Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/025

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


łowali wtargnąć przemocą do miasta, szamocąc się z żołnierzami straży.
— Wpuśćcie nas! — wrzeszczał ogromny drab, okryty strzępami brudnej togi. — Idziemy do boskiego imperatora. Z nim będziemy rozmawiali.
— Do boskiego imperatora! — wołał tłum obdartusów, z poczerniałemi od kurzu twarzami.
Łachmany stanowiły ich ubranie, głód wyzierał z ich zapadłych oczów i policzków.
— Nie boski imperator, lecz prefekt miasta da wam posłuchanie w więzieniu — mówił naczelnik straży, stary setnik germański. — Takich włóczęgów nie wpuszcza nikt na Palatyn.
— Od jakiego to czasu nie wolno obywatelowi rzymskiemu wejść do stolicy? — krzyczał ogromny drab, machając rękami. — Nie ty, psie, będziesz dla nas nowe prawa wymyślał. Z drogi, żołdaku!
I rzucił się na setnika. Ale stary żołnierz pochwycił go za gardło i cisnął na bruk, jak szczeniaka.
— Czekać na wysłańca prefekta, hołoto! — mruknął.
A zwróciwszy się do strażników, rozkazał:
— Rozwinąć się w łańcuch!
Daremnie nacierał tłum. Żołnierze powstrzymywali go murem z tarczy, płazując zuchwalszych napastników mieczami.
Wówczas podnieśli nędzarze chude ręce do góry i zaczęli straszliwie przeklinać.
— Żeby was pioruny Jowisza spaliły... że-