Źródło (Żeromski)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Źródło
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
zbiór Rozdziobią nas kruki, wrony
Wydawca J. Mortkowicz
Data wydania 1927
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

ŹRÓDŁO


Kto i kiedy nadał Jankowi pseudonim All-de-Barana, nie potrafię określić ściśle, ponieważ jednak nikogo to prawdopodobnie nie interesuje, poprzestanę więc na zaznaczeniu, że pseudonim powyższy przylgnął do Janka w sposób dziwnie nieodlepiony. Obecnie Janek od jakichś piętnastu miesięcy zajmuje lokal książęcy, umeblowanie którego stanowi «łóżko, miotła — nic więcej»...
Począwszy od ścian i sufitu nietyle pomalowanych, ile pomazanych niebiesko szarem wapnem, a kończąc na szparach w popaczonej podłodze — wszystko badał już Janek z zadziwiającą systematycznością, to też w ciągu zajmującego nas obecnie momentu jego żywota, zajęty jest innemi zatrudnieniami: studyuje z pewnym odcieniem pogardy, swe długie i zakrzywione, jak szpony jastrzębia, paznogcie, wyskubuje kupki nici z tych miejsc surduta, jakie w odległej przeszłości ozdobionemi były przez rzeczywiste guziki, wymierza za pomocą skrawka papieru objętość swych zatrważająco chudnących łydek, tępi zaciekle wielkorosyjskie pluskwy i czasami defilując po izbie, wypowiada monologi. Błękit tęczówek jego oczu spełzł, nadając tym wymownym niegdyś, płomienistym i czarującym oczom kolor sopla lodu, wargi zawinęły się wewnątrz prawdopodobnie wskutek częstego zacinania zębów, policzki zapadły, skronie zżółkły zupełnie jak u starca. Niktby nie przypuścił, patrząc na mizerną postać tego młodziana, — gdyby, notabene, ktokolwiek miał możność oglądania jego mizernej postaci, — że on to właśnie usiłuje trwale wypełnić jednę z najtrudniejszych do wypełniania maksym życia: usiłuje patrzeć na cierpienia chwili obecnej ze stanowiska przyszłości.
— All-de-Baranie! — mówi do siebie Janek, — wypada ci wiedzieć, że zestawienie rzeczy diametralnie różnych wytwarza dowcip lub boleść. Zajmować się wytwarzaniem dowcipu w tym oto pawilonie jest, o ile mi się zdaje, rzeczą zbytkowną, — zajmować się wytwarzaniem boleści, — jest rzeczą szkodliwą — n’est ce pas?... «Nessun maggior dolore», jak powiedział Dante Alighieri, a może nawet sam Torquato Tasso. Otóż, wychodząc z tego, że tak powiem, założenia, powinieneś uspokoić się zupełnie, umieścić wygodnie «sphincter ani» na stanowisku przyszłości i patrzeć na chwilę obecną z pobłażliwością i spokojem. Zabijają cię, męczą, wyciągają z ciebie nerwy i żyły — to takie proste i naturalne i logiczne. Czy sprawiedliwie — to rzecz inna. Twoja wina, żeś się zbłąkał, jak ptak wędrowny nad głębiami oceanu, leciał długo bez tchu i odpoczynku... Cóż dziwnego, że teraz spadniesz i rozciągnie się nad tobą wieczne milczące oblicze przepaści? Któż ci zaręczył, że nie jest najwyższem dobrem, — według starej edycyi — «śmierć, sąd, piekło, niebo», a według nowej — «niepoznawalna?» Tam, po za pawilonem, taka wahająca się wątpliwość budzi przestrach i tajemniczą trwogę, — dla nas myślicieli, stanowi przecie jedyną szczelinę, którędy wyjść stąd można. My nadto posiadamy niemal pewność, że stada ptaków podobnych do nas, lecieć będą tym samym szlakiem, a najcięższa podobno boleść traci połowę swej niszczącej siły o ile staje się cierpieniem gromadzkiem, nie mojem, ani czyjemś osobistem, ale naszem wspólnem, gromadzkiem. Wierz mi, All-de-Baranie, że istnieje w tej dolinie łez pewnego rodzaju kooperacja serc umęczonych, która...
W chwili, gdy Janek wygłasza ten monolog, zakładając nogi na poręcz łóżka w sposób prawdziwie oryginalny, — uchylają się drzwi i wchodzi na paluszkach pan.
Pan jest kawalerem bardzo wysmukłym, ma na cienkim nosku szare binokle, dokoła brudnego kołnierzyka obwiązane coś w rodzaju fantastycznie wystrzępionej i niezdatnej do użytku pończochy, wykwintny i subtelnie modny tużurek, jaki wobec oberwanych krótkich majtek i rozpłaszczonych, a tak długich jak sanice, kamaszków, zdaje się uniewinniać ze swej bezwłasnowolnej i przypadkowej obecności na grzbiecie wkraczającego. Stosunek tego tużurka do podziurawionego materyału, jaki otula piszczele dolnych kończyn młodzieńca — wzbudził w umyśle Janka przypuszczenie, że ma przed sobą psychologa, już wówczas, kiedy nieznajomy po raz pierwszy zjawił się w tym lokalu. Późniejsze, prawie codzienne konwersacye z panem potwierdziły domysł pierwotny. W rozmaitych porach dnia psycholog wkracza, rzuca się desperacko na krzesło i mówi płynnie swym drewnianym i przykrym głosem, kończąc każde zdanie jakiemś kategorycznem zapytaniem. Obecność pana, jego podstępne i plugawe badania nie robią na Janku wrażenia przykrego dlatego po prostu, że jest to mowa ludzka. Wstaje tedy z łóżka, przechadza się po pokoju z rękami w kieszeniach i marzy cichem, sennem marzeniem, jak wielką byłaby taka radość, gdyby zamiast pana wszedł do tej stancyi jakiś najuboższy, najprostszy, najgłupszy człowiek, byleby tylko można było na maleńką miarę czasu oprzeć głowę na jego piersi i posłuchać, jak bije serce ludzkie.
Tymczasem pan, kończąc wykwintnie zełgany okres mówi:
— Czy nie życzycie sobie kolego, przeczytać cokolwiek? Ja mam ze sobą rozmaite książki, a że siedzimy razem...
— Nie panie, który nazywasz mię swym kolegą. Czytuję tylko w pewnych odstępach czasu «Dyalogi króla Salomona z Marchołtem grubym a sprośnym» — nic nad to.
Wówczas psycholog szybko zaczyna z innej beczki. I znowu wymawia mnóstwo wyrazów i szereg ich kończy, pytając:
Czy nie czujecie, kolego, apetytu?
— Och, nie. Sądzę jednak, że herbata nie powinna właściwie mieć smaku rosołu, otrzymanego po wygotowaniu funta używanych grzebieni gęstych, smak jej, jeżeli mię pamięć nie myli, inny jest zupełnie...
— Czyż przypuszczacie, że pamięć już was myli? — pyta psycholog badawczo.
— Bardzo być może. Pan, który badasz skrytości serca ludzkiego, wiesz najlepiej, że myli nas wszystko. Ja jestem chory, chory — i nie pamiętam nic. Nic a nic, panie z białym nosem. Niestety! panie, który, nie wiem z jakich powodów, odmawiasz sobie przyjemności noszenia skarpetek.
— No, ale Józka, zwanego «Marginesem», waszego kolegę uniwersyteckiego, musicie pamiętać — cóż znowu? — mówi psycholog, wpijając się oczami w oczy Janka.
Boleść zjadliwa kąsa All-de-Barana, w głębi serca, gdy słucha tych słów i dowiaduje się o losie «Marginesa». Odpowiada jednak z uśmiechem:
— Znałem tylko Hrabanusa Maura, który napisał dzieło: «De nihilo et tenebris» — uważa pan, a Marginesa żadnego... «De nihilo et tenebris» — zabawna historyjka... Scholastyczne dziełko — co?
— Nie chcecie odpowiedzieć, — a przecież, jak to raz już wspomnieliście, w młodzieńczych latach mieszkaliście w mieście gubernialnem, gdzie Margines właśnie...
— Mylisz się, gentelmenie... To co kiedykolwiek mówiłem, stosowało się zawsze do przyszłości. Mówiłem, że będę kiedyś jechał konno na młodej klaczy z białą strzałką na czole, ze skórą cienką, jak papier, w cichą noc letnią, gwiaździstą, kiedy żyto dojrzewa. Posłuchaj, panie, będę czuł, co to jest ruch każdym muskułem, każdą żyłą, każdym nerwem, będę oddychał całemi płucami, w ogromnem powietrzu, będę pędził w cwał tak, żeby koń dotykał brzuchem ziemi — i obydwu nam, mnie i koniowi, będzie bujny wiatr warczał koło uszu, aż nam krew w żyłach zacznie bić, jak nabój w lufie podczas wystrzału, aż się zapamiętamy w dzielnej rozkoszy niepohamowanego pędu po pięknej, ukochanej ziemi... ach, Boże!...
Słania się Janek z kąta w kąt izby, gdy to mówi, zatacza się, łka wewnętrznem szlochaniem, wydzierającem się z głębi piersi, niby dławione wysiłkiem rzężenie. Za chwilę uspokaja się i z suchemi już oczami zatrzymuje się przed swym gościem. Patrzy mu w oczy łagodnie i kiwa głową jakoś zabawnie, jak małe dziecko, które zgadza się na każdą zabawkę, jaką mu podsuwają.
— Chwilowa niedyspozycya, łaskawy panie, — mówi, — małe, nieświadome pragnienie ruchu, po prostu, jeśli nie sprawi panu jakiej trudności skombinowanie tego zjawiska — odruch...
Młodzieniec, odziany w cudzy tużurek, milczy teraz, leżąc na krzesełku z nogami, wyciągniętemi przed siebie tak bezwładnie, że nie stara się ukryć nagości brudnych gnatów, widocznych nad cholewkami kamaszków. Głowa jego przechyla się na ramię... Znać, że doznaje na widok odruchów Janka jedynego szczątkowego uczucia: znużenia. Leży tak z wysuniętemi wargami i zdaje się nie widzieć, że Janek wpatruje się weń rozszerzonemi źrenicami, jakby zaglądały w ciemność, że schyla się nad nim i całuje go w usta.
Po chwili dopiero podnosi głowę, odsuwa się i słucha dziwnych słów z tym samym wyrazem wstrętu czy znużenia:
— Bracie mój nieszczęśliwy... Jeśli doznasz kiedykolwiek, jak w tej chwili, goryczy — nie wzbraniaj łzom płynąć... One rozmiękczą grudę, pokrywającą twe serce zatwardziałe, nauczą cierpieć szlachetnie i widzieć brata w człowieku... Zapłacz nad sobą i uczynkami twoimi.
Psycholog odsuwa w tył krzesełko, wstaje leniwie i zmierza ku drzwiom. Tam zatrzymuje się i odwraca, aby spojrzeć na skurczoną postać Janka, stojącego pod oknem.
— Idyota — ech — idyota, mówi wychodząc. Gdy drzwi zamknęły się za nim, Janek chodzi po izbie na palcach i mówi do siebie półszeptem:
— Połknąłeś moje słowa, jak wilk zamrożoną w sadle sprężynę, będzie się rozkręcała w tobie, będzie cię nękała, aż poczniesz płakać i kajać się...
Myśląc o tej kwestyi, defiluje i defiluje po izbie aż do zmęczenia nóg... Zaczyna mu się dawać we znaki, dzięki rozmowie z psychologiem, znużenie wewnętrzne, upadek ducha, wzmagający się z każdą chwilą, któremu opierał się dotąd tak wytrwale. Jeszcze jedno targnięcie nie wiedzieć jaką nazwę noszącego podmuchu i rozerwie się zdolność do trwania, włos naprężony.
Zaczyna gorączkowo chwytać rozmaite pojęcia kojące i czepiać się ich myślami rozpaczliwie. Jest to jednak ta chwila, kiedy myśl odbija się od każdego zjawiska, od każdego wspomnienia, jak od rzeczy martwej, śliskiej, plugawej, kiedy przez nagłe i oślepiające jasnowidzenie spostrzegamy wszędzie nicość, lub ruinę.
Usiada ze skurczonemi nogami na łóżku i dziwnie się przeistacza. Zdaje mu się, że leży sam jeden na jakiejś niezmiernej pustyni, na nagim, zrytym i spustoszonym gruncie, pozbawionym drzew, roślin i mieszkań, gdzie nie przebywa żadne istnienie, nad którym przemija tylko czas, w nieskończoności swej nieugięty i straszliwy. Tam leży dusza jego umierająca w męce bezsilnej, jak robak na grzbiet przewrócony, wije się, woła ostatnim jękiem na tę istotę ukochaną, której już nie ujrzeć...
Niegdyś na ziemi kochał dziewczynę szlachetną i piękną, pracował z nią razem w pocie czoła, w pościgu, o kawałku chleba.
Była to miłość więcej niż dobra i mądra, bo piękna, dobór miłosny dusz szlachetnych, arcydzieło przyrody niemniej wielkie i godne uwielbienia, jak przyciąganie ciał niebieskich. Cierpienie chwili obecnej nie oszczędza i tej istoty...
I ona musiała się wmieszać w tłum, musiała powiększyć stado o jednę jednostkę. Z tej więc pustyni i nocy, gdzie panuje zimny i bezlitosny mrok śmierci — idzie do niej, jak duch, a raczej jak samo uczucie, znajduje ją i nie głosem, nie dźwiękiem, lecz nagłem uderzeniem w jej nerwy, bolesnem zawieszeniem myśli, przeczuciem przelotnem mówi jej, że umarł...
Poznaje potem po skróconych nagle średnicach jej źrenic, po ustach uchylających się do krzyku, jak jej dusza cierpi. Jak głód lisa rozbudza widok krwi, którą przelał, tak miłość jego, ta sama cudna i nieśmiertelna rozbudza go, trzeźwi i dźwiga. Wtedy dopiero, gdy serce nasyciło się boleścią istoty najdroższej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.