Zaklęty Dwór/II/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Prędzej, niż się może spodziewała niejedna z pięknych czytelniczek, zbliżyliśmy się do rozwinięcia wypadków i zawikłań, które posłużyły za tło naszej powieści. Za krótką chwilę rozsnują i wyświecą się wszystkie zagadki przed naszymi oczyma, zapowiedziana scena w czerwonym pokoju Zaklętego Dworu położy kres całemu działaniu.

Na zakręcie znanej nam ulicy lipowej Kost' Bulij czeka już od pół godziny. Po wczorajszej burzy i walce żywiołów noc dziwnie piękna, spokojna, niebo jasne i pogodne, księżyc, otoczony rojem gwiazd, dziennym prawie blaskiem opromienia ziemię, a najlżejszy wietrzyk nie porusza się w drzewach.

Stary kozak siedzi pod tą samą rozłożystą lipą, pod którą maziarz oczekiwał wczoraj Juliusza.

Srebrny blask księżyca opromienia go od stóp do głowy i nadaje olbrzymiej jego postaci coś więcej jeszcze fantastycznego, przerażającego, złowrogiego. Gęste krzaczaste brwi głębiej zasunęły mu się na oczy; usta i zęby zacisnęły się silniej, a twarz przybrała jakiś nadmiar ponury i tajemniczy wyraz. Snadź jakieś ciężkie myśli odzywają mu się w pamięci, bo czasami wstrzęsie głową śród głębokiej zadumy, a często zerknie spod oka ku pustemu dworowi i coś niezrozumiale mruknie pod nosem.

Nagle podniósł się z ziemi i stanął oparty o lipę, a olbrzymia postać jego wydaje się niemal potworną w półmroku księżycowego oświetlenia.

— Brat z bratem — mruknął bez związku i z impetem potarł się po czole.

I zerknął znowu ku narożnym oknom Zaklętego Dworu, a potem pilnie nadstawił ucho.

— Jedzie — poszepnął.

— Jedzie brat niegodny! — dodał półgłosem, a z oczu groźna strzeliła mu błyskawica.

Kost' Bulij obok dawnych niechęci ku hrabiemu miał go jeszcze teraz za głównego i właściwego motora procesu przeciw testamentowi starościca.

— Skrzywdził brata za życia — mruknął dalej sam do siebie — a po śmierci targnął się na jego sławę, z chciwości chciał zrobić z niego wariata... ale...

Tymczasem tętent zbliżył się pod samą ulicę, a sam hrabia pojawił się na zakręcie. Kost' zdjął kapelusz i postąpił naprzód.

Hrabia drgnął mimowolnie. Nagły widok olbrzymiej postaci starego kozaka mógł przestraszyć nawet i takiego, co z góry przygotował się na jego spotkanie.

— Sława Bogu! — odezwał się kozak.

Hrabia kiwnął głową.

— Przyjechałem! — mruknął.

— Spieszmy, jasny panie — ozwał się Kost' skwapliwie i tak prędko puścił się zaraz w głąb ulicy, że hrabia tylko cwałem jadąc mógł dotrzymać mu kroku.

Nareszcie stanęli u wielkiej bramy wjazdowej. Kost' poskoczył spiesznie i dobywając wielki żelazny klucz z zanadrza, z głośnym trzaskiem i skrzypem rozwarł obadwa skrzydła szerokiej bramy. Hrabia milcząc wjechał na dziedziniec.

Kost' z takim samym trzaskiem i łoskotem zawarł drzwi na powrót.

Hrabiego przeszło czegoś mrowie od stóp do głów. To przeraźliwe skrzypienie zardzewiałych zawiasów bramy miało w sobie wśród głuchej grobowej ciszy nocy coś naprawdę strasznego i złowrogiego. A jakby przebudzone nagłym tym trzaskiem i skrzypem ozwały się w tej samej chwili dzikim krzykiem sowy i puchacze w oficynach.

Hrabia był odważny z natury, a wolny od wszelkich przesądów i zabobonów z wychowania, a przecież jakiś dziwny, niepojęty ogarnął go strach i jakoś ciężko zrobiło mu się na piersiach.

Kost' Bulij zbliżył się do konia i znienacka pochwycił go za uzdę.

— Cóż to znaczy?! — krzyknął hrabia.

— Jasny pan zsiądzie...

— A cóż się z moim koniem stanie?

— Odprowadzę go do oficyn.

Hrabia skoczył na ziemię i rzucił cugle Kostiowi. Kost' Bulij poprowadził konia ku zawalonym na pół oficynom.

Hrabia pozostał sam na dziedzińcu, a coraz silniej ogarniała go owa jakaś nieświadoma, nieokreślona obawa i niespokojność. Zaczął sobie już wyrzucać, że ulegając pierwszemu popędowi, sam jeden o tej porze przybył na schadzkę, i rad by się z całej duszy wymknął na powrót.

Obejrzał się dokoła i znowu zimny przejął go dreszcz. Przed nim jeżył się stary, opuszczony dwór: okrążony rojami niedoperzy, opromieniony bladawym blaskiem księżyca, dziwnie jakąś straszną i fantastyczną miał w tej chwili postać. Stada świrków darły się przeraźliwie po wszystkich stronach, sowy i puchacze wrzeszczały w przyległych oficynach, a wewnątrz dworu jakieś głuche, złowrogie rozlegało się echo. Stare, rozłożyste lipy, modrzewia i jasiony, ciągnące się rzędem wokoło dziedzińca, rzucały przed siebie długie i potworne cienia i jakby jakimś kołem magicznym otoczyły cały przestronny dziedziniec.

Hrabia jakby dla nabrania otuchy i odwagi zaczął prędko przechadzać się wokoło.

— Po cóż tu właściwie przybyłem? — mruknął sam do siebie. — Jakąż to tajemnicę ma mi zwierzyć Kost' Bulij?

I przystanął na miejscu, a głowę w głębokiej zadumie pochylił na piersi. Wpadł na ten sam tok myśli, jakim oddawał się przez całą drogę, jadąc do Żwirowa. Poznawał zupełnie jasno, że tak zwany Dwór Zaklęty jakaś dziwna i głęboka osłania tajemnica. Lecz na czymże polegała ta tajemnica?

Po wczorajszej rozmowie z starym klucznikiem rozpamiętywał pilnie, o ile tajemnica ta mogła w czymkolwiek odnosić się do niego. Jak już poznaliśmy mniej więcej, życie hrabiego i jego rodziny płynęło tak zwykłym i powszednim trybem, że chyba jakiś przypadek nieprzewidziany mógł je z jakimkolwiek niezwyczajnym połączyć zdarzeniem. Od pierwszego dzieciństwa nie mógł hrabia, jak wiemy, pogodzić się z swym bratem starszym. Główna tego wina ciężyła na jego matce, nieboszczce starościnie, która nie lubiła pasierba, a wszelkie pieszczoty zlewała na własnego jedynaka.

Pierwsze powstałe stąd zarody niechęci między oboma braćmi rozdmuchiwały się coraz gorzej z wzrostem w lata. Starościc Mikołaj stronił od matki i przyrodniego brata, a trzymał się ciągle u boku obłąkanego ojca. Przeciwnie, Zygmunt rzadko kiedy widywał ojca, nie odstępował nigdy boku matki.

Sprzeczność wychowania i temperamentu zrodziła w obudwu braciach rażącą sprzeczność charakterów, skłonności i wyobrażeń, a kiedy już obadwaj dojrzeli w młodzieńców, zaszła pewna gwałtowna katastrofa, która dotychczasową niechęć dziecinną zmieniła w zawziętą nienawiść.

Katastrofę tę znamy po części z opowiadania mandatariusza w pierwszych rozdziałach naszej powieści. Ona to stanowiła jedyny cień w dotychczasowym życiu hrabiego, a jej wspomnienie dziwną i w tej chwili wywołało w nim walkę. Nie mógł zaprzeczyć, że starszy brat miał słuszny do niego żal, a przecież czuł się zupełnie niewinnym w własnym sumieniu.

— Mikołaj nie dał mi się nigdy wytłumaczyć! — szepnął w ciągu rozpamiętywań.

W samej rzeczy nieboszczyk starościc od owej katastrofy jakby nożem przeciął wszelkie stosunki z bratem.

Na próżno nawet po kilku latach ubiegłych hrabia Zygmunt kilkakrotnie zgłaszał się do niego. Uparty i niezłomny w swych postanowieniach starościc nie chciał ani słyszeć o żadnej ekskuzie, unikał najzawzięciej wszelkiego zetknięcia się z hrabią, a wszelkie jego listy pojednawcze odsyłał nie odpieczętowane. A trzeba oddać tę sprawiedliwość hrabiemu, że nie zrażony tysięcznymi zawodami, a nawet nowymi urazami, starał się wszelkimi sposobami przebłagać gniew starszego brata i pragnął gorąco uniewinnić się z owego kroku, który stanowił główną przyczynę jego nieprzyjaźni i zawziętości.

Kiedy staroście po owej gwałtownej scenie z Mykitą Ołańczukiem popadł w tak ciężką chorobę, że już lekarze tracili nadzieję ocalenia go od śmierci, pospieszył hrabia Zygmunt co prędzej odwiedzić brata, ale na sam jego widok wstrząsł się chory gwałtownie i z gniewu i wzruszenia popadł w zupełną nieprzytomność. Po takim przyjęciu nie śmiał już hrabia po raz drugi pokazać się w Żwirowie, wszakże codziennie zasięgał troskliwie wiadomości o stanie chorego.

W czasie tej choroby pojawił się w Żwirowie, jak wiadomo, ów kwestarz tajemniczy, który tak przeważny na umysł i usposobienie starościca potrafił wywrzeć wpływ. Nagła i uderzająca zmiana w całej naturze nieboszczyka podsuwała nadzieję, że długoletnia nienawiść braci da się przemienić przynajmniej w powierzchowną zgodę i przyjaźń.

Hrabia i wtedy robił pierwszy krok i zdawało się nawet, że tym razem pomyślnym skutkiem uwieńczy się jego usiłowanie, kiedy tuż nagle jak grom z jasnego nieba spadło owo śledztwo surowe, przed którego następnościami starościc musiał uciekać za granicę. I od tego czasu nie było już sposobności do wzajemnego zbliżenia. Starościc przepędził czas niejakiś w Paryżu, w jawnych stosunkach z emigracją, a wezwany dziennikami do powrotu do kraju pod utratą praw austriackiego, obywatelstwa, chciał podobno wracać do ojczyzny, kiedy go wtem nagła w Dreźnie zaskoczyła śmierć.

Hrabia, jako jedyny bliski krewny, objął całą puściznę, ale powrót Kostia Bulija z testamentem nieboszczyka w niespodziewany sposób zmienił stan rzeczy. Hrabia poznał stąd najlepiej, że nieboszczyk umarł nieprzejednany, że i na łożu śmiertelnym zachował do jedynego brata żal, żywiony i podsycany za życia.

Od czasu zaś powrotu Kostia Bulija zaczęły rozbiegać się owe dziwne wieści o duchach i strachach Zaklętego Dworu, a nie mogło już podlegać najmniejszej wątpliwości, że wszystkie pogłoski tego rodzaju opierały się na jakichś tajemniczych wypadkach rzeczywistych. Pominąwszy tysiąc innych głośnych w okolicy wieści, zachował hrabia w pamięci samo opowiadanie Juliusza i wreszcie najnowszą, kilkunastu świadkami stwierdzoną scenę przy pożarze chaty Kostia Bulija.

Jakaż tedy tajemnica ukrywała się w murach Zaklętego Dworu, a w czym i o ile łączyła się z nieboszczykiem bratem?

Nad tym zapytaniem namozolił się już hrabia niejednokrotnie, a obecnie, mając przed oczyma cały opisany powyżej skład rzeczy i stosunków, zachodził w głowę, w czym tajemnica ta mogła odnosić się do niego samego i z jakich powodów, przyczyn i widoków chciał mu ją dziś wyjawić Kost' Bulij, o którego niechęci ku sobie najpewniejsze od dawna miał przeświadczenie.

Śród takiego rozmyślania doczekał się powrotu Kostia Bulija.

— Pójdźmy, jasny panie — ozwał się uroczystym głosem stary kozak.

Hrabia wstrząsł się z lekka, ale przytłumiając prędko jakieś mimowolne wahanie, postąpił śmiało naprzód.

— Prowadź!

Kost' Bulij w milczeniu skręcił wprost ku głównym drzwiom wchodowym.

Hrabia postępował za nim w głębokim zamyśleniu. „Przybyłem tu na zagadkowy list nieboszczyka brata — poszepnął w duchu — spełniam akt pietyzmu dla jego ostatniej woli”.

Kost' Bulij dobył tymczasem klucz z zanadrza i z głośnym trzaskiem rozwarł drzwi na ściężaj.

— Proszę jaśnie pana — rzekł pokornym, ale uroczystym głosem.

Hrabia znowu zawahał się mimowolnie.

— Idź naprzód — rzekł nareszcie i zapiął wyżej surdut na piersiach, jak gdyby się obawiał, aby nie poznać gwałtowniejszego bicia serca.

Kost' Bulij postąpił naprzód, a zaraz przy drzwiach schylił się i podniósł coś z ziemi.

— Co to? — zapytał hrabia prędko.

— Latarnia, jasny panie.

I jednocześnie z tymi słowy błysnęła zapałka, a za chwilę zatliła się świeca w latarni. Hrabia postąpił naprzód. Kost' Bulij cofnął się nagle w tył. Niespodziewany ten ruch przestraszył naprawdę hrabiego. Odskoczył na bok jak oparzony i zapytał prędko z widocznym drżeniem głosu:

— Co to jest? co to znaczy?

— Zamknę drzwi, jasny panie — odparł kozak spokojnie.

I dobywszy klucz z odwrotnej strony, z tym samym głośnym trzaskiem i łomotem zamknął drzwi na dwa spusty.

Hrabia znowu zadrżał gwałtownie.

Szczególna rzecz, nie lękał się żadnego wyraźnego niebezpieczeństwa dla siebie, a odważny z natury, patrzyłby pewno bez drżenia w rurę wymierzonej ku swym piersiom krócicy albo na ruch zawisłej nad swą głową szabli, a przecież w tej chwili jakiś srogi, tajemny, nieokreślony przejmował go strach. Mimo to pewnym krokiem wstąpił za klucznikiem na szerokie schody marmurowe, które, urywając się co kilka stopni, prowadziły na pierwsze piętro pałacu.

Głuche, przerażające echo odzywało się za każdym krokiem nocnych wędrowców. Hrabia drżał jak listek, ale już nie z samej tylko nieświadomości zgrozy. Schody te wywoływały w nim liczne i rozrzewniające wspomnienia z lat dziecięcych. Ileż to razy schodził tymi schodami z matką, boną lub guwernerem, a jak często odbierał surowe upomnienia, że dwa schody przeskakiwał naraz, chcąc dorównać Mikołajowi, dla którego pięć i sześć nie było wielką przeszkodą. Raz był upadł przy podobnej próbie i do krwi skaleczył głowę, a ileż to potrzeba było pieszczot matki, aby uśmierzyć ból nieznośny.

Przeszło ośmnaście lat nie stąpił tu nogą, bo odwiedzając brata w czasie choroby, zwiedził tylko dół pałacu. Stary kozak, jakby odgadując stan duszy hrabiego, obrócił się nagle i przyświecając latarnią dokoła, rzekł z pewnym naciskiem:

— Czy jasny pan widzi dobrze?

— Widzę. Idź tylko spieszniej.

Kost' Bulij szybko postąpił naprzód, a niebawem stanął na górze.

Szeroki korytarz rozbiegał się stąd na dwie strony, a wprost schodom wspaniałe znajdowały się drzwi. Kost' Bulij, nie dobywając już klucza, pocisnął tylko za klamkę, a drzwi rozwarły się na ściężaj.

Hrabia wzdrygnął się i odskoczył o krok.

Wiedział, że drzwi te prowadzą do czerwonego pokoju, o którym od lat dziecięcych nie mógł wspomnieć nigdy bez lekkiego drżenia. W czerwonym pokoju uprzytomnił się zaraz obłąkany ojciec, jak chudy, wynędzniały cierpieniem, a sztywny i nieruchomy jak mumia siedział w swym krześle poręczowym i głuchym, grobowym, jakby podziemnym głosem wołał nieustannie: „Nie pozwalam! Protestuję!”

Hrabia dzieckiem bardzo rzadko, i to tylko w jakichś ważnych i uroczystych chwilach, odwiedzał ojca w takim stanie. Nieboszczka starościna obawiała się owych jego chwilowych wybuchów gwałtowności, kiedy to, jak wiemy, dobywał karabeli i jak opętany rąbał w stół dębowy mniemając, że mści zdradę Potockiego, Ponińskiego, Branickiego...

Kost' Bulij zdawał się spostrzegać wzruszenie hrabiego, bo czasami zerknął spod oka ku niemu, a lekki uśmiech złośliwy osiadł mu na ustach.

— Jesteśmy już na miejscu, jasny panie — ozwał się nareszcie uroczystym głosem.

I przechodząc ów wielki, skórzanymi ławkami dokoła otoczony przedpokój, który znamy z wyprawy Katyliny, rozwarł na ściężaj drzwi od czerwonej sali portretowej.

— Zaraz zapalę świecę, jasny panie — rzekł i latarkę postawił na ziemi, a sam postąpił ku znanemu nam mahoniowemu biuru i pozapalawszy woskowe świece w obudwu dwuramiennych kandelabrach, postawił je na szerokim, stole dębowym w pośrodku sali.

Blask świec nie oświetlał jasno całej przestrzeni. Dalsze rzędy portretów rodzinnych wyglądały jak w mgle, a ustawione po kątach zbroje i trofea wojenne przybierały w cieniu jakieś potworne, fantastyczne postacie.

Hrabia czuł, że mu serce bije gwałtownie, i jakieś zimne mrowie przechodziło go czasami od stóp do głowy. Znajdował się o północy w opuszczonej sali swych przodków w towarzystwie człowieka, który w całej swej postaci, w każdym ruchu i spojrzeniu miał coś naprawdę przerażającego.

Kost' Bulij, odkąd wstąpił do czerwonego pokoju, wydawał się jeszcze surowszym i uroczystszym nawet niż przed chwilą. Twarz jego przybrała jakiś dziwny, niepodobny do opisania wyraz. Stanął nagle na miejscu jak wryty i skrzyżowawszy ręce na piersiach, wlepił wzrok nieruchomy w jeden kąt sali.

Hrabia powiódł oczyma po ścianach obwieszonych portretami, a mimo tajemnej grozy, jaka nim wstrząsała, wyprostował się nagle w całej postawie, a nawet uśmiech szczęścia rozjaśnił mu twarz zmieszaną.

Widok tylu sławą okrytych przodków zdawał się niespodziewaną napawać go odwagą i otuchą, bo zapominając nagle o swej obawie nieświadomej, pochwycił za jeden lichtarz dwuramienny i postępując szybko ku ścianie, zaczął roziskrzonym okiem przypatrywać się rysom i postaciom swych szczytnych antenatów.

Kost' Bulij stał ciągle niemy i nieruchomy na jednym miejscu i dopiero po chwili obejrzał się za swym towarzyszem i z szczególniejszym wyrazem śledził każde jego poruszenie. Hrabia prędko przechodził od portretu do portretu. Minął już cały rząd karmazynów, wojewodów, kasztelanów, starostów, aż nagle stanął przed portretem ojca.

Na obrazie nie był to ów starzec siwowłosy z długą, siwą, w nieładzie rozwianą brodą, z owym smętnym, obłąkanym okiem, wybladły i zbolały na twarzy, jak go sobie przypominał hrabia z swych lat młodocianych. Nieszczęścia ojczyzny, zamąciwszy mu rozum, złamały zarazem i jego siły fizyczne.

Malarz przedstawił go na płótnie w pełni siły męskiej, z czołem dumnym, okiem żywym i iskrzącym. Był to możny jeszcze starosta, zwolennik konfederacji barskiej, nie rozpaczający o ocalenie ojczyzny, nie złamany okrutnym zawodem i zwątpieniem. Hrabia kilka chwil wpatrywał się w wydatne i szlachetne rysy ojca, a pierś wzdymała mu się coraz gwałtowniej.

Nagle postąpił o krok dalej i zatrzymał się przed wizerunkiem brata. Wstrząs! się z lekka i z przytłumionym westchnieniem pokiwał głową.

Z oczu Kostia Bulija strzeliła błyskawica.

Wyprężył się w całej postawie, brwi zasunął głęboko na oczy, a pozostawiając jedną rękę na piersiach, drugą podniósł w górę i przemówił głuchym a uroczystym głosem:

— Przypatrzcie mu się dobrze, jasny panie, bo to portret brata, któregoście skrzywdzili za życia i chcecie skrzywdzić po śmierci.

Hrabia odskoczył jak opętany, a nie przygotowany na tak nagłe i osobliwe zagadnienie, omal lichtarza nie opuścił z przestrachu.

— Co mówisz? — wykrzyknął.

Kost' Bulij w tej samej groźnej i uroczystej postawie postąpił o krok naprzód.

— Mówię, jasny panie — ciągnął dalej z szczególnym naciskiem — że dość cierpienia sprawiliście nieboszczykowi panu mojemu za życia i moglibyście dać mu już święty spokój po śmierci.

Hrabia rzucił się gwałtownie.

— Co to znaczy? Nie rozumiem! — zawołał i wypatrzył się na starego kozaka osłupiałymi pod pierwszym wrażeniem oczyma.

Kost' Bulij ze złością zacisnął zęby.

— Może nieprawda? — szepnął.

Blada dotąd twarz hrabiego nabiegła nagle rumieńcem gniewu i oburzenia.

— Mój przyjacielu... — ozwał się podnosząc głos.

Kost' Bulij zaśmiał się półgłośno.

— Nieprzyjemne wam to wspomnienie, jasny panie, wierzę.

Dotknięty w swej dumie magnat odzyskał swą zwykłą pewność i groźny i surowy wyprężył się w całej postawie.

— Cóż to sobie myślisz, łotrze! — krzyknął głośniej i postąpił o krok naprzód.

Stary kozak stał nieporuszony na miejscu, a oczy zamigotały mu jeszcze groźniejszym niż dotychczas blaskiem.

— Z wolna, z wolna, jasny panie — ozwał się z uroczystym naciskiem. — Powstrzymajcie wasz gniew aż na koniec, kiedy posłyszycie całą prawdę.

Hrabia drgnął gwałtownie na złowrogi wyraz, jaki w tej chwili malował się w oczach i twarzy kozaka, ale prędko opamiętał się na nowo i jeszcze o krok postąpił naprzód.

— Więc te w zasadzkę mię złowiłeś, stary drabie? — ozwał się prędko.

Kost' Bulij znowu w dziwny uśmiechnął się sposób.

— Ha! — mruknął szyderczo — jasny pan stawisz zasadzki na cudze majątki, a przysłowie mówi: „Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada”.

To już było za wiele dla dumnego, niesłusznie dotkniętego magnata. Trupia bladość okryła twarz jego, a gniew i oburzenie wstrzęsły nim całym do głębi.

— Łotrze! — krzyknął i zrobił gest, jakby chciał rzucić się na przeciwnika.

Kost' Bulij zaśmiał się z dziką złością.

— Ha, niemiło wam to słuchać, jasny panie, a przecież ot, wszystko prawdą, święta prawda! Nie ukrzywdziliżeście starszego brata za życia? — ciągnął dalej z coraz większą gwałtownością — a teraz nie dybiecież na majątek, który przekazał komu innemu; nie chcecież z podłej chciwości poddać go po śmierci na pośmiewisko świata, nie mienicież go wariatem i półgłówkiem?...

Hrabia trząsł się jak we febrze z gniewu, a usta drgały mu konwulsyjnie.

— Milcz! — krzyknął, jakby na wpół nieprzytomny z oburzenia.

Stary kozak z szyderstwem i lekceważeniem wstrząsł głową.

— Ale pomyliliście się, pomylili, jasny panie! — ozwał się na nowo, nie zmieniając tonu.

Hrabia zgrzytnął zębami i ręką sięgnął do kieszeni surduta.

Kost' Bulij ciągnął dalej nie zrażony:

— Chcieliście podać na pośmiewisko imię swego starszego brata, a tymczasem hańba spadnie na wasze własne.

Hrabia tupnął nogą i wydając głośny niezrozumiały wykrzyk, poskoczył o dwa kroki naprzód.

Kost' Bulij mimowolnie cofnął się w tył i wyciągając rękę, zawołał groźnie:

— Jasny panie!

W ręku hrabiego łysnęła lufa pistoletu.

— Nędzniku! myślałeś, że mię bezbronnego złowisz w zasadzkę! — zawołał i naprzód wyciągnął lufę pistoletu.

Kost' Bulij skrzyżował ręce na piersiach i w dziki wybuchł śmiech.

Hrabia cały drżący zamilkł i przystanął jak wryty na miejscu. Śmiech ten miał w sobie coś niesłychanie przerażającego, prawie nieludzkiego.

— Źleście się zabezpieczyli, jasny panie — ozwał się kozak z szyderczym naciskiem — macie kulę na żywych, ale co wam zostanie na umarłych?

To słowo „umarłych” wymówił stary kozak z tak dziwnym naciskiem, że wszystkie włosy najeżyły się na głowie hrabiego. Kost' Bulij, jakby dla większego wrażenia, zrobił krótką pauzę, a potem rękę podniósł do góry i cedził powoli i uroczyście:

— Jasny panie! czasami i nieboszczyki powstają z grobu!

W tej samej chwili, jakby jakiś dzwon zagrobowy, zaczął głucho i złowrogo bić stary zegar, umieszczony w jednym kącie sali.

— Dwunasta! — mruknął stary kozak ze znaczeniem.

A tuż w tymże mgnieniu oka jakiś dziwny rozległ się łoskot... z głuchym chrzęstem zatrzęsły się zbroje i trofea wojenne w jednym rogu pokoju... a nagły prąd wiatru wionął po pokoju... i gasząc trzy świece na stole, czwartym pozostałym płomykiem zachwiał na wszystkie strony...

Hrabia obrócił się mimowolnie i nagle wykrzyk piekielnej zgrozy wyrwał się z jego piersi.

Opuścił pistolet i zataczając się w tył, padł bezsilnie na pobliski fotel...

Stary kozak przeraźliwym wybuchł śmiechem...