„Globosa”

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł „Globosa”
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie „Kalendarz Powszechny Na Rok Zwyczajny 1891“
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1891
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


„GLOBOSA.”
OBRAZEK
przez
Klemensa Junoszę.





— Stare to dzieje, mój bracie, ludzie wiedzą o tém od wieków... ale zkąd wiedzą? gdzie szukają na to dowodów? w czém? jak? Głupstwo, mój kochany...
— Więc profesor widzi je gdzieindziéj?
— Przecież nie w świecie suchych formułek naukowych, ani w teoryach zatabaczonych mumij, przepędzających nad foliantami życie całe... Oni są śmieszni, doprawdy... Cóż patrzysz takiemi oczami, jak na szaleńca? To, co ci powiadam, jest naturalne, a jasne jak to słońce, które świeci nad nami. Smutno... smutno, mój bracie... Oto widzisz mnie dziś przed sobą, starego niedołęgę, w surducie z wytartemi łokciami, widzisz, że nawet nos czerwieni mi się cokolwiek... jak powiadają, od trunków... a jednak... a jednak „i ja niegdyś byłem farysem...” Zdawało mi się, że dojdę wysoko, że dźwignę brzemię, któremuby niejedne silne barki podołać nie mogły, że imię moje złotemi głoski zapisaném zostanie w kronikach... Widzisz sam, w co obróciły się te sny cudowne... Czém jestem dzisiaj? Niczém... zerem bezpożyteczném, i ta mi tylko jedna pozostała pociecha, że niedługo już będę światu zawadzał, że wkrótce dobroczynność publiczna sprawi mi szlafrok z sosnowych desek i pogrzebie mnie w generalnym dole....
— Zkąd takie myśli?
— Z téj butelki piwa... którą już dokończyłem, niestety; każ przynieść drugą i trzecią, a będę ci mówił o wielu rzeczach ciekawych i pożytecznych... Tu u ciebie dobrze... ogień na kominku stare kości ogrzewa, piwo pieni się w szklance... Wina nie chcę... To już zakosztowny trunek na moje gardło, które ciągle zasycha i które ciągle odwilżać muszę... Jest piwo! to dobrze... widzisz, ja to lubię: ono mi przypomina Dorpat, wesołe chwile bruderschaftów, czasy burszowskie... farysowskie czasy... bo „i ja niegdyś byłem farysem...” Ale może cię nudzi ględzenie starego dziada? może chcesz co czytać, lub iść gdzie między ludzi?... Idź, niech cię obecność moja nie żenuje bynajmniéj; ja piwko skończę i pójdę sobie także.
— O, zostań pan, proszę; wszak wiesz, jak chętnego masz we mnie słuchacza...
— Szczerze to mówisz?...
— Wątpisz pan?
— Nie — rzekł po namyśle; — chociaż... komu dziś wierzyć?...
Wyrzekłszy to, zamyślił się stary, wsparł łysą głowę na dłoni i milczał. Po chwili dumania spojrzał na mnie, a w jego oczach przygasłych pojawił się blask żywszy.
— Słuchaj — rzekł, śmiejąc się ironicznie, — czy ty wiesz, że ja niegdyś, za młodu, pisywałem wiersze?...
— Dlaczegóżby nie?...
— Ba! ale jakie wiersze?! głupie, bez sensu!... nie doczekały się druku i w rękopisach poszły na zawijanie świec i mydła... Słabość do wierszowania jeszcze i dziś mnie trapi... ot, niedawno naprzykład, zdawało mi się, że szczypta popiołu z fajki ma dziwne do mego życia, a raczéj do jego rezultatów, podobieństwo... i zacząłem kreślić coś w rodzaju autobiografii, któréj chciałem dać tytuł: „Pamiętniki palacza...” Powiem ci z pamięci kilka oderwanych wierszy, gdyż całości w głowie nie mam, pamięć już nie służy... utopiłem ją może w nieszczęśliwém życiu, może potrosze w piwie, którém najczęściéj żale swoje zalewam... dość, że utopiłem... Ale à propos tych wierszy... jakże to było?... zaczekaj... aha!...

Kiedy pod wieczór siądę w ganku z fajką,
Glinianą fajką na długim cybuchu,
Com go sam zrobił z tureckiéj czereśni, —
Kiedy na hubkę parę iskier skrzeszę,
To mi się wówczas całe życie prześni...
Już się nie smucę niczém i nie cieszę

I iść nie pragnę wraz z ludźmi pospołu,
Ani téż gonić wraz z nimi w zawody,
Bo to nie warto i fajki popiołu...
................
A jednak, niegdyś... kiedy byłem młody...

— Czy uważasz?... kiedy byłem młody, silny, ufny w moc swoją, o! wówczas, powiadam ci szczerze, rwałem się do życia.

I kto me myśli odgadł jakim trafem,
Ten wierzył pewnie, że wiele podźwignę,
Że ciężar wielki na barki pochwycę,
Że ciskać będę myśli błyskawice...
A może wielu daleko prześcignę! —
Bo téż płonęło we mnie, jak w wulkanie,
Co gotów zawsze rzucić ognia wybuch...
Ale téż wcześnie — w młodości zaranie,
Świat moje ognie jął ssać, jak przez cybuch..
I ciągnął mocno — aż skwierczało we mnie,
Jak w staréj fajce, kiedy się rozpali.
..............
Chciałem się bronić — ale nadaremnie,
Bo usta świata były jak ze stali...
I miały kłami uzbrojone szczęki —
Jak u potworów biblijnych i smoków!...
Był czas, że chciałem wyrwać się z tych oków,
Że błysnął we mnie płomyczek maleńki...
Iskierka drobna... lecz i ta przepadła
Przy większych ogni połysku i świetle...

Zwiesiłem głowę, jak rataj u radła,
I tak czekałem, aż się całkiem zetlę...
A za mym śladem wlokłem dymy sine.
Może w tych dymach... — a któż to policzy? —
Były niekiedy pierwiastki... goryczy;
Możem w nich zgubił serca odrobinę,
Albo garść prawdy rzuciłem niechcący...
Lecz szkoda było i myśli i... rymu!
Gdyż nie umiałem robić pochlebstw dymu,
A z ognia prawdy... dym bywa gryzący...

— Widzisz, przypomniałem sobie potrosze główniejsze miejsca z mojéj bazgraniny; może i zakończenie wskrzeszę w pamięci...

Więc snułem daléj pasma dymu szare,
Co się uparcie trzymały przy ziemi...

— Nie, już mi pamięć nie służy; już nie powiem ci więcéj o tym... poemacie...
— Czy masz pan rękopis?
— Zdaje mi się, żem nim fajkę zapalił... Patrzysz na mnie zdziwiony... a jednak na mojém miejscu możebyś sam tak zrobił... Czy przypominasz sobie tę chwilę, gdy cię małego, pobladłego ze strachu, przyprowadzono do szkoły i gdyś stanął przed surowém obliczem profesora łaciny... Pamiętasz tego strasznego pedagoga, jak ci kazał tłumaczyć: „terra est rotunda et globosa...Et globosa! kulista, kształt kuli mająca... Dziś po latach trzydziestu, to samo ci tłumaczę... Słuchaj, chłopcze, uważnie... będę ci opowiadał bajkę, powiastkę; nazwij to jak chcesz zresztą. Przyrzuć ze dwa drewka do ognia, będzie ciepléj i raźniéj...
Zapewne jeszcze w zapadłym kącie kraju, wśród błotnistych łąk i czarnych lasów, istnieje maleńka, biedna wiosczyna szlachecka... tam to mój ojciec własną ręką sochę dźwigał, matka chleb piekła, a ja pasłem bydło. Świeciło nam słońce, uczynny deszczyk odświeżał garbate zagony, czasem burza przeraziła grzmotami... ale wnet wypogadzało się i dobre niebo rozsypywało tyle złocistych promieni, tyle jasności i światła, że każda kropla wody zmieniała się w brylant, a barwa kwiatów stawała się żywszą... Pamiętam dobrze... chodząc za bydłem, wypatrywałem, jak ptaszki na gniazdach pisklęta swoje karmią, podsłuchiwałem ich śpiewy, a potém usiłowałem naśladować je na prostéj wierzbowéj fujarce... Kilka lat było tego szczęścia... Ojciec mój liczył się do zamożniejszych gospodarzy we wsi, a ja byłem jedynakiem, ulubioném dzieckiem, oczkiem w głowie... Stary pragnął widziéć syna wysoko, pragnął świat przed nim otworzyć... i otóż pamiętam, jak popędził na jarmark dwa czerwone woliki i przyniósł potém z miasta tyle pieniędzy, że oboje z matką policzyć ich nie mogli. Ani mi przez myśl wówczas nie przeszło, że te skarby dla mnie są przeznaczone. Gdybym był wiedział, to kto wie, czy nie uciekłbym przed tém szczęściem do lasu. Ale z ojcem żartów nie było. Sprowadzili z miasteczka żyda, który mi uszył ubranie, i kazali siadać na wózek...
Po raz pierwszy w życiu opuszczałem wioskę rodzinną, po raz pierwszy ujrzałem miasto, które mi się wydało straszném, wielkiém, imponującém... Bałem się tego świata, w który mnie wprowadzono, bałem się nauczycieli, bałem szkoły — a na kolegów spoglądałem zpodełba, jak mały wilczek z lasu porwany i na łańcuch wzięty... Ojciec odjechał do domu — a ja zostałem sam pomiędzy obcymi. Zamiast pól, łąk i lasów, miałem tylko przed oczami bruk twardy i nagie ściany kamienic... zamiast świegotliwych ptasząt i motyli barwnych — czarne, zimne litery, z których jeszcze nieumiejętna głowa niewiele mogła wykrzesać. Z czasem jednak ułożyło się to jakoś, a chociaż tęskno było, choć serce rwało się do wioski, do swobody, do pola, jednak pierwsze trudności przełamało się i tajemnice książkowe przestały być dla mnie zagadką...
Nie będę ci opowiadał długo historyi mego szkolnego życia... Od piątéj klasy szedłem o własnych siłach, ukończyłem gimnazyum jako jeden z lepszych uczniów — ale przez ten czas oboje moi rodzice pomarli, gospodarstwo objął opiekun, zostałem na świecie sam jeden wobec pytania: co robić? jak pokierować się daléj?... Poczciwy dyrektor, który bardzo mnie lubił i znał moje położenie, zawołał mnie do siebie i w długiéj rozmowie przedstawił mi różne drogi, jakiemi człowiek młody może dochodzić do stanowiska w świecie. Początek już zrobiony. Wyszedłszy z rodzinnéj, cichéj wioseczki, wspinałem się powoli po powierzchni téj ziemi kulistéj i, bądźcobądź, stałem już znacznie wyżéj, niż punkt, z którego wyszedłem. Teraz trzeba się wspinać jeszcze wyżéj, wciąż wyżéj... i tak ciągle aż do końca życia... Nie myślałem wtenczas, że bywają także ruchy wsteczne i że po téj powierzchni kulistéj tak łatwo stoczyć się można w dół... nizko, coraz niżéj... i potém wciąż już upadać... siłą własnéj bezwładności tylko... Nie myślałem o tém, — bo któżby myślał smutnie, mając przed sobą przyszłość, będąc młodym, zdrowym, silnym i pełnym wiary w swą siłę!?... Opiekun dał mi kilkadziesiąt rubli i z wielką chęcią pozwolił jechać w świat szeroki, a dyrektor szkoły zaopatrzył mnie w listy do swych przyjaciół profesorów — i oto stałem się studentem filologiem, pełnym nadziei na przyszłość. Wszedłem w kółko wesołéj, bujnéj młodzieży i uczułem, że mam skrzydła orle u ramion, a Jowiszowe pioruny w myśli... Boże! cóż się działo w tych głowach, jaki się w nich dziwny ferment wyrabiał!... Tworzyliśmy najdziksze teorye, ale téż i wierzyliśmy w nie święcie. Był w nas ogień, szlachetny ogień zapału... miłości... O czém nie mówiliśmy na zebraniach! jakich reform nie dokonywaliśmy przy kuflu pieniącego się bawara!?... Tam cały porządek społeczny wywracaliśmy do góry nogami... Niechby kto spróbował nam powiedziéć, że jesteśmy w błędzie — miałby się z pyszna!... Powywracawszy wszystko na ziemi, wspinaliśmy się wyżéj — chcieliśmy reformować niebo... Co się w tych głowach działo!?
— A dziś... — rzekł po chwili przestanku i dłuższego namysłu — a dziś... to wszystko wyszumiało, wyfermentowało się, to już ludzie poważni, spokojni, patrzący na burzliwy ferment młodości tak spokojnie, jak ongi starzy profesorowie na nasz mózgowy ferment spoglądali. Chciéj mi wierzyć, że ja nie byłem w tém zgromadzeniu ostatni, a przytém tę jeszcze miałem nad kolegami wyższość, że gdy oni mniéj uczęszczali na wykłady, ja nie opuściłem żadnéj lekcyi — i łudziłem się tą słodką nadzieją, że po ukończeniu kursów będę się przygotowywał na profesora gramatyki porównawczéj, że otrzymam stypendyum, pojadę za granicę, a wystudyowawszy przedmiot doskonale, stanę na świeczniku jako luminarz nauki i pokoleniu przyszłemu przewodniczyć będę... Spełnieniu tych śmiałych marzeń nie stało nic na przeszkodzie, przeciwnie, zwierzchność uniwersytecka widziała we mnie jednego z tych wdzięcznych synów almae matris, na którego ziarno nauki padło jak na grunt dobry... Stypendyum miałem prawie pewne, złoty medal za rozprawę lingwistyczną otrzymałem. Niestety, widocznie nie sądzono było, aby te piękne plany urzeczywistnić się mogły. Zapytasz zapewne: dlaczego? Dlaczego?... a powiedz mi, dlaczego człowiek w piersi ma serce, dlaczego widok ładnéj twarzyczki może mu zasłonić najpiękniejsze, najszczytniejsze życia horyzonty? Niestety, sprawdziłem to na sobie. Powiadam: niestety, nie dlatego, żeby mi żal było zmarnowanych marzeń i nadziei... bo kto wie, czy nie lepszém jest ciche, spokojne życie wioskowe — takie, jakie rodzice moi prowadzili, — ale dlatego powiadam: niestety, że od chwili, w któréj obrazek ów stanął przed mojemi oczami, zacząłem się staczać po kulistéj powierzchni ziemi, staczać coraz niżéj i niżéj...
W tém miejscu stary przerwał opowiadanie, zwiesił głowę na piersi i zadumał się głęboko.
Ogień płonął na kominku wesoło, sucha brzezina trzeszczała, zegar gdakał równo, miarowo. Nie śmiałem przerywać milczenia starego, patrzyłem ze współczuciem na jego czaszkę nagą, błyszczącą jak kość słoniowa, otoczoną wieńcem srebrnych włosów. I trwało to milczenie minut kilka, po których gość mój podniósł na mnie swoje oczy niebieskie, przymglone i rzekł:
— Nie starałem się już o stypendyum, zapomniałem o katedrze gramatyki porównawczéj, gdyż myśl moja innym rodzajem porównań była zajęta... Ja porównywałem blask jéj oczu ze słońcem, barwę jéj rumieńców z blaskiem wschodzącéj jutrzenki... żyłem tylko w snach, w zachwytach, w marzeniach. Jakim cudem zdałem egzamin i otrzymałem stopień naukowy, nie wiem, bo doprawdy nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego dokładnie. Kochałem i to mi wypełniało życie. Ale téż nie wyobrażasz sobie, jak ona była piękna, ile roztaczała wkoło siebie czarów i powabów. Ojciec jéj był zamożnym fabrykantem, miał szerokie stosunki w świecie, prowadził dom otwarty, przyjmował licznych gości, a wdzięki pięknéj Andzi oraz perspektywa znacznego posagu ściągały ku niéj roje wielbicieli. Ja bywałem w tym domu, prawdopodobnie rodzice panny tolerowali mnie jako wesołego chłopca, mogącego się przydać do ożywienia zabawy, i zapraszali mnie; ja téż przychodziłem częściéj, coraz częściéj, aż nareszcie stałem się jakby domowym. Z Andzią przyjaźniliśmy się, a z czasem przyjaźń ta przeszła w uczucie żywsze. Raz... w oranżeryi... o zmroku... gdyśmy byli chwilowo sami... wyznałem jéj wszystko, co kryłem w głębi serca. Sądziłem, że mnie odepchnie, wypędzi, że mi zakaże pokazywać się w domu, lecz zamiast surowego spojrzenia znalazłem gorący uścisk dłoni i uszko powolne do słuchania wyznań i szeptów... Sam nie wiem, jak się to stało, ale usta nasze zetknęły się niby przypadkowo — i zetknięcie to wnet zamieniło się w pocałunek, jeden, drugi, dziesiąty, w Bóg wie który, w cały szereg pocałunków, przerwanych dopiero wskutek wejścia do oranżeryi jakiéjś trzeciéj osoby... Najpiękniejsza miłość, osłonięta urokiem tajemnicy, pochłonęła całą moją istotę. Byłem zachwycony, dumny, szczęśliwy... Blizko rok trwała ta sielanka... blizko rok zachwytów i marzeń najpiękniejszych... Zerwanie zaskoczyło mię nieprzewidzianie i... nagle. Panna kazała mi zapomniéć o wszystkiém... szukać szczęścia w życiu... a sama... poszła za bogatego barona i osiadła wraz z nim w pięknym, ustronnym pałacyku wiejskim, gdzie, jak się domyślać mogę, powtarzała owemu baronowi takie same przyrzeczenia i przysięgi, jakie ja niedawno od niéj słyszałem. W pierwszéj chwili uniesienia, wściekłości i gniewu miałem zamiar zamordować ich oboje — ale po chwili zastanowienia się i rozmysłu opadły mi ręce... Owładnęła mną szczególna jakaś apatya... zniechęcenie do świata i do życia... Potysiąckrotnie zadawałem sobie to pytanie: po co żyć, kiedy wszystko tak przewrotne, fałszywe, za blichtrem próżnym i świecidłami goniące?... Po co?... po co grać tę nieustającą komedyę, być świadkiem udawania ciągłego i obłudy?... Przepędziłem bezczynnie kilka tygodni, a przez ten czas zastanawiałem się nad sytuacyą własną, nad przyszłością.
Postanowiłem wyjechać jaknajdaléj, opuścić strony, w których doznałem tak przykrego zawodu i rozczarowania. Zrzekłem się wszelkich wybitniejszych marzeń i planów, postanowiłem pracować na skromném stanowisku. Prosiłem, żeby mi dano posadę nauczyciela gimnazyum daleko gdzieś, daleko. Prośbie mojéj stało się zadość...
Gdy jechałem na koléj, aby zdążyć na pociąg, mający mnie odwieźć na miejsce przeznaczenia, ujrzałem Andzię obok jasnowłosego barona. Rozpromieniona, szczęśliwa, dążyła również do kolei w eleganckim powozie. Że mnie poznała, to wiem, bo odpowiedziała na mój ukłon lekkiém, zaledwie dostrzeżoném skinieniem głowy i ironicznym uśmieszkiem.
Odwróciłem oczy i nie widziałem już jéj więcéj.
Przybywszy na miejsce, objąłem obowiązki i oddałem się pracy z całym zapałem i gorliwością; wszystkie wolne od lekcyj chwile poświęcałem czytaniu moich ulubionych autorów, zbieraniu materyałów do dzieła, które zamierzałem napisać. Praca, jakkolwiek przynosiła mi ulgę znaczną, nie dawała jednak tyle przeze mnie upragnionego zapomnienia i spokoju duszy.
Zacząłem doznawać jakiéjś dziwnéj, nieopisanéj tęsknoty.
Nie przypisuję tego ludziom, ani otoczeniu tamtejszemu; ludzie byli dobrzy, otaczali mnie życzliwością i szacunkiem — ale pomimo tego coraz częściéj przypominała mi się wioska rodzinna, biały bocian na stodole, karłowate, pokrzywione wierzby, szumiące nad wodą.
Smutno mi było bez nich, dusza rwała się do naszych łanów szerokich i do łąk zielonych, do ciemnych borów i tych wioseczek biednych, kryjących się w zakątkach ustronnych. Zacząłem doznawać tego strasznego cierpienia, które się nazywa nostalgią, stałem się melancholiczny, posępny, stroniłem od ludzi.
Na stanowisku, które zajmowałem, przebyłem lat sześć. Dzięki staraniom, udało mi się nareszcie uzyskać tranzlokacyę do stron rodzinnych. Czyż potrzebuję ci opowiadać, z jaką radością, z jakim dziecinnym zachwytem tam dążyłem? Zapomniałem już o Andzi, zapomniałem o wszelkich smutkach i tęsknotach, i podążałem lotem ptaka tam, dokąd mnie serce ciągnęło...
Stary nalał sobie świeżą szklankę piwa, pociągnął z niéj i rzekł cichszym, spokojniejszym głosem:
— Tu uśmiechnęło mi się znowuż szczęście... tym razem prawdziwe... Bywałem w domu pewnego niezamożnego urzędnika, który miał córkę Helenę... Pokochaliśmy się spokojnie, bez uniesień i przysiąg — i ona została moją żoną. Była to kobieta zacna, światła i poczciwości nieopisanéj. Stworzyła mi téż raj na ziemi. Mała pensya, którą jako nauczyciel gimnazyum pobierałem, wystarczała jednak na skromne potrzeby domowe — nie znaliśmy téż biedy, ani niedostatku; a kiedy nam jeszcze przybył syn, to już szczęście granic nie miało. W tém dziecku widziałem największego filologa przyszłości. Nieraz, gdy leżał w kołysce, recytowałem mu z pamięci Homera, i on uśmiechał się, albo krzywił, stosownie do treści poematu.
Żyliśmy szczęśliwi, a dnie upływały nam cicho, jednostajnie, równo, płynęły jak woda w małéj rzeczułce, czysta, niezmącona niczém.
Ale, jak ci powiedziałem, terra est globosa, po jéj powierzchni kulistéj stoczyć się tak łatwo...
Straciłem miejsce — i od téj chwili źródło mojego zarobku wyschło... ten sam los spotkał mego teścia i rozpoczęły się dla nas obu ciężkie dnie walki o byt, o życie. W dodatku z twarzyczki mojéj żony zaczęły znikać rumieńce, białe jéj rączki szczuplały i żółkły. Lekarze radzili wzmacniające pokarmy i cieplejszy klimat!... Przyznam ci się, żem nie słyszał jeszcze nigdy bezecniejszéj ironii! Dostałem bardzo licho płatne zatrudnienie w szkole prywatnéj, licho płatne i nieregularnie, gdyż szkoła sama utrzymać się nie mogła, nieustanny deficyt był w jéj kasie.
Był to jednak dopiero początek moich ciężkich zmartwień. Mój Staś, mój śliczny chłopiec, mój jedynak, który niemowlęciem prawie odczuwał boską harmonię heksametru — zaziębił się, chorował dni kilka i... umarł... Czyż mam ci opisywać mój żal, tęsknotę? Czy ty wiesz, co to znaczy zagrzebać w ziemi wszystkie nadzieje, uczucia, dumę swoją?... Stało się... Nie mogłem nawet płakać. Suchym, bezmyślnym wzrokiem patrzyłem, jak twarde bryły ziemi spadały na białe wieko trumienki, jak zasłaniały ją przede mną... Jedna nić, wiążąca mnie ze światem, pękła... pozostała druga, krucha, rwąca się, wątła — gdyż zdrowie mojéj żony upadało z dniem każdym, a leczyć nie było za co. Dawałem korepetycye po domach prywatnych, nocami przepisywałem akta dla regentów i adwokatów — sypiałem po kilka godzin na dobę zaledwie... lekarz nie wychodził z domu, coraz to nowe lekarstwa trzeba było kupować. Wyprzedało się wszystkie zbytkowniejsze sprzęty, futra, dywany, fortepianik poszedł między ludzi... ale wszystkie te ofiary nie mogły powrócić życia umierającéj... Skonała na moich rękach... a ja oszalałem. Potłukłem okna w domu, poszarpałem na sobie ubranie, podobno musieli mnie związać, ale ja tego nie pamiętam. Wiem tylko, że przez dwa lata byłem w szpitalu i wyszedłem ztamtąd zestarzały, apatyczny, obojętny na wszystko... Uznano, że nie będę ludziom szkodliwym i że mam prawo umierania z głodu na wolném powietrzu.
Lecz ja nie chciałem korzystać z tego prawa — i, jak widzisz, żyję.
Straciłem złudzenia, stanowisko, pociechę, szczęście!... straciłem zacną towarzyszkę życia; alem nie stracił tego, czego mnie nauczono — nie straciłem przekonania, że nie godzi się być nikomu ciężarem. Daję więc lekcye biednym, bardzo biednym uczniom, za marne wynagrodzenie, a to starczy mi na kawałek chleba, kąt na poddaszu i butelkę piwa na wieczór...
I oto tak, jak ci powiedziałem —

Czekam spokojnie, aż się całkiem zetlę,
A za mym śladem wlokę dymy sine.

Za lekcye płacą mi nędznie — powiadają, że stary czasem sprawę zapija, że szuka pocieszenia w kieliszku. Wierz mi, że więcéj w tém przesady, aniżeli prawdy; chociaż, żebyś ty wiedział, jak to dobrze, gdy kogo serce boli... gdy komu smutno, gdy żal piersi rozsadza... żebyś ty wiedział, jak to dobrze... zapomniéć choć na chwilę, na krótką chwilę tylko...
Ot, wypowiedziałem ci w krótkości dzieje upadku człowieka, który jednak żywił jakieś nadzieje za młodu... Co robić... ziemia jest kulista, łatwo się po jéj powierzchni stoczyć... kulista, mój kochany... globosa...
Bądź zdrów, pójdę do swéj izdebki na poddasze, kawałek Homera przeczytam i usnę...
Jutro, o zwykłéj godzinie, rano, ujrzysz mnie kroczącego do kościoła... Jeżeli zechcesz pogawędzić ze mną, to zapukaj do okna — stawię się o oznaczonym czasie do kominka i kufelka piwa... A jeżeli którego dnia nie zobaczysz na ulicy dziada w granatowym płaszczu — to już nie pytaj o niego, lecz westchnij za jego duszę...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Upłynęło dwa tygodnie i nie zauważyłem, żeby profesor dążył ku kościołowi, jak zwykle. Zaniepokojony udałem się do jego izdebki — była zamknięta na kłódkę.
Zszedłszy na dół, zapytałem stróża, co się dzieje ze starym.
— Zmarło się biedakowi — rzekł stróż, opierając się na miotle, — coś bez dzień tylko chorował i po wszystkiém... Pochowali go rankiem. Odprowadziłem go na cmentarz i zmówiłem pacierz za jego duszę. Biedny miał pogrzeb, chudzina, bo i majątku nijakiego nie ostawił. Było tam trochę papierzysków i ksiązcysków, to gospodarz przedał za komorne. Żydy dały cościć po dziesiątce za funt... a i tak jeszcze do komornego pół rubla brakowało!!!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.