Żacy krakowscy w roku 1549/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Żacy krakowscy w roku 1549
Podtytuł Prosta kronika
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wydania 1873
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VIII.
Biskup Samuel.

Napomknęliśmy już nieco o Samuelu Maciejowskim biskupie Krakowskim, lecz wracamy do niego, przekonani, że o prawym człowieku nigdy dość, nigdy nadto mówić nie można. I tak przepada pamięć tych ludzi razem z wspomnieniem milionów ludu, którego tylko mogiły wskazują przejście przez ziemię ich wnukom, nie pytając u mogił kogo kryją, zaprzątnionym sobą i życiem. Wieluż to ludzi ginie, po których nie zostaje dłuższa pamięć jak po ściętem drzewie lub zgnieconym robaku; a przecież byli to ludzie, ludzie dumni z tego że się ludźmi urodzili! I każdy z nich za życia powtarzał prawdy któreśmy tu wypisali, a każdy także pochlebiał sobie w duszy, choćby był najlichszym, iż dla niego potomność zrobi wyjątek z wielkiej reguły zapomnienia.
Przykro jest marząc o ludziach przekwitłych dawno, wcielając się w ich życie, widząc ich przed oczyma duszy — w sile wieku; przykro przypomnieć potem, że ich nie ma i że nigdy nie wrócą! — Historja i bajka czemże są od siebie różne? — że w pierwszej szuka człowiek dla swej dumy pokarmu, w drugiej dla ciekawości; — wolę jednak ciekawość jak dumę i śmieję się z historji, a bardziej jeszcze z tych, którzy całe życie poświęciwszy na wykopywanie z grobu popiołów dawnych ludów i wieków, zrodziwszy na nowo zapomnianą lub przekręconą historją, sami idą spocząć tak daleko, że ich nikt nie odkopie.
Są to kozły w studni, po których grzbiecie wychodzi z jamy uwięzione zwierzę, a ich na swojem miejscu zostawia.
Biedni historycy, oni jak kopacze złota, oddawszy pamięci ludzkiej bohaterów i zbrodniarzy, sami zostają ubodzy w kopalni i giną uduszeni wyziewami, lub zasypani ziemią. Przeciwnie ci co bajki piszą; ich bohaterowie rozpływają się w powietrzu, oni zostają na widoku. Jeśliby kto, nie słuchając powołania, chciał z rachunku obrać taki sposób pisania, któryby mu jego ja wyniósł wysoko, niechże się strzeże historji, bo zginie.
My wrócim od niezgrabnego preludium do rzeczy.




Samuel Maciejowski urodził się, powiada Orzechowski, z familji Ciołków a domu Maciejowskich, w województwie Lubelskiem, z ojca Bernarda. Lecz że następnie wielkiego miał na świecie dójść znaczenia, każdy uzna, że nie mógł się urodzić jak się rodzą wszyscy inni ludzie. — Musiało jego przyjście choć małą jaką osobliwością się odznaczyć. — Orzechowski naśladując w tem Plutarcha, który gęsto podobnemi sypie przepowiedniami, opowiada jak słyszał w późnej starości od ojca biskupa Samuela, że w tę noc w której żona zległa, nie znajdując się w domu, miał być napomniony we śnie, aby owo dziecię, które porodziła żona, Samuelem nazwał. Wybiwszy się zaś ze snu ojciec i wspomniawszy o żonie w ciąży zostającej i połogu bliskiej, czem prędzej do niej posyła z obwieszczeniem, aby jeżeliby powiła syna dała mu imię Samuel. Żona właśnie powiła syna i dała mu imię wedle życzenia mężowskiego. Dodaje Orzechowski, że do tego proroczym sposobem nadanego imienia całe się życie jego stosuje, czego my jednak pewno nie dojrzym przez kilka set lat, które nam je mroczą.
Dorósł w domu pod okiem ojca Bernarda młody Samuel i w tem co na onczas domowe wychowanie stanowiło, wyćwiczony został. A gdy lat doszedł takich, w których zwykle młodzi ludzie szukając szczęścia po dworach panów zwykli się byli rozbiegać, udał się do Piotra Tomickiego, biskupa Krakowskiego, gdyż nie do innego jak do duchownego stanu czuł powołanie. Tu rozwinął się korzystnie charakter i zdolności młodego jeszcze Samuela, który wielkie po sobie dając nadzieje i znacznie we wszystkiem rówienników swych przepisując, w skutek tego wysłany został do Padwy, sławnej na onczas ze swej akademii, ze swoich murów, bastionów i z urodzenia Tytusa Liwiusza. Tu to nabrał on nauki i poloru, słuchając krasomowstwa pod nauczycielem Romulusem Amuzeusem, a filozofii pod innemi niemniej pięknych imion i sławy przewodnikami.
Tak już wychowany i świata nie mało obaczywszy, co na ówczas równo się z nauką ceniło, bo należało wnosić, że z podróży nikt bezkorzystnie nie wracał, Samuel z Padwy wrócił do Polski, a że go Tomicki lubił i protegował, umieścił go u króla Zygmunta za wielkiego koronnego sekretarza, gdyż języki doskonale posiadał i pisał równie wprawnie jak mówił.
Podobał się Samuel królowi — wprawny, pojętny, wyrozumiewający, w każdej rzeczy umiał znaleść środek, zaradzić.
Znał także swoje powołanie i odpowiadał miejscu, a często i ciągle prawie ocierając się o króla, zyskał jego szacunek, przywiązanie, i wpływu nabył wielkiego na jego umysł. Zrobił go najprzód Zygmunt kościoła Krakowskiego dziekanem, a wkrótce potem biskupem Chełmskim.
Rósł dalej w lata Samuel, a z nim sława jego we wszelkich sprawach, do których się kolwiek brał, rosła. Wstąpił na podkanclerstwo koronne, które — jak powiada Orzechowski, nazwisko urzędu różni się w Polsce słowem tylko, a jest w istocie jednem co kanclerstwo.
Nie dość tego, że z biskupstwa Chełmskiego wszedł na Płockie, dodał mu jeszcze król kanclerstwo koronne — chociaż prawo dwóch razem dostojności takich jednemu sprawiać nie dozwalało, został jednak dla Samuela zrobiony wyjątek, za jednozgodnem stanów zezwoleniem.
Na biskupstwie Płockiem nie długo posiedział; — umarł ów sławny Piotr Gamrat nieprzyjaciel Maciejowskiego a ulubieniec Bony, który w naszym języku zostawił pamiątkę swego życia. Po śmierci styranego pijaństwem i rozpustą Gamrata, na biskupstwo Krakowskie wstąpił Samuel, nie zdając kanclerstwa.
Pozwólmy teraz Orzechowskiemu mówić o nim. —
— „Wstąpiwszy tedy na tak wielką dostojność Samuel, tak się sprawował, że świątobliwością między biskupami, dostatkami zaś między kanclerzami celował. Życie jego albowiem nadewszystko było wstydliwe, spokojne i wstrzemięźliwe, do tego jeszcze przydawały mu ozdoby piękne i kształtne obyczaje, w których żadnego w mowie naprzykrzania, żadnej zapalczywości, żadnej nie było srogości. Przytem cierpliwie znosił obelgi, wytrzymywał a nie mścił się; zawziętości, którą odebrawszy choć mu dojmowała, tak w sobie ukrywał, że z temi, którzy go obrazili, łaskawie jak gdyby od nich obrażony nie był, rozmawiał, a czasem i dobrodziejstwa im świadczył. Ta dobroci i dowcipu sprawność jeżeli po inne czasy częstokroć, tedy najbardziej natenczas, w owej zawziętości na postanowienie królewskie w oczach stanęła[1] gdy rozumiano iż przyczyną jego był Samuel, co jednakowoż za świadectwem samego króla inaczej się miało.
Przetoż kiedy go niewinnie dla tej przyczyny rozmaici ludzie słowy i pismami szarpali, on wiedząc którzy byli, na żadnego nie miał gniewu, ani się mścić chciał i wszystko cierpliwością i łagodnością zwyciężał. — W mowach poważnym, w sądach łaskawym był, a ludzi luterskiego związku bardziej ustraszał groźbą, niż karcił surowem karaniem, zkąd niektórzy sądzili, że u siebie w swem biskupstwie lutrów przechowywał; ale się to nie sprawdziło, bo nic co od religii odstępowało katolickiej nie cierpiał.“ — Zgoła pokazuje się że był świątobliwy a jednak umiarkowany — co się rzadko zdarza. Albowiem widzim często pobożność zlewającą się z fanatyzmem i surowością, lub powolność zbytnią w grzech przeciw stanowi duchownemu przeradzającą się.
On wszystko umiał pogodzić. W pochwały te można by było nie wierzyć Orzechowskiemu, który sam potrzebując pobłażania, pobłażających mógł chwalić, gdyby wszyscy inni pisarze toż o nim nie powiedzieli, Łukasz Górnicki mianowicie, który długi czas u niego zostając, zbliska mógł go poznać.
Ten zaś ostatni wiele o nim dobrego napisawszy, i to nakoniec dodaje — że świątobliwością żywota był równy tym, których kiedy bez męczeństwa kanonizowano. Najdziwniejsza jednak była, iż z tej świątobliwości nie przyszedł nigdy do fanatyzmu, było to prawie cudem w owym wieku, kiedy rosnące herezje podwajały surowość duchowieństwa, albo go ku sobie pociągały, kiedy księża żenić się zaczynali, król otwarcie różnowiercom sprzyjał, a senatorów wielu błędy Lutra było przyjęło.
Co się tycze wymowy i stylu, w tych niemniej celował. Powiadali współcześni o nim, że gdyby w zgromadzeniu Bogów chciał mówić od Jowisza Merkurjusz, nie inszym kształtem i nie inszym mówił by językiem tylko Samuela Maciejowskiego. — Niepospolicie wysmażona pochwała!
Opowiada także na jego zaletę Orzechowski, że tak wytwornie i pięknie pisał po łacinie, iż Hieronim Giunci kardynał Seneński, który był w Rzymie kanclerzem powiadał mu, iż z nikąd tak pięknie pisane do Rzymu listy nie przychodziły, jak z Polski za kanclerstwa Maciejowskiego. Im bardziej się rozpatruje życie jego, tem mocniej mu się dziwować potrzeba, że nigdy, o ile wiemy, władzy swej ani wpływu na złe nie użył, ani swojem wywyższeniem wynosił. Głośna była za jego pośrednictwem uczyniona zgoda między dwoma owego wieku sławnymi ludźmi: Janem Tarnowskim kasztelanem i Piotrem Kmitą wojewodą Krakowskim. Ci, gdy z różności zdań w sprawie kraju ciągle się swarzyli między sobą i od siebie stronili, ubolewał naprzód, że ze szkodą Rzpltej wielcy dwaj ludzie ciągle się różnią i nienawidzą, a oni dla niego trzeciego oba nie małą powolność i szacunek okazali, gdy za sprawą jego i pośrednictwem z sobą się zgodzili. — Taka jednak zgoda długo nie trwała, dumny Kmita znalazł co zarzucić, niemniej o godność swoją dbałemu Tarnowskiemu — znalazły się zdania, w których się różnili i przygasła nienawiść wybuchła na nowo.
Gdy zaś znowu dalecy byli od siebie i o zgodzie słuchać nawet z ust Samuela nic nie chcieli, trzymał się naówczas biskup tak, żeby ani jednego, ani drugiego nie obrazić i stać w średniej mierze. I nie łatwa to rzecz była, jak cytowany pisarz uważa, obydwom pokazywać przychylność, gdy się oba nienawidzili; — niebezpieczna nawet, bo mógł stracić przyjaźń obydwu.
Lecz czegoż rozum oparty na doświadczeniu i umiarkowaniu, charakter łagodny i nie cierpiący wybuchów, jakim był Samuela, czego nakoniec cierpliwość nie dokaże?
Doszedł do tego zwykłemi łagodności sposobami biskup, że ich nawet nieraz do pozorów przyjaźni przyprowadził, chociaż te nie długo trwały.
Na ostatnim sejmie Samuel stojąc z Tarnowskim ze strony króla przeciw posłom i Kmicie, popierał sprawę jego ożenienia dowodząc, że ono krajowi nic złego przynieść nie mogło, a jednak przez to miłości powszechnej u posłów nie utracił a u króla więcej jeszcze zachowania pozyskał.
Górnicki który w kronice swojej przywodzi oprócz pochwał należnych jemu, mowę Przerębskiego, przy oddaniu po jego śmierci pieczęci królowi, sam u niego do końca zostawał.




Widzieliśmy że jemu król naznaczył rozeznanie sprawy studentów z ks. Czarnkowskim, które on przyjął, lecz młodzież szemrała, że w przyjaźni z nim zostając, mógł go zażądać bronić. Niesłuszne to jednak było posądzenie, bo biskup, acz z nim był w przyjaźni, jednakże widząc ogólne na niego wszystkich zniechęcenie, a raczej przekonawszy się że wszystkie pozory winy ciężyły na ks. Czarnkowskim, przygotował się do rozeznania tej sprawy tak ściśle i ostro, aby mu przeciwna strona nic zarzucić nie mogła. Skutkiem tego wszelkie podejrzenia chcąc usunąć od siebie, dał znać ks. Czarnkowskiemu, aby przez czas sprawy u niego nie bywał, iżby to pochopu złym ludziom nie dało do mówienia, że się oba znoszą i zmawiają. Lecz posłaniec biskupi, który dość już późną porą z takowem pismem do ks. Czarnkowskiego chodził, nie zastał go doma i zostawiwszy je poszedł. Pleban zaś, nie wiedząc nic o liście, bo do domu nie wstępując, swoim zwyczajem i potrzebą powodowany, wkrótce udał się do niego.
W oknach biskupiego domu błyskały światła, a słudzy w dziedzińcu pijący lub grający w kostki oznajmywali jawnie, że był w domu gospodarz. U drzwi służalec jeden przeciw zwyczajowi, z miną zafrasowaną zbliżył się ku niemu i prosił go bardzo pokornie, aby nim wejdzie zaczekał na chwilę, aż zbieży dać znać o tych odwiedzinach biskupowi.
Poszedł, a ksiądz u drzwi pozostał i słuchać musiał, udając że nie słyszy, przycinków zgromadzonych pachołków i sług, którzy sobie jego sprawę opowiadali, powtórnie i szyderski wzrok rzucając na niego dość głośno powtarzali straszny wyraz — zbójca! — On stał i czekał. — Służalec wrócił i nic nie rzekłszy, drzwi mu tylko otworzył, on wszedł, a z nim do sali wszedł także ten dolegający wyraz zbójca ciężący na jego sercu, które sobie śmierć muchy lub robaczka chyba mogło mieć do wymówienia.
Na salach czekały go inne jeszcze przykrości i upokorzenia, na salach czekał go biskup kanclerz, dawny przyjaciel, który dziś witał go ozięble i prawie pogardliwie, sądził bowiem że list jego był odebrany, że ks. Czarnkowski spiesznie i gwałtownie ciśnie się ku niemu i czując się winnym, potrzebuje i przychodzi żebrać pobłażania i pomocy.
Biskup znał ludzi i uważał zawsze zdaniem swego wieku, że wielka ich liczba mylić się nie może, usłyszawszy przeto w koło szmer niepomyślny dla księdza, który w skromnej sukni swojego stanu wszedł w zgromadzenie najznaczniejszych państwa osób, złem okiem poglądających na niego, jeszcze się w swojem podejrzeniu ugruntował.
Tu czekały księdza Czarnkowskiego wszystkie próby jakich się spodziewał i nie spodziewał, widział dawnych przyjaciół, którzy nań patrzali jakby go nie znali, słyszał lub odgadywał szepty, które się rodziły gdzie się tylko pokazał, widział jak usuwano się i uciekano z miejsca w które szedł, jak nikt go słowem, ani skinieniem nie witał, widział w całej okropności wyrok, jaki na niego wszyscy wydali, patrzał niewinny i milczeć musiał i cierpieć. — Niepodobna nawet opisać cierpienia, których istota nie da się pochwycić, ani dotknąć — ten pot zimny, ten żar który nagle głowę rozpala, potem dreszcz znowu, potem niby łzy które niedojrzałe wpływają do powiek i wracają nazad do serca, to milczenie okropne, które inni biorą za strach i wyznanie winy, a które jest tylko zdumieniem i żalem. W tym stanie duszy jedno przyjazne słowo otwiera niebo dla człowieka, lecz któż je wyrzec zechce?
Obwiniony próżno szukając, do kogoby mógł przemówić lub zbliżyć się, przypatrzywszy się swemu nieszczęściu z bliska, wyszedł z mieszkania biskupa ze łzami w oczach, bo nie mógł dłużej ścierpieć żywego widoku swego potępienia niesprawiedliwego, który mu serce rozdzierał. — Lecz cierpienie wyszło z nim razem i wyraz — zbójca — którym go przywitali służalce kiedy przechodził, trącając go zuchwale, mieniąc go niższym od siebie i nie ustępując mu drogi.
Tuż za mieszkaniem biskupa ujrzał ks. Czarnkowski postać jakąś czarną i małą, przemykającą się blisko, która śmiejąc się złośliwie, krzyknęła mu do ucha:
— Wracasz od biskupa, czy ci przyrzekł że będziesz niewinny?
Postać znikła i znowu pot zimny oblał mu skronie i dolegające cierpienie ścisnęło go za serce, bo widział że z jego przyczyny posądzono nawet biskupa.
Wróciwszy do domu znalazł w nim nowe przykrości, przeczytał list który nań czekał, i stanął osłupiały załamując ręce i powtarzając sobie:
— Czegożem tam chodził!
Wnet wytłómaczył sobie zimne przyjęcie biskupa Samuela, i gdyby umiał, byłby swój los przeklinał, który go gnał w najprzykrzejsze wypadki. Lecz przekleństwo ust jego nie skalało, ukląkł i modlić się zaczął. Wspomnienie przeszłych rzeczy wmięszało się i do modłów, przerwały się pacierze, on klęczał i z załamanemi rękoma, z okiem bez wyrazu wlepionem w obraz swojego patrona wiszący nad łóżkiem, myślał o przeszłości, drżał nad swym losem. — Bo gdzież były dowody niewinności przeciw tylu pozorom że był winien? Pierwszy raz w życiu nie dokończył modłów wieczornych, padł na łoże i utrudzony cierpieniem zasnął.
We śnie widział znów tych służalców, których spotkał przed mieszkaniem biskupiem, urągających mu się okropnie, widział jak na nim darto suknie duchowne, jak ścierano cegłą z czoła święte oleje, jak go wiedziono na rynek, na plac kary pamiętny śmiercią Malcherowej, czuł jak go piekły płomienie, jak go dusił sznur i zimny miecz chodził po jego szyi, czuł jak go cięto w kawałki i słyszał śmiechy ludu i naigrawania. Straszny był to sen, sklejony z najszkaradniejszych wyobrażeń mąk i upokorzenia, a on przetrwać go musiał tak mocno, jakby żył na jawie, bo wypadki które go sprowadziły, były świeże jeszcze a urażenia nie zatarte.
Zbudził się gdy dniało, sen plątał się jeszcze po jego mózgu, ale chwila modlitwy rozbiła jego resztki i poszedł do kościoła mszę odprawiać. — Nie znalazł nikogo ktoby mu do mszy chciał służyć, a pobożni słuchacze gdy wyszedł do ołtarza z kościoła uciekli.
Przed offertorium jeszcze przyniesiono mu do ołtarza rozkaz, aby kapłańskie obowiązki do czasu oczyszczenia się zupełnego z winy zawiesił. Z pokorą i smutkiem zszedł niekończąc mszy ze stopni i widząc odjętą sobie ostatnią pociechę publicznych modłów i ofiary, rozebrał się z ornata, odstawił kielich, który zakrystjan szybko na bok usunął, i w ciemnym zakątku tegoż kościoła, w którym niegdyś celebrował nieraz, wznosząc z mnogim ludem modły do Boga, nie mogąc dziś nawet mszy odprawić, jak gdyby ręce jego kalały ołtarz pański — padł krzyżem na zimnej podłodze i z twarzą wlepioną w marmur, wylał łez kilka, łez których nikt nie czuł i nie widział, które za chwilę zatrzeć miały pogardliwie nogi przechodniów.
A gdy tak leżał przyszły mu na myśl spokojne dziecinne lata, kiedy był niczem tylko szczęśliwym. Wspomniał matkę i dom i rodziców, braci i siostry, a potem ogień poszedł po jego głowie, gdy sobie dzisiejszy stan swój przypomniał. — Długo, długo krzyżem leżał — i tak lud omijając go, naigrawał się mówiąc, że umyślnie to robi, aby się pobożnym pokazać. Wstał nareszcie, poszedł i zamknął się u siebie. — Lecz i tu z ulicy dochodziły go słowa, które przechodzący w okna jego domku obelżywie rzucali.
Ciężki to był krzyż do zniesienia!
Tegoż dnia przywołano go do ks. biskupa Samuela na sprawę.
Tu znalazł ks. Czarnkowski seniora Mikołaja Szatkowskiego i jego kolegów, a żadnego ze studentów.
Biskup chodził żywo po komnacie i znać było z jego twarzy że się gniewał. Witającemu go księdzu zimno odpowiedział, a po chwili odezwał się do seniorów głosem, który się starał ułagodzić a w którym pomimo tego przebijał się cień nieukontentowania.
— Przynieśliście mi Waszmość pismo od studentów, które kogo innego jak mnie silnie by oburzyło. Co znaczą te płoche wymówki studentów, dla których niby stawić się nie chcą do mnie na sąd? Są to zasłony, pod któremi się ukrywa to, iż mnie posądzają o zmowę z ks. Czarnkowskim. Takie posądzenie innyby na mojem miejscu srogo ukarał, lecz znacie mnie Waszmość, żem sam człowiek i Bogu tylko karę zostawuję. On świadkiem moim, że bratu bym rodzonemu nie darował, gdyby się winnym ukazał. Odtąd jak ks. Czarnkowski srogo obwinionym został aż do czasu w którym się usprawiedliwi, zerwałem z nim wszelkie dawne zażyłości stosunki.
Spytajcie go sami Waszmość, czyli nie odebrał odemnie pisma, w którem go prosiłem, aby dla uniknienia podejrzeń do końca sprawy bywać u mnie poprzestał? Nie ja winien jeśli się proźbom moim zadosyć nie stało, jeśli ks. Czarnkowski lekceważąc spokojność moją, rzucił na mnie nowe szmery i podejrzenia wczorajszą swoją w moim domu bytnością.
— Raczysz W. P. M. wybaczyć mi ten krok, odezwał się obwiniony, bom naówczas nic jeszcze o liście który mnie w domu czekał nie wiedział.
Biskup nic już nie odpowiedział, siadł tylko, list studentów rzuciwszy przed sobą na stół, podparł się i milczał chwilę. Potem odezwał się:
— Powiedźcie Waszmość im, że daruję nieroztropnej młodzi, że się na czas naznaczony nie stawiła, jakem przywykł za Boskim przykładem wszystkie przebaczać obelgi.
Senior z kolegami stał cicho i rozważał zapewne nieśmiejąc się ani słowa odezwać, widząc ks. Samuela przeciw zwyczajowi swojemu poruszonym i nieukontentowanym.
Potem ks. biskup rozpoczął sąd i naznaczył od siebie z między księży wyrozumicielów, a chcąc aby go w wyborze ich nie posądzono o stronność dla obwinionego, wybrał takich, którzy osobiste mieli powody sądzenia na stronę studentów, bo z zazdrości lub pochlebstwa nie cierpieli ks. Czarnkowskiego.
Obwiniony zaś niechcąc, aby odrzuceniem wyrozumicielów rzucić na siebie większe podejrzenie, aby go posądzono że się ich lękał, zezwolił na nich i na liczne przykrości i nie w rachowane skutki sądu, który składać mieli osobiści jego nieprzyjaciele.
Ufał niewinności swojej.
Naznaczano więc dzień i godzinę na scrutinium, gdzie obie strony świadków sobie postawić miały i sprawę tę jak najpilniej roztrząsać, gdyż od króla i biskupa zalecono było, aby nic nie opuszczać na obie strony i bez żadnych względów według najściślejszej sprawiedliwości rozebrać.
Odeszli uspokojeni seniorowie, gotowali się księża mający zasiadać w sądzie, a Czarnkowski milczący i smutny, niosąc w pamięci surowe obejście się wprzódy tak przychylnego mu biskupa, wrócił do samotnego mieszkania walczyć z myślami swemi.




Przypisy

  1. Bardzo przepraszam, ale to tłómaczenie Włyńskiego, który z pięknej łaciny Orzechowskiego zrobił bardzo chropowatą polszczyznę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.