Strona:PL Boy - Antologia literatury francuskiej.djvu/417

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale znużyło mnie przetrząsać trumny, w których zbyt często poruszałem jeno prochy zbrodni.
Chciałem przekonać się, czy żyjące plemiona ukażą mi więcej cnót lub mniej nieszczęść niż wygasłe rasy. Przechadzając się pewnego dnia w wielkiem mieście, poza jakimś pałacem, w ustronnym i pustym dziedzińcu, ujrzałem posąg, który wskazywał palcem miejsce wsławione ofiarą. Uderzyła mnie panująca tam cisza; wiatr tylko jęczał dokoła tragicznego marmuru. Robotnicy spoczywali obojętnie u stóp posągu, lub też, pogwizdując, obrabiali kamienie. Spytałem ich, co znaczy ów pomnik: jedni zaledwie mogli mnie objaśnić, drudzy zgoła nieświadomi byli katastrofy, której był pamiątką. Nic lepiej mi nie ujawniło istotnej miary wydarzeń, i tego nic, którem jesteśmy. Co się stało z ludźmi, którzy czynili tyle zgiełku? Czas uczynił krok, i powierzchnia ziemi zmieniła oblicze.
Szukałem zwłaszcza w swoich podróżach towarzystwa artystów i tych boskich ludzi, którzy opiewają na swej lirze bogów, oraz szczęście ludów szanujących prawa, religję i groby.
Ci śpiewacy są z rasy boskiej; posiadają jedyny niezaprzeczony dar, jakim niebo obdzieliło ziemię. Życie ich jest zarazem naiwne i wzniosłe; sławią bogów złotemi usty a są najprostszymi z ludzi; gwarzą jak nieśmiertelni albo jak małe dzieci; tłumaczą prawa wszechświata, a nie mogą zrozumieć najbłahszych spraw życia; mają cudowne pojęcia o śmierci, a umierają, nie wiedząc sami kiedy, jak niemowlęta.
Na górach Kaledonji, ostatni bard, jakiego słyszano w tych pustkowiach, wyśpiewał mi poematy, których bohater krzepił niegdyś jego starość. Siedzieliśmy na kamieniach zjedzonych mchem; potok płynął u naszych stóp; koza pasła się opodal wśród szczątków wieży, a wiatr morski świstał po haszczach. Obecnie, religja chrześcijańska, również córa wysokich gór, zatknęła krzyż na pomnikach morweńskich bohaterów i trąciła