Zwierciadło morza/XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Zwierciadło morza
Data wydania 1935
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Podtytuł oryginalny Mirror of the Sea
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXIX

Przez powietrze właściwe Wiatrowi Wschodniemu, przejrzyste jak kryształ i załamujące promienie jak pryzmat, widzieliśmy naszą przeraźliwie liczną, bezbronną kompanję aż do tych statków, które w normalnych warunkach byłyby pozostały niewidoczne, z żaglami poniżej linji horyzontu. Wiatr Wschodni doznaje złośliwej uciechy w powiększaniu siły naszego wzroku prawdopodobnie po to, abyśmy spostrzegli wyraźniej dotkliwe upokorzenie i beznadziejność naszej niewoli. Ten wiatr jest zwykle pogodny — oto wszystko co można powiedzieć na jego korzyść — prawie nadnaturalnie pogodny jeśli mu się spodoba; ale w jakiemkolwiek będzie usposobieniu, zawsze ma w naturze coś niesamowitego. Dwulicowość jego jest tak wielka, że wprowadza w błąd naukowe przyrządy. Żaden barometr nie ostrzeże przed wschodnim sztormem, choćby najwilgotniejszym. Byłoby to niesprawiedliwe i niewdzięczne, gdyby się rzekło że barometr jest głupim instrumentem. Ale jego zasadnicza uczciwość nie może wręcz sprostać podstępom Wiatru Wschodniego. Po wielu latach doświadczenia najlepiej wypróbowany z barometrów, jakie wyruszyły kiedykolwiek na morze przyśrubowane do grodzi kajuty, podniesie się prawie niezawodnie, za sprawą djabelskiej chytrości Wiatru Wschodniego, właśnie w chwili gdy ten władca, odrzucając metodę nieugiętego, oschłego, obojętnego okrucieństwa, zamyśla utopić resztki ludzkiej wytrzymałości w potokach niezwykle zimnej i ohydnej ulewy. Szkwał z deszczem, i gradem, i śniegiem, który wybucha, zwiastowany przez błyskawicę u kresu zachodniej wichury, jest już dostatecznie zimny, i odrętwiający, i dokuczliwy, i okrutny. Lecz gdy suchy wschodni sztorm zamienia się w mokry, wówczas rozpętany przez niego deszcz spada jak zatruty na głowy marynarzy. Jest to coś w rodzaju spokojnej, wytrwałej, oszałamiającej, nieskończonej ulewy, która uciska serce i otwiera je dla złych przeczuć. Ten burzliwy nastrój Wiatru Wschodniego majaczy na niebie czernią dziwaczną i zdumiewającą. Wiatr Zachodni rozwiesza nam przed oczami ciężkie, szare zasłony z mgły i piany, lecz napastnik ze wschodnich płytkich mórz, gdy zebrał całą swoją odwagę, całe okrucieństwo i zdobył się na burzę, odbiera nam wzrok, odbiera go doszczętnie, tak iż czujemy się beznadziejnie ślepi, mając ląd od strony podwietrznej. I oto ten wiatr właśnie sprowadza śnieżycę.
Z głębi czarnego i bezlitosnego serca zarzuca na statki biały, oślepiający całun. Więcej zna nikczemnych podejść niż włoski książę z siedemnastego wieku i równie mało ma sumienia. Bronią jego jest sztylet zatknięty pod czarnym płaszczem, gdy się udaje na swe nielegalne wyprawy. Najlżejsza możliwość jego pojawienia się napełnia strachem wszystkie statki, które uznają władzę Wiatru Zachodniego, od rybackich czółenek aż do czteromasztowców. Nawet gdy jest w najukładniejszym humorze, budzi lęk przed swą zdradą. Słyszałem jak więcej niż sto wind budziło się ze szczękiem wśród cichej nocy niby na komendę, zapełniając Downs chrzęstem kotwic wyrywanych śpiesznie z dna w panicznym strachu, przy pierwszem tchnieniu zwiastującem przybycie Wiatru Wschodniego. Na szczęście brak mu często odwagi; niezawsze dociera do naszych nie osłoniętych brzegów; nie jest taki nieustraszony jak jego brat zachodni.
Natury tych dwóch braci, którzy podzielili się władztwem wielkich oceanów, są zasadniczo różne. To dziwne że wiatry, które ludzie określają chętnie jako kapryśne, pozostają wierne swemu charakterowi w przeróżnych strefach ziemi. I tak Wiatr Wschodni przybywa do nas poprzez wielki kontynent, pędząc nad największem skupiskiem lądu na ziemi. Dla wschodniego wybrzeża Australji Wiatr Wschodni jest wiatrem morskim, przelatującym nad największą przestrzenią wody na globie; a jednak i tu i tam zasadnicze jego rysy pozostają takie same, zgadzając się z dziwną konsekwencją we wszystkiem co jest podłe i niskie. Członkowie dynastji Wiatru Zachodniego zmieniają się w pewnej mierze według stref nad któremi panują, tak jak Hohenzollern, nie przestając być sobą, staje się Rumunem, zasiadłszy na tronie w tym kraju, lub jak książę Sasko–Koburski uczy się przebierać swoje takie lub owakie myśli w bułgarskie zdania.
Autokratyczną władzę Wiatru Zachodniego — czy to będzie czterdzieści stopni na północ czy na południe od równika — cechuje otwarta, wspaniałomyślna, szczera, barbarzyńska beztroska. Albowiem jest wielkim autokratą, aby zaś być wielkim autokratą, trzeba być wielkim barbarzyńcą. Zbyt długo urabiała mię jego władza abym żywił teraz jakąkolwiek buntowniczą myśl w sercu. A przytem czemże jest bunt w czterech ścianach pokoju przeciwko burzliwemu władaniu Wiatru Zachodniego? Pozostałem wierny pamięci potężnego Króla trzymającego obosieczny miecz w jednej ręce a w drugiej nagrody wielkich dziennych rejsów i wspaniale szybkich podróży dla tych swoich dworzan, którzy umieją czatować bacznie na każdą oznakę jego tajemnego nastroju. Obliczaliśmy zawsze, my, żeglarze dalekich wód, że na okres trzyletni przypadał jeden rok, kiedy Władca Zachodni dawał szkołę tym, którzy mieli coś do roboty na Atlantyku albo tam w dole wzdłuż czterdziestego stopnia szerokości na oceanie Południowym. Trzeba było schować wszystko do kieszeni; a nie da się zaprzeczyć że władca igrał niedbale z naszem życiem i mieniem. Lecz był zawsze królem potężnym, godnym panowania nad wielkiemi wodami, gdzie, prawdę mówiąc, tylko śmiałość ludzka sprawiła, że człowiek wyrasta gdzie go nie posiali.
Śmiałkowie nie powinni się skarżyć. Kupiec nie ma co narzekać na myto pobierane przez potężnego króla. Potęga jego jest czasem przygniatająca; lecz nawet wówczas gdy musieliśmy wyzywać go jawnie, jak na wybrzeżach Agulhas w drodze do kraju z Indyj Wschodnich, lub w czasie podróży na Wschód naokoło Horna, Wiatr Zachodni zadawał nam otwarcie dotkliwe ciosy (i to prosto w twarz); trzeba się było trzymać i nie dać wytrącić się zbytnio z równowagi. A przytem jeśli człowiek sprawiał się dzielnie, dobroduszny barbarzyńca pozwalał wywalczyć drogę tuż obok stopni swego tronu. Od czasu do czasu miecz opuszczał się i głowa spadała; ale jeśli człowiek poległ, czekał go imponujący pogrzeb i obszerny, wspaniały grób.
Oto król, przed którym wodzowie wikingów gięli karki, a którego nowoczesny, pałacowy parowiec wyzywa bezkarnie dzień po dniu. Ale jest to tylko wyzwanie, nie zaś zwycięstwo. Wspaniały barbarzyńca siedzi na tronie w płaszczu z chmur podbitych złotem, patrząc z wysoka na wielkie okręty, sunące jak mechaniczne zabawki po jego morzu, i na zbrojnych w ogień i żelazo ludzi, którzy nie potrzebują już śledzić niespokojnie oznak królewskiego humoru. Lekceważy się władcę; lecz zachował całą swą siłę, całą wspaniałość i znaczną część swojej władzy. Nawet czas, który wstrząsa tronami, stoi po stronie tego króla. Obosieczny miecz w jego dłoni nie stracił nic na ostrości; wielki władca może nadal bawić się po królewsku huraganami, ciskając niemi z kontynentu republik na kontynent królestw — pewien że zarówno nowe republiki jak stare królestwa, i żar ognia, i siła żelaza, wraz z niezliczonemi pokoleniami śmiałych ludzi rozlecą się w proch u stóp jego tronu, i przeminą, i zapadną w niepamięć, nim jego władztwo dobiegnie końca.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.