Bajka o Żelaznym Wilku/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Bajka o Żelaznym Wilku
Podtytuł z 14 rycinami i winietą okładkowa Jana Rembowskiego
Data wydania 1911
Wydawnictwo Spółka Nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Ilustrator Jan Rembowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.

Gdy Król z pocztem rycerzy stanął nareszcie na wzgórku, skąd widać było całą dolinę zamkową, zdumiał się i zadrżał.
Jak okiem sięgnąć, wokoło mienił się obóz chłopski, niby pstry, nizko u ziemi przyległy smok: bielały płócienne świty, siwe sukmany, owcze serdaki, łyczane obierze bojowe, ciemniały futrzane i sukienne kołpaki, błyskały paiże. Ruszało się to wciąż, skupiało w gromady i rozpływało między rzędami rudych lepianek, skleconych naprędce z chróstu i gliny, jak cętki kurczących się łusek. Modrawe dymy ogni tłukły się nad obozowiskiem i powlekały wszystko sinawą mgłą, wśród której niby nieprzeliczone skry błyskały blaski poruszającego się oręża: kos, siekier, mieczów, hełmów i puklerzy.
Choć to był widok groźny, nie tego się jednak Król przestraszył. Był pewny, że koniec końców uda mu się z chłopami dojść do ładu, że uda się ich większość na swoją stronę przeciągnąć.
— A to, że rycerzy trochę nastraszyli, to wszystkim wyjdzie na pożytek!... — rozmyślał nieraz w cichości.
Kiedy jednak na zachodzie doliny, niedaleko bramy zamkowej, ujrzał czarną zwartą plamę cudzoziemskiej ciżby, kiedy rozpoznał w niej Wilków hordy, zimne przerażenie schwyciło go za serce.
Długo nie odrywał oczu od ciemnego mrowia i płowych murów twierdzy, dumnie wznoszących się niby wyspa wysoka i skalista nad wrogim obozowiskiem. Królewska dwubarwna chorągiew wiała nad nią jeszcze jak płomyk życia, ale czy długo to potrwa?...
— Miłościwy Panie!... dostrzegli nas!... — ostrzegł Króla jeden z przybocznych rycerzy.
Król zwrócił zadumane oczy na obóz chłopski, gdzie roje powstańców zaczęły wylegać z okopów i szykować się w długie potrójne, poczwórne, poszóstne szeregi.
— Posłać do nich heroldów z przygotowanym wczoraj orędziem!... Niech się pokwapią!... Niech im słowem moim królewskim poręczą, że czynsze zostaną zmniejszone, a wszelka swawola ukrócona!... Że wszystkim przebaczę, jeżeli się upokorzą i wrócą do swoich osiedli!...
Popędzili heroldowie z białą chorągwią pokoju w stronę buntowników.
Król widział, jak naprzeciwko nim wyszli siermiężni wojownicy, jak długo coś gadali i jak następnie jego wysłańcy nawrócili konie.
— Nic z tego nie będzie, Wasza Królewska Mość! Te chamy nie znają się na takich dowodach! Zbić ich, przygiąć do ziemi a potym ułaskawić trzeba!... Taka moja rada! — radził rycerz Płomienny.
— Widzisz, wielu ich jest!?
— To nic!... Nie mają konnicy i zbroje liche, oręże kamienne, kosy i cepy!... Wykosimy ich mieczami jak łan zboża! — dowodził rycerz Żółty.
Ale Król milczał, gryzł brodę.
— Przecież to... dzieci moje, bracia wasi!... — wybuchnął wreszcie.
— To nie są bracia nasi, to jest podła krew jeńców, oszczędzona i przygarnięta przez nas! — twardo odpowiedział Rycerz Czarny.
— Tutaj, w obliczu śmierci, wstyd ci, rycerzu, tak mówić! Wszystkim nam grozi zagłada: i podłym i szlachetnym!... Czy nie widzisz?...
Król wskazał ręką na czarne pułki z pod bramy zamkowej.
Tam powstał też jakowyś ruch. Oddziały przesuwały się na tyłach, wydłużały linję bojową, wyginały ją jak sierp księżyca.
— Nauczyły się i te pohańce szyki, widzę, sprawiać!... — szepnął rycerz Błękitny.
W tej chwili wrócili wysłańcy.
— Nie dopuścili nas! Starszyzna nie pozwoliła nam nawet gadać z chłopami. Mówią: Niech Król Jegomość przyjdzie do nas, a przyjmiemy go jak ojca ze czcią i miłością. Poddamy się pod Jego miłościwe rozkazy, gdyż tego tylko pragniemy. Przyszliśmy wyzwolić go z niewoli rycerskiej, ale z rycerzami gadać nie chcemy... Siła nas teraz razem, to są grzeczni, a jak do domów się rozejdziemy, to znowu nas dusić zaczną zosobna!...
— Bezczelni — nędznicy!... Wytępić ich!... — gorączkował się rycerz Rondel.
— Tak, tak!... Niema co!... Uderzyć na nich!... — zahuczały głosy.
— A któż na was siać i orać będzie?... — pytał Król ze smutkiem.
— Zresztą nie damy rady!... Roztropniej cofnąć się i wysłać do obozu tajemnych gońców, którzyby do chłopów trafili! — radził rycerz Biały.
— Zapewne, że lepiej zwlec, aż nadciągnie wojewoda Skowroń!... — przywtórzył rycerz Błękitny.
Już kazał Król trąbić do odwrotu, gdy niedaleko z poza nierówności ziemi wychyliły się sznury ciemnych, drobnych, chyżo naprzód pomykających postaci:
— Wilki! — szepnął Król, poprawił się na siodle i dobył miecza. Cały jego orszak i całe nieduże doborowe wojsko uczyniło to wraz bez rozkazu. Król szybko wydał rozkazy. Zmienił szyk bojowy, sformował wojsko w kwadrat, czołem na cztery świata strony. A zaraz wysłał na stracenie dwa oddziały konnicy, aby nieprzyjaciół wstrzymała: jeden przeciw Wilkom, drugi przeciw chłopom, którzy też z wielkim wrzaskiem ruszyli do boju.
Wilki szły cicho, płasko, jakoby skradając się przy ziemi. Konnica niewiele uczyniła im krzywdy, gdyż rozsypali się luźnym łańcuchem. Przeszła przez nich jak przez oka niewodu. Zabiła kilku, stratowała, porąbała — kilkunastu, może setkę, ale główna siła nieprzyjaciela nie zatrzymała się nawet, dążąc w tymsamym szyku, w tymsamym kierunku z oczami utkwionemi w orszak królewski.
W mgnieniu oka znaleźli się na rzut strzały. Już widać było wyraźnie ich szare postacie kosmate, ich krwawo gorejące ślepia z pod szłyków futrzanych, ich krótkie miecze żelazne, białe i błyszczące jak kły... Zawyli i miotnęli chmurę strzał raz, drugi i trzeci... Poczym pod osłoną pocisków zbiegli się chyżo i wpadli kupą na szyki królewskie. Zawrzała zażarta walka. Król, stojąc na lekkim wzniesieniu pośród wojska, pilnie baczył na wszystko i posyłał na pomoc zagrożonym szeregom doborowych rycerzy z zapasu. Wilków napływało coraz więcej i więcej... Ich dzikie wycia straszyły konie, oszałamiały ludzi, głusząc szczęk oręża, granie trąb i nawoływania królewskiego rycerstwa... Na miejsce setek poległych wyrastały nowe nawały, parły naprzód z niepowstrzymaną siłą, szczękając żelazem po miedzianych zbrojach.
Zaczęło zmęczone, ogłuszone i przerzedzone rycerstwo ustępować. Zwężało się koło obrońców królewskich... a i ci, co zostali, byli pocięci, osłabieni, upadli na duchu. Król przerażonym okiem spoglądał na kłębiące się do okoła czarne mrowisko. Wśród niego opodal niby góra szarzał cień strasznego hufca wojowników, zakutych w żelazo z wilczemi naliczkami. — Ci nie dobywali jeszcze broni. — Wolno, kołysząc się, posuwali się oni przez wrzeszczący tłum... wprost ku Królowi.
— Zginęliśmy!... — szepnął Król.
— Tak, Królu, zginęliśmy, ale choć umrzemy godziwie!... Wolę taką śmierć, niż śmierć z ręki moich wczorajszych niewolników!... — odpowiedział rycerz Czarny.
Król zbolałym okiem spojrzał na gromady chłopów, przyglądające się bitwie z oddala. Tam również poruszano się, jakby gotowano do walki...
— Pójdą pewnie na zamek!... — pomyślał Król i na chwilkę mignęła mu przed oczyma pyszna pałacowa komnata, w niej Królowa, siedząca u okna w złototkanej szacie, a u jej nóg dwoje bawiących się na kobiercu rumianych dzieciaków... Ogromny wilczy pysk pochylił się nad niemi i zmącił mu widok... Król oprzytomniał i spojrzał przed siebie... Po krótkiej przerwie, w czasie której Wilcy wysunęli na czoło świeże siły, zawrzał nowy bój. Wśród rycerstwa już nie czuć było ani twardości, ani zapału. Biło się jeszcze ono dobrze, odpierało napady i zadawało ciosy, ale bez zwykłej dzielności. W ruchach i twarzach widniała jeno zaciętość i rozpacz. Daremnie wodzowie podniecali walczących obietnicą, że lada chwila nadciągnie wojewoda Skowroń, że z zamku wypadnie odsiecz...
Dość było spojrzeć na nieprzejrzane mrowie Wilków, aby zrozumieć, iż żadna odsiecz już tu w czas nie dotrze, nie pomoże... Mały oddziałek królewski nie bił się nawet z tą tłuszczą, jeno szamotał bezsilnie, jak motyl grzęznący w smole... Barwne chorągwie, pyszne płaszcze rycerskie, połyskliwe zbroje nikły, tonęły we wrzeszczącym, szalejącym topielisku nieprzyjacielskim.
Żeby choć resztkę wojska uratować, żeby zupełnej uniknąć zagłady, postanowił Król porzucić obronne stanowisko, przedrzeć się i uciec.
— Ale gdzie? Wszędzie za nami te wilczyska pogonią!... Wytchnąć nie dadzą?... Ani zjeść, ani wyspać się. Będą tropić, gryźć, szarpać, rwać!... A no, niech radzą panowie!... Przez nich cała ta wojna!...
Zwołał Król naprędce radę wojenną do bojowego namiotu wodzów i przedniejszych rycerzy. Wszyscy zgodzili się, że należy od zamku odstąpić, że go uratować nie sposób.
— Podda się Tatura, podda, jak tylko zobaczy, że odchodzimy!... — dowodził rycerz Purpurowy.
— A cóż innego może zrobić!? I tak wezmą zamek, gdy nas zniosą... A nie wezmą szturmem, to go ogłodzą!... — odrzekł rycerz Biały.
Królowi serce się ściskało, gdy tych domysłów słuchał, ale nie dał poznać po sobie.
— Dobrze!... Wszyscy więc zgadzacie się na odwrót, ale w jaką stronę?...
— Ku Czesławcom. Tam Skowroń już powinien był nadciągnąć!... — radził Rycerz Płomienny.
— O ile go nie obiegli i nie wstrzymali tamtejsi chłopi... Od naszej wygranej albo przegranej zależy, czy powstanie na kraj cały się rozszerzy czy zgaśnie!... — zauważył posępnie rycerz Czarny.
Król słuchał spokojnie.
— Uważam, że należy ...do chłopów, do chłopów! — rzekł wreszcie surowo.
Rycerze wyprostowali się i umilkli.
— Chyba po to pójdziemy do nich, żeby nas dobili — szepnął rycerz Błękitny.
— Przenigdy nie uczynimy tego... Zginiemy na wieczne czasy! — zawołał rycerz Czarny.
Nagle odchylił się róg namiotu i wbiegł wojownik w krwi, kurzu i znoju, bez hełmu na głowie, z mieczem strzaskanym w ręku.
— Ratuj się, Królu!... Wilcy przerwali szeregi, są już w obozie!...
— Na koń! — krzyknął Król. — Gdzie mój hełm, gdzie miecz!?
Drżącemi rękami długą złotą brodę wedle starodawnego obyczaju za wycięcie pancerza zakładał, aby mu nie przeszkadzała w boju, a giermkowie tymczasem ściągali na nim sprzączki zbroi, nieśli mu hełm złocisty i nowy, polerowny miecz. Biały rumak niecierpliwie tańczył i grzebał kopytami ziemię przed namiotem. W obozie kotłował się bój i szerzył się popłoch... Wśród strasznej wrzawy przelewała się z końca w koniec ciżba ludzka, obalając po drodze wszystko. Ogromne bogactwa, beczki z pieniędzmi, skrzynie ze złotemi naczyniami, drogie suknie, wory z żywnością, wszystko zmieszane, stratowane, walało się w kurzu i krwawym błocie pod nogami walczących.
Król kazał trąbić i zwoływać wojowników, setnikom tłumaczyć, aby zaprzestali się bić bezładnie, skupiali koło dowódców. — Rycerze i wodzowie zaczęli zbierać, spędzać ludzi i wkrótce otoczył Króla spory oddział, który wciąż wzrastał od napływu zbiegów z rozmaitych oddziałów. Król wysunął się na czoło; murem stanęli dookoła dzielniejsi rycerze i z nowym zapałem uderzyli na zdumionego wroga...
Ostry, błyszczący od miedzi, barwny od drogich tkanin szyk konnicy, muskularna, najeżona dzidami piechota wcięły się niby twardy klin w nieporządne, zmieszane w gorączkowym pościgu szeregi Wilków. Ciężkie bronzowe brzeszczoty siekły niemiłosiernie, kłuły dzidy bukowe, tratowały kopyta końskie. Daremnie nadstawiali Wilcy swoje krótkie miecze żelazne i niezgrabne oszczepy... Łuków i proc użyć nie mogli, gdyż łatwo było porazić w zamieszaniu swoich... Ustępowali więc przed klinem doświadczonych rycerzy, rozbiegali się na dwie strony, jak woda przed twardym dziobem wojennego statku. Ale trwało to niedługo. Rozległ się przeraźliwy dźwięk, podobny do świstu orła i mruku lwa, Wilki odpowiedziały wyciem i pochyliły się ku ziemi: Król podniósł oczy i ujrzał lecącego ku sobie z impetem żelaznego rycerza z wilczą przyłbicą. Spinał się pod nim kudłaty, do wilczyska podobny rumak, a za nim pędziła kupka podobnych do niego rycerzy.
— Dobrze!... Porachujemy się!... — pomyślał, zaciskając zęby, Król. Wyciągnął rękę z mieczem przed siebie i pomknął sam w tę stronę, a za nim wojsko. Zwarły się szeregi jak dwie fale; wzdęły się, zapieniły głowami ludzkiemi, zjeżyły mieczami, a gdy opadły, powstał na ziemi krwawy wał zabitych. Nie wytrzymały jednak przeważnie w skóry odziane Wilczyska naporu miedzi. Zostali odrzuceni, a częścią wycięci... Nawet wódz ich, rycerz żelazny, porwany w popłochu uciekającym tłumem, mógł z Królem zamienić ledwie parę cięć miecza. Uszedł z innemi, lecz opodal widać było, jak ich zwoływał, szykował, i do nowej walki zagrzewał.
Wojsko królewskie przedarło się wszakże już poza pierścień nieprzyjaciela i pełnym biegiem zbliżało się do chłopskich szeregów. Ci szykowali swoje proce i łuki, nadstawiali dzidy, gdy wtym Król wojsko zatrzymał, część jego zwrócił przeciw pozostałym w tyle hordom; reszcie kazał czekać, broń ku ziemi opuścić. Sam z małą kupką rycerzy, wysławszy naprzód heroldów, zbliżył się do powstańców.
— Słuchajcie, kmiecie, sołtysi i wójtowie... — zawołał, wyciągając rękę.
— Słuchajcie, słuchajcie!... — wrzasnęli heroldowie i zadęli w trąby.
Król dał ponownie znak, że chce mówić. Nastała cisza śmiertelna, przeraźliwa. Wszyscy czuli, że się wielkiego coś waży. Jeno zdała, niby głuche granie następującego potopu, dolatało wielogłose wycie Wilków i wrzawa bojowa ucierających się z niemi oddziałów.
— Słuchajcie, chłopi, przyznaję, żeście pokrzywdzeni, przyznaję, że panowie zabierali wam nieraz ostatni kęs, skazując na głód i nędzę... ale teraz... ojczyzna ginie!... Wszystko ginie... Ratujcie! Ratujcie kraj!
Głuchy pomruk przeszedł po chłopskich szeregach...
— A niech tam!... — wołali jedni. — Macochą była nam, nie matką!...
Te wołania jednak pokrył grzmot innych, coraz głośniejszych okrzyków.
— To prawda!... W pęta i nas wezmą!... Precz z Wilkami!... Hej!... Leśni djabli!... Na nich!... Bij, zabij!...
A ogromny Gomóła przypadł nagle do strzemienia królewskiego i zawołał głosem skruszonym:
— Daruj nam, Królu Panie i Ojcze nasz! My już sami chcieli na nich uderzyć, kiedy zobaczyli, jak oni krew naszą chłepczą!... My ich, drapieżników, dobrze znamy!... My ich nie cierpimy jak i wy... Nie chcemy ich panowania!... A tylko obroń nas, Ty, Panie, od rycerskiego ucisku!...
Król, któremu łzy w oczach zabłysły, spojrzał na tysiące wzniesionych rąk, na rozgorzałe oczy, na pobladłe wokoło twarze... Zwrócił się do stojącego w ponurym milczeniu rycerstwa i, wyciągnąwszy ręce do nieba, zawołał:
— Przysięgam Wam, jako zwolnię niewolniki moje i uczynię w Państwie moim równość i sprawiedliwość!...
— Niech żyje Król!... Sława mu!... Hejże na Wilki!... Prowadź nas!... Prowadźcie nas, rycerze!...
Król natychmiast sprawił nowe szyki, przydzielił do chłopskich szeregów z obu stron konne rycerskie oddziały, z reszty swego wojska utworzył klin i puścił go przodem na zdumionych i zmieszanych obrotem sprawy nieprzyjaciół. Nietyle ich przestraszyło nieoczekiwane natarcie rycerstwa, z którym umieli już poczynać sobie zwycięsko, co ława zbrojnych chłopów, lecąca ku nim z szybkością chmury gradowej. Wódz Wilków kazał trąbić do odwrotu, ale było już za późno, szeregi chłopskie już ich dopadły, już zaczęły rwać i deptać ich, bić cepami, kosami, sękatemi maczugami, kłuć dzidami... Daremnie zastawiali się od nich Wilcy ostrym jak szpony żelazem, daremnie próbowali przerazić okropnym wyciem, chłopi choć gęsto padali, szli naprzód jak fala. Wkrótce przedarli, zniszczyli szyki Wilków, wdarli się w ich środek, niosąc wszędzie śmierć i przerażenie... Uciekającego naoślep nieprzyjaciela tępiła bez litości zabiegająca z boków konnica...
Zachodziło słońce, gdy Król wracał z wojskiem zwycięskim do zamku.
Stanął na wzgórku, z którego rano pole bitwy oglądał, i konia nawrócił. Równina jak okiem zajrzeć pokryta była białemi i ciemnemi plamkami poległych ciał. Tu i owdzie krwawiły się purpurowe, błękitniały niebieskie, złociły żółte płaszcze rycerstwa. Błyszczały w ukośnych promieniach słońca jak kupy zarzewia zbroje miedziane... Gasły dymy dogorywających ogni... A poza tym wszystkim na kresach widnokręgu bielała chłodna wstęga uchodzącej wdal Popławy.
Właśnie z zamku na spotkanie zwycięzców występował orszak konnych i pieszych. Zwoje jaskrawych chorągwi wiały nad nim, błyskał oręż i złoto, i drogie kamienie. — Śpiewali i grali na złotych rogach pieśni radosne...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.