Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/024

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


których nazwiska należały już do historyi Rzymu, mimo ich lat młodych. Milczący, odpowiadający krótkiemi zdaniami, jakby niechętnie, nie pociągali Tullii, przywykłej do towarzystwa wymownych i gładkich światowców w rodzaju Marka. Pierwszy lepszy paniczyk umiał zręczniej od nich poprowadzić przyjemną gawędkę, budząc śmiech wesoły. A oni odpowiadali tylko na zapytania.
O czem z nimi rozmawiać?... O tych dawnych, cnotliwych czasach, które Tullię przejmowały wstrętem? Albo może o sprawach publicznych?...
Ale wyniki obrad senatu i wieści z prowincyi obchodziły Tullię mniej od dowcipnej komedyi greckiej lub od ostatniego wyścigu woźniców cyrkowych.
Gdyby nie ci zuchwali wierzyciele...
Prokonsulowa uśmiechała się ustami, lecz w sercu jej huczał gniew. Musiała się naginać, kłamać, ona, która robiła dotąd i mówiła zawsze tylko to, co się jej podobało.
Kłamać dla pieniędzy!... Był to cios dla jej dumy.
Gdyby ten nudny Publiusz nie był Kwintyliuszem, nie zwróciłaby nawet na niego uwagi.
Milcząc, posuwał się orszak. I Tullia nie trudziła się więcej, straciwszy ochotę do rozmowy.
Wtem, gdy się lektyka zbliżała do bramy, podniosła się na drodze głośna wrzawa. Słychać było szczęk broni, klątwy, krzyki, groźby.
Publiusz i Serwiusz, kazawszy się zatrzymać orszakom, pobiegli w stronę hałasu. W migotliwem świetle pochodni ujrzeli gromadę ludzi, którzy usi-