Żywe grobowce/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XVII.

Rano, gdy dozorca przyszedł na odział, dopytywał się jeszcze, co to za hałas był w nocy. Cała sala powtórzyła to samo, że kasiarz chciał... i t. d. Dozorca oddziałowy spisał odpowiedni raport. Sprawiedliwości stało się zadość. Niefortunny detektyw, jak się później dowiedziałem, dostał tyk ko siedem dni karceru i pojedyńczą celę do odwołania.
Szofer był teraz zupełnie przygnębiony. Wraz ze skradzionym „majdanem“ stracił i równowagę. Lubił on dużo jeść; w więzieniu całą jego uciechą było jedzenie, — a tu masz tobie! Ostatniego promyka nadziei, jaki zawierała jego torba, pozbawili go właśni koledzy po fachu. Próbowałem go rozruszać, mówiąc mu, że dziś-jutro otrzymam pożywienie od adwokata, któremu dałem znać, że mnie tu wysłano. Jednakże wszystko daremnie; Szofer wpadł w melancholję.
Minął tak dzień, dwa i cały tydzień. Pan adwokat nie reagował na moje listy, w których błagałem, aby dotrzymał umowy. Mimo widma głodu postanowiłem jednak do Elci nie pisać.
Pewnego dnia około 3-go grudnia do naszej celi wszedł starszy dozorca, wysoki, łysy, brzuchaty jak chiński mandaryn. Więźniowie z wielkim respektem stanęli w szeregu po dwu na baczność, a starszy celi zameldował według panujących tu wskazówek i przepisów:
— Panie starszy, cela X, więźniów 41, trzech na robocie, a 38 w celi. Wszystko w porządku.
Przybyły oglądał nas po kolei od stóp do głowy, a gdy jego wzrok padł na dobrze zbudowanego więźnia, pytał go:
— Jaki masz zawód?
Wzrok jego zatrzymał się także na mnie. — Jaki zawód macie? — zapytał mnie, patrząc już na następnego więźnia.
— Piekarz, panie starszy.
Zmierzył mnie teraz badawczym, fachowym wzrokiem i zagadnął:
— Gdzieście pracowali i co umiecie? Odpowiedziałem mu, starając się przytem wyrażać fachowemi słowami.
— Stańcie tu na stronie, — zawołał.
Serce zaczęło we mnie mocniej uderzać z radości. Oczy wszystkich zazdrośnie utkwione były we mnie.
— Więcej piekarzy niema tu między wami, co?
— Jo przy wojsku pracowałem.
— Jo też przy wojsku, — zawołał olbrzym.
— Jo także, — zawołało kilka głosów naraz.
— Mnie wojskowych piekarzów nie potrzeba, — odparł starszy dozorca, poczem kazał olbrzymowi stanąć przy mnie. Wybrał jeszcze dwu dobrze zbudowanych więźniów i zabrał nas ze sobą.
Gdy Szofer zobaczył, że mnie wybrano na piekarnię, promień nadziei zabłysnął w jego oczach.
Piekarnia w więzieniu Mokotowskiem urządzona jest w nowszym stylu, niż w innych więzieniach całej Polski. Zajmuje ona duży gmach; są tam cztery duże piece; udoskonalają ją ciągle podług ostatnich wymagań techniki i higjeny. W owym czasie pieczono tam dla wojska i wszystkich więźniów w Warszawie; później prywatne przedsiębiorstwa wydzierżawiły piekarnię i wyrabiają tam różne pieczywa na miasto.
Pracowano tam później na dwie zmiany; zawodowi piekarze musieli pracować więcej, gdyż wykwalifikowanych rzemieślników zawsze brak; daje się to odczuć po wszystkich więzieniach. Dobry rzemieślnik tylko wskutek nieprzeciętnego przypadku lub zbiegu okoliczności tu się dostaje; natomiast partaczów z każdej gałęzi pracy jest tu bardzo wielu.
Kazano nam się rozebrać, dano nam białe ubrania i czapki i po umyciu rąk każdy został przydzielony do pracy.
Majster, który nas tu przyjął, a którego więźniowie tytułowali panem werkmistrzem, przyglądał się naszej pracy. Poznałem, że jest ze mnie zadowolony; powierzone mi do roboty ciasto zrobiłem sprawnie i dobrze. Pan werkmistrz pomacał ciasto, mruknął coś zadowolony i zapytał, jaki mam wyrok. Gdy zaś usłyszał, że sześć lat, odszedł jeszcze bardziej zadowolony.
Olbrzym, który miał na imię Józek, został przeznaczony do palenia w piecach i wymiatania. Werkmistrz, jak poznałem, był i z niego zadowolony. Z pozostałych dwu jeden został przeznaczony do rąbania; drzewa, a drugi do ekspedycji.
Józek wspólnie ze mną odnosił z pieca deski z chlebem. Zapach tego chleba działał na mnie zabójczo. Chciało mi się jeść, jak nigdy. Spoglądaliśmy jeden na drugiego, bojąc się ruszyć kawałek chleba. Pamiętaliśmy dobrze zakaz naszego chlebodawcy, że chleba jeść nie wolno i że jeśli złapie nas na takiem przestępstwie, wszystkie zęby nam powybija i wsadzi nas do pojedynek.
Józek przy odnoszeniu deski napełnionej chlebem mruczał zły:
— Psiakrew! Naser mater! Jo nie wytrzymam.
Namawiał mnie, by wspólnie raz dwa załatwić się z bochenkiem chleba, który ważył cztery funty, tak, by śladu po nim nie zostało.
Nie chciałem i nie mogłem się zgodzić, wiedząc już, jakie prowokacje robiono z kasiarzem. Postanowiłem najpierw zbadać, jak reszta więźniów, których tu było dwudziestu, postępuje, gdy chce zjeść trochę chleba.
Głód wzmagał się z każdą chwilą. Żołądek mój na widok takiej ilości chleba wściekał się. Próbowałem m u tłumaczyć, że tu jest więzienie Mokotowskie, a nie Czerwoniak, gdzie zajadał na piekarni, co chciał. Wszystko było jednak daremne. Żołądek mój żadnych tłumaczeń przyjąć nie chciał i męczył mnie okropnie.
Józek łapał gorący chleb z łopaty i kładł na deski. Chuchał w ręce, gdyż chleb parzył go okropnie. I wciąż, zły, wołał:
— Naser mater! Naser mater!
Wszyscy śmieli się, a jeden filut poradził mu:
— Nie wiesz, jak robić, frajerze, żeby cię nie parzyło? Nabierz do wiadra zimnej „wachy“ i wtryń za każdym razem graby, w tedy nie będzie cię parzyło.
Józek rady posłuchał. Nabrał w ody, wsadził ręce i sięgnął po bochenki, których coraz więcej gromadziło się do układania.
— O jej! Naser mater! — ryknął i zaczął biegać po piekarni wymachując rękoma.
Wszyscy śmieli się do rozpuku. Wiadomo przecież, że go teraz jeszcze więcej parzyło, niż przedtem.
Nareszcie o godzinie dziesiątej rano skończyliśmy pracę. Starszy piekarz przyniósł kilka bochenków chleba, który po pracy zawsze dostawał od werkmistrza. Rozkrajał, dzieląc według swego uznania. Naturalnie, że złodziej, za którego sam się uważał, dostał większą porcję, niż frajer. Mnie tu nikt nie znał, więc nasza czwórka dostała najmniejsze porcje.
Po drodze z piekarni do celi Józek połknął swoją porcję. Ja także zjadłem połowę, co nie zaspokoiło nawet głodu, a resztę zostawałem dla Szofera.
W celi otoczono nas kręgiem. Wypytywano nas zazdrośnie, czyśmy dużo chleba zjedli i t. d. Szofer zbliżył się do mnie; chciałem m u podać resztę zarobionego chleba, lecz nie było go już. Podczas naszej rozmowy ktoś go już skradł — z miski, którą postawiłem na stole.
Szofer nie mógł mi tego darować. Obiecałem mu, że jutro oddam mu cały zarobek i to go potrochu uspokoiło.
Po całonocnej pracy potrzebny nam był teraz odpoczynek. Ponieważ w celach ogólnych spać w dzień nie wolno, przeniesiono nas na oddział trzeci, do celi ekstra przeznaczonej dla piekarzy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.