na własność jedną łyżwę, co jest właściwie to samo.
Co tu wiele gadać: była to szacherka. Czarli dawał na kredyt, zamieniał z dopłatą albo sam dopłacał. Betty to samo robiła z dziewczynkami, a Adams obojgu pomagał. To samo robił Czarli u siebie na podwórku. I tak trwało trzy tygodnie.
Dla przykładu opowiem tylko historję djamentu do krajania szkła. Czarli powiedział, że djament jest to samo co brylant i że kto ma djament może być szklarzem. A kosztuje tylko pięć centów. I sprzedał go Smithowi za dwa. Smith porysował szybę w klasie, pewnie i w domu — i zamienił djament z Pittem na sześć marek. Pitt pobawił się djamentem i zamienił na wieczne pióro z Hansonem. Od Hansona odebrał ten sam djament Czarli za pasek i dwie muszle i sprzedał go na podwórku za dwa centy. Ale chłopak dał tylko centa, a drugiego obiecał zwrócić za tydzień. Ale nie miał i Dżek tak mu dokuczał, że oddał djament z powrotem, i Czarli sprzedał go Pennellowi za trzy centy i kogucika z prawdziwemi piórami. Kiedy się wreszcie wszystko wykryło po tej awanturze, djament znów był u Czarli. Okazało się, że Czarli wyprosił go z powrotem od Pennella.
W ciągu trzech tygodni Dżek spokojnie prowadził dalej kooperatywę i bibljotekę. Dokupił bajki Andersena, podróże Guliwera i atlas do zbiorów botanicznych: jak zbierać i suszyć rośliny do zielnika.
Więcej, niż połowa klasy, brała wszystko albo prawie wszystko w kooperatywie. Przychodzili nawet z innych oddziałów i bardzo prosili. Nie kupowali tylko tacy, którzy lubią chodzić do sklepów, gdzie się zawsze widzi wiele ciekawych rzeczy i można się zapytać o cenę, — no może kilkoro obrażonych i dwoje, którym rodzice nie pozwolili. Bo są rodzice, którzy dzieciom wcale pieniędzy nie dają, tylko sami kupują, jak trzeba.
Rachunki na brudno prowadził Dżek, a potem zostawali z Nelly, która przepisywała na czysto.
Czasem przychodził woźny, albo jego żona, i rozmawiali o kooperatywie. Wszystko razem trwało najwyżej pół godziny i szli do domu. Gawędzili o szkole, czasem Dżek opowiedział coś o małej Mary, czasem Nelly — o mamusi i bracie.
Mamusia Nelly była bardzo miła, więc Dżek często wstępował, ale nie siedział długo. Czasem nawet w niedzielę przychodził, i raz Nelly była u niego, bo chciała zobaczyć Mary. I matka Nelly podarowała teczkę skórzaną, zamykaną na kluczyk, taką, jak mają urzędnicy. A właściwie nie Dżekowi dała, a kooperatywie. Bo Dżek z początku nie chciał.
— Niech wam służy. Macie różne rachunki, kwity kontrolne, może wam coś zginąć, będziecie mieli zmartwienie. Mój mąż, ojciec Nelly, kiedy pracował w związku, też chował w tej tece wszystkie dokumenty. Weź, Dżeku, jeżeli się okaże, że niepotrzebna, to mi zwrócisz.
— Ale się zniszczy, — bronił się Dżek.
— Nie szkodzi. Przecież i tak już jest używana, a u mnie w szafie jeszcze ją myszy pogryzą.
Bo teka była ze skóry z bardzo ładnym zameczkiem.
I właśnie o tę tekę wynikła bójka między Adamsem i Iimem. Bo Czarli powiedział, że Dżek małpuje urzędnika i za pieniądze kooperatywy kupił sobie tekę. A jak się okazało, że nieprawda, Adams zaczął się śmiać z Nelly, że jest narzeczoną Dżeka. Obaj rzucili się na Dżeka i dopiero:
— Rozporządza się za cudze pieniądze, jak szara gęś. Głupcy dają pieniądze, a on kupuje, co mu się podoba. Kupił kałamarze do niczego i tępe temperówki i wieczne pióra, które wcale nie piszą. Marek pocztowych nie chce kupować, bo się na niczem nie zna. Prezenty daje: takie drogie farby dał Morrisowi, organki sfundował Barnumowi i pewnie Nelly też robi fundy za pieniądze kooperatywy.
Dżek był blady, jak kreda. Z początku odpowiadał spokojnie, ale ci jeszcze gorzej. Dopiero Iim mówi:
— Daj spokój: co będziesz z tym szachrajem rozmawiał.
— Oo, patrzcie, jak go broni. To jedna paczka.
— Wy jedna paczka ze złodziejem Sandersem.
— A co ci Sanders ukradł?
— Mnie nic, ale matce Pennella ukradł pierścionek, — wiesz?
— A twój Dżek ukradł teczkę.
Podobno Dżek pierwszy uderzył Czarli, ale właściwie Iim pobił się z Adamsem, więc już tamci przestali.
— Przekupiony świadek, — krzyknął Adams, i dostał.
Ale i Adams był silny. Więc parę razy jeden rżnął drugiego, a potem chwycili się w pół i dopiero kto kogo położy. A kto uwolni rękę, ten grzmoci. Nikt się do bójki nie wtrąca, bo obaj mają równą siłę i bardzo są rozłoszczeni. Więc porządnie sobie nakładli, ale Adamsowi pękły szelki, więc musieli przestać. Iim uderzył się o róg ławki, ale w głowę, więc nie było znać; tylko pani widziała, że są czerwoni i spoceni.
I nawet lepiej się stało. Zaraz klasa rozdzieliła się na dwie partje, i dopiero wiadomo, kto za kim trzyma. Wszyscy porządniejsi byli po stronie Dżeka.
Dżek chciał powiedzieć pani i zwołać na sobotę posiedzenie. Niech każdy powie, co myśli. Za wieczne pióra może zwrócić pieniądze, nawet kałamarze może odebrać. Właśnie zbiera na futbal. Bo kiedy niema ślizgawki, chłopcy chcieli już sprzedać łyżwy, ale Dżek starannie je oczyścił i posmarował tłuszczem, żeby nie zardzewiały. Jeżeli nawet w tym roku się nie przydadzą, na przyszły rok kooperatywa będzie już miała trzy pary, a jeśli dokupią dwie, więcej będzie mogło z nich korzystać. A futbal i bez tego będzie, a może i dwa.
Dużo gadania, ale lepiej, że się skończyło.
— Osiągnąłeś walne zwycięstwo, — powiedział Fil.
I prawdę powiedział. Walka — to nie tylko wojna. Walczyć można o dobre imię, przekonania, dobrą sprawę — przeciwko kłamcom i zazdrośnikom.
Tylko, że po takiem zwycięstwie człowiek jest zawsze smutny, bo widzi dopiero, że nie wszyscy są na świecie porządni, że nie wszystkich można przekonać. Żeby nie wiem co dobrego robić, zawsze będą niezadowoleni, będą mieli pretensję.
Ale najważniejsze, żeby się nie zniechęcać, a przeciwnie — jeszcze bardziej pracować. I tak właśnie stało się z Dżekiem. Już dawno chciał zrobić klasie nową niespodziankę, a teraz jeszcze bardziej. Bo oto Dżek postanowił iść z całym oddziałem do cyrku.
Później powiem, jak Dżek obmyślił razem z Filem, bo naprzód muszę opowiedzieć o drugiej walce, którą musiał Dżek stoczyć z samym kierownikiem. Spadło to na Dżeka również niespodzianie w dziesięć dni po pierwszej awanturze. Bo przyszła na skargę na Dżeka matka Hamiltona. Rozumie się, nie na Dżeka, tylko na Czarli, ale dobrze nie wiedziała i poplątała ich razem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.