Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/027

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nieurodzaj zabrał nam chleb... dzieci gasną w naszych oczach... nam odbiera głód moc do pracy... Do boskiego imperatora idziemy...
— Do boskiego imperatora! — zawył znów tłum.
Ale kiedy Publiusz podniósł rękę do góry, zamilkł powtórnie.
— Bogowie opuścili ubogich i cienie przodków wzgardziły naszemi ofiarami — mówił nędzarz dalej. — Nasze łąki pokrywa trawa spalona, nasze pola wydały słomę, zamiast ziarna. Opowiadają ludzie, że boski Marek Aureliusz nie gardzi nieszczęśliwymi. Do niego, do naszego pana niesiemy łzy żon i dzieci. Rozkaż, żeby uas[1] straż wpuściła do miasta.
— Niech nas wpuszczą do miasta! — wrzasnął tłum, cisnąc się do bramy.
Po raz wtóry podniósł Publiusz rękę do góry, a kiedy ruch ten powstrzymał nędzarzy, odezwał się wśród ogólnego milczenia:
— W piersi imperatora Marka bije wielkie serce cezara i mędrca, otwarte dla wszelkiej niedoli, ale nie wasza tylko troska zwraca się do niego z błaganiem o pomoc. Cała Italia domaga się chleba, a składy rządowe są puste. Zachowajcie się dziś spokojnie po za murami miasta, jutro zaś ze świtem zgłoście się do mojego rządcy, którego uprzedzę o waszem przybyciu. Mówi do was Publiusz Kwintyliusz Warus.

Skinął głową i chciał się oddalić, kiedy spostrzegł obok siebie Mucyę. Wysiadłszy z lektyki,

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – nas.