Zwierciadło morza/XXXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Zwierciadło morza
Data wydania 1935
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Tytuł orygin. Mirror of the Sea
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


W NIEWOLI
XXXIII

Okręt w doku, otoczony nabrzeżami i ścianami składnic, wygląda jak więzień rozmyślający o swobodzie, jak pogrążony w smutku wolny duch, któremu narzucono niewolę. Łańcuchy i tęgie liny trzymają go na uwięzi u kamiennych pachołków przy krawędzi zabrukowanego brzegu, a dokmistrz z mosiężnemi guzikami u kurtki snuje się niby ogorzały od wichrów więzienny stróż, rzucając zazdrosne, czujne spojrzenia na cumy więżące bierny statek, cichy i bezpieczny, jakby pogrążony w głębokim żalu za dniami wolności i niebezpieczeństw na morzu.
Rój renegatów — nadzorców portowych, dokmistrzów, odźwiernych śluz i tym podobnych — zdaje się żywić wielkie wątpliwości co do rezygnacji uwięzionego statku. Niema takiej ilości łańcuchów i lin, któraby zaspokoiła ich troskę o bezpieczne przykucie wolnych statków do silnej, błotnistej, ujarzmionej ziemi. „Niech pan wzmocni cumę na rufie, panie poruczniku“, oto słowa zwykłe na ich ustach. Piętnuję ich jako renegatów, gdyż po większej części byli swego czasu marynarzami. Zdawałoby się że kalectwa przywiązane do starości — siwe włosy, zmarszczki koło oczu, węzły żył na rękach — są oznakami moralnego zatrucia, bo ci stróże narzuceni okrętom skradają się po nabrzeżach jakby rozkoszowali się skrycie zgnębieniem szlachetnych więźniów. Trzeba im więcej odbijaczy, więcej cum; trzeba im więcej szpryngów, więcej szakli, więcej kajdan; chcieliby aby statki o lotnych duszach stały się równie nieruchome jak kwadratowe bloki kamienia. Ci znikczemniali wilcy morscy stoją na błotnistym bruku, na tle długich rzędów niekrytych wagonów brzęczących łańcuchami, i ogarniają nieprzyjaznem spojrzeniem statki od górnego osprzętu aż do barjery na rufie, przejęci wyłącznie żądzą tyranizowania biednych stworzeń pod fałszywym pozorem dobroduszności i pieczy. Tu i ówdzie ładunkowe dźwigi, wyglądające jak narzędzia tortur dla statków, chwieją okrutnemi hakami u końca długich łańcuchów. Gromadki robotników dokowych oz zabłoconych nogach roją się po trapach. Jest to widok dojmujący, kiedy tylu ludzi ziemi, ludzi z lądu, których statki nic a nic nie obchodzą, depcze podkutemi butami obojętnie, brutalnie, bezbronne ciało okrętu.
Na szczęście nic nie może skazić jego piękności. To poczucie uwięzienia, poczucie okropnego i haniebnego nieszczęścia spadającego na istotę piękną i godną zaufania, odnosi się tylko do statków zacumowanych w dokach wielkich portów europejskich. Czuje się że zamknięto te statki bezprawnie aby je pędzić od nabrzeża do nabrzeża po ciemnym, zatłuszczonym, kwadratowym stawie czarnej wody, w brutalnej nagrodzie u kresu wiernej podróży.
Okręt zakotwiczony na otwartej redzie, z lichtugami u burty i własnemi linoblokami dźwigającemi ciężary, wypełnia na wolności jedną z funkcyj swego życia. Niema tu ograniczenia wolności; jest przestrzeń, jasna woda naokoło statku, jasne niebo nad szczytami masztów, krajobraz z zielonych pagórków i urocze zatoki wokół kotwowiska. Marynarze nie opuszczają swego okrętu, zdając go na łaskawą opiekę ludzi z wybrzeża. Statek ma wciąż na pokładzie oddaną sobie gromadkę, która go dogląda; czujemy że przesunie się wnet między przylądkami i zniknie. To tylko w kraju, w ojczystym doku leży opuszczony, odcięty od wolności przez fortele ludzi, którzy myślą o prędkim wyładunku i o zyskownych opłatach za przewóz. Tylko wówczas ohydne, czworokątne cienie ścian i dachów padają na pomosty wraz z deszczem sadzy.
Dla człowieka co nie widział nigdy niezwykłej szlachetności, siły i wdzięku, wysnutych przez wierne pokolenia budowniczych statków z głębi czystych, prostych dusz, widok, który można było oglądać przed dwudziestu pięciu laty, widok wielkiej floty kliprów przycumowanych wzdłuż północnej strony New South Dock — był porywający. Te statki — zacumowane po dwa u licznych mocnych, drewnianych pomostów — zajmowały wówczas jakie ćwierć mili, licząc od żelaznych wrót doku strzeżonych przez policjantów; tworzyły długą, podobną do lasu perspektywę masztów, których wyniosłość sprawiała że szopy z falistego żelaza wydawały się jeszcze niższe; bukszpryty sięgały daleko nad brzeg, białe i złote figury na dziobach, prawie olśniewające czystością kolorów, wznosiły się nad prostym, długim bulwarem, nad błotem i brudem nabrzeża, gdzie krzątali się ludzie w gromadkach i pojedyńczo, niespokojni, brudni, pod bokiem wyniosłych, nieruchomych okrętów.
W czas przypływu widziało się jak któryś z załadowanych statków o dobrze zamkniętych lukach opuszczał szereg i wypływał na wolną przestrzeń doku; przytrzymywały go ciemne liny, wątłe jak osnowa sieci pajęczej, ciągnące się od dziobu i rufy do pachołków na brzegu. Wdzięczny i nieruchomy statek, jak ptak gotów rozwinąć skrzydła, czekał tam, póki nie otworzyły się wrota doku i póki jeden lub dwa holowniki nie wpadły ze zgiełkiem, krążąc wkoło statku jakby z hałaśliwą troskliwością, aż wreszcie zabierały go na rzekę i wiodły, przeprowadzając przez rozwiedzione mosty, przez wrota podobne do tam, między płaskiemi końcami mola z odrobiną zielonej murawy okolonej żwirem; stał tam biały sygnałowy maszt o gaflu i rei, z której powiewało parę flag ciemno–błękitnych, czerwonych lub białych.
Ów New South Dock (była to jego urzędowa nazwa), dookoła którego skupiają się moje wcześniejsze fachowe wspomnienia, należy do grupy West India Docks razem z dwoma mniejszemi i znacznie starszemi basenami nazwanemi „Importem“ i „Exportem“, których wielkość handlowa należy już do przeszłości. Malownicze i czyste jak na doki, te bliźnie baseny ciągną się obok siebie, połyskując ciemną, szklistą wodą, zaludnione zrzadka przez kilka statków przycumowanych na bojach lub umieszczonych daleko od siebie u końca szop w rogach pustych nabrzeży, gdzie zdają się drzemać spokojnie, dalekie, nietknięte zamętem ludzkich spraw — raczej wycofane z obiegu niż czynne. Te dwa skromne baseny, staroświeckie, sympatyczne, były ogołocone ze sprzętu i ciche; nie chwaliły się wyzywająco dźwigami, nie miały przyrządów do gorączkowej pracy na swych wąskich brzegach. Żadne szyny kolejowe ich nie obarczały. Grupki robotników o niezgrabnych ruchach wychodziły zza węgłów szop aby jeść w spokoju posiłek mieszczący się w czerwonej bawełnianej chustce do nosa; ci robotnicy wyglądali jak majówkowicze nad brzegiem samotnego górskiego stawu. Baseny owe były spokojne (i powiedziałbym bardzo mało rentowne); pierwszy oficer jednego ze statków wciągniętych w nużącą, wytężoną, hałaśliwą krzątaninę New South Dock — oddalonego zaledwie o parę jardów — mógł się wymknąć w obiadowej porze i wałęsać się wokół obu basenów, nie skrępowany ani ludźmi ani ich interesami, rozmyślając (o ileby to uznał za stosowne) o marności wszystkich ziemskich spraw. Te doki musiały być ongi pełne dzielnych, starych, powolnych statków kursujących do Indyj, statków o kwadratowej rufie, które znosiły — jak sobie wyobrażam — swą niewolę z taką samą flegmą, z jaką przeciwstawiały tępe, uczciwe dzioby podrzucając je falom lub wyłaniały z siebie statecznie zapomocą własnych wind i linobloków cukier, rum, melasę, kawę lud drzewo kampeszowe. Ale gdy poznałem te doki, nie było tam ani śladu eksportu; co się zaś tyczy importu, zdarzyło mi się tylko widzieć kilka skąpych ładunków podzwrotnikowego budulca, olbrzymie zgruba ociosane kłody drzewa żelaznego z lasów nad zatoką Meksykańską. Leżały ułożone w stosy potężnych pni, i trudno było uwierzyć że całą tę masę martwych, obdartych z kory drzew wydobyto z łona smukłego barku o niewinnym wyglądzie, a często i o pospolitem kobiecem imieniu — Ellen taka lub Annie owaka — wypisanem na pięknym dziobie. Ale tak dzieje się zwykle z wypakowanym ładunkiem. Kiedy go się rozłoży na bulwarze, wydaje się niepodobieństwem aby wszystko to mogło się zmieścić w tym oto okręcie przy brzegu.
Były to spokojne, pogodne zakątki w pracowitym świecie doków, te baseny dokąd ani razu nie miałem szczęścia wprowadzić statku po mniej lub więcej trudnej podróży. Lecz można się było przekonać od pierwszego wejrzenia, że ludzi i statków nigdy tam nie popędzano. Owe doki były takie spokojne, że choć się je dobrze pamięta, można wątpić czy wogóle istniały — te miejsca wypoczynku dla znużonych statków, mogących oddać się tam marzeniu, miejsca do rozpamiętywań raczej niż do pracy, gdzie złe okręty — postrzelone, leniwe, cieknące, nieznośne, niesterowne, kapryśne, uparte i wogóle takie z któremi nie można było sobie poradzić — miały wbród czasu by policzyć swe grzechy i za nie żałować, osmutniałe i nagie, ogołocone ze swej podartej żaglowej odzieży, ze szczytami masztów nurzającemi się w kurzu i popiele londyńskiego powietrza. Bo nie mam wcale wątpliwości, że najgorszy ze statków żałowałby za grzechy gdyby mu dano dość czasu. Zbyt wiele ich znałem. Żaden statek nie jest z gruntu zły; a teraz, kiedy kłąb pary zdmuchnął z oblicza morza ciała żaglowców, które stawiały mężnie czoło tylu burzom, zdmuchnął złe razem z dobremi do otchłani przeznaczonej dla sprzętów co wysłużyły swój czas — można śmiało powiedzieć że wśród tych wygasłych pokoleń wiernych służebników nie znalazła się nigdy dusza zasługująca bezwzględnie na potępienie.
W New South Dock brakowało napewno czasu — czy to uwięzionym statkom, czy ich oficerom — na wyrzuty sumienia, zagłębianie się w sobie, żal za grzechy lub jakikolwiek inny przejaw wewnętrznego życia. Od szóstej rano aż do szóstej wieczór ciężka praca w domu więziennym — który jest nagrodą za dzielność statków co dotarły do portu — odbywała się spokojnie; wielkie pętle z ładunkiem masowym sunęły nad barjerą, opadając ciężko w luki na znak uczyniony ręką przez trapowego. W New South Dock dokonywano załadunku specjalnie dla kolonij w tych wielkich (i ostatnich) dniach zwinnych kliprów, które były tak przyjemne z wyglądu, a tak — powiedzmy — podniecające gdy się niemi manewrowało. Niektóre wyróżniały się urodą; było wśród nich wiele (łagodnie mówiąc) nieco przeciążonych masztami; po wszystkich spodziewano się pięknych podróży; a w całym tym szeregu statków — których osprzęt tworzył na niebie olbrzymią, gęstą sieć, a mosiądz świecił tak mocno, że policjant u wrót doku mógł dostrzec jego błyski aż prawie na najdalszym okręcie — w całym szeregu tych kliprów nie znalazłoby się prawie takich, któreby znały więcej portów na szerokim świecie niż Londyn i Sydney, albo Londyn i Melbourne, albo Londyn i Adelaide, a z portów o mniejszym tonażu chyba jeszcze Hobart Town w dodatku. Można było prawie uwierzyć że — jak mawiał o swym statku, starym Duke of Sutherland, drugi jego oficer z siwemi bokobrodami — klipry te znały lepiej drogę do antypodów niż ich właśni dowódcy, którzy rok w rok zabierali je z Londynu, miejsca ich niewoli, do jednego z australijskich portów, gdzie przed dwudziestu pięciu laty nie czuły się więźniami lecz poważanymi gośćmi, choć były zacumowane porządnie i mocno u drewnianych nabrzeży.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.