Ania z Zielonego Wzgórza/Część I/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Zielonego Wzgórza
Część I-sza
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1921
Druk Drukarnia »Dziennika Polskiego«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsztajnowa
Tytuł orygin. Anne of Green Gables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I-sza
Pobierz jako: Pobierz Cała część I-sza jako ePub Pobierz Cała część I-sza jako PDF Pobierz Cała część I-sza jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVII.

Nowy cel w życiu.

Nazajutrz po południu Ania, siedząc nad swą robotą u okna kuchni, spostrzegła nagle Djanę, która, stojąc u Źródła Nimf leśnych, tajemnicze dawała jej znaki. W mgnieniu oka Ania znalazła się na dziedzińcu i pobiegła ku przyjaciółce z wesołem zdumieniem i nadzieją w swych wyrazistych oczach. Lecz nadzieja prysła, gdy, zbliżywszy się, wyczytała przygnębienie na twarzyczce Djany.
— Mama twoja nie ustąpiła? — spytała żywo.
Djana smutnie przecząco potrząsnęła głową.
— Nie, a co gorsza, powiada, że nie pozwoli mi już nigdy bawić się z tobą. Płakałam i płakałam, przekonywałam ją, że to nie była twoja wina, ale napróżno. Musiałam żebrać i błagać bardzo długo, zanim mi pozwoliła przyjść pożegnać się z tobą. Mogę zostać tu zaledwie dziesięć minut. Mama uprzedziła mnie, że spoglądać będzie na zegarek.
— Dziesięć minut to wistocie bardzo krótki czas do pożegnania się na wieki — rzekła Ania głosem drżącym od płaczu. — Ach, Djano, czy chcesz złożyć uroczystą przysięgę, że nigdy nie zapomnisz mnie, twej przyjaciółki młodości, nawet gdybyś później znalazła droższych przyjaciół?
— Ależ bezwarunkowo — zaszlochała Djana — nigdy nie chcę mieć innej serdecznej przyjaciółki... nie chcę innej. Nie potrafiłabym żadnej kochać tak, jak ciebie.
— Ach, Djano — zawołała Ania, składając ręce — kochasz mnie, naprawdę?
— Naturalnie, że tak. Czyś nie wiedziała o tem, Aniu?
— Nie. — Ania westchnęła głęboko. — Myślałam, że mnie lubisz, ale nie odważyłam się przypuszczać, że mnie kochasz. Widzisz, Djano, nie przypuszczałam, aby ktokolwiek mógł mnie kochać. Nikt nigdy mnie nie kochał, od czasu, jak zapamiętam. Ach, jakże to cudnie! Jest to promień światła, który wiecznie przyświecać będzie w ciemnościach drogi, rozdzielającej nas, Djano... O, powtórz to raz jeszcze!
— Kocham cię, prawdziwie, Aniu, — powtórzyła Djana stanowczo — i zawsze będę cię kochała. Bądź tego pewna!
— I ja będę cię zawsze kochała, Djano — rzekła Ania, uroczyście wyciągając rękę. — W przyszłości pamięć o tobie świecić będzie jako gwiazda ponad mojem samotnem życiem. Pamiętasz, tak się wyraziła bohaterka ostatniej powieści, którąśmy razem czytały. Djano, czy zechcesz mi darować pukiel włosów z twoich kruczych warkoczy? Zachowam go na zawsze, jako mój skarb najdroższy.
— A masz go czem uciąć? — spytała Djana, ocierając łzy, wywołane przesadną mową Ani i powracając do spraw praktycznych.
— Owszem! szczęściem mam małe nożyczki w kieszeni fartuszka — rzekła Ania. Delikatnie i uroczyście ścięła lok włosów Djany. — Żegnaj mi, najdroższa przyjaciółko! Odtąd, mieszkając tak blisko, będziemy jednak obce dla siebie. Lecz serce moje dochowa ci wiary na wieki.
— Bądź zdrowa, Aniu — rzekła Djana smutnym głosem, podając rękę Ani.
— Żegnaj mi, całem sercem ukochana Djano!
Djana odeszła krokiem powolnym.
Ania pozostała na miejscu, spoglądając za przyjaciółką, dopóki nie straciła jej z oczu i powiewając chusteczką, ilekroć tamta się obejrzała. Poczem powróciła do domu, uspokojona do pewnego stopnia romantycznym nastrojem pożegnania.
— Skończyło się raz na zawsze — zwierzała się Maryli. — Nie będę już nigdy miała przyjaciółki. Jest mi nawet gorzej, niż kiedykolwiek dawniej, bo nie mam ani Kasieńki, ani Violetty. A gdybym je nawet miała, to nie byłoby już to samo. Z chwilą, gdy się raz posiadało prawdziwą przyjaciółkę, takie wyobrażone niby przyjaciółki nie wystarczają. Djana i ja urządziłyśmy wzruszające pożegnanie, tam, obok źródła. Mówiłyśmy do siebie jak z książki... Djana ofiarowała mi pukiel swych włosów. Włożę je do maleńkiego woreczka i nosić będę na szyi przez całe życie. Poproszę też Marylę, aby zwróciła uwagę, by nie zapomniano włożyć mi go do trumny, gdyż wątpię bardzo, czy jeszcze długo pożyję. Być może, iż pani Barry, widząc mnie zimną i umarłą, poczuje wyrzuty sumienia i pozwoli Djanie pójść za moim pogrzebem.
— Sądzę, że dopóki potrafisz tak dużo bajać, niema obawy, byś wkrótce życie zakończyła ze zmartwienia — wtrąciła nielitościwie Maryla.
Następnego poniedziałku Maryla zdziwiła się niezmiernie, widząc Anię, wychodzącą ze swego pokoiku z teczką z książkami w ręce, z ustami zaciśniętemi w jakiemś silnem postanowieniu.
— Powracam do szkoły — oświadczyła dziewczynka. — To jedno pozostało mi w życiu, odkąd tak nielitościwie, bezwzględnie odtrącono ode mnie przyjaciółkę. W szkole mogę przynajmniej patrzeć na nią i rozmyślać nad minionemi dniami.
— Rozmyślaj raczej nad lekcjami i zadaniami arytmetycznemi — rzekła Maryla, ukrywając swe zadowolenie z takiego obrotu rzeczy. — Sądzę, że obecnie nie dasz powodu do opowiadania o tabliczkach, ciskanych ludziom w głowy, i innych niespodziankach. Sprawuj się rozsądnie i uważaj na to, co nauczyciel mówi.
— Postaram się być przykładną uczennicą — rzekła Ania smutnie. — Sądzę, że to nie będzie bardzo przyjemne. Pan Philips twierdzi, że Mimi Andrews jest wzorową, ale przecież ona nie posiada ani źdźbła imaginacji, ani też ożywienia. Jest zawsze znudzona, smutna, nic nie sprawia jej przyjemności. Wobec tego jednak, że ja czuję się obecnie tak bardzo nieszczęśliwą, być może, iż nietrudno mi będzie stać się do niej podobną. Pójdę do szkoły gościńcem. Nie potrafiłabym samotnie wędrować Ścieżką Brzóz. Musiałabym gorzko płakać.
W szkole przyjęto Anię ze szczerą radością. Brak było towarzyszów podczas urządzania zabaw jej bujnej wyobraźni, jej jasnego głosu podczas śpiewu i patetycznej intonacji przy głośnem czytaniu książek w czasie przerwy południowej. Ruby Gillis podsunęła jej ukradkiem podczas lekcji religji trzy piękne granatowe śliwki, Ella Macperson ofiarowała jej olbrzymi żółty bratek, wycięty z katalogu jakiejś firmy ogrodniczej, dla ozdobienia nim pulpitu, co wywołało w szkole powszechny zachwyt. Zosia Slone przyrzekła nauczyć ją robić szydełkiem śliczne ząbki, niezmiernie eleganckie przybranie fartuszka. Kasia Boutler podarowała jej buteleczkę od perfum do wody, potrzebnej dla zmywania tabliczki, a Julka Bell wykaligrafowała bardzo starannie na arkusiku jasno żółtego papieru z wyciętemi brzegami następny czterowiersz:

„Pisuje się na pamiątkę,
Ale wyznam szczerze,
Że miłość jest w sercu,
A nie na papierze“.

— Przyjemnie jest być cenionym — rzekła Ania do Maryli tegoż wieczoru, opowiedziawszy jej przyjęcie, jakiego doznała od koleżanek.
Nietylko jednak dziewczynki ją „ceniły“. Wracając po pauzie południowej na swe miejsce — pan Philips bowiem posadził ją obok wzorowej Mimi Andrews — Ania spostrzegła na swym pulpicie wielkie, soczyste złote jabłko. Już, już miała zatopić w niem ząbki, kiedy przypomniała sobie, że jedynem miejscem, gdzie rosły te ananasówki, był stary sad Blythów po drugiej stronie Jeziora lśniących wód. Odsunęła jabłko, jak gdyby to był rozżarzony węgiel, i bardzo ostentacyjnie wytarła palce chustką do nosa.
Jabłko pozostało na jej pulpicie do następnego ranka. Dopiero Mały Tymek Andrews, który zamiatał szkołę i rozniecał ogień na kominku, przywłaszczył je sobie, jako dochód przypadkowy.
Przychylniejszego przyjęcia doznał ołówek szyfrowy, przesłany Ani ukradkiem po przerwie południowej przez Karolka Slone. Co prawda, był wspaniały, powleczony żółtym i czerwonym papierem i kosztował dwa centy, gdy za zwykłe ołówki płacono tylko jednego centa. Ania raczyła go łaskawie przyjąć i obdarzyła ofiarodawcę uśmiechem, który sprawił, że zaślepiony młodzieniec z radości poczuł się w siódmem niebie. Następstwem tego zachwytu była niezliczona ilość omyłek w jego dyktandzie i rozkaz pana Philipsa pozostania po lekcjach w szkole dla poprawienia poczynionych błędów.
Jednakże bardzo widoczny i to zupełny brak oznak przyjaźni ze strony Djany Barry, siedzącej obok Józi Pay, osłabiał triumfy Ani.
— Uważam, iż Djana mogła była przynajmniej raz jeden uśmiechnąć się do mnie — zwierzała się Maryli tegoż wieczoru.
Lecz już nazajutrz rano maleńki, artystycznie zwinięty bilecik, dołączony do maleńkiego zawiniątka, dostał się ukradkiem do rąk Ani. Treść bileciku była następująca:
„Droga Aniu, Mateczka nie pozwala mi bawić się z tobą ani rozmawiać, nawet w szkole. To nie moja wina, więc nie gniewaj się na mnie, bo ja cię kocham tak samo, jak dawniej. Martwi mnie bardzo, że nie mogę ci powierzać moich tajemnic. Józi Pay nie lubię ani trochę. Zrobiłam dla ciebie zakładkę do książki z jedwabnej czerwonej bibułki. Takie są teraz najmodniejsze, a tylko trzy dziewczynki z naszej szkoły potrafią je zrobić. Ile razy spojrzysz na nią, przypomnij sobie twoją wierną przyjaciółkę

Djanę Barry“.

Ania przeczytała liścik, ucałowała zakładkę i szybko przesłała odpowiedź na drugi koniec klasy.

„Moja ty jedyna najdroższa Djano!

Nie mogę gniewać się na ciebie, że musisz być posłuszną mamie, ale duszom naszym wolno jest się spotykać. Twój prześliczny podarek zachowam na zawsze. Minia Andrews jest niezmiernie miłą dziefczynką — pomimo że nie posiada wcale imaginacji — lecz z chwilą, gdy byłam serdeczną pszyjaciółką Djany, nie mogę być pszyjaciółką Mini. Proszę cię, wybacz mi błędy ortograficzne, gdysz nie potrafię jeszcze zupełnie poprawnie pisać, pomimo że bardzo się o to staram.
Twoja aż do hwili, gdy nas śmierć rozłączy.

Ania lub Kordelja Shirley.

P. S. Będę tej nocy spała z bilecikiem twoim pod poduszką

A. lub K. S.

Pesymistycznie usposobiona Maryla przygotowana była na rozmaite niemiłe niespodzianki z chwilą, gdy Ania znowu zaczęła uczęszczać do szkoły. Ale obawy te nie spełniły się. Być może, iż Ania przejęła się niejednym rysem „wzorowej“ Mimi Andrews, lecz faktem było, iż nie zdarzyła się już żadna utarczka pomiędzy nią a panem Philipsem. Całą duszą oddała się nauce, niezłomnie postanowiwszy nie dać się wyprzedzić pod żadnym względem Gilbertowi Blythe.
Współzawodnictwo ich w ubieganiu się o miejsce prymusa w klasie stało się wkrótce bardzo widoczne. Gilbert spokojnie szedł naprzód, ale nie można powiedzieć tego samego o Ani. Była ona równie gwałtowna i uparta w miłości jak i w nienawiści. Nigdy nie zgodziłaby się przyznać, iż współzawodniczy w szkole z Gilbertem, bo znaczyłoby to uznać jego obecność, jego istnienie, czego Ania uparcie zdawała się nie widzieć. Jednakże niewątpliwie współzawodniczyli ze sobą, i odznaczenia za pilność dostawały się na przemiany. Jednego rana Gilbert, rozwiązawszy znakomicie zadanie arytmetyczne, otrzymał nagrodę w postaci nazwiska swego, wypisanego wielkiemi literami na szkolnej tablicy; nazajutrz na temże samem miejscu widniało nazwisko Ani, która cały poprzedni wieczór spędziła, biedząc się nad ułamkami dziesiętnemi.
Okropny dla Ani był dzień, w którym oboje okazali się jednakowo dobrze przygotowani, i imiona ich znalazły się obok siebie na tablicy. Równało się to prawie „ogłoszeniu", i przykrość Ani z tego powodu była tak samo widoczna, jak jawne było zadowolenie Gilberta.
Niepokój ich podwajał się, kiedy przy końcu miesiąca odbywały się egzaminy piśmienne. W pierwszym miesiącu Gilbert otrzymał trzy lepsze stopnie, w następnym Ania wyprzedziła go o pięć. Lecz radość jej przyćmioną została przez to, że Gilbert w obecności całej szkoły serdecznie jej powinszował. O ileż przyjemniej byłoby, gdyby go ta porażka zabolała!
Pan Philips mógł nie być wybitnym nauczycielem, lecz uczennica, która tak jak Ania gorliwie pracowała i dążyła do zdobywania nauki, nie mogła nie uczynić postępów, jakikolwiek byłby wykład. Przy końcu roku szkolnego Ania i Gilbert zostali promowani do piątej klasy i zaczęli zaznajamiać się zupełnie nowemi przedmiotami, jak łacina, geometrja, francuski i algebra. W geometrji Ania znalazła swoje Waterloo.
— Jest to coś okropnego, Marylo — skarżyła się dziewczynka. — Jestem pewna, że nigdy w życiu nie pojmę geometrji. Wszystko w niej jest oparte na pewnikach i niema absolutnie pola dla wyobraźni. Pan Philips twierdzi, że do geometrji mam najbardziej zakuta głowę, jaką kiedykolwiek widział. A przecież Gil... i niektórzy inni są bardzo rozgarnięci w tym kierunku. Jest to tak strasznie upokarzające, Marylo! Nawet Djana często daje sobie łatwiej radę, niż ja. Lecz że Djana łatwiej rozumie, to mnie cieszy... Pomimo że nigdy nie mówimy ze sobą, jak zupełnie obce osoby, kocham ją zawsze niewygasłem uczuciem. Często smutno mi się robi, gdy o niej myślę. Lecz naprawdę, Marylo, czy można być długo smutnym na tym pięknym świecie?






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: anonimowy.