Żywe grobowce/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XII.

Zawezwano mnie i postawiono znów przed moim inkwizytorem.
Idąc, wchłaniałem w siebie powietrze, dużo powietrza, jakbym chciał zapas powietrza zabrać do mojego grobu, do którego wiedziałem zgóry, że powrócę.
— Jakże tam było siedzieć? — drwił inspektor. — Lepiej, niż z Adelą na kuchni, co?
— Wiadomo, że z Adelą lepiej było, jak w karcu, — odparłem zuchwale.
— Milczeć! — ryknął inspektor. — Zgnoję was tutaj. Tak długo będziecie siedzieć w lochu, aż sami poprosicie, że chcecie mówić prawdę.
— Za długo musiałby pan czekać. Ja jestem niewinny, i choćby mi przyszło umrzeć w lochu, nie przyznam się do tego, czego nie popełniłem.
Wymówiłem to zdecydowanym tonem, tak że groźny sędzia zmiękł i zaczął z innej beczki.
— Słuchajcie, ja chcę i pragnę tylko waszego dobra. Poco i naco ciągle myśleć o ucieczce? Przecież w stosunku do innych nie macie wcale tak dużego wyroku. Dostaliście już amnestję na jedną trzecią, pozostało wam tylko niecałe cztery lata. Druga amnestja już się robi i mogą wam darować wszystko. M nie idzie tylko o tamtych wspólników ucieczki. Ja wiem i domyślam się, kto do tego należał, i takby się wam nie udało. Ja wam nic złego nie zrobię. Powiedzcie tylko, jakim sposobem ucieczka miała być dokonana. Mnie tylko to interesuje, — dodał z naciskiem.
Dowiedziałem się też w toku rozmowy, że Adela również została zamknięta do pojedynczej celi. Inspektor dał mi lekko do zrozumienia, że ona wszystko wydala. Zmiarkowałem odrazu jego taktykę. Mówił to umyślnie, by wzbudzić we mnie złość na Adelę, — wtedy zacznę na nią wszystko walić. Omylił się, nie trafił na takiego frajera, za jakiego — jak wywnioskowałem — mnie uważał.
— Panie inspektorze. Niech pan robi ze mną co pan chce. Może mnie pan nawet powiesić, ale niepowiem, bo nie wiem.
Zakończyłem napół głupkowato. Wtem wszedł urzędnik z administracji, który za Niemców był tu dozorcą, a teraz zaawansował na asystenta inspektora, i zawołał:
— Panie inspektorze, to stary lis! Znam go dobrze, — mówił, wskazując palcem na mnie. — Od niego pan się po dobremu niczego nie dowie. Niech pan go odda mnie. U mnie będzie śpiewał jak kanarek.
— Dziękuję panu za radę. Taki z pana majster? Proszę mi nie przeszkadzać. Ja sam wiem, co robię, — dorzucił z naciskiem.
Asystent zarumienił się i jak oparzony wyniósł się z gabinetu inspektora. Ten ze złością i pewnym wstrętem splunął za nim kilka razy. Patrzył na mnie teraz zupełnie inaczej, niż poprzednio. Twarz jego wypogodziła się nie do poznania. Zdawało mi się, że mi współczuje. Zamyślił się, patrząc w jakiś raport. Poznałem charakter pisma gospodarza.
Po chwili zgniótł papier, rzucił go do kosza i zwrócił się do mnie:
— Żal mi was doprawdy. Przeglądając wasze akty dowiedziałem się, że pochodzicie z dobrej rodziny. Nie jesteście urodzonym zbrodniarzem, jak inni. Musiały być jakieś okoliczności, które was pchnęły na drogę występku. Rozumiem was dobrze. Byłem także w niewoli i wiem, co to walka o wolność. Widzę, że jesteście inteligentnym chłopcem, więc zrozumiecie zapewne, że kara musi być. Mojem zdaniem trzeba znieść cierpliwie karę, na którą się zasłużyło. Siedzieć cierpliwie; myśleć o popraw ie, a nie o ucieczce. Wiem i mam na to dowody, że klucze są wasze. Wiem nawet, kto je na kuźni dorobił. Wiem jeszcze więcej, niż wam się wydaje, ale mniejsza o to. Mówię wam to wszystko nie dlatego, że czyham na waszą zgubę. Wcale nie. Dobrze was rozumiem. Więzień jest od tego, żeby uciekał, a administracja od tego, by nie dawała mu uciekać. Więc nie tyle wy zasłużyliście na karę, ile my sami, że do tego doszło. W więzieniu, gdzie żaden krok więźnia nie powinien być bez dozoru zwierzchnika, potrafiliście postarać się o to wszystko, a nikt tego nie zauważył. Tylko dzięki mojej czujności i dzięki pewnej waszej omyłce wykryłem wszystko, uniemożliwiając wam ucieczkę. — Tu zamyślił się i dodał: — Kto wie, czy uszłoby to wam bez przelewu krwi. Odpowiedzialność spadłaby wtedy na moją głowę...
— Mówię do was w tej chwili, — ciągnął dalej, bębniąc nerwowo palcami po stole, — nie jako inspektor policyjny, ale jako człowiek. Człowiek, który widział w życiu niejedną podłość ludzką. O, ja znam życie i jego ciernie. Nie z jednego pieca chleb jadłem, — mówił w zadumie, poczem jakby się nad czemś zastanawiał przez chwilę i z pewnem wahaniem, ciągnął dalej:
— Stanowisko, jakie teraz zajmuję, jest dla mnie wstrętne. Tylko życie zmusza mnie narazie pozostawać przy tem. Tu trzeba być bez serca, trzeba być twardym jak stal, nieczułym na ludzkie cierpienia. Przecież i przestępcy należą do społeczeństwa i są ludźmi, jak i ja. Nie chcę i nie mogę być katem ludzi nieszczęśliwych, jakimi wy jesteście.
Łza, którą ledwie zauważyłem, zawisła mu na policzku. Mnie także oczy zwilgotniały. On udawał, że tego nie widzi i ciągnął dalej:
— Powiedzcie mi prawdę, co wyście o mnie myśleli, gdy was zamknąłem do lochu? Do lochu, w którym ja sam nie wytrzymałbym pięciu minut! Przeklinaliście zapewne mnie i całą moją rodzinę, ludzi i Boga, że was stworzył. Wiem to i rozumiem, o czem w takich chwilach człowiek myśli. Powiem w am jeszcze coś, w co zapewne nie uwierzycie. Gdy wpakowałem was do tego grobu; stałem pod drzwiami i może więcej cierpiałem od was. Udawałem jednak nielitościwego, skamieniałego. Zapytawszy was, czy się przyznajecie, odszedłem do kancelarji, grając rolę inkwizytora. Jednakże cały dzień nie miałem spokoju. Przy obiedzie żona zauważyła moje zdenerwowanie. Chcąc sobie ulżyć, opowiedziałem jej wszystko, starając się przedstawić was w jak najgorszem świetle, aby pochwaliła mój postępek. Żona jednak bez słowa oddaliła się ode mnie i na głos się rozpłakała. Wybiegłem z dom u do kancelarji, zamknąłem się w swoim gabinecie. Wyrzuty sumienia wzrastały z każdą chwilą. Starałem się upominać siebie, że inspektor i to inspektor policyjny, nie powinien mieć babskiego serca. Wszystko było daremne, nie wytrzymałem i kazałem was tu przyprowadzić.
— Myślę, że po tem wszystkiem, co wam teraz powiedziałem, zasłużyłem na wasze zaufanie i będziecie ze mną teraz rozmawiać nie jak więzień z inspektorem, tylko jak człowiek z człowiekiem, — zakończył swoją długą przemowę.
Podczas całego wyznania i wywodów doznawałem różnych uczuć. Na początku myślałem sobie: Mądry i cwany lis. Nabiera mnie, ale ja się nie dam, postanowiłem w duchu. Później zaś mimowoli zacząłem nabierać zaufania tak, że o mało nie rozbeczałem się nagłos. Przy końcu zaś wydało mi się, że trochę już za dużo udaje dobrego. Zacząłem nanowo podejrzewać, że do mnie podchodzi okrężną drogą i dąży do jakiegoś celu. Podejrzliwość moja wzrosła do tego stopnia, że chciałem mu przerwać i powiedzieć otwarcie: poco pan sobie zadaje tyle trudu, nic z tego i tak nie będzie. On zaś, widząc moje wahanie, dodał:
— Widzę, że się omyliłem. Myślałem, że poznacie się na mnie i będziecie ze mną szczerzy. Dlatego też powiem wam: nie chcę już, byście mi opowiadali, kto miał z wami uciekać. Tem bardziej szanuję was, że nie jesteście zdrajcą. Bardzo mi się to podoba. Jako inspektor policji muszę korzystać ze zdrady, ale zdrajców nie lubię. Nic wam złego nie zrobię. Daję wam na to słowo honoru. Ukarać was, sami rozumiecie, że dla pozoru muszę. Ale dajcie mi tylko słowo honoru, złodziejskie słowo honoru, że więcej z tego więzienia nie będziecie planowali ucieczki. Ja wam dam tylko lekką karę i przez jakiś czas nie będę mógł was brać do pracy. Jeśli się będziecie przez ten czas dobrze zachowywać, znów wezmę was na piekarnię. Zrozumiano?
Teraz już nie śmiałem wątpić, aby słowo honoru inspektora nie było szczere; jednakże odparłem:
— Panie inspektorze! Pan jest szlachetnym człowiekiem, o czem przedtem nie wiedziałem. Niech pan inspektor zrobi ze mną, co chce, ale tego słowa honoru, którego pan ode mnie żąda, za żadne skarby dać nie mogę.
Inspektor zerwał się ze swego miejsca i patrzył na mnie zdziwiony.
— Ja z wami tak postępuję, dając wam słowo honoru, a wy mnie nie możecie dać? Omyliłem się co do was, myślałem, że jesteście mądrzejsi, niż się teraz okazuje.
— Panie inspektorze, wierzę panu i wcale nie podejrzewam, że mnie pan podchodzi, ale nie mogę dać panu słowa honoru, że nigdy nie pomyślę o ucieczce. Myśl i nadzieja ucieczki dodają mi sił, aby wytrwać w nędznem życiu więziennem. Gdyby nie to, dawno zakończyłbym samobójstwem. Tak jest, panie inspektorze, tego obiecać nie mogę.
Inspektor zaczął nerwowo spacerować po pokoju, poczem zatrzymał się naprzeciw mnie, i popatrzył na mnie uważnie. Zbliżył się do mnie, prawą ręką ujął mnie za ramię i wzruszonym głosem zawołał:
— Rozumiem, rozumiem, masz rację, nieszczęśliwy chłopcze. Więc zrobimy tak, aby wilk był syty i owca cała. Ty daj mi słowo honoru, że w tem więzieniu nie będziesz myślał o ucieczce. Natomiast ja postaram się, by jak najprędzej wysłano cię do innego więzienia. Tam już słowo dane mnie nie obowiązuje. Możecie stamtąd uciekać, jeśli wam się uda. Tu u mnie ja chcę mieć spokój. Dla pozoru rozumiecie, że muszę w as ukarać, ale kara będzie bardzo względna. Czy jesteście zadowoleni?
— Tak, panie inspektorze. Daję złodziejskie słowo honoru, że nawet nie spróbuję stąd uciekać, ale proszę jak najprędzej wysłać mnie do innego więzienia.
Kto wie, jak długo rozmawiałby jeszcze ze mną, gdyby nie policjant, który przyprowadził dwu nowych amatorów Czerwoniaka. Rozkazał więc odprowadzić mnie do celi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.