Ania na uniwersytecie/Rozdział XXXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXI.
Listy Ani do Izy.

— Droga moja! Już czas najwyższy, żebym do ciebie napisała. Jestem nauczycielką w Valley Road i mieszkam w Zaciszu, w domu panny Janiny Sweet. Panna Janina, to poczciwa dusza i osóbka bardzo mile wyglądająca. Wysoka, lecz nie zawysoka, tęga, ale zgrabna. Ma piękne kasztanowate loki, przyprószone nieco.siwizną, pogodne czoło, rumiane policzki i duże, dobroduszne oczy, błękitne, jak niezapominajki. Nadomiar wszystkiego, jest jedną z tych świetnych starodawnych kucharek, które nie troszczą się o to, że zepsują gościowi żołądek, podając najsmaczniejsze i najbardziej tłuste potrawy.
— Bardzo ją lubię i ona mnie także lubi, — szczególnie dlatego, że siostra jej, która młodo umarła, miała także na imię Anna.
— „Bardzo mi miło poznać panią, — zawołała, gdy zjawiłam się na jej dziedzińcu. — Chociaż nie wygląda pani tak, jak sobie wyobrażałam. Sądziłam, że ma pani ciemne włosy, jak moja nieboszczka siostra, a tymczasem pani jest ruda“!
— Z początku myślałam, że nigdy nie polubię panny Janiny, ale to było tylko pierwsze wrażenie. Przyszło mi zaraz na myśl, że powinnam być raczej wyrozumiała niż przesądna, i nie powinnam się oburzać na kogoś, kto powiedział tylko, że mam rude włosy. Prawdopodobnie wyraz „kasztanowaty“ nie istnieje zupełnie w słowniku panny Janiny.
— Zacisze jest bardzo miłym zakątkiem. Dom, w którym mieszkam, pomalowany na biało, stoi w prześlicznej dolince, do której schodzi się prosto z drogi. Między drogą i domem ciągnie się sad i ogród kwiatowy, ściślej mówiąc, obydwa są pomieszane razem. Ścieżka do drzwi wejściowych okolona jest z obu stron małemi muszelkami, które połyskują prześlicznie w jasnem słońcu. Mój pokoik jest tak maleńki, że oprócz mnie mieści się w nim tylko łóżko. Nad łóżkiem wiszą obrazki, przystrojone zielonemi gałązkami wierzby. Zaraz pierwszej nocy po przybyciu, śniło mi się, że nigdy nie będę się mogła śmiać.
— Naprzeciw mego pokoiku znajduje się maleńki, przytulny salonik. Jedyne jego okno osłaniają rozłożyste gałęzie wierzby, na podłodze leży wzorzysta makata, a na małym stoliku i kominku — niezliczone ilości książek, pocztówek i zasuszona trawa w wysokich wazonach.
— Powiedziałam pannie Janinie, że ogromnie jest u niej miło, a ona polubiła mnie za to, choć Elżuni nie darzyła specjalną sympatją. Elżunia twierdziła podobno, że ten półmrok, panujący w saloniku, jest niehigjeniczny i nie chciała przez cały rok sypiać na piernacie. Pozatem panna Janina twierdzi, że ogromnie lubi patrzeć, jak ja jem. Lękała się ogromnie, że będę taka sama, jak panna Haythorne, która nie jadła nic, oprócz owoców i gorącej wody na śniadanie i namawiała nawet Janinę, aby zaprzestała gotować. Elżunia jest bardzo miła, ale ma swoje dziwactwa. Najgorsze to, że posiada wybujałą imaginację i organizm jej źle trawi pokarmy.
Panna Janina pozwoliła mi przyjmować w swym saloniku gości, a szczególnie panów. Bardzo wątpię, czy wielu takich się znajdzie. Od czasu pobytu mego w Valley Road nie widziałam żadnego młodzieńca, oprócz służącego sąsiadów, Szymona Tollivera, wysokiego chłopaka, o jasnych włosach. Zjawił się pewnego wieczoru i przez godzinę siedział na parkanie, w pobliżu drzwi wejściowych, gdzie obydwie z panną Janiną robiłyśmy ręczne robótki. Przez całą godzinę raz jeden tylko zapytał: „Chce panienka mięty? Dobrze robi na katar“.
— Ale i tutaj rozgrywa się pewna historja miłosna. Widocznie ja już mam takie szczęście, że zawsze muszę brać udział w tego rodzaju historjach. Przecież państwo Irving utrzymywali, że małżeństwo ich doszło do skutku tylko dzięki mnie. Ślub Ludwika Speeda z Teodorą Dix nie odbyłby się też nigdy, gdybym ja nie nalegała.
— W tutejszej historji miłosnej jestem tylko widzem. Raz jeden chciałam okazać swą pomoc, lecz jeszcze bardziej wszystko pogmatwałam. Wobec tego postanowiłam więcej się nie wtrącać. Opowiem ci o tem dokładnie, gdy się zobaczymy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.