Ania na uniwersytecie/Rozdział XXX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXX.
Romans pani Skinner.

Wysiadłszy z pociągu na stacji Valley Road, Ania poczęła rozglądać się wokoło, czy ktoś nie wy szedł na jej spotkanie. Miała zamieszkać u niejakiej panny Janiny Sweet, lecz nie zauważyła nikogo, ktoby choć w przybliżeniu odpowiadał wyglądowi tej pani, której rysopis podała jej Elżunia w swym liście. Dostrzegła tylko jakąś starszą kobietę, siedzącą w małym powoziku, do którego naładowano worki pocztowe. Twarz nieznajomej była okrągła i czerwona, przypominająca zachodzącą pełnię księżyca. Dama ubrana była w obcisłą, czarną, kaszmirową suknię, uszytą według mody z przed dziesięciu lat; na głowie miała czarny, zakurzony kapelusz słomkowy, opasany żółtą wstążką i przybrany czarną koronką.
— Więc to pani, — zawołała, wskazując w stronę Ani długim batem. — Pani jest nową nauczycielką, przybyłą do Valley Road?
— Tak, to ja.
— Tak przypuszczałam. Valley Road słynie z eleganckich nauczycielek, tak zresztą, jak Millersville słynne jest z brudasów. Janina Sweet pytała mnie dzisiaj rano, czybym mogła panią zabrać ze sobą z dworca. Naturalnie, odpowiedziałam, jeżeli w moim powoziku będzie jej wygodnie, tembardziej, że zamierzam zabrać z sobą worki pocztowe, a jestem nieco tęższa od Tomasza. Proszę zaczekać chwilkę, usunę te worki i zrobię pani miejsce. Mamy tylko dwie mile drogi. Chłopak z sąsiedztwa przyjdzie tu wieczorem, aby zabrać pani walizki. Nazywam się Skinner — Amelja Skinner.
Ania usadowiła się wreszcie w powoziku, uśmiechając się nieznacznie, ubawiona tem dziwnem spotkaniem.
— Wio, starucha, — zawołała pani Skinner, ujmując lejce w swe tłuste dłonie. — To moja pierwsza wyprawa po pocztę. Tomasz zajęty jest dzisiaj okopywaniem buraków, więc prosił mnie, abym go zastąpiła. Przekąsiłam coś nie coś stojąc i wyruszyłam w drogę. Ogromnie mi się spodobała ta przejażdżka. Siedzi sobie człowiek spokojnie na bryczce i myśli, albo też chwilami siedzi zupełnie bezmyślnie. Wio, starucha. Chciałabym wcześniej wrócić do domu. Tomasz bardzo się źle czuje, jak mnie przy nim niema. Widzi pani, myśmy się bardzo niedawno pobrali.
— Tak? — zdziwiła się Ania grzecznie.
— Dopiero miesiąc temu. Tomasz niedługo ubiegał się o moje względy. Był to naprawdę romantyczny okres.
Ania z trudem mogła sobie wyobrazić panią Skinner w sytuacji romantycznej.
— Tak? — rzekła znowu.
— A tak. Bo widzi pani, jednocześnie ktoś inny starał się o mnie. Wio, starucha. Byłam wdową i naogół nie spodziewano się, że kiedykolwiek wyjdę powtórnie zamąż. Ale gdy córka moja — ona jest także nauczycielką, jak pani — wyjechała na Zachód na posadę, czułam się tak samotna, że postanowiłam jednak kogoś sobie znaleźć. Właśnie wówczas zaczął przychodzić Tomasz jednocześnie z tym drugim — Williamem Seamanem. Przez dłuższy czas nie mogłam się zdobyć na wybór, a oni cierpliwie przychodzili i przychodzili. Wiliam Seaman był bogaty, miał duży majątek i doskonałe maniery. Oczywiście był o wiele lepszą part ją. Wio, starucha.
— Więc dlaczego go pani nie wybrała? — zapytała Ania.
— Bo widzi pani, on mnie nie kochał, — odparła pani Skinner uroczyście.
Ania rozwarła szeroko oczy i ze zdziwieniem spojrzała na panią Skinner, na twarzy jej jednak nie zauważyła ani śladu żartobliwości. Widocznie pani Skinner mówiła zupełnie poważnie.
— On także przez trzy lata był wdowcem, a gospodarstwo prowadziła mu siostra. Potem siostra wyszła zamąż, więc zapragnął się ożenić, aby mieć w domu gospodynią. Zresztą gra była warta świeczki, proszę mi wierzyć. Dom ma prześliczny. Wio, starucha. Co do Tomasza, to był zupełnie biedny, a chociaż domek jego wygląda bardzo ładnie, to jednak trudno go porównać ze wspaniałym domem Seamana. Ale rozumie pani, kochałam Tomasza, a na Seamanie wcale mi nie zależało. Wreszcie rozmyślając nad tem długo, jakoś się zdecydowałam. Ameljo Crowe, tłumaczyłam sobie — mój pierwszy mąż nazywał się Crowe — jeżeli chcesz, możesz zostać żoną bogatego człowieka, ale nie będziesz z nim szczęśliwa. Trudno żyć na tym świecie bez miłości. Lepiej będzie, jak przyjmiesz oświadczyny Tomasza, bo on cię kocha i ty go kochasz, nikt inny nie da ci prawdziwego szczęścia. Wio, starucha. Więc odpowiedziałam Tomaszowi przychylnie. Aż do czasu naszego ślubu, nie przejeżdżałam nigdy przez posiadłość Seamana, lękając się, aby widok tego majątku nie zachwiał mego postanowienia. Teraz już zupełnie o tem nie myślę. Jestem bardzo zadowolona, i ogromnie szczęśliwa z Tomaszem. Wio, starucha.
— A co na to William Seaman? — zagadnęła Ania.
— Z początku trochę się złościł, ale ostatnio podobno odwiedza jakąś starą pannę w Millersville i mam wrażenie, że go sprytnie wzięła. Z pewnością będzie miał z niej bardzo dobrą żonę, a może nawet lepszą, niż była nieboszczka. William nie chciał się z tamtą ożenić, oświadczył jej się tylko dlatego, bo ojciec jego tak chciał. Pocieszał się jednak przy oświadczynach, że ona odpowie: nie. Proszę sobie wyobrazić, że właśnie na złość powiedziała: tak. Dziwi się pani, co? Wio, starucha. Coprawda była dobrą gospodynią, ale uważano ją w okolicy za najbardziej ordynarną kobietę. Przez osiemnaście lat nosiła jeden i ten sam czepek, a gdy wreszcie włożyła nowy, sam mąż nie poznał jej na drodze, gdy wracał do domu. Wio, starucha. W każdym razie ja wygrałam los na loterji, bo gdybym wyszła za niego, byłabym tak samo nieszczęśliwa, jak moja biedna kuzynka Anna. Została ona żoną bogatego człowieka, który ją jednak nic a nic nie obchodzi. W zeszłym tygodniu przyszła do mnie i mówi: Ameljo, zazdroszczę ci. Wołałabym mieszkać w małej chałupce przy drodze, z człowiekiem, którego kocham, niż w wielkim domu, z moim obecnym mężem. Mąż mojej kuzynki nie jest złym człowiekiem, tylko jest taki dziwak, że nawet w upał nosi palto z futrzanym kołnierzem. Jeżeli się go chce na coś namówić, trzeba mu wmawiać coś zupełnie odwrotnego. Przykre jest małżeństwo, w którem niema miłości. Wio, starucha. Tutaj, w dolinie, jest folwarczek Janiny, nazywa się „Zacisze“. Bardzo malowniczy, prawda? Sądzę, że z przyjemnością wydostanie się pani z pośród tych worków i dopiero teraz będzie pani czuła, jaka jazda była niewygodna.
— Przeciwnie, bardzo mi było miło w pani towarzystwie, — zawołała Ania ze szczerością.
— No, dajmy na to! — odparła pani Skinner z miłym uśmiechem. — Muszę pani słowa powtórzyć Tomaszowi. Ogromnie jest zadowolony, gdy mi ktoś prawi komplementy. Wio, starucha. Jesteśmy już na miejscu, życzę pani powodzenia w szkole. Będzie pani miała bardzo blisko, bo szkoła jest tuż za domem Janiny. Ale tą drogą należy iść bardzo ostrożnie, bo można utonąć w tem bagnie i pożegnać się na wieki ze światem, jak zresztą kiedyś tu utonęła krowa Adama Palmera. Wio dalej, starucha.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.