Śmierć. Studyum/7 kwietnia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignacy Dąbrowski
Tytuł Śmierć
Podtytuł Studyum
Pochodzenie Pisma Ignacego Dąbrowskiego, tom I
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


7 kwietnia.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dotychczas usiłowałem walczyć ze śmiercią, a raczej sam z sobą. Ale to już nad siły moje... Poddaję się zupełnie z wyczerpania. A niech tam! — już mi wszystko jedno. Dzisiejszą wiadomość od Starzeckiego usiłowałem jeszcze spotkać dumnie, kryjąc się z przygnębieniem. Ale wkońcu runąłem energią. Rzucałem się jak szaleniec, przeklinając wszystkich i wszystko, jęczałem głośno, płakałem...A niech tam!... Co mnie już oni wszyscy obchodzić mogą? Niech sobie myślą, co chcą, niech się śmieją, drwią choćby. A niech tam... ja konać muszę. Nie mam już mocy nad sobą, żeby się kryć z rozpaczą i własną słabością. I czemu oni nie śmieją się ze mnie? Niech się śmieją, chcę tego, niech mnie zabiją śmiesznością — tylko... tylko niech się nie litują nade mną.
A wreszcie już i to mi jest obojętnem. Wszystko jedno, aby się to zakończyło jak naj prędzej. Już nadto cierpię..! Ukojenia pragnę.
A on to tak zimno, tak spokojnie powiedział o tem lekarstwie. Mnie krew lodowaciała, kiedym mu w twarz patrzał, dech wstrzymałem, aby lepiej każde drgnięcie głosu uchwycić — a on to tak spokojnie powiedział...
Niema lekarstwa i nie będzie; po prostu niema. Wielu rzeczy brak na świecie, — to bardzo naturalne; ja nieraz jeść co nie miałem — więc i to naturalne, wszystko naturalne, tylko głupcy takim rzeczom się dziwią. To trzeba znosić spokojnie, filozoficznie, takie różne „niema,“ bo to mur, o który głowę tylko rozbić można.
A jednak ileż to okrucieństwa, ileż wyrafinowanego znęcania się tkwi nieraz w takiem jednem słowie „niema.”
Możesz palce gryźć z bólu, duszę drzeć w kawały, krzykiem rozwalać niebiosa, — ale tego muru „niema“ nie przebijesz!
Medycyna! Nauka! Doktorowie! gdzież wasza potęga? Patrzcie! tu robak powoli wyżera mi z piersi życie! nędzny robak, tak mały, że go dojrzeć nie można, — a jednak on taki nędzny, taki mikroskopijny, urąga waszej potędze! Tysiące tomów zapisano o jego istnieniu, tysiące mózgów wysusza badawcza praca, — i gdzież są owoce tych trudów? Robak, czy roślina, — bo nawet i tego nie wiemy, — pod okiem naszem wykonywa swoją pracę, drwiąc sobie z naszych mozolnych i bezowocnych dociekań. Trzecia część cmentarzy świata — oto jego pracy owoc! I któż z nas silniejszy? Czy on, mikroskopijny i bezświadomy, — czy my ze swemi szkłami i wiedzą? Czy on, zaściełający cmentarze naszych ciał prochem, — czy my, zapisujący stosy bibuły opowieścią, jak on wygląda i jak nas zjada powoli? Kto silniejszy?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ignacy Dąbrowski.