Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/028

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


mimo oporu Tullii, przecisnęła się przez tłum i stanęła tuż za nim.
— Motłoch bywa niespokojny i zdradziecki — rzekł do niej Publiusz półgłosem. — Nie twoje tu miejsce.
— Zdawało mi się, że powinnam być przy tobie — odpowiedziała Mucya bez namysłu.
Spojrzeli na siebie dłużej niż zwykle. Ostre rysy jego poważnej twarzy złagodniały; jej oczy opuściły się ku ziemi.
Tłum, uspokojony na chwilę obietnicą Publiusza, zaczął się znów burzyć.
— Do jutra wytłucze zimno i głód połowę z pomiędzy nas — szemrano. — Tobie dobrze radzić, bo ciebie czeka w mieście dach bezpieczny i posiłek obfity. Idziemy do boskiego imperatora!
Już pochwycił Publiusz miecz z rąk najbliższego żołnierza, kiedy się Mucya wysunęła naprzód.
— Uczyńcie, co wam przesławny trybun rozkazuje — zawołała — dach zaś i posiłek zapłaćcie podarkiem Mucyi i Kornelii.
Zdjęła złoty, drogiemi kamieniami wysadzony naramiennik i podała go nędzarzom.
Jej dobroć odniosła skutek daleko lepszy, aniżeli groźby żołnierzy. Ubodzy zamilkli, cisnąc się do niej. Każdy usiłował dotknąć jej płaszcza, ucałować kraj jej sukni. Ona podniosła rękę nad głodną rzeszą i wyrzekła:
— Niech wam cienie przodków dadzą noc spokojną.
A zwróciwszy się do Publiusza, dodała: