Śmierć. Studyum/6 kwietnia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignacy Dąbrowski
Tytuł Śmierć
Podtytuł Studyum
Pochodzenie Pisma Ignacego Dąbrowskiego, tom I
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


6 kwietnia.

W ostatnich czasach Stach czytywał mi głośno co dzień po kilka godzin.On się przy tem upierał, utrzymując, że mię to rozrywać powinno, — ja jednakże najczęściej myślałem zupełnie o czem innem; bo i cóż mi teraz do tego, jakie ma Carlyle pojęcia o bohaterach, albo jakie były urządzenia społeczne u starożytnych Inków i Azteków? Co mię to może obchodzić? On niech sobie czyta, jemu to się przyda, — ale mnie?
Ostatnie jednak dwie książki zajęły mię bardzo, bo traktowały o śmierci i życiu zagrobowem. Stach umyślnie widać wybrał to dla mnie. Słuchałem chciwie, siląc się, aby uwierzyć. On, nie wiem, czy udawał, czy naprawdę, ale utrzymywał, że mu się wywody autorów wydają dosyć prawdziwymi. Ale ja nie mogłem się dać otumanić. Byłbym oddał z rozkoszą te resztki życia, by tylko módz zahaczyć o cośkolwiek swój błędny umysł—i nie mogłem. Zresztą jednego z autorów nie rozumiałem zupełnie i nawet nie starałem się o to, zniechęciwszy się od razu dziwacznem jego tłómaczeniem istoty ja. O drugim (Figuierze) niema co mówić: stek niedorzeczności, podlany naukowym sosem. Trzebaby najpierw dostać pomieszania zmysłów, a potem czytać te fantasmagorye — i to jeszcze skutek wątpliwy.
Wreszcie albo ja sam wiem, czego mi się chce, czemu można wierzyć. Od dziecka już wyrabiałem w sobie odporność względem wszelkich zabarwień tendencyjnych. Teraz przeszło mi to w manię i jestem oponentem nie z przekonania, ale z temperamentu i charakteru. Przyznaję się do tego najzupełniej, sam się nazywam głupcem, a przecież nie mogę się pozbyć tej wygryzającej wszystko przyprawy umysłu. Stach mi często głupstwa za to mówił i przepowiadał, że wkońcu sfiksuję na tym punkcie, a ja mu nawet dopomagałem w wyszukiwaniu najgorszych epitetów, — ale cóż robić? Przecież, jeżeli to jest złem, niedorzecznem, ja sam cierpię nad tem najwięcej, a jeżeli się nie zmieniam, to widać dlatego, że nie mogę. Gdyby mi jakiś czerwonoskóry zrobił przytyk do białości mej skóry, jako rzeczy, dajmy na to, nieprzyzwoitej, — to choćbym się nie wiem jak zapłonił ze wstydu i silił na zmianę swego ubarwienia, czerwonym się przecież nie zrobię.
Jeżeli mi kto powie, żem wypaczony, zły głupi, — odpowiem mu na to: „Zgoda,” — ale niech mnie wyprostuje, zrobi dobrym i mądrym. Ja mu się u nóg z wdzięczności czołgać będę, — ale niech to zrobi.
A dziś, czy nie robiłem sobie tych samych wyrzutów?
Nazwałem się po prostu podłym, bo byłem podłym, — ale co mi z tego? Dziś ich przeprosiłem, a jutro będzie to samo, jeżeli nie gorzej, — i tak do końca.
Co oni winni, że mnie kochają, a wskutek tego przesadzają w chęciach dogadzania mi, odgadując najtajniejsze moje myśli, których się wstydzę? Co oni winni, że mnie niedorzeczne nadzieje przychodzą do głowy? Co winni, że mnie Starzecki od kilku dni durzy tem lekarstwem?
A przecież była dziś scena okropna! Brnąłem tem głębiej, im więcej czułem się słabym, na litość zasługującym. Ja nie chciałem im dokuczyć, jam siebie chciał zagłuszyć: Bo biedny ja już jestem — muszę się bronić przed samym sobą.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ignacy Dąbrowski.