Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom II/Część pierwsza/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VIII.
BUNT.

— Moja panno — odezwała się księżna zimnym, surowym tonem do Adrjanny. — Pół roku temu, kiedy się kończyła żałoba po ojcu panny, miałaś wtedy lat osiemnaście... żądałaś ode mnie, abym ci pozwoliła rozporządzać swym majątkiem, i żebym cię usamowolniła... byłam tyle słaba, żem na to pozwoliła... Od owego to czasu zaczęły się bezustanne, a zbytkowne wydatki. Zamiast poprzestać na jednej lub dwóch pokojówkach, wybranych z ludu, zachciało ci się dobierać kobiety z klasy dostatniejszej i stroić je równie dziwacznie, jak kosztownie... Twoje płoche fantazje, twoje nierozsądne dziwactwa były bez granic, bez hamulca, nawet w jednym pokoju pawilonu urządziłaś jakąś pogańską świątynię i tam widać marmurową grupę, wyobrażającą młodzieńca i dziewicę... są to wprawdzie dzieła sztuki, ale dzieła najnieprzyzwoitsze, jak tylko wyobrazić sobie można. Przepędzałaś całe dnie, zupełnie u siebie zamknięta, nie chcąc nikogo przyjąć. Chciałaś zawsze wychodzić sama, nie zdając nikomu sprawy ze swych postępków; działałaś przeciw mej woli, aby usuwać się z pod mej władzy... nieprawdaż?...
— Tak, to portret przeszłości.... choć trochę w karykaturze — rzekła z uśmiechem Adrjanna — ale poznać go można.
— A więc — odrzekł d’Aigrigny — przyznajesz pani, że wszystkie czyny, które przytoczyła księżna, są prawdziwe?
— Tak, niema wątpliwości, i zwyczajem moim jest żyć tak otwarcie, iż to pytanie jest wcale niepotrzebne.
— A więc rzecz skończona — rzekł d’Aigrigny, zwracając mowę do doktora i do barona.
— Żadnej nie ulega wątpliwości; własne zeznanie ważniejsze jest nad wszelkie dowody, — odrzekł baron stanowczym tonem.
— Ależ, moja ciotko, czy mogłabym dowiedzieć się, do czego zmierza ten tak długi wstęp?
— Ten długi wstęp, moja panno — odrzekła księżna z powagą — posłużyć ma ku wyjaśnieniu przeszłości i do uzasadnienia przyszłości.
— Czy będziesz lubiła, czy będziesz szanowała moje rozkazy, o to mniejsza, moja panno — ciągnęła księżna krótko i ostrym tonem — wszelako winnaś od dziś dnia, od tej chwili, ulegać zupełnie, ślepo, mej woli, słowem, nic nie uczynić bez mego pozwolenia; tak chcę i tak będzie...
Adrjanna najprzód wlepiła oczy w ciotkę, potem śmiać się zaczęła bardzo.
Margrabia i baron z gniewem wzruszyli ramionami. Doktór wzniósł oczy w niebo i załamał ręce z politowaniem.
— Panno Cardoville, tak głośne śmiechy niebardzo przystoją — rzekł pan d’Aigrigny — słowa jej ciotki są poważne, nader poważne, i należałoby przyjąć je inaczej.
— Przebóg, mości książę — odrzekła Adrjanna — a któż temu winien, że ja muszę śmiać się tak głośno. Jak mam zachować zimną krew, kiedy słyszę, jak ciotka mówi o ślepem poddaniu się jej rozkazom?... Azali motyl, przywykły bujać po otwartem powietrzu... igrać pod gołem niebem, zdolny jest żyć w jamie kreta?...
Na tę odpowiedź margrabia spojrzał na innych członków owej rady familijnej, udając głębokie zdziwienie.
— A więc, moja panno — rzekła księżna, udając, że podziela zdanie innych osób — to jest twoja odpowiedź?
— Ależ tak, bez wątpienia — odrzekła Adrjanna, równie zdziwiona, że obecni udawali, jakoby nie rozumieli porównania.
— To nieszczęście, że panna Adrjanna nie pojmuje wielkiej doniosłości tej narady — wtrąciła księżna ostrym tonem. — Może zrozumie wreszcie, gdy jej oznajmię moje rozkazy...
— Jakież to rozkazy, moja ciotko...
— Od jutra — wyrzekła księżna — odprawisz swoje pokojówki... opuścisz pawilon, w którym mieszkasz... zajmiesz tu dwa pokoje, do których wchodzić będzie można tylko przez mój pokój... nie wyjdziesz nigdzie sama jedna... a z przyczyny twej rozrzutności, znowu ustawiona będzie nad tobą opieka... ja zajmę się sama wszelkimi twymi wydatkami, wreszcie aż do czasu dojścia do pełnoletności, nie dostaniesz do rąk żadnych pieniędzy, któremi byś mogła rozporządzać... Taka jest moja wola...
Baron i margrabia zupełnie zgodzili się na słowa księżny, Adrjana przybrała minę ironiczną, jednak nie bez pewnego oburzenia.
Powstała nagle i nieco się zarumieniła, oko jej zabłysło, podniosła głowę lekko a dumnie i rzekła do ciotki tonem silnym, po chwili milczenia:
— Mówiłaś pani o przeszłości i ja też nieco o niej powiem, bo mnie do tego zniewalasz. Opuściłam twoje mieszkanie, gdyż niepodobna mi było żyć dłużej w tej obłudzie...
— Panno Adrjano — odrzekł margrabia d’Aigrigny — zastanów się nad tem, co mówisz?
— Ponieważ mi pan przerywasz, powiem więc parę słów i do pana — rzekła żywo Adrjanna, patrząc na margrabiego — jakież to widziałam przykłady u mej ciotki?
— Najlepsze, moja panno.
— Najlepsze?... Czy dlatego, że pan, połączywszy się z ciotką, nie wiem dla jakich celów, oszukujecie swoją obłudą ludzi i chcielibyście oszukać Boga?
— Zapominasz się, moja panno — odrzekła księżna, blednąc z wściekłości.
— O! pani... nie zapominam, owszem pamiętam... jak wszyscy... Nie miałam krewnej, przy której znaleźćbym mogła przytułek... chciałam żyć sama... chciałam używać mych dochodów, bo lepiej, żebym ja sama ich używała, aniżeli pan Tripeaud.
— Moja panno! — krzyknął baron — nie pojmuję, jak możesz pozwalać sobie...
— Dosyć, mój panie! — rzekła Adrjanna, rzuciwszy na barona spojrzenie dumnej pogardy — o panu mówię... ale nie do pana...
I panna Cardoville ciągnęła dalej:
— Chciałam więc rozporządzać dochodami, według mojego gustu: upiększałam mieszkanie, które sobie obrałam. Zamiast sług brzydkich, nieumiejętnych, wołałam wybrać sobie dziewczęta młode, dobrze wychowane, ale ubogie; nie służą one, ale świadczą mi usługi... Zamiast widzieć je źle lub przynajmniej ladajako ubrane, dałam im suknie bardzo stosowne do ich pięknych twarzy, bo lubię wszystko, co jest młode, co piękne. Wychodzę sama, bo mi się podoba iść, dokąd mię prowadzi fantazja. Czczę Boga we wszystkiem, co jest piękne, dobre, szlachetne, wielkie. Odrywając się myślą od wszystkiego, co mi teraźniejszość czyni tak nienawistną i przykrą, uciekałam myślą do przyszłości. Wtedy stawały mi przed oczami wspaniałe, urocze widziadła, tak świetne, iż czułam się zachwyconą trudnem do opisania, prawdziwie szczytnem uniesieniem... że już nie należę do ziemi...
— A to dlatego — mówiła dalej z coraz większem uniesieniem — że wtedy oddychałam powietrzem czystem, ożywczem, zdrowem, niezawisłem... Tak jest, widziałam, że siostry moje już nie jęczały pod jarzmem samolubnego panowania, upokarzającego, grubjańskiego... Ach, siostry... moje siostry... Czuję... są to nietylko pocieszające marzenia, ale tak błogie, chociaż nieziszczone nadzieje!
Mimowolnie, zatopiona w myślach, Adrjanna na chwilę umilkła, aby łatwiej wrócić mogła do przedmiotu, i nie spostrzegła, że aktorowie tej sceny spoglądali na siebie okiem radości.
— Ależ... to, co mówiła... jest wyborne... — szepnął doktór do ucha księżny, przy której siedział — gdyby chciała mówić zgodnie z naszem życzeniem, nie mówiłaby inaczej...
— Trzeba było doprowadzić ją naszem postępowaniem do takiego stanu, w jakim życzymy sobie ją widzieć — dodał pan d‘Aigrigny.
Rzecz możnaby, że gniew Adrjanny rozpraszał się przy zetknięciu ze szlachetnemi, wzniosłemi uczuciami.
Wreszcie, zwracając się do ciotki, Adrjanna rzekła:
— Objawiłaś mi swoją wolę chciej teraz usłyszeć moją: najdalej za tydzień opuszczę pawilon, w którym teraz mieszkam, przeniosę się do domu, który urządzić kazałam, według mego gustu, i w nim będę żyła, jak mi się podoba. Nie mam ani ojca, ani matki, nie jestem obowiązana przed nikim zdawać sprawy ze swych czynów.
— Doprawdy, moja panno — odrzekła księżna, wzruszając ramionami — mówisz od rzeczy... zapominasz o tem, że społeczeństwo ma prawa moralne, których nie wolno przekroczyć, a których my przestrzegać jesteśmy obowiązani, i bądź pewna, że nie zaniedbamy dopełnić tego obowiązku.
— A więc ty, ciotko, pan d’Aigrigny i pan Tripeaud, jesteście przedstawicielami moralności społecznej... To bardzo dowcipne... czy nie dlatego, że pan Tripeaud uważa mój majątek za swój własny?...
— Ależ, moja panno!... — zawołał baron.
— Zaraz, pani — rzekła Adrjanna do swej ciotki, nie odpowiadając baronowi — ponieważ zdarza się sposobność, żądać wije będę objaśnień co do części mego majątku, którą, jak mi się zdaje, ukrywano dotąd przede mną...
Na te słowa margrabia d‘Aigrigny i księżna struchleli. Oboje spojrzeli na siebie niespokojnem okiem.
Adrjanna nie spostrzegła tego i mówiła dalej:
— Lecz żeby raz położyć kres wymaganiom pani, oto ostatnie moje słowo: Będę żyła, jak mi się spodoba... Gdybym była mężczyzną, nie narzucanoby mi, w moim wieku, tak przykrej, poniżającej opieki za to, iż żyję uczciwie, niezależnie, szlachetnie, w oczach wszystkich.
— To nierozsądne, to niedorzeczne! — zawołała księżna — jest to posuwać zepsucie, zapomnienie wszelkiego wstydu aż do ostatecznych granic, chcąc żyć w takich warunkach!
— To niezależne życie — wtrącił oschle margrabia — jakie zamierzasz prowadzić, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, miałoby na przyszłość najzgubniejsze skutki, gdy krewni zechcą cię wydać za mąż.
— Oszczędzę tej troski moim krewnym, jeśli zechcę pójść za mąż... sama się wydam... co nie jest nierozsądnem, jak mniemam... Obawiacie się, aby mój niezależny sposób życia nie odstręczał konkurentów. Ja zaś pragnę nadewszystko przestraszyć ich, dać im najgorszę o sobie wyobrażenie, a niema lepszego sposobu, jak pokazać, że się żyje tak, jak oni żyją... Dlatego też wiele liczę na moje dziwactwa, na moją płochość, na moje ukochane wady, że dzięki nim uchronię się od wszelkich nudnych natarczywości.
— W tym względzie, Adrjanno, będziesz zupełnie zadowolona — odezwała się księżna Saint-Dizier — jeśli prawda... iż wróciłaś dzisiaj do domu o ósmej godzinie rano, jak mi to powiedziano... Lecz ja ani śmiem wierzyć takiej szkaradzie...
— Zbyteczna powściągliwość, księżno, gdyż to prawda...
— A więc... przyznajesz się!... — zawołała pani Saint-Dizier.
— Przyznaję się do wszystkiego, com uczyniła... Powróciłam dziś rano o godzinie ósmej.
— Słyszycie, panowie! — zawołała księżna.
— A więc... to prawda — dodała. — O! moja panno, przyzwyczaiłaś mnie już do tego, że się niczemu nie dziwię... ale wątpiłam jeszcze o takim postępku... Potrzeba było twej zuchwałej odpowiedzi, aby mnie przekonać zupełnie...
— Kłamać, według mego przekonania, było zawsze większym bezwstydem, niż wyznać prawdę.
— A skądże to panna powracałaś i poco chodziłaś?...
— Pani — zawołała Adrjanna, przerywając ciotce — ja nigdy nie kłamię... ale nigdy nie mówię tego, czego mówić nie chcę; zresztą uważam za podłość uniewinniać się z tak oburzającego zarzutu. Nie mówmy więc o tem... twoje w twej mierze nalegania byłyby daremne; skończmy krótko. Pani chcesz mi narzucić okrutną i poniżającą opiekę; ja chcę opuścić pawilon, w którym mieszkam, i żyć, gdzie mi się podoba, według mej fantazji... kto z nas ustąpi, pani czy ja?... Zobaczymy; teraz mówmy o ozem innem... Ten pałac jest mój... obojętną jest dla mnie rzeczą, czy pani w nim mieszkasz, gdyż opuszczam go, ale parter nie jest zajęty... zawiera on, prócz sali do przyjmowania, dwa zupełne apartamenty; rozporządziłam niemi na jakiś czas.
— Doprawdy? — rzekła księżna, spoglądając na margrabiego z wielkiem zdziwieniem, i dodała ironicznie: — A komuż przeznaczyłaś to mieszkanie?
— Trzem osobom z mej rodziny.
— Co to znaczy? — rzekła pani Saint-Dizier, coraz bardziej zdziwiona.
— To znaczy, pani, że chcę tu ofiarować gościnę młodemu księciu indyjskiemu, mojemu krewnemu po matce; przybędzie za dwa lub trzy dni, i chcę, aby zastał mieszkanie, gotowe na jego przyjęcie.
— Wybornie! — zawołała księżna — nie mogę wzbronić ci najniedorzeczniejszych fantazji... Po takim wstępie domyślać się można z pewnością, że nie zatrzymasz się na tak pięknej drodze. Czy to już wszystko?
— Jeszcze nie wszystko, pani, dziś właśnie zrana dowiedziałam się, że dwie moje krewne również po matce... dwie biedne piętnastoletnie panienki... sieroty.. córki marszałka Simon przybyły wczoraj z dalekiej podróży i znajdują się u żony poczciwego żołnierza, który z głębi północnej Azji przyprowadził je do Francji.
Na te słowa Adrjanny margrabia d‘Aigrigny i księżna zadrżeli nagle i spojrzeli na siebie z przestrachem, gdyż nie spodziewali się, aby panna Cardoville tak prędko dowiedziała się o przybyciu córek marszałka Simon; ta wiadomość była dla nich piorunująca.
— Dziwicie się zapewne, że ja tak dobrze jestem powiadomioną — rzekła Adrjanna — tymczasem, spodziewam się, że niebawem jeszcze bardziej was zadziwię... lecz co do córek marszałka Simon, pojmujesz pani, niepodobna mi pozostawiać ich u biednych ludzi, u których chwilowo znalazły schronienie; udam się więc po nie, aby je umieścić w tym drugim apartamencie na dole... wraz z żoną żołnierza, która będzie dla nich wyborną piastunką.
Na te słowa margrabia d’Aigrigny i baron spojrzeli po sobie, a ten ostatni zawołał:
— Niema wątpliwości... w głowie jej się pomieszało!
Adrjanna dodała, jakby nie zwracając uwagi na szorstkie odezwanie się barona:
— Marszałek Simon niezawodnie lada chwila przybędzie do Paryża! Pojmujesz pani, jak mi będzie przyjemnie, gdy będę mogła przedstawić mu jego córki i pokazać, że były podejmowane, jak się należy. Zaraz jutro zrana sprowadzę modniarki i szwaczki, aby im niczego nie brakowało..
— Teraz, spodziewam się, że to już wszystko? — rzekła księżna tonem sarkastycznym, tłumiąc gniew, gdy tymczasem margrabia, napozór spokojny i obojętny, zaledwie mógł ukryć trapiące go udręczenie.
Księżna ciągnęła dalej, patrząc szyderczo na Adrjannę:
— Lecz pomyśl jeszcze... Może znajdziesz tam jeszcze kogo z krewnych, dla powiększenia tej ciekawej kolonji rodzinnej?... Prawdziwa królowa nie postąpiłaby sobie wspanialej od ciebie!
— W rzeczy samej, pani, chcę dla mej rodziny przygotować królewskie przyjęcie... takie, jakie należy się królewskiemu synowi, córkom księcia i marszałka Francji... Czyliż nie miło ze zbytkiem gościnności serca połączyć wszystkie inne zbytki!
— Zaiste szlachetna to zasada — rzekła księżna, coraz bardziej niespokojna — szkoda tylko, że, dla wykonania jej nie masz kopalni Potozy.
— Właśnie w porę mowa o kopalni... chciałam pomówić z panią o pewnej kopalni i, jak słychać, nadzwyczaj bogatej: nie mogłam znaleźć lepszej sposobności. Jakkolwiek znaczny jest mój majątek, byłby on szczupłym w porównaniu z tem mieniem, które ma się dostać naszej rodzinie... a gdy to nastąpi, wybaczysz mi, pani, moją królewską hojność.
Margrabia d’Aigrigny znajdował się jak na torturach.
Sprawa medaljonów była tak ważna, że ukrywał ją nawet przed doktorem Baleinier, lubo żądał jego pomocy; również baron Tripeaud nie był o niej zawiadomiony, gdyż księżna sądziła, że, według jej życzenia, zniszczone zostały przez Rodina w papierach ojca Adrjanny wszelkie ślady, któreby mogły wskazać jej drogę do tego odkrycia. Dlatego nietylko ze strachem usłyszał margrabia, że Adrjanna de Cardoville wie o tej tajemnicy, ale nadto obawiał się, aby jej nie rozgłosiła.
Księżna podzielała obawy margrabiego, zawołała więc, przerywając mowę siostrzenicy:
— Są interesy rodzinne, które zachować należy w tajemnicy i dlatego, nie wiedząc dokładnie ku czemu zmierzasz, proszę cię, abyś zaniechała tego przedmiotu rozmowy...
— Jakto, pani... alboż nie jesteśmy tu w gronie rodzinnem... inaczej nie powiedziałybyśmy sobie tylu uprzejmości.
— Mniejsza o to... o rzeczach pieniężnych nie wypada mówić, gdy się niema w rękach dowodów.
— A o czem mówimy już od godziny, jeśli nie o interesach pieniężnych? Prawdziwie nie pojmuję waszego zdziwienia... waszego zakłopotania...
— Ja nie jestem ani zdziwiona, ani zakłopotana... lecz od dwóch godzin zmuszasz mnie słuchać rzeczy tak nowych, tak szalonych, że doprawdy jest się czemu dziwić.
— Przepraszam panią, że jej powiem, iż jesteś w wielkim kłopocie — rzekła Adrjanna, patrząc ciotce oko w oko — również pan d‘Aigrigny... co, połączone z pewnemi podejrzeniami, których nie miałam czasu sprawdzić i wyświetlić...
— Adrjanno, rozkazuję ci, abyś zamilkła! — krzyknęła księżna, niezdolna panować nad sobą.
— A! pani — odparła Adrjanna — jak na osobę, która zwykle tak doskonale umie panować nad sobą, wielce się pani kompromitujesz.
Na pomoc księżnej i margrabiemu przybyło w tej chwili nieoczekiwane zdarzenie. Wszedł lokaj, a jego przerażona mina zwiastowała coś niezwykłego.
— Co ci jest, Dubois, co się stało? — zapytała żywo księżna.
— Przepraszam jaśnie oświeconą panią, że, pomimo wyraźnego zakazu, śmiem przerywać, lecz przybył komisarz i chce koniecznie i bezzwłocznie widzieć się z księżną panią, przytem cały pałac otoczyło wojsko i policja.
Pomimo że wiadomość ta zaniepokoiła ją cokolwiek, księżna, chcąc jednak skorzystać z tego wypadku dla porozumienia się natychmiast z margrabią co do poczynionych przez Adrjannę tylu i tak ważnych zeznań, rzekła, powstając:
— Książę d’Aigrigny, bądź łaskaw mi towarzyszyć, gdyż prawdziwie nie wiem, co może znaczyć obecność komisarza w mym domu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.