Żywe grobowce/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XVI.

Wśród nocy powstał harmider. Przebudziłem się. Szofer siedział na łóżku, a kilku więźniów w kalesonach stało koło niego, omawiając fakt skradzenia torby. Każdy doradzał mu, co ma zrobić, by odnaleźć zgubę. Jeden wskazywał na drugiego, jako na „szczura“. Wymyślali sobie tak, że pomyślałem, iż dojdzie do bójki.
Cala cela była przebudzona. Światło w celi paliło się przez całą noc. W reszcie ten, który zaprosił mnie do spania, zabrał głos, jako poważniejszy złodziej kasiarz.
— Mówię wam, chamy, oddajcie zaraz torbę, bo inaczej ja się do was wezmę. Ten — tu wskazał na mnie, — oddał wam wszystko, a to są wspólnicy, więc postępujecie niesprawiedliwie.
— Ja wam powiem, — zawołał ten, który wyglądał na kościotrupa. — Trzeba zrobić rewizję. Torby przecież nikt nie zjadł, do djabła, a u kogo znajdziemy torbę, ten zjadł i chleb.
— Głupstwo, — odezwał się olbrzym, — chleb mógł zjeść, a torbę podrzucić drugiemu.
— Tyś sam napewno zjadł, — zawołał ten, który pożarł kiełbasę, — a torbę podrzuciłeś drugiemu i teraz radzisz, żeby jej szukać. Jesteś mądry lis.
— Ty tam nie gadaj. Oddaj lepiej kiełbasę, coś zjadł, — zawołał kościotrup chrapliwym głosem.
Powstał taki hałas, że zjawił się dozorca i nakazał spokój. Zapytał też, co się stało. Kilka głosów naraz odpowiedziało:
— To nic, panie dozorco, tylko tego — tu wskazali na Szofera, — zęby bolą i jęczy wołając o lekarza.
— Spać teraz! — krzyknął dozorca na Szofera. — Jutro zgłosicie się do lekarza, a teraz ma być spokój.
Gdy tylko dozorcą zamknął kraty prowadzące na nasz oddział, powstał hałas jeszcze większy niż przedtem. Wszyscy jak jeden, — tylko każdy w inny sposób, — doradzali, jak odnaleźć zgubę.
Kasiarz zerwał się z łóżka, stanął pośrodku celi i nakazał ciszę, gdyż chce coś powiedzieć.
— Chłopaki, jak każdy będzie się mądrzył, to nic z tego nie wyjdzie. Posłuchajcie mnie, ja wam raz dwa odnajdę tego, co po księżycu chodził.
Wszyscy zamilkli jak jeden, w celi coś groźnego zawisło w powietrzu. Obserwowałem wszystkich i zdawało mi się, że każdy był owym „szczurem“. Tylko co do jednego kasiarza byłem pewny, że nie należał do spółki.
— Więc słuchajcie. Wszyscy niech wstaną z łóżek i staną tu na stronie. Każdy wie o tem, że niemożliwe jest wtroić tyle „sumru“, żeby nie pozostało ani okruszyny. U kogo więc znajdziemy okruszyny, ten zjadł „sumer“.
— To cwana mózgownica! — zawołał jeden. — Ma rację, jazda! Stańcie tu na stronie. No, już was niema!
Każdy z niechęcią zwlókł się ze swego barłogu i stanął na wskazanem miejscu. Kasiarz i ten, co rzekomo pochwalił jego pomysł, zaprosili i mnie do tej honorowej czynności. I rewizja rozpoczęła się.
Przeszukiwaliśmy kolejno łóżka; dopiero przy ósmem natrafiliśmy na drobne okruszyny. Pod łóżkiem zaś było pełno okruchów. Wszyscy otoczyli to łóżko, a jego właściciel stał otoczony przez kilku więźniów, którzy, jak mi się zdawało, lada chwila zaczną go bić i czekają tylko na rezultat komisji.
Właścicielem łóżka był nie kto inny, tylko Frycko. Prosił, błagał, tłumaczył, że on zjadł tylko tamtą kiełbasę w dzień, a o majdanie nie ma pojęcia, ale nie dali mu nawet przyjść do słowa. Kościotrup uwiesił mu się na szyi, uczepił go się palcami jak pająk i przewrócił go na podłogę.
W tem stało się coś niespodziewanego. Olbrzym ryknął:
— Puśćcie go juchy! — i doskoczył, odpychając napastników od Frycka. — To nie on zjodł chleb z torby, to ten psiajucha zabrał torbę, zjadł chleb, okruszyny podrzucił Fryckowi, a torbę schował w rezerwuarku. O, tu na górze — wskazał na rezerwuarek ustępu.
Kilku zwolenników olbrzyma rzuciło się na kasiarza i poczęło go okładać pięściami i kopać nogami.
Krzyk: — O Jezus, o Jezus, zabijają! — wydarł się z gardła kasiarza.
Doskoczyłem, chcąc go obronić, ale jeden odezwał się do mnie:
— Ty się lepiej nie wtrącaj, lepiej na tem wyjdziesz.
Przybiegło kilku dozorców. W skazano na kasiarza, że chciał jednego z więźniów siłą... Zaraz też znalazł się więzień, który poskarżył się, że to właśnie jego kasiarz namawiał, że mu da pół paczki machorki, jeśli pozwoli się...
Rezultat był taki, że kasiarza, jak również i rzekomo napadniętego zabrano natychmiast do pojedyńczych cel.
Teraz dopiero zrozumiałem wszystko: oto po wyprowadzeniu ich, jawnie już olbrzym wyciągnął resztki z pod siennika i zakończono ucztę dzieląc po kawałku między zwolenników.
Jak się później przekonałem, we wszystkich więzieniach w celach ogólnych więźniowie dzielą się na cztery kategorje. Pierwsza — to zawodowcy; tych jest znikoma ilość. Jak już poprzednio zaznaczyłem, ci prowadzą rej po więzieniach i są tu panami położenia. Kategorja druga, to tak zwane cwaniaki, fetniaki. Składają się przeważnie z alfonsów, drugorzędnych nożowców, pijaków, którzy przychodzą do więzienia tylko „sezonowo“. Najwięcej tych sezonowców spotyka się po więzieniach w wielkich miastach stołecznych. W Warszawie większa część sezonowców — są to murarze, strycharze, którzy na zimę przychodzą tu na odpoczynek. Sezonowcy są awanturniczego usposobienia, co stawia ich niżej od zawodowców.
Alfonsi, drugorzędni nożowcy i tym podobna arystokracja tej branży należą do sezonowców dlatego, że latem jako tako mogą się utrzymać z marnych zarobków swych ofiar i nie potrzebują opłacać za nie komornego. Uprawiają one swój zawód za dworcem Gdańskim, pod golem niebem, pod mostami i w tym podobnych kryjówkach, co nie wymaga ani komornego ani lokalowego. Zimą jest inaczej i dlatego są oni zmuszeni przychodzić do Mokotowa.
Taki „cwaniak“ nigdy nie przynosi większego wyroku, niż sześć miesięcy; popełniają takie tylko przekroczenia, za które kara, nawet gdy nie jest po raz pierwszy, nie przekracza tego terminu.
Kategorję trzecią stanowią bandyci, którzy mają wyroki od ośmiu lat więzienia do bezterminowego, dożywotniego więzienia. Złodzieje pogardzają nimi, gdyż robią przeważnie na mokro. Prawdziwy złodziej czuje wstręt do mokrej roboty. Rozumuje on w ten sposób: jeśli ukradnę „pocichu“, nie wyrządzam tem swoim ofiarom śmiertelnej krzywdy. Mogą się one na nowo dorobić, i nawet po raz drugi mogę do nich zawitać; nieraz się zdarza, że się składa wizytę po raz trzeci. Ale gdy zabiję, tamten już nigdy się nie dorobi i mogę być na tem tylko stratny.
Rozumują też i tak: Poco mam chodzić na „stój“ i dostawać odrazu duży ochlap, albo „koło“ i już więcej wolności nie ujrzeć, kiedy mogę kraść i dostać kilka miesięcy, a w najgorszym wypadku parę lat, gdy wpadnę. Pozostaje jednak zawsze nadzieja, że gdy wyjdę, mogę jeszcze raz spróbować szczęścia, — i mogę trafić i zabastować.
Każdy złodziej myśli zawsze, że ta robota, na którą właśnie się udaje, jest już ostatnia. Zawsze liczy na to, że trafi na większą sumę i zabastuje. Jest to marzenie każdego zawodowca: raz trafić i zostać porządnym człowiekiem. I tak długo chodzi na tę „ostatnią“ robotę z myślą, że tu właśnie znajdzie ukryty skarb, aż na nowo trafia prosto do ula.
Bandyci szeregują się, jak się przekonałem, przeważnie z chłopów ze wsi, byłych wojskowych. Zapewne skosztowali oni na wojnie światowej krwi ludzkiej, tanich zabaw z prostytutkami, — i zapachniało im pijaństwo i rabunek. To też po zwolnieniu ich z wojska, gdy powrócili do domu na nudną wieś, praca na roli po takiem wesołem, beztroskiem życiu nie mogła już smakować. Chce się wypić, popalić, pohulać z dziewczętami, a na to wszystko trzeba pieniędzy. Więc cóż, nie nadarmo człowiek przecie był na wojnie, — żeby sobie teraz rady nie dal? W takich chwilach mówi Janek do Franka:
— Wiesz co, Franek, po co nam cierpieć, chodź ze mną do drugiej wsi, tam mieszka Jankiel lub Icek, ma sklepik, tam jest pełno wódki, papierosów i cukierków, pójdziemy w nocy, zabierzemy to wszystko i przeniesiemy tu. Schowamy wszystko w stodole do niedzieli, a wieczorem urządzimy zabawę, zaprosimy Mańkę i Kaśkę i będziemy hulać do rana.
Gdy Franek próbuje zaprzeczyć, że to się może nie udać, gdyż Żyd narobi hałasu, Janek stara się go przekonać:
— Co tam, na wojnie byłeś i Żyda się boisz. Taki z ciebie tchórz? Ja sam pójdę do Żyda, a gdy narobi hałasu, lunę go w łeb i basta.
Franek znęcony obiecanką łupu i zabawy, idzie więc z Jankiem. Żyd naturalnie budzi się i broni swego handelku. Franek chcąc udowodnić, że nie jest tchórzem, wali Żyda w łeb i taszczy z Jankiem wszystko do domu. A potem — potem aresztowanie, sąd, świadkowie, lament no i dożywotnie więzienie.
Podczas działania wcale im na myśl nie przychodziło, by kogoś zabijać. Nie wiedzieli nawet, że wogóle za podobne rzeczy się karze. Jeszcze za zabójstwo Żyda do tego — ktoby to pomyślał, że będą karać. Bywało nieraz przecież na wojnie, że Żydka lunęło się w pysk i nic za to nie było.
Piszę to nie z fantazji, tylko z rozmów prowadzonych z podobnymi Jankami i Frankami. Trzeba wiedzieć, że po więzieniach podobnych ofiar jest bardzo wiele.
Dużo bandytów rekrutuje się też z bezrobotnych. Pracy niema, ukraść nie wie jak — to jest fach, który trzeba dobrze umieć. Żołądek wkłada mu do ręki broń, — a w braku broni nóż, palkę, lub zwyczajny kij. Zresztą czy trzeba wiek kich narzędzi do zabicia człowieka? Rezultat jest ten sam: wieczne więzienie jak w banku.
Kategorja czwarta — to ofiary losu. Przypadkowe zabójstwo, nieszczęśliwa miłość, podłość ludzka i tym podobne. Ci są w więzieniu najnieszczęśliwsi z nieszczęśliwych. Chodzą po celach cicho, jak cienie. Rzadko kiedy z kategorji czwartej wychodzi się na wolność. Gruźlica powiększa karę, wymierzoną przez sprawiedliwość ludzką; nieporadność w więzieniu również przyczynia się do prędszej śmierci tych ofiar.
Wszystkie te kategorje, z wyjątkiem czwartej, trzymają się w więzieniu razem. Wspomagają się nawzajem, gardząc innemi kategorjami. W razie napadu na kogoś ze swojej kategorji, wszyscy stawiają opór, nie dopuszczając do krzywdy współtowarzysza.
W każdej celi ogólnej ze wszystkich wymienionych powyżej kategoryj jest po kilku przedstawicieli. Partja, która liczy więcej członków, trzyma wszystkich innych krótko; stąd powstają bójki i awantury.
W tej celi, do której wsadzono mnie z Szoferem, większość — niemal cała cela — zaliczała się do kategorji trzeciej, albo raczej do zupełnie nowej kategorji „pogromców“. Kasiarz, ja i Szofer, byliśmy tu „mniejszością narodową“, dlatego, gdy kasiarz chciał się zabawić w detektywa, pobito go i nawet doprowadzono do tego, że został zabrany z celi. Kasiarz, jak się przekonałem, był zupełnie niewinny. Głównym atamanem był tu właśnie ów góral-olbrzym.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.