Złote sidła/XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Złote sidła
Podtytuł Blake staje się rozmowny
Wydawca Wydawnictwo Książek Popularnych
Data wydania 1925
Drukarz Drukarnia Diecezjalna w Opolu
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXI.
Blake staje się rozmowny.

Na ów krzyk Filip i Cecylia jęli nadsłuchiwać.
Rozległ się on na nowo i brzmiał inaczej niż poprzedni:
Ma-too-ee!
Jest to przeciągły okrzyk Eskimosów, podawany swoim towarzyszom. Ów skierowany był bez wątpienia do człowieka z chaty.
Podczas gdy Filip obserwował śnieg i badał wzrokiem drzewa i krzaki, Cecylia wróciła do chaty. Człowiek, którego ogłuszyła kijem, począł się poruszać. Przywołała Filipa, który posłał ją, aby go pilnowała i postanowił zabezpieczyć się przed swym więźniem.
Skórzaną linewką, którą zabrał jednemu z poległych Eskimosów, związał mu ręce i nogi. Kiedy zajęty był tą czynnością, snop światła padł na twarz i piersi skrępowanego olbrzyma, którego odzienie podarło się w czasie walki. Czerwonawy, wytatuowany obraz, wyryty na piersiach olbrzyma, zwrócił uwagę Filipa.
Przedstawiał on rekina z olbrzymimi rozdziawionymi szczękami, walczącego z harpunem, który go przeszył na wskróś i od którego usiłował się uwolnić. W dole wyryte były nieco zatarte litery, tworzące nazwisko. Filip odczytał je: „B-L-A-K-E". Inicjał G. oznaczał imię.
— Blake! — powtórzył Filip, podnosząc się. — Bez wątpienia Jerzy Blake. Marynarz i biały!
Tymczasem Blake odzyskał przytomność i wymamrotał jakieś niezrozumiałe słowa, gdy tymczasem Cecylia przywołała do drzwi Filipa. Ów nadbiegł, kryjąc się jak najzręczniej i spojrzał. W odległości prawie pięćdziesięciu jardów zbliżała się sfora psów.
Było tam ośm psów rasy eskimoskiej, z małą głową lisa, jakie się spotyka nad Oceanem Lodowatym. Ciągnęły sanki, suto wyładowane, a za nimi szedł przewoźnik, zakapturzony i odziany w futra, przysadkowaty, rzucając krótkim i donośnym głosem rozkazy.
Tymczasem z podłogi chaty rozległ się pomruk. Filip odwrócił się i ujrzał oczy Blakea, które wpatrywały się w niego, szeroko otwarte i nabiegłe krwią. Krwawiące jego usta skurczyły się w szyderczy uśmiech i usiłował rozerwać krępującą go linewkę skórzaną.
Równocześnie Cecylia przypatrywała się również uważnie Blakowi i wzrok jej zdradził głębokie zdumienie. Kiedy olbrzym wyprostował się do połowy, ukazując twarz w świetle dziennym, krzyknęła głośno, a wtedy on spojrzał w jej stronę. Zwierzę spętane na podłodze i stojąca przed nim dziewczyna patrzyli na siebie, tworząc niespodziewany, pełen kontrastów obraz, któryby w innych okolicznościach ubawił żywo Filipa.
Zdawało się, że oboje poznają się i Cecylia była tym przerażona, podczas gdy w oczach Blakea malował się rosnący nieustannie lubieżny zachwyt.
Scenę tę przerwał głos zbliżających się coraz bardziej Eskimosów. Blake spojrzał natychmiast ku drzwiom z radosnym pomrukiem i pod naciskiem jego muskułów skórzana linewka, krępująca jego ręce, pękła jak słaba nitka. Niemniej szybko Filip skierował przeciw niemu lufę wielkiego rewolweru i oparł ją o głowę swojego więźnia:
— Wymów słowo, — rzekł, — zrób najmniejszy ruch, a nie będziesz żył, Blake... Potrzebuję tej uprzęży i tych sanek...Jeśli piśniesz tylko słówko, mózg twój rozpryśnie się po podłodze!
Pozostawiwszy Blakea pod strażą Cecylii, która chwyciła również strzelbę i trzymała palec na kurku, gotowa każdej chwili wystrzelić. Filip wyszedł z chaty, gdy sanki zazgrzytały na śniegu wpośród ujadania psów. Eskimos, który prowadził sanki, ujrzał z osłupieniem czarne oko rewolweru skierowane przeciwko sobie. Niepotrzebne były słowa, aby zrozumiał, że musi wejść do chaty na czworakach pod grozą kuli rewolwerowej.
Kiedy znalazł się wewnątrz chaty, Filip dał mu do zrozumienia, że musi się odwrócić i skrępował mu silnie ręce na plecach. To samo uczynił potem z Blakem, używszy podwójnej linewki, podczas gdy Cecylia stała z przygotowaną do strzału strzelbą, gotowa położyć trupem każdego, któryby się jej oparł. Jej spokój był doskonały.
Kiedy Filip skończył, opuściła broń i oparła ją o ścianę chaty. Następnie pobiegła do Blakea i wśród niezmiernego poruszenia usiłowała wytłumaczyć Filipowi, jak poznała już ich więźnia.
Blake nie był wcale przejęty strachem i oczy jego patrzyły na Cecylię z taką sprośną pożądliwością, że Filipa przeszedł dreszcz. Potem wybuchnął śmiechem:
— Nie rozumiesz nic, towarzyszu, co? — zachichotał. I ja również nie! Ale pojmuję, co ci chcę na próżno wytłumaczyć. To jest diabelnie komiczne!
Spojrzał ku drzwiom, spodziewając się, że lada chwila nadejdzie pomoc. A kiedy nic nie nadchodziło, ogarnęła go wściekłość. Zaczął wrzeszczeć:
— A więc ty jesteś Filipem Brantem z Policji Królewskiej, co? Przeczytałeś zapewne moje nazwisko: Blake. Ale G. nie znaczy George (Jerzy). Jeśli zechcesz przeciąć linewkę, która krępuje mi nogi, abym mógł się wyprostować lub przynajmniej usiąść opowiem ci coś. Patrz, z tak skrępowanymi rękami nie mogę ci nic złego uczynić. Ale pozwól mi się wyprostować trochę. Nie mogę mówić, leżąc na grzbiecie i dławi mnie jabłko Adama, gdy otwieram usta...
Filip wziął strzelbę i podał ją Cecylii. Potem przeciął nożycami więzy Blakea, który wstał.
— A teraz mów! — rozkazał Filip, przyłożywszy rewolwer do jego piersi. — Daję ci minutę czasu do wypowiedzenia tego, co wiesz. To ty przyprowadziłeś aż tutaj Eskimosów. Dlaczego zawzięliście się na tę dziewczynę i co zrobiliście z jej rodzicami?
Krwawiące usta Blakea wykrzywiły się sarkastycznym uśmiechem i odparł powoli:
— Nie jestem człowiekiem nielękającym się niczego, — rzekł. Okłamujesz mnie, ale ja znam się również na kłamstwie. Kłamiesz, skoro mówisz, że strzelisz. Nie, ty nie strzelisz i nie masz ku temu najmniejszej chęci. Mogę mówić lub milczeć, jak mi się podoba. Zanim się zdecyduję, dam ci małą przestrogę. Zabierz te sanki, stojące na dworze i psy i umykaj sam przez Barren, jak możesz najszybciej. Powiadam ci, sam, rozumiesz mnie. Tę dziewczynę zostaw tutaj i nie troszcz się o nią. Tylko w ten sposób możesz uniknąć losu...
Wykrzywił ironicznie twarz i wzruszył ramionami.
— Chcesz powiedzieć, — dokończył Filip, tłumiąc gniew, — losu Olafa Andersona i innych, tam, na północy, w cieśninie Bathursta?
Blake skinął potakująco głową.
Filip drgnął dziwnie i wydawało mu się, że Blake musi słyszeć bicie jego serca. W tej chwili dowiedział się o tym, o czym na próżno usiłowała wiedzieć policja od dwóch lat. Człowiek, którego miał przed sobą, Blake, był owym tajemniczym, białym wodzem Kogmolloków, odpowiedzialnym za wzmagające się coraz bardziej zbrodnie małych demonów, przybłąkanych z Oceanu Lodowatego. On sam przyznawał się do zamordowania Olafa Andersona!
Palec jego drgnął na chwilę na kurku rewolweru. Ale opanował się i spojrzawszy Blakowi bystro w oczy, opuścił powoli broń, a potem schował ją do futerału!
Wzrok Blakea błysnął radością. Triumfował, myślał, że chytrość jego odniosła skutek.
— Jest to jedyne wyjście dla ciebie, — powtórzył. — Mówię ci, że jedyne. I nie trać ani chwili czasu.
Istotnie, Kogmollokowie musieli być już blisko.
— Może masz słuszność, — odparł Filip z udanym wahaniem, zmieniwszy głos. — Ale pozwól mi zabrać dziewczynę. Jej jedynym pragnieniem jest wrócić do swojego ojca. Gdzie jest jej ojciec?
— W pobliżu rzeki Pokładów Miedzi, prawie o sto mil od jej ujścia. Znajdziesz go żywego. Ale dziewczynę zostawisz tutaj. Uchodź chyłkiem i bądź zadowolony, że wydostałeś się z ambarasu, w jaki wpadłeś.
— Słuchaj, Blake, graj ze mną w otwarte karty, a ja będę również z tobą szczery. Nie mogłem zrozumieć ani słowa z tego, co mówiła do mnie ta kobieta i nie wiem nic o niej, chyba to, że troszczył się o nią Bram Johnson, aż do chwili, gdy twoje małe szczury wciągnęły człowieka-zwierzę w zasadzkę i jak myślę, zamordowały go. Zanim ją opuszczę, chcę wiedzieć, kim ona jest, kto jest jej ojcem i co chcesz z nią uczynić. Odpowiedz mi szczerze, a nie strwonię ani chwili.
Blake zaśmiał się szyderczo i zbliżył się do Filipa.
— Co ja chcę od niej? — rzekł powoli. — Gdybyś przez pięć lat nie widział żadnej białej kobiety i gdybyś pewnego dnia spotkał na swojej drodze, w odległości dwu tysięcy mil od wszelkiej cywilizacji, taką anielską istotę jak ona, cóżbyś uczynił? Czego byś zażądał od niej? Gdybym nie był potrójnym, poczwórnym głupcem, dałbym sobie radę i osiągnąłbym swoje, jeszcze za pierwszym razem, nim przybył z swoimi wilkami ten diabelny Bram Johnson i wyrwał ją z rąk moich i Eskimosów.
Filip powstrzymał się tylko z trudem, podczas gdy Cecylia przyglądała się z niepokojem obu mężczyznom i usiłowała odgadnąć, co mówili.
— Tak, tak, rozumiem, — odparł Filip. — Wymknęła się tobie w odpowiedniej chwili. Ale czy wiedziała choćby, czego od niej chciałeś? Powiedziałeś jej choćby? Jestem przekonany, że w owej chwili nie znała jeszcze twojej miłości ku niej. Widziała w tobie tylko zwyczajnego przyjaciela. Powetujesz to sobie, co?
Oczy Blakea zabłysły, podczas gdy twarz jego spochmurniała.
Wtedy Filip wybuchnął i zanim jeszcze przemówił, Blake poznał, że udawał.
— Jeśli nigdy nie wznosiłem do Boga modłów dziękczynnych, — rzekł Filip, to czynię to dzisiaj. Tak, dziękuję Bogu, że w ohydnym ciele, w monstrualnym kadłubie i obłąkanym umyśle Brama Johnsona żyła dusza. A teraz dotrzymam słowa i nie stracę ani chwili. Chodź ze mną!
Blake wydał z siebie stłumiony ryk.
— Gdzie mam iść? Co chcesz powiedzieć?
— Co, jeszcze nie odgadłeś? Nie odgadłeś jeszcze, że chcę się udać w towarzystwie tej kobiety nie na południe, ale nad rzekę Pokładów Miedzi i że pójdziesz z nami? Otóż słuchaj dobrze, posłuchaj uważnie! Może w drodze trzeba będzie stoczyć walkę. W takim razie zapamiętaj sobie, że pierwszy strzał przeszyje twój mózg. Rozumiesz? W chwili, gdy jeden choćby z twoich małych zbrodniarzy pokaże koniec nosa na naszej drodze, zabiję cię. Uczynisz więc lepiej, jeśli wytłumaczysz to wszystko tej sowiej gębie, która wytrzeszcza te swoje oczy. Każ temu drabowi aby oznajmił to swoim braciom, jeśli przybędą. Niech ich objaśni, a dokładnie. A więc śpiesz się... Czy myślisz, łotrze, że kłamię jeszcze?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Kazimierz Bukowski.