Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pojedyńczy.
— A to?
— Dubeltowy.
— A to?
— Maskas.
— A to?
— Szaber.
— Dosyć, — krzyknął jeden z przyglądających się.
— Tak, — wołał drugi, — to „klawisznik“.
Rozglądając się dumnie po obecnych, zawołałem:
— „Pudło“ też potrafię zrobić. Niejedno już rozprułem.
— No, no, powoli, — zawołał ten sam, który radził, by mnie spytano, jakie kradzieże robiłem.
— Pudło to nie klawisz, trochę już bujasz, — dodał z przekonaniem.
— Trzeba mu kazać narysować „raka“, — mówił jeden z przyglądających się.
— Ma rację, dać mu „robaka“, niech rysuje.
Wziąłem ołówek i narysowałem raka i kilka innych oryginalnych narzędzi kasiarskich.
Wszyscy po tym egzaminie jednogłośnie uznali, ze jestem nietylko złodziejem, ale i dobrym „urke“ — fachowcem.
Starszy celi podszedł do mnie i podając mi rękę, zawołał:
— No, brachu, nie gniewaj się na mnie. Myślałem po twojem zachowaniu się, żeś frajer. Ale teraz dostaniesz najlepsze łóżko o tu, przy samem oknie.

XIX.

Muszę teraz przemówić kilka słów do szanownego czytelnika. Coprawda postanowiłem w drugim tomie nie filozofować, a pisać tylko suchą rzeczywistość; rzeczywistość straszną, nędzną, podlą, która niejednego z czytelników może odstraszyć, a nawet wzbudzić wstręt do podobnych opowiadań.
Wiem to także i zdaję sobie sprawę, że znajdą się tacy, którzy powiedzą: Zbrodniarz stara się opisać tendencyjnie swoje przeżycia, by wzbudzić litość w sercu prokuratora