Żywe grobowce/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XV.

Po jego wyjściu z celi śmiałem się do rozpuku i mówiłem do Szofera:
— Nieźle ci życzy, widać jest przyzwyczajony do większych wyroków jak nasze.
— To musi być srogie więzienie, — powiedział Szofer.
— To nie to co u nas, gdzie korytarzowy co chwila podchodzi do drzwi i wszystko załatwia. Palić mi się chce jak cholera. Miałem trochę „siana“, to „klawisz“ przy „hipiszu“ mi zabrał. Wszystkobym teraz oddał, żeby dostać „zadulić“.
W tem ktoś nagle zapukał do drzwi.
— Ty, brachu, chodź no tu.
Szofer szybko poskoczył do kraty, zmierzyli się oczyma.
— Może chcesz „zadulić“?
— Jeszcze się pytasz! — odparł Szofer. — Aż mnie głowa boli, tak mi się chce. Może masz, ja zapłacę.
— Oho, ho, ja wszystko mam — odparł chytrze korytarzowy, — tylko trzeba coś „opylić“.
— Nie mam nic takiego, cobym mógł opylić. Czegobyś tak chciał?
Korytarzowy zmierzył go od góry do dołu i wprawne jego oczy padły na kamaszki Szofera.
— „Skoki“ widzę masz „galante“. „Opyl“ i „żamnij“ ile mam ci „dziachnąć“? Wleź na stół, niech na nie lepiej „zyrknę“.
Szofer z niechęcią wykonał rozkaz.
— Który to numer?
— 28 i pół, — odparł Szofer.
— Klawo, dla mnie akurat. No, „żamnij“, co ci „odpalić“?
Szofer namyślał się jeszcze i mówił do mnie:
— Co robić? „Dulić“ mi się chce, że wytrzymać nie mogę, a szkoda mi „skoków“. Przecież wstyd na bosaka iść do przebrania, powiedzą na mnie, żem pętak jakiś.
— Więc się go zapytaj, wiele ci da, — poradziłem, — i kiedy nas przebiorą.
— Oho, nie tak prędko, — zawołał korytarzowy, słysząc moje słowa. — Jak się zbierze was świeżych więcej, wtedy gospodarz po was przyjdzie, wykąpie was, przebierze, a potem na górę. Ale to potrwa parę tygodni.
Mówiąc to korytarzowy puszczał dym prosto w twarz Szoferowi. Ten łykał dym, jakby chciał zmniejszyć pragnienie, ale to go tylko więcej rozdrażniało.
— Co robić? — zwrócił się znowu do mnie.
Dym coraz bardziej pakował się do celi. Zrozumiał Szofer dobrze, że korytarzowy robi to naumyślnie, — wszak on sam, gdy był w swoim czasie korytarzowym w Czerwoniaku, to samo nieraz robił nowoprzybyłym. Teraz przekonał się, że nie z głupoty tamte chamy — jak ich nazywał — z Czerwoniaka oddawały ubrania i wszystko za trochę tytoniu, gdy im dym puszczał w cele. Odczuł teraz na własnej skórze, że też nie wytrzyma.
Nawpół przytomny od dymu, zdecydowanym głosem zapytał:
— Ile mi dasz, siana“? Skoki kosztowały mnie tysiąc marek, a są prawie nowe.
— A wiele ty chcesz?
— 500 marek są warte, — odparł Szofer.
Korytarzowy wybuchnął śmiechem.
— Brachu, ty napewno pierwszy raz jesteś w Mokotowie. U nas za dwadzieścia „świnek“ można dostać nowe skoki. „Blaty“ u nas do graby niema.
Szofer zmieszał się. Korytarzowy trafił w jego słabą stronę. Prędko więc odparł:
— Nie myśl, że trafiłeś na frajera. Ja już nie pierwszy raz siedzę w więzieniu. Byłem też korytarzowym w Czerwoniaku i w „kant“ uderzyć się nie dam.
— Co ty tam wiesz, Mokotów to nie Czerwoniak, tutaj dopiero oleju do „makowy“ nabierzesz. Czy ja chcę twojej krzywdy? Nie jestem „leserem“, żebym ci trajlował. Dam ci za skoki i „nachy“ furę siana i 50 świnek, zgoda? „Wolt“ dam ci drewniane sandałki i drugie machy, tylko trochę gorsze od twoich. A pamiętaj, jak się „Lucyfer“ zapyta, gdzie masz skoki, powiedz mu, żeś w sandałkach przyjechał.
Szofer, nie chcąc widać uchodzić za frajera, zapytał, choć z pewną rezygnacją:
— A jakie siano mi dasz?
— Machory! — odparł tamten z szyderczym śmiechem. — Tu u nas frajerskiego tytoniu nie palą. Uważaj tez przy duleniu, żeby cię „klawisz“ nie nagolił, bo wtedy cię wtryni tam, gdzie much niema. No, dziachnij prędzej skoki. Przecież mówisz, żeś nie frajer, to raz dwa załatwimy, nim klawisz przyjdzie z obiadu.
Szofer patrzył na mnie, a widząc, że ja się śmieję z tego całego handlu, zły już odparł:
— Dasz mi półtorej fury siana, 50 świnek i 20 „pajek“ chleba. A kiedy mi to wszystko dasz?
— O to niech cię już „makowa“ nie boli. Pajek mogę ci dać nawet i więcej, ale musisz, brachu, za każdą pajkę płacić po trzy świnki, tu u nas jest mortus bratku. No, zdejmuj prędzej skoki, a pójdę „przytachać“ wszystko.
Szofer z niedowierzaniem począł zdejmować kamasze, mówiąc do mnie, że nie wyda ich z rąk, póki nie otrzyma umówionej zapłaty. Nie zdążył jednak zdjąć kamaszy, gdy ktoś począł majstrować przy drzwiach. Zerwał się z jednym kamaszem w ręku, myśląc zapewne, że to dozorca: chciał mu się, po otrzymanej nauce, wzorowo zameldować. Spojrzał ku drzwiom, nie dowierzając własnym oczom. Zamiast dozorcy w szedł do celi nasz kupiec, uśmiechając się chytrze.
— „Odpalaj“ prędzej, — zawołał.
Szofer, zadowolony widać, że ma do czynienia z takim, który potrafił naw et w więzieniu drzwi skluczyć, podał mu kamasze, otrzymując umówioną cenę i dwie nadgryzione pajki chleba.
Po załatwieniu tego handlu, korytarzowy zamknął drzwi jakby nigdy nic.
Szofer szybko zapalił papierosa. Nie miał bibuły do machórki, prosił mnie więc, żebym mu oddał akt oskarżenia, który miał ze dwadzieścia kart. Swój akt oskarżenia dawno już wypalił. Pierwszą czynnością więźnia-palacza po otrzymaniu aktu oskarżenia jest — jak najprędzej zużyć go do skręcania papierosa. Jest to bowiem cienka bibuła, przez co nadaje się do papierosów; a w więzieniu, gdy palenie było zabronione, o papier taki było bardzo trudno.
— Ja tam swojego aktu oskarżenia nie daję, — odparłem, — chcę go mieć na pamiątkę.
— Będziesz miał dobrą pamiątkę te sześć lat co ci dali, na co ci jeszcze akt oskarżenia? Daj mi go, — prosił Szofer.
Ma rację, — pomyślałem i nie chcąc go smucić, podałem mu ten tak pożądany dla niego artykuł.
Szofer po zapaleniu odzyskał trochę humoru, zjadł dwie porcje chleba, wypił trochę wody i rozpoczął wędrówkę po celi.
— Podłe życie, — westchnął. — W Czerwoniaku dałby sobie człowiek radę, nie potrzebowałbym sprzedawać skoków za taką śmierdzącą machorkę. Wiesz co, — zwrócił się do mnie, — żałuję już, że sprzedałem nachy i skoki. Ale co było robić? Palić mi się chciało. Będzie tu trochę trudno na początku, jak to bywa w każdem nowem więzieniu.
W tem ktoś krzyknął do nas przez drzwi:
— Szykować prędko wszystkie swoje rzeczy!
Szofer w tej chwili zrozumiał, że oszukał go korytarzowy, kiedy mówił, że mamy tu siedzieć tak długo, aż się zbierze nas więcej. Spakowaliśmy szybko swoje manatki i wypuszczono nas na korytarz, odbierając przedtem powierzone nam witki.
Przez podwórze do magazynu Szofer szedł boso, trzymając w garści drewniane sandałki. Spodnie, które dostał od korytarzowego, sięgały mu zaledwie do kolan. Ponieważ był wysokiego wzrostu, bardzo komicznie wyglądał. Na szczęście gospodarz o groźnem spojrzeniu, — przezywano go Lucyperem, — nie zwrócił na to uwagi. Zapewne był przyzwyczajony do oglądania podobnych gentlemanów. Nie zapomniał też zrewidować nas po przebraniu w aresztanckie mundury. Tytoń i papierosy Szofera powędrowały na biurko Lucypera. Żal mi było patrzeć, jakiem żałosnem okiem spoglądał Szofer na utracony skarb, a zarazem śmiać się chciało, jak idjotycznym wzrokiem spoglądał jednocześnie na Lucypera.
Wykąpano nas, trzymając pod zimną wodą tak długo, że wystarczyło to na nabycie kataru. Wydano nam też koce i sienniki; nie obyło się tu bez szturchańca. Szofer nie chciał przyjąć podartego w orka zawierającego trochę startej już słomy, co w Mokotowie wówczas nazywano siennikiem. Tłumaczył gospodarzowi, że na takim sienniku spać nie może przez tyle lat; w odpowiedzi otrzymał szturchańca. Próbował się jeszcze stawiać, ale nie zdążył się zorjentować jak i kiedy znaleźliśmy się „po mokotowsku“ w przeznaczonej dla nas celi.
Po wejściu do celi, gdzie było pełno więźniów, ciekawie rozglądałem się po obecnych, czy też nie ujrzę tu jakiej znajomej twarzy. Cela była duża, przeznaczona także dla nowoprzybyłych. Niestety, nikogo nie znalazłem.
Rozmowa więźniów wydawała mi się dziwna. Jak się później dowiedziałem, była to cela przeznaczona głównie dla „pogromców“. Wówczas całemi partiami zganiano z Galicji do Mokotowa górali z wyrokami na piętnaście lat, lub na dożywotnie więzienie, za udział w pogromach Żydów.
Stanęliśmy przy drzwiach niezdecydowani. Oczy wszystkich zwrócone były w naszą stronę. Nie namyślając się długo, położyłem swoje manatki w kącie. Szofer uczynił to samo.
Zauważyłem, jak pożądliwie spoglądają więźniowie na nasze „majdany“ z pożywieniem. Znając prawo panujące po więzieniach i obyczaje, jak się złodziej powinien zachowywać, wziąłem swoją torbę i całą zawartość wysypałem na stół.
— No, wcinajcie chłopcy, proszę się me krępować.
Nie zdążyłem tego wymówić, gdy kilkanaście par rąk, podobnych do grabi, rzuciło się momentalnie w stronę stołu. O mało nie przewrócono mnie na podłogę. Góral, który sięgał do samego sufitu, nachylił się ponad wszystkimi, wyciągając parę długich rąk i zgarniając większą część dla siebie. Miałem tam z piętnaście funtów chleba i mięsa, cukier, niemal całą wałówkę, jaką dał mi adwokat jeszcze w Czerwoniaku. Ż tego wszystkiego nie zostało nawet okruszyny. Kilku słabszych, którzy nie zdążyli nic zgarnąć dla siebie, rzuciło się na olbrzyma, który w jednej ręce trzymał z pięć funtów chleba, zajadając uczciwie, a drugą bronił się od napastników.
— Naser mater! Bodajżeś pękł. Psiakrew jucho jaka! — wołał jeden z więźniów, podobny raczej do kościotrupa niż do człowieka.
Teraz kilku rzuciło mu się do pomocy. Olbrzyma przewrócono na podłogę. Bronił się jak lew, ściskając chleb między kolanami, jednakże większą część mu wyrwano. Potem powstała znowu bójka między napastnikami, dla których jednak chleba nie starczyło.
Najwięcej wygrał ten, który chwycił kiełbasę. Schował się za siennikami, które w dzień składano na kupę. Gdy się trochę hałas uspokoił, jeden z więźniów zawołał:
— Frycko wlazł za sztrojzaki i wszyćką kiełbasę zjodł!
Kilku, którzy nic nie skorzystali z uczty, zbliżyło się do pożeracza kiełbasy i wyciągnięto go z poza sienników. Ale po kiełbasie nie zostało już śladu.
Wszyscy obecni śmieli się teraz. Klepali Frycka po brzuchu tak, że ten aż za każdem uderzeniem mocno jęczał. Kiełbasa teraz drogo go kosztowała; aż ja poprosiłem, by dano mu spokój.
W celi było nas ze czterdziestu więźniów; łóżek zaś było tylko dwadzieścia cztery. Gdy więc rozległ się dzwonek do spania, jeden z więźniów zaprosił mnie, abym się położył przy nim na jego łóżku. Więzień ten okazał się swoim chłopakiem, miał osiem łat za kasowe włamanie.
— Nie trzeba było tych żłobów karmić, — mówił do mnie. — Ta hołota nie zna żadnego porządku, to wszystko pogromowcy. Panowie napuścili ich na Żydów, a potem wpakowano ich tutaj na piętnaście lat albo i na dożywocie. Niech tu chamy zdychają, jak dały się napuścić.
Szofera także zaprosił jeden więzień do spania. Nie wypuszczał on ciągle z rąk swojej torby z pożywieniem i podłożył ją sobie pod głowę, nie rozbierając się wcale. Ja wiedziałem dobrze, że torbę skradną mu w nocy, jednakże wolałem mu tego nie mówić, nie chcąc ściągać na siebie złości ogółu.
Między więźniami panuje zwyczaj, że tego, kto drugiemu po nocy skradnie coś z jedzenia, nazywają „szczurem“. laki szczur jest pogardzany przez wszystkich. Mówi się o nim: „Ten po księżycu chodzi“. Jednakże ostrzec kogoś, ze szczur chce go okraść, lub radzić mu, by się dobrze strzegł i nie dał się okraść, nie jest dozwolone. Takiego nazywają „kapusiem“ i biada takiemu więźniowi, który otrzymuje haniebną nazwę kapusia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.