Zwierzenia osobiste na temat „Tumora Mózgowicza“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Ignacy Witkiewicz
Tytuł Zwierzenia osobiste na temat „Tumora Mózgowicza“
Pochodzenie Teatr
Data wydania 1923
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ZWIERZENIA OSOBISTE NA TEMAT „TUMORA MÓZGOWICZA“
I TEORJI CZYSTEJ FORMY NA SCENIE.


Emil Haecker ma rację: jestem szczęśliwy!!
I. Eksperyment udał się znakomicie: Czysta Forma na scenie jest jeszcze możliwa.
Pozatem nie mam potrzeby cofnąć ani jednego słowa z tego, co pisałem o współ-twórczości autora, reżysera i aktorów jeszcze w grudniu 1919 r. Muszę dodać zupełnie objektywnie, że w wypadku »Tumora M.« dyr. Trzciński, przewyższył aktorów i mnie jako artysta, t. j. jako reżyser-twórca. Trzeci akt, który był dla mnie problematyczny, mimo, że nie mógłbym zmienić w nim ani jednego słowa, wypadł świetnie. Co do gry artystów, wziąwszy pod uwagę, że niektórzy może kpili, a inni byli niezadowoleni i mimo to, że moje komplementy mogą być dla nich nawet nieprzyjemne, a nie tylko bezwartościowe, muszę skonstatować, że grali doskonale. t. zn. byli, może mimowoli, twórcami, a nie ludźmi, udającymi innych ludzi, w jakiejś imitacji wycinka danej rzeczywistości, jak to jest w sztukach realistycznych. Nie będę tu, z powodu »braku miejsca« rozwodził się nad wszystkiemi z osobna. Powiem tylko tyle, że jestem zachwycony: żadnych prawie wstrząsów uczuciowych, świetna, według mojej teorji deklamacja wierszy i wypowiadanie prozy, doskonałe pozy w chwilach bezczynności, miara i ustosunkowanie efektów, co jest jedynym sposobem osiągnięcia siły na scenie i to siły w znaczeniu formalnem, a nie bebechowowstrząsowem.
Oczywiście zdaję— sobie sprawę jaka jest zasługa dyr. Trzcińskiego, który potężną swoją wolą twórczą, jak olbrzymia soczewka, skupił wszystko w zupełną jedność i ustanowił granice najwyższego i najniższego napięcia dynamicznego. Uważam go, (niech pan wybaczy, panie dyrektorze!) za genjalnego wprost reżysera-twórcę, który za dużo swoich cennych sił marnuje na nieodpowiedni dla swego talentu, realistyczny repertuar. Powinien wystawiać tylko prawdziwych, dawnych Wielkich Mistrzów, a pozatem zwrócić całą siłę na próby nowej sztuki w teatrze. Sądzę, że nikt mądry i uczciwy nie posądzi mnie tu o brudną megalomanję.
II. Wziąwszy pod uwagę okoliczności łagodzące, np. krótki czas przygotowania, pozwolę sobie na krytykę, która dotyczyć będzie czysto zewnętrznych stron przedstawienia. Nie byłem na żadnej z prób. Kiedy podniosła się kurtyna i zobaczyłem obraz, niezgodny z moją wizją, powiedziałem do Boya: »przestaję wierzyć w Czystą Formę na scenie«. Zamiast luksusowego dziecinnego pokoju i Tumora ubranego u Poola, ujrzałem wiejską szkółkę z jakimś baciarzem. Po pięciu minutach, wobec świetnej gry aktorów, wrażenie to znikło zupełnie, a w III-cim akcie doznałem sam tego, o co mi chodziło: metafizycznego uczucia z powodu faktycznie stającej się na scenie, »wielości w jedności«, w uniezależnieniu od życia. Oczywiście wiem, że wrażenia publiczności musiały być nieco inne i dziękuję na tem miejscu wszystkim, że nie zerwali przedstawienia i pozwolili mi widzieć całość do końca. Pozatem II-gi akt był trochę inny niż myślałem, ale doskonały, z wyjątkiem różnicy świateł i cieniów. Było za jednostajnie rudo, który to kolor powinien był być zarezerwowany jedynie na czas burzy. Z początku powinna być czarna noc, a potem gwałtowny tropikalny świt i odrazu biały, oślepiający blask. Wulkan działał idealnie. Rozhulantyna nie miała zielonego bałachonu, Izia — czerwonych pomponów, a postacie dodatkowe były źle ubrane — nie dość tropikalne. Z wyjątkiem ks. Tengah, który był ubrany możliwie, Malaje nie mogli zadowolić mojej wizji tropików, które ma zaszczyt znać osobiście. III-ci akt pod względem grupowania się figur i sposobu mówienia był idealny, szczególniej na premjerze.
III. Krytyka. Nie mogę mówić o krytyce, tylko o krytykach, ponieważ krytyki formalnej nie było wcale. Wyłączam poza ogólne pretensje: Ewę Łuskinę i Skoczylasa, jakoteż najszlachtniejszego z moich szlachetnych wrogów: Boya.
Ewa Łuskina — jeden tylko zarzut: za dużo było o Poem, a za mało o mnie.
Boy. — Muszę się zgodzić zupełnie na ujęcie istoty mojej pracy artystycznej. (Któżby się nie zgodził na takie ujęcie!) Było ono przytem prawdziwe i głębokie. Boy dyskretnie wspomniał o mojej teorji, na temat której kłóciliśmy się prawie rok bez skutku. Oczywiście nie zgadzam się na czysto życiowe traktowanie teatru w całym »Flircie z Melpomeną«, co specjalnie razi mnie w stosunku do mojej sztuki, mającej tendencję w kierunku Czystej Formy. Staram się ściśle naukowo sformułować to, co było treścią całej Sztuki, z wyjątkiem realizmu, a nie wywalać otwartych drzwi. Zamknięte drzwi wywalam tylko na scenie, szanując jednak wszystkich dawnych mistrzów: Szekspira, Moliera. Słowackiego, Wyspiańskiego itp. Zaznaczam raz jeszcze, że działania na scenie są dla mnie takiemi samemi elementami możliwej całości, jak barwy, dźwięki i słowa, co nie implikuje wcale pomieszania różnych sztuk ze sobą. Słowa na scenie są o tyle dobre, o ile są ściśle związane z działaniem pod względem formalnym. Nie »rewindykuję praw do fantastyczności« w dawnem znaczeniu, tylko wprowadzam zupełnie nowe pojęcie fantastyczności psychologicznej, otwierającej nieznane horyzonty kompozycyjne.
Wł. Skoczylas. — Obniżenie Tumora jako »matematyka« (wybaczcie matematycy) i jako człowieka uważam za zupełnie niesłuszne. Krytyka jakichś poglądów moich postaci i wnioskowanie stąd o moich poglądach jest czemś śmiesznem. O Formie ani słowa. Wiem dokładnie co robię i dlaczego (proszę czytać i zrozumieć moje teorje), ale piszę sztuki zupełnie bezpośrednie i oburza mnie zarzut nieszczerości.
W. Pr. — » W. Prrr!...« (Nie żartuję z nazwiska, tylko z pseudonimu).
Emil Haecker. — Zdarzyć się musi, że nareszcie przyjdzie ktoś, który napisze prawdziwą teorję sztuki. Dlaczego to nie mam być ja? Czemu Haecker temu się dziwi? A jeśli się dziwi, to musi mi udowodnić dlaczego. Udowodnić nie może, bo ani w ząb nie rozumie mojej teorji. Czasami myślę, że będę musiał wezwać popularyzatorów, jak Einstein. Czy ludzie ci, którzy nie rozumieją, są niedość inteligentni? Nie — w wielu wypadkach są tylko leniwi. Jestem największym przeciwnikiem bezsensu dla bezsensu, a zwolennikiem rozszerzenia kompozycyjnych możliwości. Haekker wmawia mi to pierwsze stanowisko. Cytowanie »bykołaka«, ze względu na mój dopisek u dołu, jest świadomie fałszywem zużytkowaniem go na moją niekorzyść. Posądzanie w krytyce o blagę jest tem samem, co opowiadanie o kimś, że ukradł, lub zabił, kiedy się do tego nie jest pewnym. Ja nie dążę do upadku sztuki, ani nie twierdzę, że to jest ideał, tylko konstatuję fakt, że pewne nieodwołalne procesy społeczne muszą do tego doprowadzić[1]. Odnoszę się do tego jak człowiek nauki: obchodzi mnie prawda, a nie program tej lub innej partji, Ale jeśli Haecker twierdzi, że Forma (konstrukcja) nie jest istotą Sztuki, to w takim razie nie ma prawa o Sztuce pisać. Jeśli krytyka polega na ile dobranych cytatach i bezmyślnem wymyślaniu, to, pomijając pierwsze, wolę wszcząć burdę (z pierwszym lepszym bezmózgim dwupiórkiem), zamiast czytać krytykę Haeckera. Nieszczęsny człowiek.
Prof. M. Szyjkowski. — Tu jest gorzej. Myślałem, że profesor uniwersytetu i człowiek, którego krytyki nowej poezji prawie że podziwiałem, powie coś ciekawego. Może nie podobać mu się moja sztuka — nic na to poradzić nie można. Ale zadaniem krytyka jest sformułowanie tego dlaczego dane dzieło sztuki nie podoba mu się w swoich formalnych wartościach. To ja mogę ryczeć: »W kółko Macieju!« Jeśli do dzieł, mających tendencje formalne, przykładać będziemy kryterja naturalistyczne, będzie to zupełnie tem samem, co gdybyśmy chcieli zjeść lokomotywę, zarzucając jej, że nie jest tak smaczna, jak rollmops. czy nawet zwykły mops. Pozorny objektywizm naturalistycznego stanowiska, sprowadza się do tego, że krytyk nie mówiąc nic o formie ze swego subjektywnego stanowiska — krytykuje daną rzecz według swoich osobistych życiowych upodobań. Prof Szyjkowski woli »cichy kącik« od »tumora w mózgu«[2]. Ja też wolę. — Czy dlatego moja sztuka jest zła? Zgadza się prof. Szyjkowski na to, że teatr upada, ale myślę, że w przyznaniu mi racji na tym punkcie za dużo jest zadowolenia z tego, iż w tej ogólnej ruinie upadnie teatr miejski w Krakowie, a z nim jego dyrekcja. Mówcie, co chcecie i to czego nie chcecie, ale moje sztuki nie... (fe, panie profesorze — tego słowa nie wymówię!). Nie trzeba przesadzać.
Jeszcze jedno: gdy zrozumienie czegoś jest trudne i niewygodne, to na to mamy wynalazek »chlastania«. Dzięki wzruszającemu objektywizmowi »Skamandra« czytamy tam świetny feljopipton pana Nowaczyńskiego o tymże samym »Skamandrze«. Pan Nowaczyński ma rację w wielu punktach, ale czemu, przelatując w huraganie objawień po szczytach, strzyknął na mnie niepachnącą cieczą? Bo, jakkolwiek błyskotkowatą obdarzony jest mózgownicą, nie ma pojęcia o filozofji i naukowem stanowisku wobec zjawisk i z pewnością nie rozumie, lub leni się zrozumieć, moje teorje. A jednak coś go niepokoi. Dyskusja ze mną uczciwa i dokładna, jest trudna. Wobec tego trzeba mnie »utrącić«. A może pan N. się boi? Może to tak ze strachu, jak te amerykańskie zwierzątka o ślicznem futerku?... Jeśli nie ma czasu na przestudjowanie z ołówkiem w ręku czyjejś pracy, nie mówi się o niej nic. A przy tem »trzeba mieć głowę na kręgosłupie, a nie klatkę na różnokolorowe ptaszki«.
W wymyślania, od tej chwili, z nikim wdawać się nie będę, a z tym, kto się nie leni i ma odwagę zacząć ze mną uczciwą, pozbawioną elementów osobistych i przyzwoitą pod względem towarzyskim polemikę, będę dyskutował z rozkoszą, nie mając do niego żadnej osobistej pretensji, choćby jechał na mnie jak na zborsuczonej suce; przyczem nauczymy czegoś razem publiczność i znawców.
P. S. Zaznaczam, że nie jestem teoretykiem tej, lub innej grupy, tylko staram się być teoretykiem Sztuki wogóle.
Bruno Jasieński twierdzi, że artyści powinni sami o sobie pisać recenzje. To jest przesada, ale, że powinni odpowiadać krytykom — to —pewne. Jedyny sposób nauczenia publiczności.
Ponieważ resztę krytyk i artykuł Grzymały-Siedleckiego otrzymałem po wysłaniu mojej odpowiedzi, nie mogę się z nikim na tem miejscu pokrótce załatwić. Jednak Fallek i Roztworowski poruszyli pewne problemy, na które chciałbym poważnie odpowiedzieć, o ile panowie ci wyrobią mi w swoich dziennikach trochę miejsca. Nieszczęściem mojem jest to, że jestem teoretykiem i że formułuję moje myśli ściśle w przeciwieństwie do dywagacji, które pisano dotąd. Stąd płyną banalne posądzenia mnie o zimne wyrachowanie i nieszczerość w pracy artystycznej bezpośredniej. przy dużym spółczynniku zupełnie zwykłego niezrozumienia moich teoryj.




Przypisy

  1. Nowe formy w malarstwie. Gebethner i Wolff 1919.
  2. Patrz: recenzja z »Grubych rybce.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Ignacy Witkiewicz.