Żywe grobowce/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XIII.

Zbliżała się jesień. Słońce zaczęło już zupełnie omijać Czerwoniak. W pojedyńczych celach więziennych najgorzej jest zawsze siedzieć jesienią i wiosną. Cztery ściany celi cuchną w tedy wilgocią i specyficznym chłodem więziennym tak, że z człowieka niemal jelita wyciąga. Ciepłe ubranie wydają dopiero wtedy, gdy mróz gości już nietylko w celi, ale we wszystkich członkach więźnia, przejmując go do szpiku kości. Trafnie już „Jagot“ odpowiedział tym, którzy skarżyli się na nagość więźniów: „Więzienie to ubranie z kamieni“. Naco więc więźniom cieple ubrania?
Muszę tu zaznaczyć, że w ostatnich latach, t. j. od r. 1927, zaczęto dopiero dbać o to, by więzień miał ciepło w celi. Zaczęto też wydawać długie płaszcze i chłód odczuwano już w mniejszym stopniu niż dawniej. Centralne ogrzewanie, jak się przekonałem, funkcjonuje dobrze jedynie w więzieniu Alokotowskiem; w celach ogólnych zimową porą jest tu tak ciepło, że więźniowie chodzą w koszulach. O innych więzieniach tego już powiedzieć nie można.
Czerwoniak słynie z tego, że nawet latem w pojedyńczych celach jest niezbyt ciepło, a słońce, które jest balsamem dla więźnia, nigdy tu nie zagląda.
Dla takich jak ja, w życiu niema róż ani słońca.
Siedziałem teraz spokojnie w celi. O Adeli zupełnie już nie myślałem. Natomiast myślałem o Elci.
Po ostatniem widzeniu obawiała się już przychodzić do mnie, przynosiła więc tylko wałówki. Gdy i tego nie przyjmowałem, przestała nalegać. Teraz, gdy dowiedziała się, że mnie zamknięto w celi i że cierpię głód, znów zaczęła mi na nowo dostarczać wałówek. Wstyd mi było coprawda je brać, ale czego człowiek nie czyni, gdy żołądek domaga się swojej daniny za wszelką cenę. Co to będzie — jest dla niego zupełnie obojętne.
Kika razy otrzymałem od niej „grypsanki“ dobrze ukryte w chlebie. Chciałem ją pocieszyć, więc odpisywałem na jej gorące listy i wysyłałem te odpowiedzi oryginalnym więziennym sposobem.
Cela moja mieściła się w rogu na trzeciem piętrze lewego skrzydła Czerwoniaka, przy samym parkanie. Ugniatałem z świeżego chleba małą kuleczkę, umieszczając w środku gryps; Elcia w wolnych od pracy chwilach spacerowała tam i zpowrotem za parkanem. W odpowiedniej chwili rzucałem więc przez kratę kuleczkę, a ona podnosiła ją i oddalała się.
Pewnego razu, chcąc jej dać dowód, że ją kocham nad życie, napisałem gryps własną krwią. Skaleczyłem szkłem palec i słomkę wydobytą z siennika maczałem we krwi; tak napisałem list.
Mimo wszystko nie przestałem nalegać, by zerwała ze mną; jednakże nie usłuchała mnie i przychodziła jak dawniej.
Pewnego dnia podczas przechadzki więziennej spacerował ze mną jakiś pan. Ubrany był w żakiet i czarne spodnie, na głowie miał twardy kapelusz. Domyślałem się, że musi to być jakiś uprzywilejowany więzień, którego nie przebrano jeszcze w tradycyjny mundur tego domu.
Przy okazji, gdy dozorca nie widział, zagadnąłem go.
— Kiedy pana przyprowadzili?
— Wczoraj, — odpowiedział, a potem dodał: — Jestem adwokatem.
Popatrzyłem na niego uważnie myśląc: Czyżby i adwokaci już siedzieli w więzieniu?
— Za co pana aresztowali?
— Głupstwo. Długo siedzieć nie będę. Może dzień, może dwa, więcej napewno nie.
W toku rozmowy dowiedziałem się, że znał moją rodzinę. Począł mi opowiadać o spadku po ojcu. Pytał mnie, co myślę zrobić, by otrzymać swoją część spadku.
Chwyciłem się tej myśli, widząc w nim zbawiciela.
— Panie mecenasie! Niech mnie pan ratuje! Oddaję panu tę sprawę, a pan niech się stara, abym miał tu przez te łata co tydzień pomoc materjalną.
— Dobrze, możemy to zrobić, — chwycił się odrazu mojej propozycji. — Zrobimy to w ten sposób: gdy mnie zwolnią, przyjdę tu do was z notarjuszem. Wy odstąpicie mi swoją część spadku, a ja zobowiążę się dostarczać wam pożywienia przez cały czas pobytu tutaj. Pewną sumę wam jeszcze doręczę, gdy was już zwolnią.
Zgodziłem się odrazu. Byłem miał zapewniony wikt, — wszystko inne było mi obojętne; o tem, że może mnie wyzyskać, nie myślałem wcale.
Po dwu dniach na spacerze już go nie było. Wywnioskowałem, że go napewno zwolniono.
Upłynęło parę dni; zawołano mnie do kancelarji więziennej. Jakże się zdziwiłem, gdy spostrzegłem towarzysza spaceru w tym samym żakiecie! Podał mi rękę, przedstawiając mi notarjusza, który siedział z otwartą książką obok niego.
Inspektor policyjny, usłyszawszy o co chodzi, począł kiwać mi nieznacznie głową, dając mi w ten sposób znak, bym tego nie robił. Jednakże ja oczarowany wyglądem pana mecenasa i jego obiecankami, podpisałem umowę.
Pan adwokat zobowiązał się przez cały czas wyroku dostarczać mi — gdziekolwiek będę siedział — piętnaście funtów chleba tygodniowo, dwa funty mięsa, funt masłami funt cukru. Natomiast ja odpisałem mu całą moją część spadku; nie będąc ostatnio przy ojcu, nie znałem jej wartości. Po wyjściu mojem z więzienia, czy to z amnestji czy też po ukończeniu całkowitego wyroku, miał mi dać 2000 rubli w złocie.
Pożegnał się ze mną bardzo czule, obiecując, że mogę być spokojny. Postara się nawet, aby mnie ułaskawiono.
W pięć tygodni po opisanym wypadku, dnia 18 — ego listopada 1919 roku wezwano mnie znów do kancelarji więziennej i postawiono mnie przed inspektorem policyjnym. Ten popatrzał na mnie z politowaniem, poczem przemówił:
— No, słowa dotrzymaliście. Dziś o godzinie czwartej po południu zostaniecie wysłani wraz ze wspólnikiem do innego więzienia.
Teraz we mnie zadrżało serce na myśl, że z Elcią rozłączają mnie już raz na zawsze.
— Do jakiego więzienia? — próbowałem się dowiedzieć.
— Tego przepisowo powiedzieć wam nie mogę. Jutro będziecie już wiedzieli.
Chciałem go jeszcze o coś zapytać, ale wywnioskowałem, że jest w niedobrym humorze. Kazał mnie też natychmiast odprowadzić do celi.
Po jakiejś pół godzinie przyszedł gospodarz magazynu i zabrał mnie i Szofera ze sobą. Przebrano nas we własne ubrania i oddano w ręce dwu policjantów, którzy już na nas czekali. Skuto nas też razem kajdankami za ręce i tak zaprowadzono na dworzec kolejowy.
Smutno mi się zrobiło na duszy, kiedy wsiadłem do wagonu, a naprzeciwko nas umieścili się policjanci, nie spuszczając z nas oka.
Każdy więzień odczuwa straszny ból i upokorzenie, kiedy zmuszony jest przebywać razem z ludźmi wolnymi. W naszym przedziale było kilku pasażerów cywilnych i jeden wojskowy. Patrzyli na nas z pogardą, jakby oni byli Amerykanami, a my murzynami. Jeden nawet, który rozpoczął rozmowę z policjantami, doradzał im, by nas rzucili pod pociąg.
— Po co tych drani wozić do więzienia, — mówił, — i darmo dawać źreć; a kiedy wyjdą, będą znów rabować. Ja, gdybym był prokuratorem, domagałbym się, by takich żywcem spalono na stosie na placu publicznym, aby tem odstraszyć innych.
Jeden z policjantów zerwał się i rozkazał natychmiast niedoszłemu prokuratorowi wynosić się do drugiego przedziału. Ten jednak nie chciał tego uczynić i w dalszym ciągu wygadywał pod naszym adresem różne obelżywe słowa.
Wojskowy w randze sierżanta siedział cały czas słuchając jego wywodów i nerwowo przebierał palcami po rękojeści szabli. Ja ze w spólnikiem siedzieliśmy cicho bojąc się nawet oddychać; myśleliśmy, że lada chwila sierżant, podżegany przez tego niedoszłego prokuratora, rzuci się i zamorduje nas. W tem wojskowy zerwał się i chwycił za kark owego jegomościa; potrząsnął nim parę razy i wypchnął go do drugiego przedziału mówiąc przytem:
— Jesteś pan skończonym chamem i idjotą. Jak pan śmie wobec ludzi i tak już nieszczęśliwych wyszczekiwać, co panu ślina na język przyniesie? Zamknij pan lepiej mordę, bo jak nie, to będę miał zaszczyt powybijać panu własnoręcznie wszystkie zęby.
Przyszły prokurator począł wykrzykiwać pod adresem wojskowego, że ujmuje się za zbrodniarzami, a gdy wojskowy po raz drugi kazał mu się przymknąć, zamilkł zupełnie.
Wojskowy częstował nas konserwami i chlebem. Współnik, który był palący, poprosił też o papierosa, którego otrzymał.
Dowiedziałem się także teraz, że jedziemy do Warszawy. Więc do sławnego Mokotowa! — pomyślałem.
Policjanci również dobrze się z nami obchodzili. Wypogodzili dostojne oblicza, gdy otrzymali ode mnie w podarunku ładny portfel do pieniędzy; drugiemu Szofer podarował nową parę skórzanych rękawiczek.
Do Warszaw y przyjechaliśmy przed dwunastą w nocy. Od dworca głównego do ziemi obiecanej, był spory kawał drogi. Nogi mnie bolały, a w sercu żal nie do wytrzymania. Znałem przecież dobrze Warszawę; idąc przez Marszałkowska, rozglądałem się po znanych mi miejscach zabaw i rozrywek. Przypomniały mi się dobre czasy; a teraz...
Wreszcie dowlekliśmy się do ulicy Rakowieckiej. Zdaleka widać było czerwone gmachy ponurego Mokotowa. Byłem przykuty do mego towarzysza niedoli i bardzo źle było nam chodzić. Czułem, że ręka mi opuchła. Tak samo towarzysz mój narzekał, że ręka go boli, i stale tylko dopytywał się policjantów, czy daleko jeszcze do więzienia.
W reszcie zmęczeni i wyczerpani stanęliśmy przy bramie. Policjant zadzwoni! kilkakrotnie i furtka wąziutka jak paszcza potwora otworzyła się z hałasem, by połknąć swoją ofiarę.
Formalności załatwiono w ciągu kilku minut. Ci, którzy nas przyprowadzili, spojrzeli na nas jak na straceńców; zadowoleni z siebie, jakby zlikwidowali już ostatniego przestępcę na świecie, pożegnali mury Mokotowa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.