Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/023

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystkie serca niewieście w Rzymie. Dla tak wiernej miłości warto żyć i umierać.
Spojrzała na Publiusza i spotkała się z jego wzrokiem, utkwionym w jej twarzy. Badał ją. Czuła to...
— Wierność jest u nas cnotą tak zwykłą, iż nie zadziwia nikogo — odpowiedział Serwiusz.
— I u nas bywało dawniej tak samo — mówiła Tullia. — Byłoby dobrze, gdyby wróciły czasy, wyśmiewane dziś przez poetów i filozofów.
— Taki lub inny czas jest zawsze w większej połowie dziełem kobiet — odezwała się Mucya. — Nie ojcowie, lecz matki wychowują dzieci.
— Znaczy to, że matki współczesne wychowują dzieci źle — zauważył Publiusz.
— Nie wychowują ich zwykle wcale, powierzają je bowiem nasamprzód niewolnicom, a następnie, gdy nadejdzie czas nauki, niewolnikom greckim — mówiła Mucya.
Wzrok Publiusza przechodził z Tullii na Mucyę i odwrotnie, porównywając stryjenkę z synowicą. To zbyt widoczne badanie zaczęło dumę prokonsulowej obrażać. Wytworna dama czuła sie[1] pod każdym względem tak bardzo wyższą od poważnej dziewczyny, zasługującej, w jej mniemaniu, jedynie na lekceważenie, iż ją sama myśl takiego współzawodnictwa draźniła.
Rozmowa nie kleiła się. Przerywana przez nocnych podróżnych, nawołujących z wozów, nie podtrzymywana przez trybuna i prefekta, rwała się ciągle.

Zajmującymi nie byli ci rozgłośni wojownicy,

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – się.