Śmierć. Studyum/5 kwietnia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignacy Dąbrowski
Tytuł Śmierć
Podtytuł Studyum
Pochodzenie Pisma Ignacego Dąbrowskiego, tom I
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


5 kwietnia.

Drugi już dzień z rzędu piszę w łóżku, kładąc papier na podkładce z tektury. Trochę mi niewygodnie, ale nie można inaczej. Sądzę, że już się nie podniosę ani razu. Dziwna rzecz, iż myślę o tem tak spokojnie; przed kilku dniami zamierało mi serce na samo przypuszczenie tej konieczności, a teraz, doprawdy, traktuję to zupełnie chłodno. Być może, iż to jest wynikiem wyczerpywania się sił umysłowych, bo te wszystkie dramaty dyablo dużo musiały ich spożyć.
Coraz częściej miewam chwile zupełnego ogłupienia. Godzinami całe mi oddaję się kontemplacyom nad symetrycznym deseniem dywanika nad łóżkiem — i bawię się dosyć dobrze, przymrużając to jedno oko, to drugie, dla wypróbowania, którem lepiej widzę. A w dodatku i cały deseń inaczej się wydaje prawemu oku, a inaczej lewemu: raz kratki są węższe a dłuższe, to znowu szersze a krótsze. Jednem słowem zabawka doskonała. Zosia tylko nie może pewnie pojąć, czemu się tak uparcie w ten dywan wpatruję i miny oczami wyprawiam.
Ale mnie z tem coraz lepiej. Mam ciągle takie wrażenie, jakby mi się nie chciało myśleć, tak jak mi się nie chce ręki wyciągnąć, lub na drugi bok przewrócić.
Gdyby nie zupełna przytomność, mógłbym to nazwać drzemaniem.
Noc dzisiejszą miałem dość przykrą.Gdym zasypiał około północy, powoli zatracając świadomość, przyszło mi naraz na myśl, czy to czasem nie jest konanie.Teraz nie wiem już dobrze, czym wierzył temu, czym też przypuszczał tylko. To pamiętam jedynie, żem się zaczął wysilać na trzeźwość, gwałtem trzymając oczy otwarte, borykając się z sennością, ogarniającą mię coraz bardziej. Niesłychana bujność myśli była tłem tych zapasów. Mózg mój jakby się rozpadł na kilka części i każda z nich myślała oddzielnie, jednocześnie z drugiemi, nie przeszkadzając jedna drugiej. Możnaby to nazwać wielokrotnemi myślami. Jest to zjawisko tak dziwaczne, że nawet ściśle określić się nie da, choćby dlatego, że w zasadzie przeczy zdrowemu rozsądkowi. Tylko my, umierający, może jesteśmy podatni do tego rodzaju eksperymentów, bo u nas logika koziołki wywraca.
Dziś rano pierwszą moją myślą było: „Żyję jeszcze!“ Ja już od dawna w ten sposób dzień witam. I właśnie wtedy wydaje mi się rzeczą wprost niemożebną, żebym ja mógł umrzeć kiedykolwiek. Bo i jakże to będzie? Jakim sposobem może nadejść taka chwila, kiedy nie będę mógł „jestem!” wykrzyknąć?
I nie mogę wówczas wyobrazić sobie swojej śmierci. To moje „ja“ tak dalece wydaje mi się przytomnem i niezbędnie żywotnem, że nie mogę żadną miarą uwierzyć, aby istnieć przestało. „Ja,“ „ja“ „ja,“ — powtarzam sobie ciągle i brak mi imaginacyi na przypuszczenie, że przyjdzie chwila, kiedy już tego niepowtórzę.
Takie silne poczucie żywotności swego „ja“, zdawałoby się, powinno mię doprowadzić do wiary w jego nieśmiertelność, ale, niestety, sen codzienny i nieistnienie przed urodzeniem dostatecznie silnie potrafią rozwiać te złudzenia. Jeżeli nie istniałem już przez jedną część nieskończoności i tracę świadomość za każdem przyłożenie głowy do poduszki, — to możliwem jest, że i przez drugą część nieskończoności istnieć nie będę.
Śmierć może być dalszym ciągiem tego bytowania, jakie było przed poczęciem. A czem nazwiemy to bytowanie — drzemką, niebytem, nirwaną, — wszystko jedno, kiedy nie można „jestem!“ wykrzyknąć.Powstajemy z nicości, jak mary, powołane przez jakieś siły nieznane, — chwil kilka migocemy, jak skierka na wietrze, i znów zapadamy w tę nicość, z którejśmy powstali.
Stach mi lekarstwo nalewa. Na co ja te paskudztwa wypijam, — to nie wiem, doprawdy. Starzecki jeszcze się przy nich upiera i pakuje we mnie coraz więcej, zadowolony, że chcę zażywać. A mnie już, co prawda, wszystko jedno. I od gorączki obiecał mi coś przynieść. Ciekawym bardzo. Ma to być podobno jego własnego wynalazku, tylko niewypróbowane jeszcze. Czy on mnie tylko nie durzy?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ignacy Dąbrowski.