Z „Rozprawy o metodzie“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor René Descartes
Tytuł Z „Rozprawy o metodzie“
Pochodzenie Antologja literatury francuskiej / Descartes
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Całość jako: Pobierz cały tekst jako ePub Pobierz cały tekst jako PDF Pobierz cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Z „ROZPRAWY O METODZIE“.[1]
Część pierwsza.

Zdrowy rozum jestto rzecz ze wszystkich na świecie najlepiej podzielona, każdy bowiem sądzi, iż jest w nią tak dobrze zaopatrzony, iż nawet ci, których we wszystkiem innem najtrudniej jest zadowolić, nie zwykli pragnąć go więcej niźli posiadają. Nie jest prawdopodobne, aby się wszyscy mylili w tej mierze; raczej świadczy to, iż zdolność dobrego sądzenia i rozróżniania prawdy od fałszu (a to, ściśle biorąc, nazywamy zdrowym rozsądkiem lub rozumem), jest, z natury, równa u ludzi. Tak więc, rozbieżność mniemań nie pochodzi stąd, aby jedni byli roztropniejsi od drugich, ale jedynie stąd, iż prowadzimy myśli swoje rozmaitemi drogami i nie rozważamy tych samych rzeczy. Nie dość bowiem mieć umysł bystry, ale główna rzecz dobrze go zażywać. Największe dusze zdolne są do największych występków, zarówno jak do największych cnót; a ci, którzy idą nawet bardzo wolno, jeśli idą wciąż prostą drogą, mogą posunąć się o wiele dalej, niż ci, którzy biegną, lecz oddalają się od niej.
Co do mnie, nie sądziłem nigdy, aby umysł mój był w czemkolwiek doskonalszy niż umysł pospolitych ludzi: często nawet pragnąłem mieć myśl równie chybką, lub wyobraźnię równie jasną i dokładną, albo pamięć równie obszerną i przytomną co niektórzy inni. A oto, zdaje mi się, jedyne właściwości, które stanowią o doskonałości umysłu: co się tyczy bowiem rozumu, czyli pojęcia (ile że jest to jedyna rzecz, która nas czyni ludźmi i różni od zwierząt), przypuszczam iż znajduje się całkowity w każdym, i idę w tem za powszechnem mniemaniem filozofów, którzy powiadają, że różnice między jednostkami tegoż samego gatunku tyczą jedynie właściwości przypadkowych, nie zaś istotnych.
Ale nie waham się powiedzieć, jako, mojem zdaniem, miałem w tem wiele szczęścia, iż trafiłem, już od młodości, na pewne drogi, prowadzące mnie do rozważań i maksym, z których stworzyłem sobie metodę. Zdaje mi się, iż przez tę metodę posiadłem sposób stopniowego pomnażania swojej wiedzy i wzniesienia jej pomału do najwyższego punktu, do którego mierność mego umysłu i krótkie trwanie życia pozwolą jej dosięgnąć. Zebrałem już z niej takie owoce, iż — mimo że, w sądzie o sobie, staram się zawsze chylić raczej w stronę nieufności niż zarozumienia, i że, gdy patrzę okiem filozofa na rozmaite dzieła i przedsięwzięcia ludzi, niemasz jakoby ani jednego, któreby mi się nie zdało czcze i bezużyteczne — mimo to, odczuwam nadzwyczajne zadowolenie z postępu, jaki, w swojem mniemaniu, już uczyniłem w poszukiwaniu prawdy, i czerpię niemniejsze nadzieje na przyszłość. Owo, jeśli, między zatrudnieniami ludzi będących jedynie ludźmi, znajduje się jakieś, któreby było trwale dobre i ważne, śmiem mniemać, iż jest niem to, które ja obrałem.
Może być wszelako iż się mylę; może to wszystko, to jeno trochę miedzi i szkła, które ja biorę za złoto i dyamenty. Wiem, jak bardzo jesteśmy podlegli omyłkom w tem co nas tyczy, i jak bardzo powinny być nam podejrzane sądy przyjaciół, wówczas kiedy padają na naszą korzyść. Ale będę bardzo rad ukazać w tej rozprawie drogi któremi szedłem, i przedstawić życie swoje niby obraz, aby każdy mógł o niem sądzić, i abym, słysząc powszechne głosy w tym przedmiocie, zyskał nowy sposób pouczenia się, i dołączył go do tych, któremi zwyczajnie się posługiwałem.
Tak więc, zamiarem moim nie jest nauczać tu metody, której każdy winien się trzymać aby dobrze powodować swoim rozumem, ale jedynie pokazać, w jaki sposób ja starałem się powodować moim. Ci, którzy bawią się w dawanie przepisów, muszą uważać się za bieglejszych od tych którym je dają; jeśli chybią w najmniejszej rzeczy, zasługują na naganę. Ale, skoro przedstawię to pismo jedynie jako historję, lub, jeśli wolicie, jako opowieść, w której, pośród kilku przykładów do naśladowania, znajdzie się też może i wiele innych, za któremi słuszna będzie nie podążać, mam nadzieję, iż będzie ono pożyteczne niektórym a nieszkodliwe nikomu, i że wszyscy poczytają mi za dobre mą szczerość.
Zaprawiano mnie do nauk od dzieciństwa; ponieważ zaś zapewniano mnie, że, za ich pomocą, można nabyć jasną i pewną wiedzę wszystkiego co jest użyteczne dla życia, żywiłem niezmierne pragnienie przyswojenia ich sobie. Ale, zaledwie wyczerpałem cały ten zakres studjów, po upływie którego jest się zazwyczaj przyjętym do towarzystwa uczonych, zmieniłem zupełnie mniemanie: czułem się udręczony wątpliwościami i błędami; zdawało mi się, że, starając się pouczyć, nie osiągnąłem żadnej korzyści, chyba tę, iż tem jawniej odsłoniłem sobie swą niewiedzę. A przecież byłem w jednej z najsławniejszych szkół w Europie, gdzie, sądziłem, powinni znaleźć się uczeni ludzie, jeśli wogóle istnieją w jakiem miejscu na ziemi. Nauczyłem się wszystkiego, czego inni się tam uczyli; a nawet, nie zadawalając się naukami jakie nam podawano, przebiegłem wszystkie księgi, które mi wpadły w ręce, a traktowały o przedmiotach uznanych za najbardziej osobliwe i rzadkie. Znałem przytem sąd, jaki inni mieli o mnie; nie widziałem aby mnie uważano za niższego od współuczniów, mimo iż było już między nimi kilku, których przeznaczano aby zajęli miejsce naszych mistrzów. Wreszcie, wiek nasz zdawał mi się równie kwitnący i bogaty w bystre umysły, co którykolwiek z poprzedzających. To wszystko dawało mi swobodę sądzenia wedle siebie o wszystkich innych i zrodziło przeświadczenie, iż niema na świecie nauki, któraby była taka, jak mi się wprzódy pozwolono spodziewać.
Mimo to, nie przestałem szanować ćwiczeń, któremi zatrudniają nas w szkołach. Wiedziałem, że języki, których tam uczą, potrzebne są dla zrozumienia ksiąg starożytnych; że powab bajek rozbudza umysł; że godne pamięci uczynki z historji podnoszą go; i że, czytane z rozeznaniem, pomagają do kształtowania sądu; że czytanie wszelkich dobrych książek jest niby rozmowa z najgodniejszemi ludźmi minionych wieków, ich autorami, ba nawet rozmowa wybredna, w której odsłaniają nam jedynie swe najlepsze myśli; że wymowa posiada nieporównaną siłę i piękności; że poezja ma bardzo czarujące wykwinty i słodycze; że nauki matematyczne zawierają wymysły bardzo subtelne, i zdolne znacznie posłużyć tak dla zadowolenia ciekawych jak dla ułatwienia wszystkich rzemiosł i zmniejszenia pracy człowieka; że pisma traktujące o obyczajach mieszczą nauki i zachęty do cnoty nader użyteczne; że teologja uczy jak zdobywać niebo; że filozofja daje sposób rozprawiania z prawdopodobieństwem o wszystkich rzeczach i budzenia podziwu mniej uczonych; że prawo, medycyna i inne nauki przynoszą zaszczyty i bogactwa tym którzy je uprawiają; że wreszcie dobrze jest zbadać wszystkie, nawet najbardziej zabobonne i fałszywe, aby poznać ich prawdziwą wartość i nie dać się im omamić.
Ale sądziłem, że już dosyć czasu poświęciłem językom, a nawet także czytaniu ksiąg starożytnych, ich historyj i bajek. Rozmawiać bowiem z ludźmi innych wieków, jestto poniekąd to samo co podróżować. Dobrze jest wiedzieć coś o obyczajach rozmaitych ludów, aby bardziej zdrowo sądzić o naszych, i abyśmy nie myśleli, że wszystko, co jest przeciw naszej modle, jest śmieszne i przeciw rozumowi, jak to zwyczajnie mniemają ci, którzy nic nie widzieli. Ale, kiedy człowiek obraca zbyt wiele czasu na podróżowanie, staje się wreszcie obcym w swoim kraju; kiedy jest nadto ciekaw rzeczy które się działy w minionych wiekach, jest zazwyczaj bardzo nieświadomy tych, które się dzieją współcześnie. Prócz tego, bajki przedstawiają jako możebne wiele wydarzeń w istocie niemożebnych; nawet najwierniejsza historja, jeżeli nie zmienia i nie pomnaża wartości rzeczy aby je uczynić godniejszemi czytania, opuszcza przynajmniej najbardziej pospolite i najmniej świetne okoliczności, z czego pochodzi iż reszta nie wydaje się taką jak jest, i że ci, którzy kierują swoje obyczaje wedle stąd czerpanych przykładów, łatwo skłonni są popaść w szaleństwa paladynów z romansów i imać się zamiarów które przechodzą ich siły.
Ceniłem wielce wymowę i byłem rozkochany w poezji; ale sądziłem, iż jedno i drugie to raczej dary umysłu niż owoce studjów. Ci, którzy silniejsi są w rozumowaniu i lepiej trawią myśli aby je oddać jasno i zrozumiale, mogą zawsze lepiej przekonać o swoich poglądach, chociażby mówili jedynie chłopską gwarą i nigdy nie uczyli się retoryki; ci zaś, którzy mają pomysły bardziej powabne i umieją je wyrazić z największym wdziękiem i okrasą, byliby zawsze największymi poetami, choćby sztuka poetycka była im zupełnie nieznana.
Podobałem sobie zwłaszcza w naukach matematycznych, a to dla pewności i oczywistości ich racyj; ale nie ogarniałem jeszcze prawdziwego ich użytku; a sądząc iż służą jedynie dla sztuk mechanicznych, dziwiłem się, iż, skoro ich podwaliny są tak mocne i stałe, nie zbudowano na nich czegoś wznioślejszego. Przeciwnie znowuż, pisma starożytnych pogan traktujące o obyczajach porównywałem do pałaców bardzo pysznych i wspaniałych, ale zbudowanych na piasku i błocie: wynoszą bardzo wysoko cnoty i ukazują je jako godne czci nad wszystko w świecie; ale nie dosyć uczą je poznać, i często to, co nazywają tak pięknem imieniem, jest jedynie bezczułością, lub pychą, lub rozpaczą, lub ojcobójstwem.
Miałem cześć dla teologji i pragnąłem, nie gorzej od innych, pozyskać sobie niebo; ale, dowiedziawszy się, jako rzecz bardzo pewną, że droga doń jednako jest otwarta dla najbardziej nienauczonych co dla najuczeńszych, i że prawdy objawione, które tam wiodą, stoją wyżej naszego pojęcia, nie odważyłbym się poddać ich memu wątłemu rozumowaniu, i myślałem, że, aby podjąć takie badanie z pomyślnym skutkiem, trzebaby mieć jakowąś nadzwyczajną pomoc nieba i być więcej niż człowiekiem.
Nie powiem nic o filozofji, chyba to, iż, widząc jako uprawiały ją najwyborniejsze duchy żyjące od wielu wieków, i że, mimo to, niema w niej dotąd rzeczy o którąby się nie spierano, któraby więc, tem samem, nie była wątpliwa, nie byłem na tyle zarozumiałym, aby spodziewać się lepiej w tem utrafić niżeli inni. Rozważając ile może być rozmaitych mniemań tyczących tego samego przedmiotu, mniemań głoszonych przez ludzi uczonych, podczas gdy, w istocie, nie może być nigdy więcej niż jedno któreby było prawdziwe, osądziłem niemal jako fałszywe wszystko co jest tylko prawdopodobne.
Co do innych nauk (ile że czerpią zasady swoje w filozofji), sądziłem że nie można zbudować nic trwałego na tak niepewnych podstawach. Ani honory, ani zyski które obiecują, nie były wystarczającym bodźcem aby mnie skłonić do ich studjowania. Nie byłem, Bogu dzięki, w położeniu, któreby mnie zniewalało czynić rzemiosło z nauki dla poprawy swego losu; mimo zaś iż nie popisuję się, na sposób cyników, pogardą dla sławy, bardzo mało nęciła mnie ta, którą mogłem nabyć jedynie zapomocą fałszywych tytułów. Wreszcie, co się tyczy nauk nieczystych, sądziłem, iż dostatecznie wiem ile są warte, aby się nie dać zmamić obietnicom alchemisty, ani przepowiedniom astrologa, ani szalbierstwom magika, ani sztuczkom lub przechwałkom żadnego z ludzi czyniących rzemiosło z tego aby wiedzieć więcej niż wiedzą.
Dlatego też, skoro tylko wiek pozwolił mi wyjść z pod władzy nauczycieli, rzuciłem zupełnie zgłębianie nauk. Zgodziwszy się nie szukać już innej wiedzy prócz tej którą mógłbym znaleźć w samym sobie, lub też w wielkiej księdze świata, obróciłem resztę młodości na podróżowanie, oglądanie dworów i wojsk, szukanie towarzystwa ludzi rozmaitych usposobień i stanów, gromadzenie doświadczeń, próbowanie samego siebie w przygodach które mi los nadarzy, wszędzie zaś na zastanawianie się nad nastręczającemi się rzeczami w taki sposób, abym z nich mógł wyciągnąć jakąś korzyść. Zdawało mi się bowiem, iż może znajdę o wiele więcej prawdy w rozumowaniach jakie każdy czyni odnośnie do spraw które mu są bliskie, i których obrót musi go ukarać niebawem jeśli je źle osądzi, niż w sądach które tworzy uczony w swojej pracowni, odnośnie do spekulacyj nie wydających żadnego skutku, i nie mających dlań innych następstw, prócz może tego, iż dobędzie z nich o tyleż więcej chluby, im bardziej będą oddalone od pospolitego rozsądku, a to iż musiał zużyć więcej dowcipu i sztuki aby im nadać prawdopodobieństwo. Wreszcie, posiadałem zawsze bardzo silne pragnienie aby się nauczyć rozróżniać prawdę od fałszu, aby widzieć jasno w swoich czynach i stąpać pewnym krokiem przez życie.
Prawda, iż, podczas gdy tak oto przyglądałem się obyczajom innych ludzi, nie znajdowałem nic, na czem mógłbym się oprzeć, i zauważyłem w nich niemal tęż samą rozbieżność, co wprzódy w mniemaniach filozofów. Ostatecznie, największą korzyścią jaką z nich dobyłem, było to, iż, widząc wiele rzeczy, które, jakkolwiek zdają się nam bardzo śmieszne i niedorzeczne, zażywają, mimo to, powszechnego wzięcia i uważania u innych wielkich narodów, uczyłem się stąd aby nie wierzyć nazbyt pewnie w nic o czem przekonuje mnie jeno przykład i obyczaj. W ten sposób, oswobadzałem się pomału z wielu błędów które mogą zaciemniać nasze naturalne światło i czynić nas mniej zdatnymi do pojmowania. Ale, skoro obróciłem kilka lat na studjowanie w ten sposób w księdze świata i zdobywanie niejakiego doświadczenia, postanowiłem, pewnego dnia, zagłębić się również w samego siebie, i użyć wszelkich sił ducha dla wyszukania dróg któremi iść mi należało. Powiodło mi się to, jak sądzę, o wiele lepiej, niż gdybym się nigdy nie oddalił od swego kraju ani od książki.





Przypisy

  1. Descartes, Rozprawa o metodzie dobrego powodowania swoim rozumem i szukania prawdy w naukach, przełożył Boy, Gebethner i Wolff.

Zobacz też


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: René Descartes i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.