Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/029

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wybacz, trybunie, ale oczy moje nie snoszą[1] widoku nędzy.
On wziął ją pod ramię i wyprowadził z tłumu,
Kiedy znaleźli się po drugiej stronie bramy, sami, bez świadków, ujął jej ręce w swoje dłonie i odezwał się:
— Dziękuję ci, Mucyo.
— Nic takiego nie uczyniłam, coby zasługiwało na twoje podziękowanie — odparła głosem drżącym.
— Patrząc na ciebie, zaczynam wierzyć, iż są jeszcze w Rzymie patrycyuszki godne czci wojownika.
Dalsze słowa przerwało nadejście orszaku Tullii.
— Coraz zuchwalszym zaczyna być ten motłoch — odezwała się prokonsulowa. — Prefekt powinien tych obdartusów rzucić lwom na pożarcie.
Nie odpowiadając na uwagę Tullii, pożegnał się z nią Publiusz i wsiadł z Serwiuszem do swojej lektyki.
— Polecamy się pamięci sąsiadów — mówiła Tullia, posyłając trybunowi uśmiech uprzejmy.
Szybko oddaliła się lektyka Publiusza. Niesiona przez ośmiu olbrzymich tragarzów, omijała zręcznie wozy ciągnące ulicami.

— Będziemy mieli rok ciężki — mruknął Publiusz po jakimś czasie półgłosem, jakby do siebie. — Ze wszystkich stron dochodzą wieści o nieurodzajach. Nawet hojna ziemia Egiptu zawiodła tego roku. Gdyby nas jaka niespodziewana wojna zaskoczyła, znaleźlibyśmy się w trudnem położeniu.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – znoszą.