Złote sidła/XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Złote sidła
Podtytuł Ku rzece Pokładów Miedzi
Wydawca Wydawnictwo Książek Popularnych
Data wydania 1925
Drukarz Drukarnia Diecezjalna w Opolu
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXII.
Ku rzece Pokładów Miedzi.

Blake zrozumiał, że minął czas na żarty. Zwróciwszy się do Eskimosa powiedział mu w jego języku kilka krótkich słów.
Filip wiedział doskonale, że dawał Kogmollokowi zlecenia, w jaki sposób banda miała, działać aby wyrwać go z jego rąk. Ale wiedział także, że zalecał im roztropność i ostrzegał, iż nie odbędzie się bez poważnych niebezpieczeństw, ponieważ strzelba i rewolwer zmieniły swoich właścicieli.
Kiedy Blake skończył, wypchnął go za drzwi, aż do zaprzężonych sanek. Sanki wyładowane były po brzegi świeżym mięsem renifera. Było tego prawie tysiąc funtów. Filip zatrzymał ledwie czwartą część, resztę zrzucił na śnieg. Potem usadowił wygodnie Cecylię i zdjąwszy ostatnie więzy, krępujące Blakea, którego nogi były już wolne, uwolnił jego prawą rękę. Podał mu w końcu bat, zabrany Eskimosowi i rzekł:
— Teraz, Blake, biegnij obok psów i popędzaj je. Prosto ku rzece Pokładów Miedzi i to najkrótszą drogą! Chodzi zarówno o twoje, jak i o moje życie! Najmniejszy podejrzany znak, a umrzesz!
Blake mruknął:
— Pan zwariował. Boże! Prawdziwy wariat!
Filip odpowiedział tylko:
— Masz! I w drogę...
Blake trzasnął z bicza i rzucił po Eskimosku krótki i energiczny rozkaz. Psy podniosły swoje brzuchy, spłaszczone na śniegu i pobiegły na swoich łapach. Nowy rozkaz i sanki ruszyły pędem. Eskimos widział ze smutkiem z progu chaty znikające szybko sanki.
Filip, który szedł piechotą, podobnie jak Blake, oddał strzelbę w ręce Cecylii, która trzymała ją na kolanach w zaciśniętych dłoniach, położywszy palec na kurku i gotowa strzelić, gdyby Blake usiłował uciec. Powierzył jej to ważne zadanie, ponieważ wiedział, że wywiąże się z niego bez zarzutu. Biegł obok sanek, a widząc ją poważną i czujnie wpatrzoną w szeroki grzbiet Blakea, jął się śmiać. Cecylia zwróciła na chwilę oczy ku niemu i zarumieniła się, widząc, że patrzy na nią z zachwytem.
— Blake ma słuszność, — rzekł półgłosem. — Czyniąc tak, jestem szaleńcem. Tylko dla twojej przyjemności odbywam podróż do twojego ojca. Narażamy nasze życia. Może nie zdajesz sobie z tego dokładnie sprawy, moja ukochana? Jadąc na południe, bylibyśmy wkrótce zdrowi i cali, a Eskimosi nie mieliby odwagi ścigać nas dłużej. Wtedy byłbym pewny, że posiądę cię na zawsze...
Cecylia uśmiechnęła się, słuchając jego słów i nie rozumiejąc ich.
—... A może, gdy przybędziemy do niego, znajdziesz go martwego. Los nasz zależy od Blakea. Pilnuj go dobrze. Ja uczynię to samo.
I postąpiwszy naprzód sanek, nabił wielki rewolwer który mógł na trzydzieści kroków zabić Blakea.
Blake prowadził sanki w kierunku północno-zachodnim i bez wątpienia zdążali ku rzece Pokładów Miedzi, owej wielkiej rzeki, teraz zamarżniętej, wpadającej do Oceanu Lodowatego. Kiedy drzewa i gęstwiny przerzedzały się, Filip zbliżał się do Cecylii. Ale kiedy teren stawał się dogodniejszy do zasadzek, wracał do Blakea, trzymając rewolwer w pogotowiu. Wtedy Cecylia pilnowała śladów za nimi, chociażby nawet nic się na nich nie pojawiało.
Jechali tak przez trzy kwadranse, kiedy Blake rzucił krótki rozkaz i zatrzymał swoje psy.
Karawana znajdowała się na małym nasypie, dominującym nad lesistym Barrenem, za którym zarysował się czarną linią drugi mały lasek. Blake wskazał palcem jodły, skąd wydobywał się słup dymu smolnego.
— Teraz niech pan zadecyduje, — rzekł do Filipa, — co pan chce uczynić. Droga nasza przechodzi przez te jodły, a tam widzi pan dym. Musi tam być kilkudziesięciu Eskimosów, karmiących się właśnie mięsem renifera. Jeśli pojedziemy dalej, zobaczą wkrótce nas i psy i w rezultacie napadną nas. Kraj, do którego wchodzimy, jest prawdziwą jaskinią łotrów, przesiąkniętą krwią... Ostrzegam pana z całą życzliwością, ponieważ nie chcę połknąć kuli, jaką mi pan przyrzekł.
Słowa Blakea wydawały się szczere, jednak Filipowi zdawało się, że w spojrzeniu jego ukrywa się jakaś podstępna myśl.
Blake zbliżył się i jął mówić dalej:
— Uważaj, Filipie Brant! Jeśli uprze się pan, aby iść dalej, przy końcu dnia ścigać nas będzie dwustu Eskimosów. Bądź pan szczęśliwy, że zatrzymałem tutaj psy miast rzucić pana na łup morderców. Korzystaj pan z tego, jeśli życie panu miłe. Oddaj mi dziewczynę i uciekaj w przeciwnym kierunku z sankami i psami.
Kłamstwo było jasne.
— Pojedziemy dalej, — rzekł Filip spojrzawszy na Blakea energicznie i z pogardą. — Chyba ty najprędzej możesz przejść obok Eskimosów bez obawy. Będziesz moją osłoną, albo cię zabiję. Może wtedy, gdy umrzesz, dostaną mnie Eskimosi w swoje ręce. Ale nie dostaniesz dziewczyny. Zrozumiałeś? Wkrótce skończymy naszą grę. Jeden z nas wygra lub przegra, i mam przekonanie, że ty zapłacisz w końcu wszystkie długi.
Wzrok Blakea spochmurniał na nowo. Mruknąwszy i wzruszywszy ramionami, popędził znowu psy trzaśnięciem bicza i przybrał zrezygnowaną minę.
I istotnie, podejrzany las ominięto zręcznie i bez żadnego wypadku.
Filip szedł obok Blakea i nie oddalał się od niego ani na krok. W łotrowskich jego oczach taił się nieokreślony wyraz, mimo pozornej uległości. Było w nich coś groźnego i szyderczego, obłuda duszy, zdolnej do niebezpiecznej zdrady.
Nagle, na skraju uciążliwego terenu, zasianego małymi pagórkami, zakrywającymi horyzont, Blake wskazał batem szeroką, wolną przestrzeń i rzekł:
— Oto jest rzeka Pokładów Miedzi!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Kazimierz Bukowski.