Bajka o Żelaznym Wilku/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Bajka o Żelaznym Wilku
Podtytuł z 14 rycinami i winietą okładkowa Jana Rembowskiego
Data wydania 1911
Wydawnictwo Spółka Nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Ilustrator Jan Rembowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV.

Smutnemi oczami wodził Król po dawno niewidzianych okolicach. Przypomniała mu się młodość wesoła, burzliwa, której świadkiem były te łany, te gaje. Przypomniały mu się boje, szczęśliwie staczane na tych polach; przypomniały mu się rozwiane nadzieje świetlane, plany rozległe, zamysły odważne; przypomniały mu czarne zdrady przyjaciół i bolesne zawody... Ale najgorzej bolał go widok wsi i warownych grodów przydrożnych, które miały strzec kraju. Podobne były raczej do kup gruzu, porosłych chwastami, niż do twierdz obronnych. Znikły również wesołe dostatnie siedliszcza kmiece; wszędzie widniały natomiast nędzne lepianki z maluchnemi okienkami, kryte strzechami ze zgniłej słomy i chrustu. Na zagonach i miedzach pracowały gromadki bab i chłopów, ubogich, oberwanych, chudych, którzy, podniósszy na chwilę opuszczone ku ziemi głowy, śledzili obojętnie tępym wzrokiem za przeciągającym wojskiem.
— Czyje to włości? — spytał wreszcie Król chmurno.
— Strażnika Tatury!
— Aż tak daleko?
— Wszystko wokoło jego, wszystko jak okiem sięgnąć wykupił, aż hen, po te lasy na widnokręgu i nawet za temi lasami...
Król więcej nie pytał, tylko patrzeć na nic już nie chciał, a że nie miał oczu gdzie podziać, więc skierował je na dalekie, srebrzące się na niebie obłoki. Dopiero gdy u drogi błysnął śliczny pałac z kolorowemi oknami, mieniącemi się w słońcu jak drogie kamienie, gdy w przelotach obszernego jak las parku zabielały niezliczone posągi, kolumnady ganków i podcieni, gdy nad niemi zamgliły się rzeźbione koronki balkonów, rozwieszonych u wysokich murów, a nad wszystkim jak drogocenna tarcza zagrał niezrównanym blaskiem polewany dach szmaragdowy i gdy wiatr stamtąd przywiał wesołą piosenkę — Król konia zatrzymał i rozradowanemi oczyma popatrzał na cudną zjawę. Jest więc ktoś szczęśliwy w jego państwie!
— Czyj to pałac?
— Strażnika Tatury! — odpowiedziały głosy z orszaku.
Król oczy spuścił na łęk siodła i nie podnosił już głowy, aż zaczęły wracać wysłane podjazdy z wieścią, że widać już przednie straże nieprzyjacielskie.
Na widnokręgu tu i tam stały słupy dymów, a drogą uchodziły w bezładzie i trwodze tłumy wieśniaków, pędząc przed sobą bydło i wioząc na wozach i ręcznych taczkach nędzną chudobę.
Król podzielił wojsko na części, rozmieścił na skrzydłach, rozdał dowództwa, sprawił szyk bojowy i, mając za sobą świetny orszak rycerski, pojechał przodem pośrodku. Poza nim w obie strony daleko wyciągnęły się pułki i szły równo, błyskając orężem i szumiąc głosami jak żywa powódź. Dojrzałe zboża, deptane nogami ludzi i koni, chyliły się przed niemi pokornie. Nieprzyjaciel ściągał pośpiesznie swoje zagony i cofał się. Dopiero pod wieczór zamajaczyła w oddali nizka, równa jak wał linja wojsk nieprzyjacielskich. Po długiej naradzie z hetmanami i wojewodami postanowił Król bitwę odłożyć do rana i kazał się wojsku na miejscu okopać.
Ale nieprzyjaciel nie czekał. Pod osłoną ciemności tłumy rudobrodych barbarzyńców podkradły się pod obóz królewski, cicho sprzątnęły straże i wdarły się z wrzawą okropną na okopy, rzucając przed siebie chmury strzał i smolne kule płonące, aby oświetlić sobie cel dla pocisków. Z wielkim trudem udało się Królowi i wojewodom powstrzymać popłoch i w zamieszaniu bezładnej bitwy sprawić szyki. Wojsko uratował rycerz Czarny, który rzucił się z garstką swoich na oblegających, sam zginął, ale ich przełamał i wstrzymał. Tymczasem Król kazał zapalić na wysokich tykach przygotowane wiechy smolne i oświetlił w ten sposób plac boju. W krwawym blasku ogni szła dalej rzeź bezładna. Rycerstwo nie mogło użyć koni i kopji, aby nie pognieść i nie poranić swoich. Procarze i łucznicy z obu stron porzucili bezużyteczne łuki i schwycili się z wrogiem za bary i gardła. Więcej teraz znaczyła siła pięści niż sztuka. A że barbarzyńców było więcej, rychło spostrzegł Król, że wojsko jego chwieje się i że niebawem ulegnie. Na domiar smolne wiechy gasnąć zaczęły i wywracały się, potrącane w boju. A choć Król kazał nowe zapalać, rychło nad wyjącym, kotłującym się, szczękającym orężem ludzkim rozlewiskiem zapanował krwawy półzmrok. Nagle z tej krwawej mgły pośrodku bojowiska wyłoniła się olbrzymia postać rudobrodego jeźdźca, w złotej na szyszaku koronie, który, tnąc oburącz wielkim mieczem, przedzierał się przez gąszcze walczących ku Królowi.
— Władca Wschodu i Zachodu!... Zginęliśmy!... — krzyknęli rycerze.
— Za mną!... — krzyknął Król, podwiązując drżącemi rękami brodę na bój śmiertelny.
Cały orszak zrobił tosamo, jeno królewicz Jaś patrzał na wszystko osłupiałym wzrokiem, trzymając w ręku bezradnie złote gęśliki.
— Za mną!... — powtórzył Król, podnosząc w górę miecz.
— Rękę księżniczki i połowę królestwa temu, kto zwali tego drapieżcę!
Stanęły dęba spięte ostrogami konie rycerskie, skoczyły w ciemności, pełne wrzawy i ludzkiego rozruchu. Ciężkie ich kopyta tratowały swoich i obcych. Ci bronili się i wiele rumaków, pchniętych z dołu krótkiemi mieczami, padło na ziemię, pociągając za sobą na pewną śmierć jeźdźców. Coraz mniej mieczów jeżyło się dookoła Króla. Zato rudobrody olbrzym wyrastał coraz bliżej. — Król pragnął jeno zginąć z chwałą. Wtym stała się rzecz zgoła niezrozumiała. Na tyłach nacierających rozległo się głuche, straszne wycie, od którego zadrżały konie rycerskie...
— Wilki!... Tego tylko brakowało! — szepnął Król, czując, że mu ramię mdleje.
— Wilki!... — zaszemrał huragan wystraszonych głosów i bój jakby zamarł na chwilę; ustał szczęk broni, jeno głuchy poszum głosów przerażonych leciał nad polem. Zbudziło walkę ponowne wycie przeciągłe, zagłuszone niebawem łoskotem brzeszczotów, kuciem siekier o zbroje i tarcze. Rudobrody olbrzym wstrzymał konia i obejrzał się... Szedł ku niemu z ciemności czarny jak chmura rycerz, migocąc dookoła siebie białą błyskawicą żelaznego miecza. Koń czarny, okuty żelaznemi blachami, wspinał się pod nim i szalał, bił kopytami, miotał z ślepi i nozdrzy ogień, rozrzucał pianę i krew...
Poznał Król strasznego jeźdźca i wzdrygnął się.
Dostrzegł zwarty poza nim szyk wojowników z futrzanemi szłykami na głowach, z krótkiemi, białemi jak kły mieczami.
Obejrzał się Król, szukając syna, ale królewicz gdzieś się zapodział bez śladu.
Zgasła ostatnia wiecha nad pobojowiskiem. Ciemność zaległa nad wylękłemi tłumami, przycichł szczęk broni. Wielogłosy tupot nóg uciekających, przestrzelony jękiem tratowanych i umierających, leciał ku wybłysłym na niebie gwiazdom. Król, ogarnięty falą zbiegów, porwany przez nią, musiał również uchodzić z rozpaczą w sercu.
Gdy wszakże rozedniało, udało się Królowi dookoła siebie zebrać trochę rycerstwa i z jego pomocą wstrzymać i skupić część rozbitego wojska. Znowu uszykował szeregi, aby stawić czoło pościgowi i uratować resztki swoich sił od ostatecznej porażki. Ale ku powszechnemu zdziwieniu pościgu nie było. Przeciwnie, okoliczni chłopi rychło przynieśli wieść, że »rudobrodzi« również uchodzą w popłochu w stronę przeciwną, unosząc ciało swego zabitego Władcy.
Król wysłał niezwłocznie część wojska za uciekającym nieprzyjacielem, a z mniejszą częścią pośpieszył na miejsce wczorajszej walki.
Pobojowisko, zasłane tysiącami trupów, wyglądało jak burzą przeorana rola. Jadąc wśród tych ciał, wczoraj jeszcze pełnych życia i wesela, a dziś zimnych, nieruchomych, Król zakrył żałośnie twarz dłonią:
— Każdy z nich przecie miał ojca i matkę... Ciężko sprawować rządy świata.... Gdzie syn mój!? Szukajcie syna!
Rozjechali się rycerze po pobojowisku, a Król udał się na miejsce, gdzie stał wczoraj i gdzie toczył się bój najgłówniejszy. Z położenia poległych ciał, ich ran, z rodzaju uzbrojenia, starał się Król odgadnąć tajemnicę niespodzianego zwycięstwa.
— Nic nie rozumiem! — wyrzekł wreszcie po wielokrotnym obejrzeniu pola.
— Może Władcę ich trafił wypadkiem pocisk z procy! — podpowiedział rycerz Biały.
— A może zwalił go jaki wojownik, który obecnie jeszcze ściga wrogów, a potym dopiero zgłosi się po obiecaną przez Waszą Królewską Mość nagrodę! — wtrącił rycerz Purpurowy, uśmiechając się zazdrośnie.
— A może... zbawiła nas jaka... gwiazda! — szepnął melancholijnie rycerz Błękitny.
Król nie odpowiadał.
On dobrze zapamiętał obraz żelaznego rycerza, który zjawił mu się nagle w krwawej śreżodze bojowej, dobrze zapamiętał wycie Wilków, które wzbudziło popłoch w wojsku, a ciała kilku z nich, znalezione na pobojowisku, przekonały go ostatecznie, że wszystko to nie było przywidzeniem...
Daremnie wszakże gubił się w domysłach. Nic nie rozumiał.
— Jeden chyba Dydko mógłby dać wyjaśnienia!... — pomyślał z tęsknotą.
Czarowny świat gwiazd, daleki od tego cuchnącego krwią pola, świetlany i czysty, zamajaczył przed nim ponętnie. — Odepchnął go jednak.
— Może przyszedł tu, aby łacniej porwać mi syna! — rozmyślał dalej ze zgrozą. Czekał z drżeniem serca, co będzie dalej, wpatrywał się z bystrym przerażeniem w mgliste widnokręgi, skąd coraz przybiegali gońce z wieściami, i rozsyłał na wszystkie strony zbrojne poczty na poszukiwanie zaginionego następcy.
Teraz dopiero ożyła w nim z bolesną potęgą miłość do dziecka. Wspomniał jego jasne włosy i szafirowe przejrzyste oczęta, jego twarz delikatną, pełną przedwczesnego smętku.
Po wielu trudach znaleziono królewicza w nędznej lepiance wieśniaczej, siedzącego na nizkim zydelku przed stołem z resztkami lichej strawy. Królewicz wodził zdumionemi, cokolwiek wylękłemi oczyma po czarnych okopconych ścianach, po ubogich siermiężnych szatach, po otaczających twarzach, grubych, opalonych, zwiędłych przed czasem, spoglądał ze wstrętem na brudne, węzłowate, spracowane ręce wieśniaków, wyciągające się ku niemu życzliwie i ciekawie:
— Wy jesteście wszyscy jak nasz... ogrodniczek! — rzekł wreszcie.
Chłopi dziwowali się i kręcili głowami. Bączuś tłumaczył im powiedzenie królewicza w ich chrapliwym narzeczu, a królewicz w zadumie brząkał na gęślikach ku wielkiej uciesze dziewcząt i dzieci. Wtym zaszczekały na dworze psy i siwobrody chłop, wyjrzawszy przez otwarte drzwi, powiedział łagodnie.
— Przyjechali po ciebie, królewiczu, rycerze! Bóg ci zapłać za twoją muzykę... Wracaj do pałacu w spokoju!
Rozpuściwszy na wietrze barwne chorągwie, śpiewając pieśni zwycięskie, ciągnęło radośnie wojsko królewskie do zamku. Tuż u bramy spotkali koszlawego ogrodniczka, pędzącego przed sobą unurzanego po uszy w błocie osiełka.

— Oto wraca
Ogrodowa graca!...

Ej, zuchu, co nowego? Nie przyśnił ci się czasem nieboszczyk Władca Wschodu i Zachodu? I pocoś tylko niepokoił swoje szanowne łydeczki!?... Ha! ha! ha! — szydził zeń rycerz Rondel, ku wielkiej uciesze żołnierzy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.