Ania z Zielonego Wzgórza/Część I/Rozdział XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Zielonego Wzgórza
Część I-sza
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1921
Druk Drukarnia »Dziennika Polskiego«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsztajnowa
Tytuł orygin. Anne of Green Gables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I-sza
Pobierz jako: Pobierz Cała część I-sza jako ePub Pobierz Cała część I-sza jako PDF Pobierz Cała część I-sza jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVIII.

Ania w roli zbawcy.

Drobne sprawy miewają często doniosłe skutki. W pierwszej chwili nieprawdopodobnem się wydaje, aby postanowienie pewnego kanadyjskiego prezesa ministrów odwiedzenia w swej okólnej podróży Wysepki Księcia Edwarda mogło w jakikolwiek sposób wpłynąć na losy małej Ani Shirley z Zielonego Wzgórza. A jednak tak się stało.
Było to w styczniu. Prezes ministrów przybył, aby poznać swych zwolenników i przeciwników, biorących udział w wielkim mityngu w Charlottetown[1]. Większość mieszkańców Avonlei należała do jego stronnictwa; to też w przeddzień mityngu prawie wszyscy mężczyźni i wiele kobiet wybrało się do miasta, odległego o trzydzieści mil angielskich.
Naturalnie, że pani Małgorzata Linde udała się wraz z innymi. Należała ona do obozu gorących czynnych polityków i uważała, że bez jej obecności nic nie mogłoby zostać postanowione. Zabrała też i męża — Tomasz mógł wszakże przypilnować konia — i Marylę Cutbert. Ta wprawdzie nie bardzo interesowała się polityką, lecz zważywszy, iż to może jedyna sposobność w jej życiu ujrzenia prawdziwego żywego ministra, postanowiła pojechać, zostawiając dom na opiece Mateusza i Ani.
W ten sposób, podczas gdy Maryla i pani Małgorzata napawały się wrażeniami wielkiego mityngu, Ania i Mateusz gospodarowali na własną rękę w jasnej kuchni na Zielonem Wzgórzu. Wesoły ogień palił się na staroświeckim kominie, a niebiesko-białe kryształki szronu błyszczały na szybach. Mateusz, siedząc na sofie, zatopił się w czytaniu jakiegoś dziennika dla rolników, zaś Ania z zapałem kuła lekcje, od czasu do czasu rzucając zniecierpliwione spojrzenie ku półeczce, na której leżała nowa książka, pożyczona dziś właśnie od Janki Andrews. Janka zapewniła ją, że się drży ze wzruszenia, taka to zajmująca powieść, i Anię korciło, by czemprędzej zabrać się do przeglądania kartek. Lecz wziąć się do czytania znaczyło pozwolić prześcignąć się w jutrzejszych lekcjach Gilbertowi. Więc też Ania odwróciła głowę od półeczki z książkami i starała się wmówić w siebie, że owej książki wcale tam niema.
— Czy Mateusz uczył się w szkole geometrji? — spytała.
— Nie, zapewne, że nie — odrzekł Mateusz, ocknąwszy się nagle z lekkiej drzemki.
— Żałuję, że się Mateusz nie uczył, bo w takim razie potrafiłby mnie zrozumieć. Jeśli Mateusz nie pracował nad geometrją, to nie może wejść w moje położenie. Geometrja przyćmiewa całe moje istnienie. Tak mi jest trudno ją zrozumieć, Mateuszu.
— Ja także jej nie rozumiem, Aniu — rzekł Mateusz tonem pocieszyciela. — Ty wszakże masz zdolności do wszystkiego. Pan Philips, spotkawszy mnie w zeszłym tygodniu w sklepie Blaira, oświadczył mi, że jesteś najzdolniejszą uczennicą w szkole i że czynisz niezwykle szybkie postępy. „Szybkie postępy“ to jego własne wyrazy. Co prawda, są tacy, którzy krytykują pana Philipsa, twierdząc, że to marny nauczyciel. Jednak ja uważam, iż jest on bardzo rozumny.
Mateusz nazwałby rozumnym każdego, ktoby chwalił Anię.
— Jestem pewna, że dawałabym sobie daleko prędzej radę z geometrją, gdyby pan Philips nie zmieniał liter — tłumaczyła się Ania. — Uczę się na pamięć dowodzenia z literami, oznaczonemi w książce. Lecz oto on narysowuje figurę geometryczną na tablicy, stawia zupełnie inne litery, i wszystko mi się pogmatwało. Czy nauczyciel powinien używać takich sposobów? Uczymy się teraz także geologji i wreszcie dowiedziałam się, co jest powodem, że drogi bywają czerwone. Cieszę się bardzo temi wiadomościami... Ciekawam też, jak się tam czuja pani Linde i Maryla? Pani Linde mówi, że gdyby kobiety otrzymały prawo głosowania, nastąpiłaby błogosławiona zmiana. Za kim głosuje Mateusz?
— Za konserwatystami — odpowiedział Mateusz szybko. Przekonania konserwatywne stanowiły jego religję.
— W takim razie i ja jestem konserwatywnych zasad — rzekła Ania stanowczo. — Jestem temu bardzo rada, bo Gil... bo niektórzy chłopcy w szkole są radykałami. Domyślam się, że i pan Philips jest także radykałem, bo ojciec Prissy Andrews jest nim, a Ruby Gillis twierdzi, że każdy starający się o rękę córki musi zgadzać się z matką w kwestji religji, zaś z ojcem w kwestji polityki. Czy to prawda, Mateuszu?
— Naprawdę, że nie wiem — przyznał Mateusz.
— Czy Mateusz nigdy nie starał się o jakąś pannę?
— Hm, pewnie nigdy — rzekł Mateusz, który przez całe swe życie nie zastanawiał się nad podobnemi kwestjami.
Ania rozmyślała, oparłszy podbródek na dłoni.
— A jednak musi to być bardzo przyjemne, czy nie, Mateuszu? Ruby Gillis mówi, że kiedy dorośnie, postara się mieć bardzo wielu konkurentów, którzyby za nią szaleli. Ale mnie się to nie podoba. Wolałabym mieć jednego, bardzo kochającego człowieka. Rozumie się, że Ruby Gillis ma daleko więcej doświadczenia w tej sprawie, bo ma przecież tyle dorosłych sióstr. A pani Linde mówi, że dziewczęta u Gillisów były rozchwytywane jak świeże bułeczki. Pan Philips bywa u Prissy Andrews prawie codziennie wieczorem. Powiada, że musi jej pomagać w przygotowaniu się do egzaminów. Ale przecież Miranda Slone ma także pójść do seminarjum i potrzebowałaby więcej pomocy niż Prissy, bo jest o wiele głupsza od niej... A jednak on nigdy wieczorem nie idzie jej pomóc. Wiele jest takich spraw na świecie, których ja wcale nie mogę zrozumieć, Mateuszu.
— Kto wie, czy ja rozumiem je lepiej od ciebie, Aniu — wyznał Mateusz.
— Ale muszę wreszcie skończyć lekcje. Nie pozwolę sobie wziąć się do czytania tej nowej książki Janki, dopóki nie odrobię wszystkich zadań. Jednakże jest to straszna pokusa, Mateuszu. Nawet kiedy odwracam się plecami od półki, widzę książkę bardzo dokładnie. Janka mówi, że spłakała się nad nią. A ja lubię nadewszystko powieści, nad któremi się płacze. Chyba najlepiej będzie, gdy zaniosę tę książkę do bawialni i schowam ją do szafki, gdzie stoją konfitury; klucz zaś oddam Mateuszowi. Tylko niech mi go Mateusz nie zwraca, zanim skończę odrabiać lekcje, nawet gdybym go błagała o to na klęczkach. Łatwo jest mówić, że należy opierać się pokusom, lecz przecież łatwiej jest oprzeć się, nie posiadając klucza. A teraz poskoczę do piwnicy i przyniosę kilka zmarzniętych jabłek. Czy Mateusz lubi zmarznięte jabłka?
— Tak, mogą być niezłe — rzekł Mateusz, który ich nigdy nie jadł, lecz wiedział, że Ania była wielką amatorką tego specjału.
W chwili, gdy Ania powracała z piwnicy, wnosząc triumfalnie talerz brunatno-żółtych plamistych jabłek, dały się słyszeć śpieszne kroki na lodem pokrytej dróżce przed kuchnią i gwałtownie pchnięte drzwi nagle się rozwarły. Do kuchni wpadła Diana Barry, blada i zadyszana, w chustce zarzuconej na głowę w widocznym pośpiecnu.
Ania stanęła jak-wryta, zapominając narazie o trzymanym w rękach talerzu i świecy, które wraz z jabłkami potoczyły się po schodach piwnicy. Odnalazła je tam nazajutrz Maryla i pozbierała zakapane roztopioną stearyną, zadowolona, że przy tej sposobności nie powstał pożar.
— Co się stało, Djano? — spytała Ania. — Czy matka twoja wreszcie dała się uprosić?
— Ach, Aniu, błagam cię, choć czemprędzej — prosiła Djana zaniepokojona — Nasza Mimi jest strasznie chora. Mania mówi, że to krup... Rodzice pojechali do miasta, i niema nikogo, ktoby sprowadził doktora. Mimi ma się bardzo niedobrze, a Mania nie ma pojęcia, co zrobić... Ach, Aniu, ja się tak strasznie boję!
Mateusz, nie mówiąc ani słowa, sięgnął po swój płaszcz i czapkę, prześlizgnął się obok Djany i znikł w ciemnościach, w podwórzu.
— Poszedł zaprząc klacz, aby pojechać po doktora do Carmody — objaśniła przyjaciółkę Ania, śpiesznie chwytając żakiet i czapkę futrzaną. — Jestem tego tak pewna, jak gdyby mi to powiedział. Mateusz i ja jesteśmy dusze pokrewne. Potrafię czytać w jego myślach, nawet kiedy milczy.
— Obawiam się, że nie zastanie doktora w Carmody — zaszlochała Djana. — Wiem, że doktór Blair pojechał do miasta, a i doktór Spencer był tam oczekiwany. Mania nie widziała nigdy chorego na krup, a pani Linde niema w domu. Ach, Aniu!
— Nie płacz, Djanuś — uspokajała Ania. — Ja wiem doskonale, jak leczą krup. Zapominasz, że pani Hammond miała trzykrotnie bliźnięta. Kiedy się było piastunką trzech par bliźniąt, można mieć doświadczenie. One wszystkie z kolei przechodziły krup. Poczekaj chwilę, zabiorę buteleczkę z ipekakuaną... wy pewnie nie macie tego środka w domu... A teraz chodźmy czemprędzej!
Obie dziewczynki, trzymając się za ręce, pobiegły szybko. Dążyły Aleją Zakochanych i poprzez zmarzniętą łąkę, bo śnieg leżał tak wysoko, iż droga leśna, acz krótsza, niemożliwą była do przebycia. Ania, choć szczerze zmartwiona chorobą Mimi, nie potrafiła jednakże nie napawać się romantyczną stroną tej nieoczekiwanej wędrówki w zimową noc, ręka w rękę z bliską sobie istotą.
Noc była jasna i mroźna. Drzewa rzucały czarne cienie, a śnieg błyszczał, jak srebro, na skłonach wzgórz. Nad cichemi polami lśniły wielkie gwiazdy. Tu i owdzie odcinały się ciemne, szpiczaste sosny z upudrowanemi śniegiem gałęźmi, skrzypiącemi za podmuchem wiatru. Ania zachwycona była cudną drogą pośród tej tajemniczej ciszy.
Mała Mimi, trzyletnia dziewczynka, była wistocie bardzo chora. Leżąc na sofie w kuchni, rozgorączkowana i niespokojna, dyszała tak chrapliwie, że głos jej roznosił się po całym domu. Mania, wesołe o szczerej twarzyczce dziewczę, rodem z Francji, której pani Barry poleciła opiekę nad dziećmi podczas swej nieobecności, była bezradna i skłopotana, zupełnie niezdolna do powzięcia jakiejś decyzji.
Ania zabrała się szybko i energicznie do niesienia pomocy.
— Mimi ma krup bezwątpienia. Jest ciężko chora, lecz widziałam i gorsze wypadki... Przedewszystkiem należy przygotować bardzo wiele wrzącej wody. Jestem pewna, że w tym kociołku jest zaledwie filiżanka! Ot, tak, napełniłam go po brzegi, a Mania niechaj podłoży więcej drzewa na ogień. Nie chcę cię urazić, Maniu, ale uważam, żeś mogła była o tem sama pomyśleć. Tak... teraz rozbiorę Mimi i położę do łóżka, a Djana postara się przygotować parę miękkich flanelowych koców. Przedewszystkiem muszę dać chorej porcję ipekakuany.
Mimi krzywiła się bardzo nad podanem lekarstwem, ale Ania przecież nie darmo wychowała trzy pary bliźniąt. Musiała więc połknąć nie jedną łyżkę lekarstwa, lecz kilka w ciągu tej długiej, niepokoju pełnej nocy. Kiedy obie dziewczynki cierpliwie doglądały biednego cierpiącego maleństwa, Mania, chętna i życzliwa, dokładała tyle drzewa na ogień, że aż dudniało pod kominem i grzała tyle wody, iż wystarczyłoby jej dla całego szpitalika dzieci, chorych na krup.
Trzecia godzina po północy dochodziła, gdy Mateusz przybył z doktorem, po którego musiał jechać o wiele dalej, niż zwykle. Lecz gwałtowna potrzeba obecności lekarza już była minęła. Mimi czuła się daleko lepiej i spała spokojnie.
— Zdarzały się chwile, że byłam bliska rozpaczy — opowiadała Ania. — Miała się gorzej i gorzej nawet niż bliźnięta Hammondów, a właściwie ostatnia para. Zdawało mi się, że jest bliską uduszenia się. Dałam jej całą zawartość butelki, a przy ostatniej kropli powiedziałam — nie do Djany ani do Mani, bo nie chciałam ich przerażać — były już i tak bardzo przestraszone — tylko do siebie samej, że „jest to ostatnia słaba nadzieja... a lękam się, czy nie stracona“. Szczęściem po paru minutach dziecko wykrztusiło flegmę i poczuło się daleko lepiej. Pan doktór musi sobie wyobrazić moje uczucia w owej chwili, gdyż nie jestem w stanie ich wypowiedzieć. Pan wie, że są uczucia, których nie można wyrazić słowami.
— Tak, wiem — potwierdził doktór.
Patrzał na Anię, jakby i jemu właśnie przychodziły na myśl rzeczy, których nie można wyrazić. Gdy rodzice Djany przyjechali, rzekł do nich:
— Ta mała czerwonowłosa dziewczynka, którą Cutbertowie wychowują, to dzielny człowiek. Zapewniam was, że ona ocaliła życie waszej małej, bo ja przybyłbym zbyt późno. Posiada zręczność i przytomność umysłu, wprost zdumiewającą u dziecka w tym wieku. Nigdy nie widziałem podobnego wyrazu oczu, gdy mi opowiadała, w jakim stanie znalazła małą i co jej zaordynowała.
Ania powracała do domu w jasny mroźny poranek, z powiekami zapadającemi się po bezsennie spędzonej nocy. Lecz idąc wielką białą łąką i mijając błyszczące od szronu sklepienie klonów, tworzących ową Aleję Zakochanych, rozprawiała bezustannie.
— Ach, Mateuszu, czyż to nie cudny poranek? Świat wygląda tak, jakby go Bóg stworzył dla swej przyjemności, czy nie? A drzewa wyglądają, jak gdyby je można zdmuchnąć jednem chuchnięciem... Cieszę się bardzo, że żyję na świecie, na którym istnieją białe szrony? A Mateusz? I rada jestem, że pani Hammond miała trzy pary bliźniąt, bo gdyby ich nie miała, czyż potrafiłabym pomóc Mimi? Przykro mi naprawdę, że za złe brałam pani Hammond, iż miewała bliźnięta. Ach, Mateuszu, jestem tak strasznie śpiąca! Nie będę mogła pójść do szkoły. Czuję, że nie potrafię mieć oczu otwartych i będę odpowiadała bez ładu i składu. Jednakże nie lubię zostawać w domu, bo Gil... bo kto inny może zostać prymusem, a trudno potem odzyskać pierwsze miejsce. Chociaż, co prawda, im trudniej się coś zdobywa, tem większe ma się zadowolenie, czy nie?
— Zapewne, ale ty już potrafisz dać sobie radę — rzekł Mateusz, spoglądając z litością na bladą twarzyczkę Ani i ciemne obwódki pod jej oczami. — Powinnaś czemprędzej położyć się do łóżka i wyspać się, jak należy. Ja załatwię domowe roboty.
Stosownie do tej rady Ania pośpieszyła do łóżka i spała tak mocno, że obudziła się dopiero popołudniu. Natychmiast weszła do kuchni, gdzie Maryla, przybyła podczas jej snu, zajęta była ręczną robotą.
— Ach, czy Maryla widziała premjera? — wykrzyknęła Ania. — Jakże on wygląda?
— Z pewnością nie wybrano go na ministra ze względu na jego powierzchowność — rzekła Maryla. — Cóż to za nos! Ale za to potrafi mówić! Dumna byłam z tego, iż należę do konserwatystów... Twój obiad stoi w piecyku, Aniu. Weź też trochę kompotu ze śliwek ze śpiżarki. Wyobrażam sobie, jakaś głodna! Mateusz opowiadał mi o wypadkach ostatniej nocy. Jak to szczęśliwie się złożyło, iż umiałaś poradzić chorej. Ja nie potrafiłabym tego uczynić, nigdy w życiu nie widziałam przypadku krupu... No, no, tylko nie zaczynaj rozmowy, zanim zjesz obiad. Poznaję po twojej mince, że masz miljon nowin do opowiadania, ale mogę poczekać.
Maryla miała także coś do zakomunikowania Ani, lecz nie chciała tego uczynić teraz, bo, znając usposobienie dziewczynki, była pewna, że radość i zdumienie z powodu tej nieoczekiwanej wiadomości każą jej wyrzec się tak poziomego zajęcia, jakiem jest spożywanie obiadu. Więc dopiero gdy Ania zjadła resztę soku kompotowego, Maryla rzekła:
— Pani Barry przyszła tu po południu; chciała się z tobą widzieć, lecz żal mi było cię zbudzić. Twierdziła, żeś uratowała życie Mimi i żałowała niezmiernie, że postąpiła tak bezwzględnie w owej sprawie z winem. Mówiła, że teraz pewna jest, żeś nie miała zamiaru upoić Djany, i że ma nadzieję, iż jej wybaczysz i będziesz znowu przyjaciółką jej córki. Jeśli masz ochotę, możesz pójść do niej jeszcze dziś wieczór, bo Djana nie wyjdzie z domu z powodu przeziębienia, jakiego się nabawiła ostatniej nocy. Ależ Aniu, zmiłuj się, wszakże gotowaś ulecieć w powietrze!
Przestroga ta była wistocie słuszna. Ania jak strzała, zerwała się z miejsca i upadła do nóg Maryli z twarzą rozjaśnioną szczęściem.
— Och, Marylo, czy mogłabym pójść już... nie zmywając przedtem naczyń? Zmyję wszystko, powróciwszy od Djany, lecz nie potrafię w żaden sposób zabrać się w chwili tak uroczystej do czegoś równie poziomego, jak sprzątanie.
— Dobrze, biegnij choćby natychmiast — zezwoliła Maryla uwzględniając wzruszenie dziewczynki, — Aniu... Aniu.. czyś ty oszalała? Wracaj w tej chwili i weź na siebie jakie okrycie!
Ale Maryla mogłaby równie skutecznie nawoływać wicher. Dziewczyna pobiegła bez czapki i bez chustki. Pędziła przez sad z rozwianemi włosami
— Cud będzie, jeśli się nie zaziębi śmiertelnie — myślała Maryla.
Ania powróciła do domu już o zmierzchu, gdy purpurowe cienie zachodzącego słońca kładły się na śnieżne pola. Het, daleko na południo-zachodzie błyszczało światło wielkiej jasnej gwiazdy wieczornej na blado złotem i różowawem niebie, sklepionem ponad olśniewająco-białemi łąkami i ciemnemi gajami choiny. Odgłos dzwonków u sani, sunących pomiędzy śnieżnemi wyniosłościami, rozlegał się jasny i pełny, niby melodyjna muzyka elfów, lecz z pewnością tony ich nie były słodsze od pieśni, która rozbrzmiewała w sercu i na ustach uszczęśliwionej Ani.
— Oto stoi przed Marylą zupełnie szczęśliwy człowiek — oznajmiła. — Jestem zupełnie szczęśliwa... pomimo moich rudych włosów. Teraz właśnie jestem wyższa nad rude włosy. Pani Barry ucałowała mnie i rozpłakała się, mówiąc, że jest niezmiernie zmartwiona, iż nigdy nie będzie w stanie mi się odwdzięczyć. Byłam bardzo zawstydzona, ale odpowiedziałam, jak tylko umiałam najgrzeczniej: „Nie mam do pani najmniejszego żalu, pani Barry. Zapewniam panią po raz ostatni, że nigdy nie miałam zamiaru upoić Djany i tem zarzucam zasłonę zapomnienia nad minioną przeszłością“. Było to bardzo piękne zdanie, czy nie, Marylo?
Następnie spędziłyśmy z Djaną niezmiernie miłe popołudnie. Djana nauczyła mnie zupełnie nowego deseniu haftu, który poznała u swej ciotki, w Carmody. Nikt w Avonlei, prócz nas, nie potrafi go naśladować i uroczyście przyrzekłyśmy sobie nie pokazać go komukolwiek. Djana ofiarowała mi prześliczną kartę z wianuszkiem róż wokoło, a dwuwierszem pośrodku:

„Dwa serca złączone, klucz rzucony w morze,
„Nikt nas nie rozłączy, tylko Ty, o Boże!

Tak jest wistocie, Marylo. Chcemy poprosić pana Philipsa, aby nam pozwolił siedzieć w szkole obok siebie, a Józia Pay mogłaby siedzieć na jednej ławce z Mimi Andrews. Przyjęto mnie doskonałym podwieczorkiem. Pani Barry wyjęła swoją najdroższą zastawę do herbaty, zupełnie jak gdybym była prawdziwym gościem. Nie mogę wcale powiedzieć Maryli, jakie to uczyniło na mnie wrażenie. Nikt dotąd nie przyjmował mnie w ten sposób. Poczęstunek składał się z placka z owocami, z ciastek z kremem, z orzechów w cukrze i dwóch rodzajów konfitur. Pani Barry zapytała mnie, czy chcę jeszcze herbaty i rzekła do męża: „Tatusiu, czemu nie podajesz Ani sucharków?“ — Jakże to musi być przyjemnie, Marylo, być dorosłym, jeśli wtedy w ten sposób gospodyni przemawia.
— Nie zwracałam na to nigdy uwagi — rzekła Maryla.
— W każdym razie, gdy dorosnę — mówiła Ania dalej — będę zawsze mówiła do małych dziewczynek, jak gdyby były dorosłe, bezwarunkowo, i nigdy nie będę szydziła, jeśli się które dziecko górnolotnie wyrazi. Wiem ze smutnego doświadczenia, jak to rani uczucia... Po herbacie Djana i ja piekłyśmy biszkopciki. Nie bardzo się one udały, zapewne dlatego, żeśmy je robiły po raz pierwszy. Djana poleciła mi obracać je, podczas gdy smarowała masłem blachę, ale ja zapomniałam i dałam im się spalić. A kiedy wystawiłyśmy resztę biszkopcików do wystudzenia, kot dobrał się do półmiska i trzeba było wszystko wyrzucić. Lecz samo przygotowanie ich było dużą przyjemnością. Kiedy się wybierałam do domu, pani Barry prosiła, abym przychodziła jak najczęściej. Djana, stojąc u okna, przesyłała mi całusy, dopóki szłam Aleją Zakochanych. Jestem dziś tak szczęśliwa, Marylo, że postanowiłam ułożyć sobie zupełnie nową modlitwę wieczorną, aby podziękować Stwórcy za to, co mnie spotkało.





Przypisy

  1. Czarlottaun.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: anonimowy.