Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Asystent zarumienił się i jak oparzony wyniósł się z gabinetu inspektora. Ten ze złością i pewnym wstrętem splunął za nim kilka razy. Patrzył na mnie teraz zupełnie inaczej, niż poprzednio. Twarz jego wypogodziła się nie do poznania. Zdawało mi się, że mi współczuje. Zamyślił się, patrząc w jakiś raport. Poznałem charakter pisma gospodarza.
Po chwili zgniótł papier, rzucił go do kosza i zwrócił się do mnie:
— Żal mi was doprawdy. Przeglądając wasze akty dowiedziałem się, że pochodzicie z dobrej rodziny. Nie jesteście urodzonym zbrodniarzem, jak inni. Musiały być jakieś okoliczności, które was pchnęły na drogę występku. Rozumiem was dobrze. Byłem także w niewoli i wiem, co to walka o wolność. Widzę, że jesteście inteligentnym chłopcem, więc zrozumiecie zapewne, że kara musi być. Mojem zdaniem trzeba znieść cierpliwie karę, na którą się zasłużyło. Siedzieć cierpliwie; myśleć o popraw ie, a nie o ucieczce. Wiem i mam na to dowody, że klucze są wasze. Wiem nawet, kto je na kuźni dorobił. Wiem jeszcze więcej, niż wam się wydaje, ale mniejsza o to. Mówię wam to wszystko nie dlatego, że czyham na waszą zgubę. Wcale nie. Dobrze was rozumiem. Więzień jest od tego, żeby uciekał, a administracja od tego, by nie dawała mu uciekać. Więc nie tyle wy zasłużyliście na karę, ile my sami, że do tego doszło. W więzieniu, gdzie żaden krok więźnia nie powinien być bez dozoru zwierzchnika, potrafiliście postarać się o to wszystko, a nikt tego nie zauważył. Tylko dzięki mojej czujności i dzięki pewnej waszej omyłce wykryłem wszystko, uniemożliwiając wam ucieczkę. — Tu zamyślił się i dodał: — Kto wie, czy uszłoby to wam bez przelewu krwi. Odpowiedzialność spadłaby wtedy na moją głowę...
— Mówię do was w tej chwili, — ciągnął dalej, bębniąc nerwowo palcami po stole, — nie jako inspektor policyjny, ale jako człowiek. Człowiek, który widział w życiu niejedną podłość ludzką. O, ja znam życie i jego ciernie. Nie z jednego pieca chleb jadłem, — mówił w zadumie, poczem jakby się nad czemś zastanawiał przez chwilę i z pewnem wahaniem, ciągnął dalej:
— Stanowisko, jakie teraz zajmuję, jest dla mnie wstrętne.