Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom II/Część pierwsza/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.
UTARCZKA.

Panna Adrjanna Cardoville wchodząc do księżny, nie okazywała postawą hardości, lecz tylko przyzwoitą śmiałość. Twarz jej była wesoła, swobodna.
Spostrzegła księdza d’Aigrigny, okazała zdziwienie, uprzejmem skinieniem głowy powitawszy doktora i przeszedłszy przed baronem Tripeaud bez spojrzenia na niego, przywitała księżnę ukłonem, wykwintnym i pełnym szlachetnej powagi. Lubo ruchy i ułożenie pany Cardoville były doskonałe, a nadewszystko odznaczające się wdziękiem, prawdziwie niewieścim, jednak znać w nich było coś niepodległego i wyniosłego, jej poruszenia były otwarte i swobodne, jak jej charakter; czuć w nich było życie i młodość.
Rzecz dziwna, pan d’Aigrigny, jakkolwiek był człowiekiem światowym, człowiekiem bardzo rozsądnym, umiejącym panować nad sobą, zachować wszędzie powagę i nakazać dla siebie poszanowanie, jednak w obecności panny Cardoville, mimowolnie tracił odwagę, śmiałość i opanowywało go jakieś znużenie, jakby odrętwienie... Zakłopotany, nie wiedział, co ma począć wobec młodej dziewczyny, odznaczającej się zarówno śmiałością, jak dowcipem i dotkliwą ironją...
Od dawnego już czasu, i wbrew zwyczajowi, nie chciał próbować na Adrjannie owego uroku wymowy, której zwykle zawdzięczał ten powab, jakiemu prawie nie można się było oprzeć; mówił z nią sucho, ostro, nie wykraczał poza sferę zimnej wyniosłości i surowej cnoty, która zupełnie paraliżowała jego ujmujące przymioty.
To tych przedwstępnych objaśnieniach łatwo pojąć, jak różnorodne uczucia kierowały aktorami tej sceny.
Pani Saint-Dizier siedziała w wielkiem krześle przed kominkiem.
Margrabia d’Aigrigny stał obok niej.
Doktór Baleinier, siedząc przy biurku, zaczął przerzucać kartki z biografją barona Tripeaud.
A baron jakby się przypatrywał z wielką uwagą biblijnemu obrazowi, zawieszonemu na ścianie.
— Wezwałaś mnie, ciotko, dla pomówienia ze mną o ważnym interesie? — zagadnęła Adrjanna, przerywając kłopotliwe milczenie, panujące w salonie, od chwili jej przybycia.
— Tak, moja panno, idzie tu o bardzo ważną rozmowę.
— Jestem na rozkazy ciotki...
Usiedli wszyscy koło stołu gabinetowego księżny.
— A w czem rozmowa nasza obchodzić ma tych panów, ciotko? — zapytała panna Cardoville.
— Ci panowie to dawni przyjaciele naszego domu; wszystko ich obchodzi, co tylko ciebie dotyczy, powinnaś ich rad słuchać i przyjąć je z uszanowaniem...
— Moja ciotko, nie wątpię o szczególnej przyjaźni tych panów dla naszego domu, lecz, zanim przyjmę ich za widzów, czy za powierników naszej rozmowy, chciałabym wiedzieć, o czem mamy mówić...
— Niech i tak będzie — odrzekła księżna Saint-Dizier oschłym tonem — oddawna już przywykłam do kaprysów twego niesfornego umysłu; sądzę więc, że, będąc śmiałą, jak sama wyznajesz, nie powinnaś się obawiać wypowiedzenia wobec tak szanownych osób tego cobyś mi powiedziała sam na sam...
— A więc mam być formalnie badana i w jakim to przedmiocie?
— Nie jest to żadne badanie ani śledztwo, ale ponieważ mam prawo do czuwania nad tobą... chcę położyć koniec temu, co już zbyt długo trwało, chcę wobec przyjaciół naszego domu dać ci poznać moje stanowcze postanowienie na przyszłość... A najprzód, miałaś dotąd bardzo mylne i niezupełne wyobrażenie o władzy mojej nad tobą.
— Moja ciotko, zapewniam cię, że żadnego nie miałam, ani dostatecznego, ani błędnego wyobrażenia, bo nigdy o tem nie myślałam.
— To moja wina, powinnam była, zamiast pobłażać twoim kaprysom dać ci mocniej poznać moją władzę; lecz nadeszła chwila, w której masz się poddać; rady i uwagi mych przyjaciół oświeciły mnie, spostrzegłam swój błąd... twój charakter jest nieuległy, zbyt śmiały; trzeba żeby się zmienił, rozumiesz mnie? i zmienić się musisz dobrowolnie lub dzięki przemocy, zapewniam cię.
Na te słowa, wymówione ostro, wobec obcych osób, a do których ostrości jakby nic jej nie upoważniło, Adrjanna dumnie podniosła głowę; jednakże, powściągając się, rzekła z uśmiechem:
— Moja ciotko, mówisz, że ja się odmienię; nic dziwnego, alboż mało bywa odmian, niekiedy nadzwyczajnie dziwnych...
Księżna przygryzła sobie usta.
— Szczera odmiana w postępowaniu... nigdy nie jest dziwna — odrzekł zimno ksiądz d’Aigrigny, — przeciwnie, chwalebna, i zbawienny daje przykład.
— Zbawienny? — podchwyciła Adrjanna, — nic zawsze... jeżeli, naprzykład, kto zamienia swoje wady.. na występki...
— Co panna chcesz przez to powiedzieć?... — zawołała księżna.
— Ja, moja ciotko, mówię o sobie; zarzucasz mi, że jestem nieuległa, zbyt śmiała... Wiem przynajmniej czem jestem... a kto wie, czembym się stała, gdyby mi przyszło do głowy zmienić się! Chciałabym, moja ciotko, wiedzieć o powodach i celu tego zebrania.
— Dowiesz się, moja panno; ja ci się wytłómaczę bardzo jasno, poprostu i krótko; poznasz cały plan postępowania, jakiego nadal masz się trzymać, a gdybyś nie chciała z należnem uszanowaniem być posłuszną moim rozkazom, będę wiedziała, co mi pozostaje czynić...
— Ależ to prawdziwe wypowiedzenie wojny; to bardzo zabawne...
— Nie idzie tu o wypowiedzenie wojny — odparł surowo pan d‘Aigrigny, urażony szyderskim tonem panny Cardoville.
— A! mości księże — podchwyciła Adrjanna — pan byłeś niegdyś pułkownikiem, jesteś więc bardzo surowy względem żartów... Pan, co tyle winien jesteś wojnie... Pan, co z łaski wojny dowodziłeś pułkiem francuskim, walcząc wprzód przeciw Francji... ma się rozumieć, aby poznać słabą stronę i jej nieprzyjaciół.
Na te słowa, które mu przywiodły na myśl przykre wspomnienia, margrabia zbladł; miał już odpowiedzieć, gdy księżna zawołała:
— Zapominasz się, moja panno, takiej nieprzyzwoitości nie można znieść.
— Tak, ciotko, wyznaję mój błąd, nie powinnam była mówić, że to zabawne, jest to raczej ciekawe... — może nawet bardzo śmiałe, a śmiałość podoba mi się... ponieważ jednak mam być posłuszna, pod karą — potem przerywając i zwracając się do ciotki dodała — pod jaką karą, moja ciociu?
— Dowiesz się...
Adrjanna uśmiechnęła się, ale nic nie odpowiedziała.
Kilka chwil milczenia i kilkakrotne nawzajem spojrzenie na siebie księżny z innymi aktorami, oznajmiały, że po tych dość chwiejnych utarczkach, nastąpić miała poważniejsza batalja.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.