Bankructwo małego Dżeka/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bankructwo małego Dżeka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1924
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Udało się. Nowe książki wzbudziły duże zainteresowanie. Fil złapał swoją ukochaną książkę i tańczył z nią naprzód na podłodze, potem na ławkach, wreszcie na stoliku pani. Potem rzucił się na Dżeka, zaczął go pchać, ściskać, wreszcie wskoczył na plecy, że omal nie przewrócił. Potem odśpiewał jakąś dziką pieśń bez słów, aż przed drzwiami zebrała się kupa uczniów z dwóch młodszych oddziałów. Wreszcie zaproponował, żeby Dżeka na wiwat podnieść na rękach do góry. Hałas był, że nie daj Boże.
Dżek był zrazu nawet zły, ale rychło się przekonał, że Fil wyświadczył mu dużą przysługę. W mowie finansowej nazywa się to, że Fil zrobił mu reklamę.
— To jest prawdziwy bibljotekarz wolnej amerykańskiej republiki. Patrzcie, szanowna publiczności. Oto król bibljotekarzy. Długość metr i trzydzieści centymetrów, waga 29 kilo, uczeń trzeciego oddziału, Dżek Fulton, zwycięzca turnieju bibljotekarskiego, międzynarodowy posiadacz najciekawszych książek północnej geograficznej szerokości, wszechświatowy mistrz czarnej i białej magji, pogromca Pytlasińskiego, Eddie Polo, apaszów i detektywów. Wejście tylko 5 centymów, wojskowi i dzieci połowę. Wprowadzanie psów surowo wzbronione.
Fil gadałby tak bez końca, gdyby się nie rozległ dzwonek. Zato na lekcji był cichuteńki, aż go pani pochwaliła.
— Widzisz Fil, jak chcesz, możesz być spokojny. Ani razu nie zwróciłam ci dziś uwagi.
— A pani może myśli, że nie uważałem?
— Ależ nie. Mówię przecie, że się dobrze dziś spisałeś.
Po wyjściu pani Fil cztery razy ucałował książkę i narysował na tablicy małego człowieczka z olbrzymim nosem. A na nosie umieścił takie ogłoszenie:
»Uwaga!
Bierzcie książki z bibljoteki Dżeka. Spieszcie się, bo będzie za późno. A kto książki nie otrzyma, będzie miał taki nos, jak ja«.
Potem umazał rękę kredą i biegał od jednego do drugiego, niby chcąc go pogłaskać po twarzy. Dziewczynki swoim zwyczajem zaczęły piszczeć. A Fil zapalił elektryczne światło, chcąc zrobić świetlną reklamę bibljoteki Dżeka.
I tu mu się nie udało, bo woźna poszła na skargę do kancelarji, i Fil musiał wysłuchać przemowy, że —
— Ot, nie można go pochwalić, że innych pochwała zachęca do poprawy, a jego tylko rozzuchwala, że jest nadal nieznośny i niepoprawny.
— Ooo, Bosko czarnoksiężniku, — deklamował, — ileż przez ciebie znieść muszę cierpień. Ale tem więcej cię kocham.
Po ostatniej lekcji Dżek, jak zwykle, zaczął wydawanie książek. I zrozumiał teraz, dlaczego kupcy i fabrykanci wywieszają na słupach, na szyldach, a nawet na ścianach i dachach ogromne ogłoszenia z napisem:

»Kupujcie!«

Dawniej dziwił się, bo jeśli komu potrzebne, a ma pieniądze, przecie i tak kupi.
— To prawda: reklama jest dźwignią handlu.
Koło stolika zebrała się połowa klasy:
— Mnie — mnie — ja chcę — nie pchaj się — ja pierwszy — Dżek, prędzej, bo muszę iść do domu.
Nawet najspokojniejsi się pchali. Szczęście, że Fil dostał już rano swoją książkę: byłoby nie do wytrzymania.
— Dżek, tylko pamiętaj, że ja zamówiłem.
Tymczasem brali byle co, aby tylko Dżek zapisał nazwisko, aby znać było, że biorą książki.
Klaryssa poszła, jak zwykle, do domu, a Dżekowi naprawdę trudno było dać sobie samemu radę. Ten i ów ofiarował mu się z pomocą. Ale Dżek zauważył w tłumie Nelly i pomyślał, że byłoby dobrze, żeby ona mu pomagała. Dla Nelly schował Dżek książkę: »Lalka ze szmatki i papieru«, ale nie wiedział, co robić, żeby inne dziewczynki nie zauważyły.
— Dżek, daj i mnie coś, — mówi Nelly.
— A możesz troszkę poczekać?
— Dobrze, — zgodziła się Nelly.
Aż przyszła i jej kolej. Klasa była już pusta.
— Jaką ci dać książkę? — pyta się Dżek, ale strasznie się wstydzi.
— Nie wiem. Daj jakąś, — mówi Nelly i wzrusza ramionami i przechyla na bok głowę i uśmiecha się.
— A czy ty masz lalkę?
Nelly ździwiona pytaniem, nie odpowiada.
— Bo widzisz, zapomniałem zupełnie, że ta książka się jeszcze została.
Dżek skłamał. Ale tak się strasznie zawstydził, że nic więcej nie mógł powiedzieć. Milcząc, podał »Lalkę ze szmatki«, odwrócił się i niby zaczął porządkować w szafie, bo był cały czerwony.
— Dobrze, wezmę, — usłyszał głos Nelly.
— No to weź, — powiedział szorstko.
Nelly wyszła. Dżek westchnął głęboko.
— Trzeba było odrazu się zapytać, czy nie zechce pomagać. Cóż kiedy nie można było. Jutro może się zapyta, czy przeczytała książkę i czy się jej przyda.
Rozumie się, że się przyda. Dżek nie zna się na lalkach, a umiałby zrobić lalkę ze szmatki i papieru według przepisu tej książki. Może nawet zrobi dla małej Mary, ale przedtem przyniesie i pokaże Nelly, czy dobra.
Nazajutrz pani się dowiedziała o nowych książkach.
— Skąd je wziąłeś?
— Kupiłem.
— Ile wydałeś? Skąd wziąłeś pieniądze?
Widać, że pani nie wie właściwie, czy pochwalić Dżeka, czy zganić. Dżek powinien był uprzedzić, że chce kupić książki, paniby poradziła. Nie każdą książkę warto czytać. Są i głupie książki także. Trudno: stało się. W każdym razie Dżek dał dowód, że sprawa bibljoteki go zajmuje. Jednakże pani chciałaby na jedno zwrócić uwagę:
— Czy słusznie, że Dżek dla dobra klasy poniósł aż tak dużą ofiarę. Rodzice Dżeka są biedni, są w klasie dzieci zamożne. Dlaczego jeden Dżek ma kupować książki, z których korzystać będą wszyscy? Pani zdaniem, każdy powinien przynieść po jeden lub dwa centy, dzieci powinny zwrócić Dżekowi pieniądze. I tak przysłużył się klasie, poświęcając czas swój, bo bezsprzecznie jest wzorowym bibljotekarzem.
I Dżek nie wiedział, czy pani jest zadowolona, czy nie. A myśl o zwrocie wydanej sumy bardzo go zakłopotała. Pani ma słuszność, zapewne, ale to zbieranie dla niego centów niezupełnie mu się podoba.
Klasa zgodziła się chętnie zaraz jutro przynieść pieniądze, a Fil zaproponował, żeby prócz tego — ofiarować Dżekowi kotyljonowy order.
— Co też ty masz za cudaczne pomysły, — ździwiła się pani.
— To wcale nie mój pomysł, — zaczął Fil, ale nie dokończył, bo Dżek spojrzał na niego groźnie.
W języku literackim mówi się: spiorunował go wzrokiem.
Więc dobrze:
Dżek wziął od mister Tafta rachunek, takiż sam rachunek od introligatora. Bo pani tak poradziła, że musi mieć dowody, że wydał akurat tyle pieniędzy.
I na drugi dzień Dżekowi zwrócono sześćdziesiąt cztery centy, a jeszcze nie wszyscy wpłacili. Bogaty Pennel dał aż cztery centy, a świnia Czarli tylko centa; w dodatku się targował, że on i tak z bibljoteki Dżeka korzystać nie będzie, bo jak zechce, to sam sobie kupi.
Pani bardzo uprzejmie prosiła, żeby w przyszłości Dżek uprzedzał panią, jakie nowe książki chce włączyć do katalogu, bo pani odpowiada przed kierownikiem za wszystko i może mieć przykrości.
Zastosował się Dżek do życzenia pani, bo coraz to ktoś przyniósł jakąś nową książkę. Ostrożniejsi, którzy obawiali się, że bibljotekarz nie poradzi sobie, teraz nabrali zaufania i przynosili coraz chętniej. Półki wprawdzie się nie zapełniły, bo coraz większa ilość książek była u dzieci.
Pani przyniosła dwa duże tygodniki z obrazkami w oprawie. Dżek miał wydawać je tylko najporządniejszym, bo to były właściwie tygodniki dla dorosłych, więc nie do czytania, tylko bardzo ładne w nich były ilustracje.
Tak, i dorośli mają w swoich książkach i pismach obrazki, ale że nie wypada, żeby dorośli patrzyli na obrazki, jak dzieci, więc nazwali je inaczej — mądrze: ilustracje.
Spełniła się przepowiednia Fila: cały oddział zaczął czytać tak, aż furczało. Dawniej tylko Dżems i Harry rozmawiali czasem o książkach, a teraz już prawie wszyscy.
Dżek dokupił jeszcze jedną bardzo pożyteczną książkę, jak z palców robić cienie na ścianie. Naprzykład trzyma się poziomo duży i wskazujący palec, średni zgina się i opiera o wskazujący. A jak wieczorem trzymać rękę niedaleko ściany, to na ścianie odbija się zupełnie kaczka. A jak palcami ruszać, to się na ścianie dziób kaczki otwiera i zamyka. Tak samo można zrobić zająca, który rusza uszami. Najrozmaitsze ciekawe rzeczy wychodzą.
Pani nawet próbowała objaśnić, dlaczego robi się cień, ale nie wszyscy dobrze zrozumieli. Bo szkło jest przezroczyste — to prawda, ale z czego zrobione są promienie, trudno było wyrozumieć.
To znów chłopcy układali arytmogryfy i wymyślali z głowy szarady. Morris narysował rebus własnego pomysłu. Fil do współki z Sillem ułożyli wierszyk, do którego Barnum dodał melodję, tak że można było śpiewać. Rozmawiano często, która książka ładna, która nudna, kto woli powieści historyczne, kto fantastyczne. A Gade był zachwycony, że zgodnie z wskazówkami książki »O hodowli kwiatów« nauczył psa służyć, warować, aportować i nawet rozpoznawać literę a.
— Jak nauczę psa czytać, przyprowadzę go do szkoły.
Jednem słowem, w trzecim oddziele rozpoczął się żywy ruch umysłowy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.