Żywe grobowce/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XVIII.

W każdem więzieniu po celach ogólnych panuje zwyczaj, że po przybyciu do celi nowego więźnia, niemal wszyscy z wyjątkiem kategorji pierwszej otaczają go wokoło i wypytują: skąd pochodzi, jaki ma wyrok, jakie dają pożywienie w więzieniu, z którego przybył, co słychać o amnestji, jak tam na wolności, czy prędko będzie wojna i t. d.
Kategorja pierwsza, jako tutejsza arystokracja, nie wdaje się z przybyszem w rozmowę, zanim nie ustali, kim jest. Jednakże zdaleka przysłuchują się ciekawie nowinom, jakie przybysz opowiada. Gdy zaś nowiny nie przypadają im do gustu, odzywają się:
— Co ty tam trajlujesz, frajerze. Przymknij się lepiej i siadaj do kąta, nie podnoś tak głosu. Tu nie jest tam, skąd przyjechałeś.
Czasem bywa, że taki więzień trafia akurat na swojego; w tedy momentalnie przychodzi do bójki. Tak właśnie było ze mną. Gdy wszedłem do celi, zachowywałem się swobodnie, jako że nie pierwszy raz byłem w więzieniu, dawałem dowcipne odpowiedzi i t. d., co jak wywnioskowałem, nie spodobało się kilku grającym w domino. Do moich uszu doleciało nawet kilka nieprzychylnych uwag pod moim adresem:
— Co ten „smoluch“ tak się mądrzy? Pierwszą noc pracował, a już gra fetniaka.
Udałem, że nie słyszę i spytałem starszego celi, gdzie moje łóżko i gdzie mam położyć manatki.
Starszy celi, który należał do arystokracji, biorąc się pod boki i z godnością zapytał:
— Za co ty siedzisz?
— Za kradzież, — odparłem, dumnie rozglądając się po obecnych, poczem dodałem: — Ja już nie pierwszy raz siedzę. Nawet już miałem wyrok w Niemczech i odkiwałem go.
Na moją odpowiedź wszyscy ci, którzy grali w domino, wybuchnęli śmiechem, a jeden z nich, który dotychczas stal spokojnie przy stole i przyglądał się grającym, zawołał do starszego celi:
— Daj mu tam miejsce przy „kancelarji“, to akurat dla niego, kiedy jest taki dobry złodziej. — Wskazał przytem palcem na próżne łóżko przy samym klozecie.
Wszystkiego się spodziewałem, ale nie tego, że mi dadzą miejsce przy klozecie. Wiedziałem o tem dobrze, że to jest w więzieniu bardzo ubliżające. Drżąc ze złości, że mnie coś podobnego mogą powiedzieć, zawołałem:
— Jestem złodziej z krwi i kości! — A chcąc im zaimponować, posunąłem się jeszcze dalej i oświadczyłem: — Ojciec mój umarł w katordze, matka także była złodziejką, więc chyba należy mi się lepsze miejsce, niż przy „paraszce“.
Teraz wszyscy, nawet ci, co spali, pobudzili się, usiedli na łóżkach i przypatrywali się zaciekawieni, co to będzie.
Starszy celi, po raz drugi pokazując mi miejsce, krzyknął:
— Idź, psiakrew, połóż się tam, gdzie ci mówię, bo dostaniesz w nos. Pewno koniowi śniadanie ukradłeś i przyszedłeś do Mokotowa grać złodzieja, a do więzienia przyszedłeś bosy, jak pies. Ładny mi złodziej...
Zrozumiałem teraz, że bierze mnie za mojego wspólnika, którego widział przez okno, idącego ze mną boso do przebrania. Wiedziałem też, że za tę obelgę muszę się z nim pobić, bo inaczej naprawdę potraktują mnie jak frajera; więc, nie namyślając się długo, skoczyłem do bicia.
Wszyscy przyglądali się z zainteresowaniem, gdy zaś zobaczyli, że starszy celi jest przegrany, otrzymując straszne ciosy jeden za drugim, nie pozwolili nam dalej się bić, a ten sam więzień, który kazał mi dać łóżko przy „kancelarji“, krzyknął:
— Ja się zaraz przekonam, czy on naprawdę jest złodziejem, bo bić bije się jak złodziej. Chodź-no tu.
Zbliżyłem się dumnie do stołu; znając prawo więzienne, wiedziałem, że wywołałem dobre wrażenie moją umiejętnością bicia się. Trzeba więc było trzymać się nadal bez obawy.
— O co wam chodzi? — zapytałem otaczających mnie więźniów.
— Mówisz, że jesteś złodziejem, więc jeśli odpowiesz na nasze pytania, będzie wszystko dobrze — Będziesz wtedy należał do naszej „ferajny“, a jak nie, to ci takie „manto“ sprawimy, że bryndza będzie z tobą. Felek, wyciągnij-no z meliny „robaka“ i daj go tu.
Po chwili podano mi kawałek ołówka, a jeden stanął na „ cynk“ przy kratach pilnować, by dozorca nie podejrzał, że jest ołówek w celi, co było surowo wzbronione.
Wszyscy z ciekawością wyskoczyli z łóżek, na których mieli pozwolenie spać w dzień, jako pracujący po nocach, i poczęli przyglądać się mnie i egzaminatorowi, który rysował na ścianie jakieś narzędzie złodziejskie.
Jeden starszy już więzień rzucił uwagę:
— Ty się najpierw spytaj, jakim on jest złodziejem, może on jest doliniarzem, to takich gratów zapewne nie zna.
— Niech rysuje co chce, — zawołałem dumnie.
Wszyscy patrzyli na mnie teraz z zachwytem, a Józek zawołał:
— To jest dobry Żyd, musi też być i dobry złodziej. Całą torbę nam oddał.
— Milcz tam, chamie, nie wtrącaj się do złodziei. Tu „żłoby“ głosu nie mają.
Józek zarumienił się; zapewne zgniótłby jedną ręką tego, co go obraził, ale czując, że tu nie ma swojej bandy, zamilkł i roztworzył gębę, przypatrując się ciekawie rysunkowi.
— Powiedz, co to jest za kawałek, — zapytał mnie egzaminator. — Jak zgadniesz, to ci sam grabę podam.
— Pojedyńczy.
— A to?
— Dubeltowy.
— A to?
— Maskas.
— A to?
— Szaber.
— Dosyć, — krzyknął jeden z przyglądających się.
— Tak, — wołał drugi, — to „klawisznik“.
Rozglądając się dumnie po obecnych, zawołałem:
— „Pudło“ też potrafię zrobić. Niejedno już rozprułem.
— No, no, powoli, — zawołał ten sam, który radził, by mnie spytano, jakie kradzieże robiłem.
— Pudło to nie klawisz, trochę już bujasz, — dodał z przekonaniem.
— Trzeba mu kazać narysować „raka“, — mówił jeden z przyglądających się.
— Ma rację, dać mu „robaka“, niech rysuje.
Wziąłem ołówek i narysowałem raka i kilka innych oryginalnych narzędzi kasiarskich.
Wszyscy po tym egzaminie jednogłośnie uznali, ze jestem nietylko złodziejem, ale i dobrym „urke“ — fachowcem.
Starszy celi podszedł do mnie i podając mi rękę, zawołał:
— No, brachu, nie gniewaj się na mnie. Myślałem po twojem zachowaniu się, żeś frajer. Ale teraz dostaniesz najlepsze łóżko o tu, przy samem oknie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.