Z „Renego“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor François-René de Chateaubriand
Tytuł Z „Renego“
Pochodzenie Antologja literatury francuskiej / Chateaubriand
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Całość jako: Pobierz cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Z „RENEGO“.

...Czy to przez wrodzoną chwiejność, czy przez uprzedzenie do klasztornego życia, zmieniłem zamiar i postanowiłem puścić się w podróż. Pożegnałem się z siostrą; uścisnęła mnie ruchem który podobny był do radości, tak jakby szczęśliwa była z tego rozstania; nie mogłem się obronić gorzkiej myśli o niestałości ludzkich uczuć.
Zaczem, pełen zapału, rzuciłem się sam jeden w ten burzliwy ocean świata, którego ani portów ani raf nie znałem. Odwiedziłem najpierw ludy, których już niema; zapragnąłem usiąść na szczątkach Rzymu i Grecji, krajów o silnej i mądrej pamięci, gdzie pałace tkwią zagrzebane w prochu, a mauzolea królów ukryte wśród głogów. Siło przyrody a słabości człowieka! źdźbło trawy przebija często najtwardszy marmur, którego wszyscy ci zmarli, tak potężni, nie podniosą nigdy!
Niekiedy, wysoka kolumna jawi się samotnie wśród pustyni, tak jak wielka myśl wznosi się, od czasu do czasu, w duszy spustoszonej przez wiek i nieszczęścia.
Rozmyślałem nad temi pomnikami, we wszystkich przygodach i we wszystkich godzinach dnia. Toż samo słońce, które widziało jak rzucano fundamenty pod te groby, kładło się, w moich oczach, majestatycznie na ich ruinach; księżyc, wznoszący się na czystem niebie między dwiema wpół strzaskanemi urnami popiołów, oświecał blado grobowce. Często, w promieniach tej gwiazdy tak nastrajającej do marzenia, zdało mi się, że widzę Ducha wspomnień, jak siada zamyślony u mych stóp.
Ale znużyło mnie przetrząsać trumny, w których zbyt często poruszałem jeno prochy zbrodni.
Chciałem przekonać się, czy żyjące plemiona ukażą mi więcej cnót lub mniej nieszczęść niż wygasłe rasy. Przechadzając się pewnego dnia w wielkiem mieście, poza jakimś pałacem, w ustronnym i pustym dziedzińcu, ujrzałem posąg, który wskazywał palcem miejsce wsławione ofiarą. Uderzyła mnie panująca tam cisza; wiatr tylko jęczał dokoła tragicznego marmuru. Robotnicy spoczywali obojętnie u stóp posągu, lub też, pogwizdując, obrabiali kamienie. Spytałem ich, co znaczy ów pomnik: jedni zaledwie mogli mnie objaśnić, drudzy zgoła nieświadomi byli katastrofy, której był pamiątką. Nic lepiej mi nie ujawniło istotnej miary wydarzeń, i tego nic, którem jesteśmy. Co się stało z ludźmi, którzy czynili tyle zgiełku? Czas uczynił krok, i powierzchnia ziemi zmieniła oblicze.
Szukałem zwłaszcza w swoich podróżach towarzystwa artystów i tych boskich ludzi, którzy opiewają na swej lirze bogów, oraz szczęście ludów szanujących prawa, religję i groby.
Ci śpiewacy są z rasy boskiej; posiadają jedyny niezaprzeczony dar, jakim niebo obdzieliło ziemię. Życie ich jest zarazem naiwne i wzniosłe; sławią bogów złotemi usty a są najprostszymi z ludzi; gwarzą jak nieśmiertelni albo jak małe dzieci; tłumaczą prawa wszechświata, a nie mogą zrozumieć najbłahszych spraw życia; mają cudowne pojęcia o śmierci, a umierają, nie wiedząc sami kiedy, jak niemowlęta.
Na górach Kaledonji, ostatni bard, jakiego słyszano w tych pustkowiach, wyśpiewał mi poematy, których bohater krzepił niegdyś jego starość. Siedzieliśmy na kamieniach zjedzonych mchem; potok płynął u naszych stóp; koza pasła się opodal wśród szczątków wieży, a wiatr morski świstał po haszczach. Obecnie, religja chrześcijańska, również córa wysokich gór, zatknęła krzyż na pomnikach morweńskich bohaterów i trąciła w harfę Dawida nad brzegiem tegoż strumienia, wpodle którego Ossjan dobywał jęku ze swej harfy...
Starożytna i śmiejąca Italja ukazała mi tłum swych arcydzieł. Z jakąż świętą i poetycką grozą błądziłem po tych rozległych budowlach, poświęconych przez sztukę religji! Co za labirynt kolumn! Jakie szeregi arkad i sklepień! Jakże piękne są szmery które słyszy się dokoła tych kopuł, podobne do hałasu fal w Oceanie, do szeptu wiatrów w lasach lub do głosu Boga w świątyni! Architekt buduje, można powiedzieć, myśli poety, i czyni je dotykalnemi zmysłom.
Mimo to, czegóż nauczyłem się aż dotąd z tylą mozołu? Nic pewnego u starożytnych, nic pięknego u współczesnych. Przeszłość i teraźniejszość, to dwa niezupełne posągi: jeden wydobyto pokaleczony od uszkodzeń wieków, drugi nie osiągnął jeszcze swej przyszłej doskonałości...
...Niebawem, uczułem się bardziej samotny w ojczyźnie, niż wprzód na obcej ziemi. Chciałem się rzucić na jakiś czas w wir świata, świata który był mi zupełnie obcy i nie rozumiał mnie. Dusza moja, nie zużyta jeszcze żadną namiętnością, szukała przedmiotu przywiązania; ale spostrzegłem, iż daję więcej niż otrzymuję. Nie podniosłego języka ani też głębokiego uczucia żądano ode mnie. Bawiłem się jeno zdrabnianiem swego życia, aby je zrównać z poziomem otoczenia. Uważany wszędzie za „romantyczną głowę“, wstydząc się roli jaką odgrywam, zmierżony coraz to więcej wszystkiem i wszystkimi, postanowiłem usunąć się w jakiś kąt miasta, aby tam żyć zupełnie ustronnie.
Zrazu znalazłem przyjemność w tem pokątnem i niezawisłem życiu. Nieznany, poruszałem się w tłumie, w owej rozległej pustyni ludzkiej.
Często, przysiadłszy w jakimś mało uczęszczanym kościele, spędzałem godziny całe na dumaniach. Widziałem biedne kobiety, jak przychodziły padać na twarz w obliczu Najwyższego, lub grzeszników klękających przed trybunałem pokuty. Każdy, kto opuszczał ten przybytek, wychodził z bardziej rozjaśnioną twarzą; głuche zaś hałasy dochodzące z zewnątrz zdawały się niby fale namiętności i burz świata, zamierające u stóp świątyni Pańskiej. Wielki Boże, który widziałeś łzy moje płynące tajemnie w tych świętych zaciszach, wiesz ile razy rzucałem się do twych stóp, błagając abyś mnie zwolnił z ciężaru istnienia lub też odmienił we mnie dawnego człowieka! Ach! któż nie czuł niekiedy potrzeby odrodzenia się, odmłodzenia w wodach rzeki, skrzepienia duszy w źródle życia? Któż nie czuje się niekiedy przygnieciony ciężarem własnego skażenia, niezdolnym uczynić nic wielkiego, szlachetnego, sprawiedliwego?
Kiedy zapadał wieczór, wówczas, kierując się z powrotem ku swemu schronieniu, zatrzymywałem się na moście aby oglądać zachód słońca. Czerwony krąg, rozpłomieniając opary miasta, zdawał się wahać powoli w złotej cieczy, niby wahadło zegaru wieków. Szedłem wreszcie ku domowi wśród zapadającej nocy, przez labirynt samotnych uliczek. Patrząc na światła błyszczące w domach ludzkich, przenosiłem się myślą w kryjące się tam sceny bólu i radości, i myślałem, że, pod tyloma zamieszkałemi dachami, ja nie mam przyjaciela. Wśród tych dumań, na wieży katedry gotyckiej biła miarowemi uderzeniami godzina, powtarzała się na wszystkie tony od kościoła do kościoła. Niestety! każda godzina w społeczeństwie ludzi otwiera grób i każe płynąć łzom.
To życie, które mnie w pierwszej chwili oczarowało, stało mi się niebawem nie do zniesienia. Znużyło mnie powtarzanie się tych samych scen i tych samych myśli. Zacząłem zgłębiać własne serce, pytać czego pragnę. Nie wiedziałem; ale wydało mi się nagle, iż z rozkoszą znalazłbym się w lesie. I oto już byłem gotów zakończyć na wiejskiem wygnaniu drogę życia ledwie rozpoczętą, a w której już pochłonąłem wieki.
Chwyciłem się tej myśli z zapałem, jaki wkładam we wszystkie zamiary; wyjechałem natychmiast aby zakopać się w chatce, tak jak ruszyłem niegdyś aby objechać świat dokoła.
Winią mnie, iż jestem niestały w upodobaniach, że nie umiem się długo karmić jedną chimerą, że jestem pastwą wyobraźni, która kwapi się docierać do dna mych rozkoszy, jak gdyby się czuła przygnieciona ich trwaniem; obwiniają mnie, że zawsze wybiegam poza cel który mogę osiągnąć: niestety! szukam jedynie nieznanego dobra, którego przeczucie mnie prześladuje. Czy to moja wina, jeżeli znajduję wszędzie granice, jeżeli to co skończone nie ma dla mnie żadnej wartości? Mimo to, czuję, iż przywiązuję się w życiu do pewnej monotonji wrażeń, i, gdybym był jeszcze na tyle szalony aby wierzyć w szczęście, szukałbym go w przyzwyczajeniu.
Bezwarunkowa samotność, widok natury, wprowadziły mnie niebawem w stan niepodobny prawie do opisania. Bez rodziny, bez przyjaciół, można powiedzieć, sam na ziemi, nie zaznawszy jeszcze uczucia miłości, byłem niejako zmiażdżony nadmiarem życia. Niekiedy oblewałem się nagle rumieńcem, czułem jak w mojem sercu krążą niby strumienie żarzącej lawy; niekiedy wydawałem mimowolne krzyki; czym śnił czym czuwał, noce moje zarówno były niespokojne. Brakowało mi czegoś, aby wypełnić otchłań istnienia: schodziłem w doliny, wspinałem się na góry, przywołując całą siłą pragnień ideał przyszłej namiętności; tuliłem go w podmuchu wiatrów; zdawało mi się że słyszę go w jęku rzeki; wszystko było tym urojonym majakiem, i gwiazdy w niebie, i nawet sama zasada wszechżycia...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

...Zasłaniając na chwilę oczy chustką, wszedłem pod dach przodków. Przebiegałem echowe komnaty, w których słychać było jedynie hałas moich kroków. Pokoje były ledwie oświetlone słabem światłem, które przedzierało się przez zamknięte okiennice. Odwiedziłem komnatę, w której matka postradała życie, wydając mnie na świat; tę, w której zwykł przebywać ojciec; tę, w której sypiałem w kołysce; tę wreszcie, w której siostrzane łono przyjęło pierwsze wylewy mej tkliwości. Sale były wszędzie odarte z obić, pająk snuł swą nić w opustoszałych łożach. Wyszedłem spiesznie z zamku, oddaliłem się wielkiemi krokami, nie śmiejąc odwrócić głowy. Jakież słodkie, ale jak szybkie są chwile, które rodzeństwo pędzi w zaraniu młodości, zjednoczone pod skrzydłem sędziwych rodziców! Rodzina człowieka trwa tylko jeden dzień; dech Boży rozwiewa ją jak dym. Zaledwie syn zna ojca, ojciec syna, brat siostrę, siostra brata! Dąb widzi, jak jego żołędzie kiełkują dokoła niego; nie tak jest z dziećmi ludzi!
...O brzasku, usłyszałem pierwszy dźwięk dzwonów... Około dziesiątej, wpół żywy, powlokłem się do klasztoru. Nic nie może dla człowieka być tragiczne, skoro się było świadkiem podobnego widowiska; nic nie może być bolesne, skoro się je przeżyło.
Ogromna ciżba ludu wypełniała kościół. Zaprowadzono mnie do ławki w sanktuarjum; rzuciłem się na kolana, zaledwie wiedząc gdzie jestem i na co się zgodziłem. Już ksiądz czekał u ołtarza; naraz, otwiera się tajemnicza krata, i jawi się Amelja, przystrojona z całym świeckim przepychem. Była tak piękna, było na jej twarzy coś tak niebiańskiego, że zbudziła powszechny szmer zdumienia i podziwu. Zwyciężony wzniosłym bólem Świętej, przygnieciony wspaniałością religji, uczułem iż wszystkie gwałtowne zamiary rozpływają się; siły mnie opuściły; spętany wszechpotężną ręką, w miejsce przekleństw i pogróżek, znalazłem w sercu jedynie głębokie uwielbienie i jęki pokory.
Amelja zajęła miejsce pod baldachimem. Rozpoczyna się uroczystość przy blasku pochodni, śród kwiatów i kadzideł, iżby ofiara stała się tem milszą. Przy ofiarowaniu, kapłan rozdział się z bogatych szat, zachował jedynie lnianą tunikę, wstąpił na kazalnicę, i, we wzruszającej a prostej przemowie, odmalował szczęście dziewicy, która poświęca się Panu. Kiedy wymówił te słowa: „Objawiła się niby kadzidło, które strawia się w ogniu“, zdało się iż wielki spokój i niebiańskie zapachy rozlewają się w audytorjum; miałem uczucie, iż jestem w bezpiecznem schronieniu pod skrzydłami mistycznej gołębicy, że widzę aniołów zstępujących na ołtarz i wstępujących ku niebu z kadzidłem i wieńcami.
Kapłan kończy przemówienie, wdziewa z powrotem ornat, podejmuje ofiarę. Amelja, podtrzymywana przez dwie młode zakonnice, przyklęka na najniższym stopniu ołtarza. Przychodzą wówczas po mnie, abym dopełnił funkcyj ojcowskich. Na odgłos mych chwiejnych kroków w sanktuarjum, Amelja bliska jest omdlenia. Wskazują mi miejsce obok księdza, abym mu podał nożyczki. W tej chwili, czuję nowy przypływ wściekłości i szału; już mam wybuchnąć, kiedy Amelja, przywołując swe męstwo, rzuca mi spojrzenie zawierające tyle wyrzutu i boleści, iż czuję się zmiażdżony. Religja triumfuje. Siostra korzysta z mego pomieszania, podaje śmiało głowę. Wspaniałe włosy sypią się ze wszystkich stron pod świętem żelazem; długa suknia z powiewnej tkaniny zajmuje miejsce wszystkich świeckich strojów, nie ujmując piękności Amelji nic z uroku; czoło kryje się pod lnianą opaską.; a tajemniczy welon, podwójny symbol dziewictwa i religji, obejmuje ogołoconą głowę. Nigdy nie wydała mi się tak piękna. Oko pokutnicy utkwione było w prochu ziemi, dusza zaś była w niebie.
Wszelako Amelja nie wyrzekła jeszcze ślubów: aby umrzeć dla świata, trzeba jej było przejść przez grób. Kładzie się na marmurze; rozciągają na niej śmiertelny całun: cztery pochodnie znaczą cztery jego rogi. Kapłan, ze stułą na szyi, z książką w ręku, rozpoczyna modlitwy za umarłych; młode dziewice podejmują je dalej. O rozkosze religji, jakież jesteście wielkie, ale jak straszliwe! Zniewolono mnie, abym ukląkł w pobliżu tego posępnego orszaku. Nagle, niewyraźny szmer wychodzi z pod grobowej zasłony; pochylam się, i te przerażające słowa (które ja jeden tylko słyszałem) uderzają moje uszy: „Boże miłosierdzia, spraw, abym się już nie podniosła z tego śmiertelnego posłania, i obsyp dobrodziejstwy brata, który nie podzielił mej zbrodniczej miłości“.
Na te słowa wydzierające się z trumny, oślepia mnie blask straszliwej tajemnicy; rozum mi się mąci, osuwam się na śmiertelny całun, tulę siostrę w ramiona i wołam: „Czysta małżonko Jezusa Chrystusa, przyjm me ostatnie uściśnienie poprzez lody zgonu i otchłanie wieczności, dzielące cię już od brata!“
Ten wybuch, wykrzyk, łzy, mącą obrządek: ksiądz przerywa, zakonnice zapuszczają kratę, tłum faluje i tłoczy się ku ołtarzowi, wynoszą mnie bez zmysłów. Jakże mało wdzięczen byłem tym, którzy mnie przywołali do życia! Dowiedziałem się, otwierając oczy, że dopełniono obrządku i że siostra dostała ataku gorączki. Kazała prosić, bym się już nie starał jej widzieć. O nędzy mego życia! siostra lęka się mówić z bratem, brat wzdryga się odezwać do siostry! Wyszedłem z klasztoru niby z owego miejsca pokuty, gdzie płomienie przygotowują nas do niebiańskiego życia, i gdzie straciło się, jak w piekle, wszystko, prócz nadziei...
...Sprzedaż niewielkiego mienia, które mi pozostawało i które odstąpiłem bratu, przygotowania związane z wyprawą, przeciwne wiatry, zatrzymały mnie długo w porcie. Chodziłem co rano zasięgnąć wiadomości o Amelji; za każdym razem wracałem z nową przyczyną do podziwu i łez.
Błądziłem bezustanku dokoła klasztoru zbudowanego nad brzegiem morza. W małem, zakratowanem okienku wychodzącem na opustoszałe wybrzeże, spostrzegałem często zakonnicę, siedzącą w postawie pełnej zadumy; marzyła, spoglądając na Ocean, gdzie pojawiał się, od czasu do czasu, statek pomykający ku krańcom ziemi. Wiele razy, przy blasku księżyca, widziałem tę samą zakonnicę w kratach okna; spoglądała na morze, oświetlona gwiazdą nocy i zdawała się nastawiać ucha na pomruk fal, które łamały się smutno o samotne wybrzeże.
Zdaje mi się, że jeszcze słyszę dzwon, który, wśród nocy, zwoływał zakonnice na czuwanie i modły. Podczas gdy dzwonił zwolna, a dziewice udawały się w milczeniu do ołtarzy Wszechmocnego, ja biegłem pod klasztor: tam, sam jeden u stóp murów, słuchałem w świętej ekstazie ostatniego dźwięku śpiewów, które mieszały się pod sklepieniem świątyni ze słabym odgłosem fal.
Nie wiem w jaki sposób, wszystko to, co powinno było podsycać me zgryzoty, tępiło przeciwnie ich ostrze. Łzy moje zawierały mniej goryczy, kiedy je wylewałem na skały wśród wiatrów. Cierpienie moje nawet, dzięki swej niezwykłej naturze, przynosiło z sobą niejaką osłodę: miłe jest to co nie jest pospolite, nawet gdy samo w sobie jest nieszczęściem. Powziąłem stąd niemal nadzieję, że i siostra będzie z czasem mniej nieszczęśliwą...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: François-René de Chateaubriand i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.