Bajka wigilijna

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Peter Nansen
Tytuł Bajka wigilijna
Pochodzenie Próba ogniowa
Data wydania 1907
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Jan Rowiński i Adam Sobieszczański
Druk Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Wincenty Szatkowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Bajka wigilijna.



Pewnego razu był sobie bardzo niezdarzony chłopczyna. Zawiniło tu zapewne wychowanie, które było, łagodnie mówiąc, wielce niedostateczne. W chłopcu tym, widocznie już od urodzenia, tkwił urwis.
Niezdarzony ten malec, w przeddzień wilji, udał się w stronę Vimmelskaftu. Ubranie miał podarte i zaszargane... Nie do uwierzenia, jak ubranie niszczył. Rok dopiero minął, jak otrzymał od nauczyciela stare, znoszone spodnie, a obecnie z nich pozostały zaledwie strzępki, na których widok, doprawdy doznawało się uczucia, jak gdyby mały Tordenskjold tylko na gwoździach siadał.
Wieczór był wprawdzie zimowy, ale dość łagodny i przyjemny dla ludzi zdrowych i dostatnio odzianych. Gdy się jednak spojrzało na chłopca, zdawało się, że Kopenhaga jest Syberją, a on blizki zmarznięcia. Rączki trzymał stulone w kułak przed ustami, a na brudnych, opuchniętych policzkach, widniały ślady łez.
Że to było udawanie — najlepszym dowodem, iż co chwilę przystawał przed wspaniale oświetlonemi oknami wystaw sklepowych; gdyby marzł rzeczywiście, to byłby, jak chart, zmykał do domu. Kto go uważniej obserwował, przyglądającego się wystawom, mógł dostrzedz w jego małych, sprytnych oczach wyraz chciwego pożądania.
Nie wyglądało to tak, jak u innych dzieci, które także miewają chęć posiadania wszystkiego, co zobaczą. Nie było też tak zachwycającem, jak gdy małe, tłuściutkie łapeczki, wyciągają się do błyszczącego przedmiotu i rozlega się szczebiot: „Mamo, chciałbym to dostać na gwiazdkę!” A kiedy matka ucałuje dziecinę i zapewni: „Dobrze, jeżeli dzidzi będzie grzeczne, to dzidzi cacko dostanie” — zaraz są zadowolone i śmieją się radośnie.
Inaczej było z niezdarzonym chłopczyną; wydawał się tak chciwy, że wprost wzbudzał obawę. A raz, gdy pewna milutka dziewczynka spojrzała na niego i szepnęła do swej matki: „Fe, co za obdartus!” — był tak niegrzeczny, że splunął i powiedział nawet jakieś nieładne słowo. Na szczęście matka dziecka była energiczną i zanim chłopak drapnął, otrzymał kilka uderzeń parasolem.
Szczególniej pięknie było na Östergade. Jasno, jak w najpogodniejszy dzień, a z dobrze ogrzanych sklepów, wydobywał się na ulicę zapach pierników i owoców.
Wobec tego czyż mogli być ludzie źle usposobieni?... Wymijali się na ulicy z uśmiechem i uprzejmością, jakby najserdeczniejsi przyjaciele. Gdy jeden drugiego potrącił, natychmiast przepraszał grzecznie; nawet starszym damom mężczyźni okazywali szacunek i uprzejmość.
Tylko niezdarzony chłopczyną kręcił się wśród tylu miłych i sympatycznych osób ponury, z nieprzyjemnym wyrazem twarzy.
Po długiem wałęsaniu się, stanął przed sklepem z pieczywem, wydął nozdrza i zaczął wciągać zapach placków i pierników.
Wspaniałe, szklane drzwi, ozdobiono jedwabną, niebieską firanką, oo chwila otwierały się, a eleganckie damy, obarczone licznemi paczkami, wychodziły lub wchodziły do sklepu. Za każdym razem przez drzwi wypływał na zewnątrz strumień miłego zapachu, od którego chłopak nie był w stanie nosa oderwać.
Skradał się do tego raju bliżej... bliżej, aż wreszcie, gdy drzwi przez zapomnienie na chwilę zostały otwarte, wsunął się do środka i stanął pokornie między dwoma koszami, pełnemi świeżych bułeczek wiedeńskich.
Przed ladą sklepową stało mnóstwo pań, nikt więc na niego nie zwracał uwagi. Nie było też nic szczególnego do oglądania w tym chłopcu, obdartym, trzęsącym się z pożądliwości i rzucającym niespokojnie podejrzliwy wzrok to w prawo, to w lewo.
W tejże chwili weszła do sklepu jakaś wysoka, piękna dama, z prześliczną, złotowłosą dziewczynką, istnym aniołkiem.
Duże, niebieskie oczy, nadawały twarzyczce wyraz niewysłowionej łagodności. Gdy mała ta istotka spostrzegła brudnego, źle ubranego chłopczynę, oczęta jej zapełniły się łzami i ze współczuciem odezwała się:
— Ach, jak biednie ten chłopiec wygląda!... Mamo, czy mogę mu ofiarować moją „piątkę?...”
Dama zmierzyła chłopca od stóp do głowy, na twarzy jej ukazał się gest zdziwienia, co było zupełnie zrozumiałem ze względu na jego liche ubranie, poczem odezwała się do córeczki:
— Moje kochane dziecko, jeżeli to ci tylko przyjemność sprawi, oddaj mu zaoszczędzone pieniądze.
Dziewczynka zaczęła przetrząsać mufkę i odnalazłszy piątkę, oddawała ją biedakowi, trzymając się jednocześnie silnie fałdów sukni mateczki.
— Weź, to twoje — zaszczebiotała z pewnym odcieniem obawy.
Chłopiec, nie przyglądając się nawet monecie, wyrwał ją z taką chciwością, że dziewczynka aż odskoczyła z przestrachu i tuląc się do matki, szepnęła:
— Mamo, ten chłopak jest niegrzeczny; nawet „dziękuję” nie powiedział!
— Mój chłopcze — odezwała się urażona dama pamiętaj w przyszłości zawsze grzecznie podziękować, jeżeli cię kto z litości czem obdarza!...
Po tych słowach zwróciła się do lady sklepowej i obdarowała zasmuconą córeczkę smacznem ciasteczkiem, co małą od razu uspokoiło i pocieszyło w tym pierwszem jej zawodzie.
Nie mogła jednak darować urazy chłopcu i gdy matka zajęta była załatwianiem sprawunków gwiazdkowych, rzucała nieustannie wzrok podejrzliwy na niegrzecznego ulicznika.
Chłopczyna nie pojmował zupełnie urazy, stał na miejscu jak wryty i nie mógł oderwać oczu od koszów z pięknemi wiedeńskiemi bułeczkami. Kurczowo trzymał się krawędzi jednego z koszów, wzrok rzucał niespokojnie na wszystkie strony, jakby się chciał upewnić, czy kto na niego nie zwraca uwagi, poczem gorączkowo ręce zagłębił w pieczywie.
W tejże chwili dziewczynka krzyknęła przerażona:
— Mamo, on kradnie!
Zanim chłopiec zdążył dobiedz do drzwi, chwyciła go za kołnierz jakaś energiczna służąca. Nie mógł się bronić, gdyż ręce miał zapełnione bułeczkami.
W sklepie powstało zamieszanie, damy wystraszone poczęły krzyczeć:
— Złodziej! złodziej! to okropne!
Sługi dziwiły się, że w śródmieściu coś podobnego się dzieje i oskarżały policję o niedbalstwo, mała dziewczynka poczęła głośno płakać, a gdy się po chwili zjawił policjant, z przerażeniem jęczała:
— Mamo, mamo! to okropne!
Wyjaśnień długich nie było, bo chłopak pochwycony został na gorącym uczynku; tylko sklepowa — przystojna, dobrej tuszy niewiasta, oświadczyła, że dla tych kilku bułeczek nie warto robić takiego kramu.
Dama jednak, z płaczącą dziewczynką na ręku, podeszła w tejże chwili do policjanta i gniewnym głosem odezwała się:
— Czuję się w obowiązku oświadczyć panu, jako przedstawicielowi władzy, że chłopak ten nie kradł z głodu. Moja Emmy — tu dziecko poczęło łkać głośno — tu przed chwilą ofiarowała mu piątaka...
Na słowa te chłopiec oniemiał, i nie próbując nawet się tłómaczyć, stał jak wryty; usiłował tylko ugryźć kawałek bułki, której nikt mu dotąd nie odebrał.
W tejże chwili służąca, która dotąd trzymała chłopaka w swej żylastej dłoni, potrząsnęła nim tak silnie, że kajzerka wypadła mu z ręki na podłogę.
Policjant nie robił ceremonji z niezdarzonym chłopakiem, dał mu w kark, chwycił za kołnierz i pokłoniwszy się damom, wyszedł z nim, zapewniając obecnych, że temu szelmie mały wypoczynek w kozie nie zaszkodzi.
Tylko Emmy była niepocieszoną. Nieustannie płakała na myśl o chłopcu złodzieju.
— Mamo, okrutnie się boję, żeby mu policja jakiej krzywdy nie zrobiła.
— Moje dziecko, nie martw się tym złym chłopcem! Policja mu nic złego nie zrobi, najwyżej zaaplikuje mu porcję batów, a to wyjdzie mu z pewnością na dobre, jeżeli, naturalnie, nie jest z gruntu zepsuty. Widzisz, powinnaś teraz prosić Bozi w paciorku, żeby przebaczył winy temu niegrzecznemu i zepsutemu dziecku.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Wincenty Szatkowski, Peter Nansen.