Zwierciadło morza/XXX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Zwierciadło morza
Data wydania 1935
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Podtytuł oryginalny Mirror of the Sea
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


WIERNA RZEKA

XXX

Ujścia rzek przemawiają silenie do bujnej wyobraźni. Ich urok niezawsze pociąga pięknem, gdyż bywają ujścia o wybitnie przygnębiającej brzydocie: niziny, moczary, lub może jałowe wzgórza piasku pozbawione powabnych kształtów i miłego wyglądu, pokryte lichą, skąpą roślinnością, która przywodzi na myśl biedę i bezużyteczność. Czasem taka brzydota jest tylko odrażającą maską. Rzeka o ujściu podobnem do wyrwy w piaszczystym wale może płynąć przez najurodzajniejszą krainę. Lecz wszystkie ujścia wielkich rzek mają swój czar — urok rozwartej bramy. Woda jest dla człowieka przyjazna. Ocean — część Przyrody najbardziej odległa w niezmienności i majestacie swej potęgi od ludzkiego ducha — sprzyjał od wieków przedsiębiorczym narodom ziemi. A wśród wszystkich żywiołów jest tym, któremu ludzi zawsze byli skłonni się powierzyć, jakby jego ogrom zawierał nagrodę równą swojej wielkości.
Gdy się patrzy z pełnego morza, otwarte ujście rzeki obiecuje zaspokoić wszelkie pragnienia fantastycznych przygód. Ta droga otwarta dla przedsiębiorczości i odwagi zachęca odkrywcę wybrzeży do nowych wysiłków celem urzeczywistnienia wielkich nadziei. Dowódca pierwszej rzymskiej galery był pewnie głęboko pochłonięty widokiem ujścia Tamizy, gdy obrócił spiczasty dziób swego statku na zachód tuż przy North Foreland. Ujście Tamizy piękne nie jest; nie ma ani szlachetnych zarysów, ani romantycznej wielkości, ani uśmiechniętego powabu; lecz jest rozwarte szeroko, obszerne, nęcące, przyjazne od pierwszego wejrzenia, owiane aż po dziś dzień dziwną tajemniczością.
Prowadzenie statku musiało skupiać całą uwagę Rzymianina wśród spokoju letniego dnia (marynarz wybrał sobie zapewne odpowiednią pogodę), a pojedyńczy rząd długich wioseł (galera była przypuszczalnie lekkim statkiem, nie zaś tryremą) spadał w spokojnym rytmnie na powierzchnię wody, na szklaną taflę odbijającą wiernie klasyczny kształt okrętu i zarysy odludnych brzegów z lewej strony. Przypuszczam że dowódca galery płynął, trzymając się lądu i przebył tak zwane dzisiaj Margate Roads, wymacując starannie drogę wzdłuż ukrytych ławic i piasku, z których każda ma teraz latarnię morską lub boję na obu końcach. Rzymianin musiał być niespokojny, choć prawdopodobnie zebrał przedtem na wybrzeżach Galji sporo wskazówek z opowieści kupców, poszukiwaczy przygód, rybaków, handlarzy niewolników, piratów — wszelkiego rodzaju nieurzędowych osobników związanych z morzem w sposób mniej lub więcej poprawny. Słyszał zapewne o przesmykach i piaszczystych mieliznach, o przyrodzonych cechach kraju mogących służyć za znaki orjentacyjne, o wsiach, i plemionach, i sposobach handlu zamiennego tudzież ostrożnościach, które należy zachować; wysłuchiwał też pouczających opowieści o tubylczych wodzach pomalowanych na różne niebieskie odcienie, wodzach, których charakter — chciwość, okrucieństwo lub uprzejmość — zapewne opisywano mu z tym talentem do barwnego opowiadania, który jest jakby wrodzony ludziom o podejrzanej moralności i lekkomyślnym charakterze. Nakarmiwszy swój niepokój tego rodzaju jaskrawemi opowieściami, ów żeglarz–wojak z krótkim mieczem u boku, z bronzowym hełmem na głowie, pionierski kapitan wojennej floty cezarów, płynął w górę rzeki jak umiał najlepiej. Ciekaw jestem czy plemię zamieszkujące wyspę Thanet było dzikie z natury, gotowe zaskoczyć z tyłu nieostrożnych marynarzy, dzierżąc nabijane kamieniami maczugi i drewniane lance?
Z pomiędzy wielkich handlowych rzek na tych wyspach, chyba tylko jedna Tamiza może budzić romantyczne uczucie ze względu na to, że odgłosy ludzkiej pracowitości i widok ludzkiego trudu nie sięgają wzdłuż jej brzegów aż do morza i nie psują wrażenia tajemniczej przestrzenności wywołanej przez zarys wybrzeża. Szeroka brama rozwarta na płytkie morze Północne przechodzi stopniowo w zwężony kształt rzeki; ale jeszcze przez długi czas statek czuje się jak na otwartem morzu, sterując na zachód przez jeden z oświetlonych i zaopatrzonych w boje przesmyków Tamizy — jak Queen’s Channel, Prince’s Channel, Four-Fathom Channel — lub też płynąc rzeką Swin od północy. Pęd żółtego przypływu niesie okręt jakby w nieznane między dwiema niknącemi linjami wybrzeża. Krajobraz nie ma tu wyraźnego charakteru, nie ma wybitnych, rozsławionych szeroko znaków orjentacyjnych dla oka; nie widać tu w dole nic, coby zapowiadało największe ludzkie skupisko na ziemi, umieszczone nie dalej niż o dwadzieścia pięć mil, tam gdzie słońce zachodzi wśród zorzy rozgorzałej na złotem tle, a ciemne, niskie brzegi dążą na swoje spotkanie. W wielkiej ciszy głęboki, odległy huk wielkich armat próbowanych w Shoeburyness błądzi wokoło Nore — historycznej miejscowości pozostającej pod opieką jednego z urzędowych stróżów Anglji.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.