Wyznania (Augustyn z Hippony, 1847)/Księga Piąta/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Augustyn z Hippony
Tytuł Wyznania
Część Księga Piąta
Wydawca Piotr Franciszek Pękalski
Data wydania 1847
Druk Drukarnia Uniwersytecka
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Piotr Franciszek Pękalski
Tytuł orygin. Confessiones
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii

KSIĘGA PIĄTA.


ROZDZIAŁ I.
Pobudza duszę swoję, aby chwaliła i kochała Boga.

Przyjmij Panie z wyznań moich ofiarę, tę daninę Języka mojego, któryś ukształcił i pobudził, aby „wyznawał Imieniowi twojemu[1]“, ulecz wszystkie kości moje, niech rzekną: „Panie któż podobien tobie[2]?“ Kto się tobie wyznaje, ten cię niczego nie uczy co się w nim dzieje, bo serce tajemnicą zamknięte przed okiem twojém się nie zamknie, ani téż zatwardziałość ludzka twéj ręki odeprzeć nie zdoła, ale twoje miłosierdzie, albo sprawiedliwość pokonywa upór człowieka, gdy się tobie podoba „a nie masz, ktoby się mógł zakryć od gorącości twojéj[3].“
Niechże dusza moja chwali ciebie, aby cię kochała, i niech wyznaje nieskończone twoje miłosierdzie, aby cię chwaliła! Całe stworzenie twoje nieustannym jest hymnem twej chwały: wszelki duch człowieczy własnemi swojemi listy, ku tobie obrócone mi, a istoty żywotne i materyalne, ustami tych którzy je rozważają, ogłaszają chwalę twoję, aby dusza nasza obudziła się ze swéj słabości i odrętwienia, a podniosła się ku tobie, wspierając się na dziełach twoich, przyszła aż do ciebie Mistrzu tak wielkich dziwów, bo tam jest prawdziwy jéj pokarm i prawdziwa siła.




ROZDZIAŁ II.
Człowiek nieprawy, daremnie unika Boga wszędzie obecnego.

Dokąd idą, gdzie od ciebie uciekają ludzie nieprawi i niespokojni? Ty widzisz ich, twój wzrok przenika ich ciemności; wszystko z niemi jest piękne, oni tylko szpetni i haniebni. Cóż ci złego uczynić mogli? albo czém szkodzili twojemu panowaniu, które od górnych niebios aż do gruntu przepaści stoi na nieporuszonéj sprawiedliwości twojéj? „od oblicza twego uciekając dokądże uciekli[4]?“ gdzież schronią się przed tobą? Zbiegli, aby nie widzieli tego, który ich wszędzie widzi; olśnieni, spotkali się z tobą, bo „nic nie opuszczasz coś uczynił[5].“ Spotkali się z tobą nieprawi, dla sprawiedliwego ich ukarania, wykradli się z pod łagodności twojéj, aby na sprawiedliwość twoję trafili i na surowość twoję wpadli. Bo nie wiedzą, żeś wszędzie obecny i żadném miejscem ogarniony być nie możesz, że ty sam jesteś obecny wszystkim, którzy oddalają się od ciebie. Niechże przeto powrócą i szukają cię; bo aczkolwiek stworzenie opuściło Twórcę swojego, Stwórca jednak nie opuszcza swego stworzenia. Niechaj nawrócą się i szukają cię, ale ty w sercu ich jesteś, w sercu tych którzy cię wyznają i rzucają się w twoje objęcie, którzy, z błędnych i trudnych drog swoich powróciwszy, płaczą na twojém łonie. Czuły ojcze, ty nietrudno ich łzy ocicrasz, rzewniéj oni jeszcze płaczą, a we łzach swoich pociechy kosztują, bo zaiste nie człowiek z ciała i krwie, ale ty sam Panie, któryś ich stworzył, ty Twórco stwarzasz powtórnie i cieszysz. I żem był wówczas, kiedym cię szukał? Byłeś ty przede mną, lecz ja sobie samemu nieprzytomny, siebie nie znajdując, jakże daleko trudniéj ciebie znaleść mógłem!




ROZDZIAŁ III.
O Faustusie biskupie Manicheuszów, i o zaślepieniu filozofów.

Opowiedzieć pragnę w obecności Boga mojego, dwudziesty dziewiąty rok życia mojego. Przybył wtedy do Kartaginy pewien biskup Manicheuszów, imieniem Faustus, wielkie sidło djabła, w które wielu nieobacznych wpadło i uwikłało się wdziękiem jego wymowy, którą lubo podziwiałem, umiałem ją wszakże odróżnić od prawdziwości rzeczy, których nauczyć się byłem nader chciwy. Nie tak patrzyłem na naczynie mowy, jak raczéj, jakie w niém nauk potrawy ów sławny u nich Faustus przed moim umysłem stawiał. Doszła mnie albowiem przedtém sława o nim, że jest we wszystkich nadobnych naukach bardzo biegły, i sztuk wyzwolonych dobrze świadom. Czytając tedy wielką liczbę dziel filozofów, i naukę ich dobrze w pamięci chowając, porównywałem niektóre ich dzieła z długiemi Manicheuszów bredniami; daleko więcéj widziałem podobnych do prawdy dowodów w zdaniach starożytnych mędrców, którzy „tak wiele umieć mogli, iż rozkład świata rozumem ogarnąć zdołali, chociaż Pana jego nie znaleźli[6]“ „bo wysokim jesteś Panie, na niskie rzeczy patrzysz, a wysokie z dala poznajesz[7]“ nie objawiasz się tylko skruszonym sercom, a dumnym wy badać się nie dozwalasz; ani nawet, aczby ciekawą swoją umiejętnością policzyli wszystkie gwiazdy i piasku ziarna; wymierzyli rozległość nieba, chociażby drogę planet wybadali. Rozumem swoim i przemysłem od ciebie odebranym badają oni tajemnicę dzieł twoich, i wicie już odkryli, i przed wielu laty wprzód przepowiedzieli zaćmienia światła słonecznego i księżycowego, nawet i dzień, godzinę dnia i stopień; i nie omyliła ich rachuba, bo tak nastąpiły jak przepowiedzieli. Napisali stałe prawidła swoich odkryć, które dziś jeszcze czytamy, a które służą do przepowiedni: w którym roku, w którym miesiącu roku, w którym dniu miesiąca i dnia godzinie, na którym punkcie okręgu księżyca lub słońca być mają zaćmienia, i tak się trafiło, jak przepowiedzieli.
Dziwią się temu ludzie nieumiejętni i trwożą, chełpią i wynoszą się tém uczeni, a bezbożną pychą nadęci odchodząc od światła twojego i zbaczając, acz tak wcześni i nieomylni przepowiadacze zaćmień słońca, nie domyślają się centralnego zaćmienia, które obecnie oni sami w sobie noszą. Nie dochodzą tego z pobożną i religijną wdzięcznością, od kogo ów rzadki badań geniusz mają. A jeżeli cię w owych badaniach odkrywają jako Sprawcę ich natury, nie oddają się jednak tobie, ani cię poznają, byś swoje dzieło zachował; i nie zabijają w sobie tych pożądliwości, którym służąc, złemi się uczynili; ani tobie składają w ofierze, jako ptastwo, swych zuchwałych i wyniosłych myśli; ani jak dziwotworów morskich, swych badań ciekawych, któremi sobie robią skryte drogi w głębiach przepaści; ani nakoniec kozłów swych niewstydliwości, aby twój ogień Panie, strawił wszystkie śmiertelne ich starania i troski, a do nieśmiertelności ich odrodził.
Lecz nie poznają drogi Słowa twojego, przez które zdziałałeś wszystkie przedmioty do liczenia, i tych którzy je liczą, i zmysł którym widzą co liczą, i umysł, który ich do liczenia zdolnymi czyni, bo „saméj tylko twéj mądrości nie masz liczby[8].“ Sam tylko Syn twój jednorodzony stał się naszą mądrością, sprawiedliwością i poświęceniem[9] „został pomiędzy nas policzony“ i czynsz cesarzowi oddał[10]. Nie poznają zapewne téj drogi, którąby od siebie zeszli ku niemu a przez niego wstępując do niego się wznieśli! Nie znają tej drogi, i mniemają że w górę są wyniesieni, i z gwiazdami razem jaśnieją; a owo na ziemię strąceni i zgruchotani zostali; „i zaćmione jest bezrozumne serce ich![11]“ Wiele i prawdziwie mówią o stworzeniu, ale twórczej prawdy nic pobożnie szukają, i dla tego jéj nie znajdują „a jeżeli ją znajdują“ poznawszy przez nię Boga, nie czczą go jako Boga ani mu dziękują, lecz nikczemnieją w myślach swoich „i powiadają się być mądrymi[12]“ sobie przyznając to co twojém jest. I przeciwnie: przez ich przewrotne zaślepienie tobie przypisują to, co do nich należy, to jest: kłamstwa swoje na ciebie składają; kiedy ty jasną prawdą jesteś. „Odmienili bowiem chwałę nieskazitelnego Boga w podobieństwo obrazu człowieka śmiertelnego i ptastwa, i czworonogich, i płazu[13].“ Prawdę twoję odmieniają w kłamstwo „i modlą się, i służą stworzeniu raczéj niż Stworzycielowi[14].“

Ci jednak uczeni ludzie, swojém postrzeżeniem nauczyli mnie wiele prawd naturalnych, i objąłem jasno ich przyczynę rachunkiem, porządkiem czasów i widocznemi gwiazd przechodami dowiedzioną; porównywałem te obserwacye z rozprawami Manesa, który w tym przedmiocie nader długie brednie popisał, alem nie znalazł żadnego dowodu o przesileniach dnia z nocą, ani o ich porównaniach, ni o zaćmieniach słońca i księżyca, i innych zjawiskach, jakiego mnie pogańska filozofia z przekonaniem nauczyła. Kazano mi tylko wierzyć tym marzeniom niezgodnym zupełnie z prawidłami matematycznemi, i moich własnych oczu obserwacyami.


ROZDZIAŁ IV.
Biada téj nauce która nie obejmuje znajomości Boga.

Ale Panie i Boże wiecznéj prawdy, czyliż tém samém już podoba się tobie, kto całą naukę dzieł twoich posiada? Nieszczęśliwy zaiste, kto umié to wszystko, a ciebie nie zna! szczęśliwy zaś, kto ciebie poznaje, aczby tych nauk nie posiadał. Ten atoli który i ciebie zna, i te nauki posiada, nie przez te umiejętności szczęśliwszy, lecz przez ciebie samego szczęśliwy; „jeżeli, poznając cię jako Boga, wysławia i dzięki tobie składa, jeżeli próżnością swéj myśli nie nikczemnieje.“
A jako lepszym jest daleko, kto posiada drzewo, i za jego owoc dzięki tobie składa, acz nie wié ile stóp jest wysokie, albo jaka rozległość jego gałęzi: niźli ów, który je wymierzył i wszystkie gałązki jego policzył, nie posiada go, ani Stwórcę jego zna ni miłuje; tak niemniéj człowiek prawowierny, dla którego cały świat jest bogactwem, wszystko czego się w nim zrzeka, w tobie posiada, miłości nitem ściśle przypojony do ciebie o Najwyższy całego przyrodzenia Panie! Chociaż on nie zna przechodu gwiazdy biegunowéj, nierozumem jednak byłoby wątpić o wyższości tego pokornego prawowiercy, nad owego miernika niebios, rachmistrza planet i żywiołów ważnika, niedbającego o ciebie „któryś wszystkie rzeczy pod miarą, liczbą i wagą rozrządził[15].“




ROZDZIAŁ V.
O bredniach Manicheusza w przyrodzonych naukach.

Ale któż tego żądał od jakiegoś Manicheusza (Manesa), aby pisał o przedmiotach zupełnie do nauki pobożności nie należących? Tyś powiedział człowiekowi: „oto bojaźń Pańska, ta jest mądrość[16]“ téj mądrości on mógł nie umieć, chociaż ludzką naukę był gruntowanie posiadał. Lecz i z przyrodzonemi naukami nie był obeznany, i tego bezczelnie nauczał, czego nie umiał, czyliż mógł być pobożności nauką oświecony? Próżnością jest chełpić się ze znajomości nauk przyrodzonych: a zaś pobożnością wyznawać imieniowi twojemu. Dla tego zapewne pozwolono temu człowiekowi rozwodzić swoje naukowe błędy i zboczenia, aby jego nieumiejętność, widoczna w oczach ludzi prawdziwie uczonych, przekonała: jak błahe są jego zdania w innych trudniejszych i ukrytych rzeczach.
Nie chciał on lekko być szanowanym, ale wpoić usiłował, by wierzono, że Pocieszyciel Duch Ś. który darami niebios wiernych twoich ubogaca, w całéj pełności swéj powagi i władzy, siedlisko w nim osobiście założył. Ilekroć w jego nauce publicznie postrzeżono fałsze o niebie i gwiazdach, o ruchu słońca i księżyca, aczkolwiek to wcale nie należy do nauki religii, jednak hardość jego niemniéj się okazywała świętokradzką; ile że nie tylko niewiadomość swoję, ale i wymyślone kłamstwa z takiém pychy szaleństwem rozsiewał, iż mowy swoje upoważniać chciał mniemaném bóstwem swéj osoby.
Jeżeli zaś którykolwiek z moich współbraci w Chrystusie Panu pod względem tych nauk jest w niewiadomości, albo o nich błędnie rozprawia, uważając jedne rzeczy za drugie, cierpliwie słucham jego mniemań; ani mu to nie stoi na zawadzie w postępowaniu jego pobożności, aczby nie wiedział o położeniu i stanie stworzeń fizycznych, skoro nie jest przejęty niegodném zdaniem i uczuciem względem ciebie o Panie i Twórco wszelkiego stworzenia. Lecz smutnąby mu to zrządziło szkodę jeźliby tę umiejętność przywiązywał do istotnéj nauki pobożności, i upornie ważył się twierdzić to, czego nie umie. I taka nawet dziecięca słabość jeszcze u kolébki wiary, znajduje matkę w miłości, która ją dopóty podpiera, dopóki ten nowy człowiek do męskiéj doskonałości nie dorośnie „aby nie unosił się za każdym nauki powiewem[17].“ Ten atoli doktor, ten mistrz, ten wódz, ten naczelnik nazbyt śmiało dowodził swoim zwolennikom, że to nie lada którego człowieka, ale ś. Ducha twojego w nim słuchają i naśladują, któż tego grubym szałem nie nazwie, i nie uzna, że takie brednie o zwodnictwo przekonane, zasługują jedynie na nienawiść i wzgardę? Zaczém jeszcze nie byłem zupełnie pewny, czyli nawet podług jego nauki mogą być wyłożone zmiany trwałości dnia i nocy, i sama odmiana nocy i dnia, jako téż zaćmienia gwiazd, i inne zjawiska, o czém w innych dziełach czytałem; ile że w punktach wątpliwych i zupełnéj niepewności, dla głośnéj jego świątobliwości nakłaniałem wiarę moję do jego powagi.




ROZDZIAŁ VI.
O gładkiéj z natury Fausta wymowie oraz jego nieumiejetności sztuk nadobnych.

Przez dziewięć prawie lat, w których upływie błądził mój umysł pomiędzy temi szaleńcami słuchając ich nauki, niecierpliwiem wyglądał owego Fausta, ponieważ stronnicy téj sekty, na których dotąd natrafić mógłem, a którzy moich astronomicznych zagadnień rozwiązać nie zdołali: przyrzekali mi jak przódy, że za przybyciem jego, niebawnie w piérwszéj rozmowie, nie tylko te, ale daleko ważniejsze trudności bardzo snadno rozwinie, jakiekolwiek się w méj myśli jeszcze zjawić mogą.
Skoro więc przybył, widziałem człowieka wdzięcznego, i z przyjemną mową; który te same fraszki, jak inni, z większym atoli wyrazów powabem gadał. Ale cóż mojemu pragnieniu pomogła ta piękna układność cześnika, który drogie lecz próżne stawiał przede mnie puchary? Syte już były moje uszy takiemi rozprawami, ani się gruntowniejszemi wydawały przeto, że były wymowne, ani prawdziwszemi, że lepiéj wykształcone; i nie sądziłem o mądrości jego duszy, z pięknego składu jego twarzy i wdzięku wymowy. Ci zaś, którzy mi go zachwalali, niesprawiedliwemi byli sędziami, i dla tego im jedynie wydawał się uczonym i mądrym, że ozdobą swéj mowy umysły ich zajmował.
Poznałem także inny gatunek ludzi, którzy nawet prawdę mieli w podejrzeniu, i na niéj polegać nie chcieli, jeżeli ozdobnie i pełną wymową była wykładana. Aleś mnie już wtedy nauczył mój Boże, tajemnym i niepojętym sposobem; i wierzę temu, żem od ciebie odebrał tę naukę, ponieważ to jest prawda; i nikt inny, jedynie ty sam jeden prawdy nauczasz gdziekolwiek i z którejkolwiek strony ona zajaśnieje. Od ciebie już więc nauczyłem się, że ani stąd uważać należy jakiéj rzeczy za prawdziwą, gdy wymownie jest powiedziana; ani stąd fałszywą, gdy wargi nieszykownie brzmią wyrazami; i przeciwnie: nie dla tego rzecz jest prawdziwa, że nie gładko wyjaśniona, ani téż fałszywa że w świetne i szumne ustrojona wyrazy, ale zarówno być może w nich mądrość i głupstwo; tak właśnie, jak są pożyteczne i szkodliwe potrawy; w słowach więc ozdobnych i niekształtnych, podobnie jak w naczyniach wybornych i ordynarnych rzeczy dobre i złe być mogą wystawione.
Moje wielkie pragnienie, z jakiem tak długo oczekiwałem tego człowieka, zaspokoiło się wprawdzie ruchem i żywością rozprawiającego, i właściwym doborem wyrazów, któremi swoje myśli łatwo ustroić umiał. Podziwiałem jego wymowę z wielu innymi, i wyżéj jeszcze niźli oni wynosiłem ją pochwałą; lecz przykrością to dla mnie było, że licznie zebrani jego słuchacze nie dozwolili mi zagadnąć go, i przełożyć mu moję wątpliwość w jego nauce, i podzielić z nim niespokojność méj myśli w poufałém porozumieniu się, i dobrowolnéj rozmowie. Upatrywałem jednak sposobności w czasie i miejscu przyzwoitém, w towarzystwie zażyłych moich przyjaciół, i miałem u niego posłuchanie, rozmówiłem się z nim naprzemian.
Przywiodłem mu niektóre wątpliwości, które mój umysł niespokojnym czyniły, przekonałem się od razu, że ten człowiek wyzwolonych umiejętności nie był świadom; posiadał jedynie znajomość grammatyki, i to pospolicie tylko używanéj. Że zaś czytał niektóre mowy Cycerona, kilka książek Seneki, niektóre wyjątki z poezyi, i co w pismach swéj sekty znalazł składnie w języku łacińskim i gładko napisane; codzienna prócz tego wprawa w mówieniu dostarczała mu łatwości wysłowienia się, które z pewném umiarkowaniem umysłu, i naturalnym wdziękiem, powabniejszém było i do zwodzenia zdolniejszém. Waszakże to prawda, ile sobie przypominam Panie Boże mój, sędzio bezstronny mojego sumienia? Przed tobą i serce i pamięć moja odsłoniona, o ty, któryś mnie już wtedy najskrytszemi drogami twéj opatrzności prowadził, i zgrozę błędów moich stawiał przed moje oblicze, aby sam widok ich, nienawiść ku nim we mnie obudził!




ROZDZIAŁ VII.
 Nieumiejętność Fausta dała mu powod do obrzydzenia sobie nauki Manicheuszów i to było pierwszém nasieniem jego nawrócenia.

Skoro mi widocznie okazało się jego nieusposobienie w owych umiejętnościach, w których mniemałem, że nad innych celował, zwątpiłem o nim zupełnie, iżby zdołał rozzwiązać i wyjaśnić moje powątpiewania i trudności w badaniach; których to nauk nieznajomość mogłaby w nim szachować prawdę pobożności, ale gdyby nie był Manicheuszem. Księgi bowiem tego kacerstwa napełnione są niezmiernie długiemi powieściami o niebie, gwiazdach, słońcu i księżycu: pragnąc bardzo uczynić porównanie nauki manichejskiéj z liczbami matematycznemi, które indziéj czytałem, dla przekonania się, czyli twierdzenia w księgach owego Manicheusza lepiéj dowodzą, lub równo z innemi: nie spodziewałem się od Fausta żadnego już dokładnego wyjaśnienia, któreby mnie zaspokoiło. Wystawiłem wszakże moje trudności pod jego rozwagę i do roztrząśnienia, roztropnie jednaki skromnie dźwignąć nie poważył się tego ciężaru. Uczuł odrazu wątłe swoje siły i bez zapłonienia wyznał, że tego nie umié. Nie był on z liczby owych szumnomowców, jakich często znosić musiałem, którzy tych rzeczy nauczyć, mnie usiłując, nic mi nie powiedzieli. Ten człowiek był otwartego serca, acz je nieprawe miał ku tobie, dla siebie jednak ostrożne. Nie był on nieświadom zupełnie swéj nieumiejętności, ani chciał nieobaczném roztrząsaniem rzeczy wejść w ciaśninę, z któréjby wyjść nie mógł, a cofnąć się nader trudno mu przychodziło. Ta szczerość jego więcéj mi się jeszcze podobała. Piękniejsza daleko jest skromność wyznającego umysłu, niżeli sama nauka, któréj z zapałem od niego wymagałem; a nawet we wszystkich trudnych i subtelnych uczynionych mu zagadnieniach, takim się okazał.
 Z tego więc powodu mój zapał stygnąć począł ku naukom manichejskim, i coraz bardziéj jeszcze rozpaczałem o innych téj sekty nauczycielach, skoro pomiędzy nimi, tak znamienity i słynny mistrz w rozwiązaniu moich trudności nieumiętnym się okazał; ograniczyłem przeto moje z nim obcowanie rozmowami o sztuce wymowy, do któréj był zapalony, a któréj w Kartaginie młodzież uczyłem; i z nim czytałem, albo to, czego dla swéj wiadomości był ciekawy, albo com do ukształcenia jego umysłu przydatném uważał. Wszelkie nareszcie moje usiłowanie, którém postąpić w tém kacerstwie zamierzyłem, ustało zaraz, skorom poznał tego człowieka. Nie jakobym chciał odłączyć się od nich zupełnie, ale nie najdując nic lepszego, postanowiłem dopóty zostać przy tém, na com ślepo trafił, dopóki nowe światło wyboru lepszych rzeczy nie zabłyśnie.
Tak więc ów Faust, który dla bardzo wielu był śmiertelném sidłem, mimo swéj wiedzy i woli rozwalniać już począł to, którém ja byłem dawniéj zadzierzgniony. Ręce twoje mój Boże, w niezbadanéj twéj opatrzności zawsze czynne, nie opuszczały mojéj duszy: a krew serca méj matki, przez rzewne jéj łzy we dnie i w nocy płynące, w ofierze za mnie do ciebie się wznosiła. Tak cudowny i ukryty miałeś nademną dozór ty sam mój Boże, bo „przed Panem postępki człowiecze będą prostowane, i drogi jego zechce[18].“ I któż inny ma staranie o zbawieniu, jeśli nie wszechmocna ręka twoja, która naprawia, co udziałała?




ROZDZIAŁ VIII.
Mimo woli swéj matki, z Boskiego rozporządzenia udaję się do Rzymu.

Z niepojętego twéj opatrzności rozporządzenia doradzono mi, bym się przeniósł do Rzymu, i tam raczéj niźli w Kartaginie nauczał sztuki wymowy. Jaka pobudka nakłoniła mnie do tego, nie pominę wyznać ją przed tobą, ponieważ i w tém przepaść twoich tajemnic, i nieustannie czuwające nade mną twoje miłosierdzie, odsłania się w méj myśli i do sławienia zachęca. Nie byłbym zapewne przeniósł się do Rzymu dla samego widoku pięknych nadziei, jakie wystawiali mi przyjaciele, że to będzie dla mnie z większą korzyścią, że wyższą dostojnością i sławą rozjaśnieję; aczkolwiek i te uwagi umysłem moim wtedy silnie władały, lecz daleko silniejszą i prawie główną była uwaga: że młodzież rzymska jest w naukach pilniejszą i spokojną, że zaprowadzony porządek w karności, ściśle zachowuje; że obcy uczniowie do szkoły mistrza innego wydziału, nieładem i zuchwale nie wpadają, a nawet i własnych uczniów, jedynie za swójém pozwoleniem mistrz przyjmuje.
Lecz przeciwnie, nic porównać się nie da zhaniebném i niesforném uczniów rozprzągnieniem w Kartaginie. Wpadają oni złośliwie do szkoły, i z bezczelném prawie szaleństwem mieszają porządek, od każdego mistrza dla pożytku uczniom swoim przepisany. Dozwalają sobie bezwstydném głupstwem swojém, tysiącznéj rozpusty według prawa karze uległéj, gdyby ich tak cierpiany zwyczaj nie bronił. Nieszczęśliwi popełniają zuchwalstwo jakby pozwolone, które w obliczu wiecznego prawa twojego nigdy nie będzie wolne. Mniemają że to bezkarnie czynią, kiedy i moralna ich ślepota już dla nich jest karą, i bez porównania cięższe złe ponosić będą niźli popełniają. Od takiego atoli skażenia obyczajów, uczniem będąc zachowałem się: skorom został mistrzem znosić je od innych byłem zmuszony; i to skłoniło mnie przenieść się na inne miejsce, gdzie według jednakiego doradzców świadectwa podobne nadużycia nie są dozwolone.  Ale, Ty „nadziejo moja i cząstko moja w ziemi żyjących“ tyś mnie natchnął tém pragnieniem, bym dla méj duszy zbawienia przeniósł się na inne misce; tyś w Kartaginie nasterczył kolcami mój pobyt, aby mnie wyrwać ztamtąd a w Rzymie pociągające mnie wystawiałeś powaby przez ludzi śmierci żyjącéj miłośników; tam obrażali mnie swojém zuchwalstwem; owdzie próżności swoje obiecywali, a do sprostowania kroków moich, skrycieś ich i moich używał przewrotności. Wichrzyciele mojego spokoju byli haniebném szaleństwem zaślepieni: a którzy mi nadzieję robili, w ziemskości sobie smakowali; ja zaś w Kartaginie zrażając się rzeczywistą nędzą, pobiegłem do Rzymu za zawodną szczęśliwością.
Dla czego stąd odejść, a tam iść miałem, tyś wiedział mój Boże, aniś mnie o tém uwiadomił, ni matkę moję, któréj duszę mój odjazd srodze udręczył, i aż do brzegów morza mnie odprowadzała. Usilnie przywiązała się do mnie ta biédna matka, chcąc mnie albo zatrzymać i wrócić, albo ze mną popłynąć; oszukałem ją udając, że nie mam innego celu, jedynie towarzyszę mojemu przyjacielowi, póki za i nadejściem piérwszego wiatru nie odpłynie. Skłamałem przed moją matką, ale przed jaką matką! tak tedy się wymoknąłem. Przebaczyłeś mi to z twego miłosierdzia; od morskiéj wody zatopu mnie bezecnych nieczystości pełnego, zachowując, abyś mnie do wody twéj łaski bespiecznie doprowadził; i ta łaska po mojém w niéj oczyszczeniu wysuszyć miała strumienie łez z oczu méj matki płynące, któremi każde miejsce swéj modlitwy codziennie za mnie przed obliczem twojém zlewała. Kiedy w żaden sposób do domu beze mnie powrócić nie chciała, z wielką trudnością ledwiem ją i namówił, aby w pobliskim naszego okrętu kościele ś. Cypryana, tę noc przepędziła. Téj saméj nocy cichaczem odpłynąłem: ona biedna modląc się i rzewnie płacząc pozostała! O cóż cię to mój Boże tylu łzami prosiła? zapewne abyś mi odpłynąć nie dozwolił? Aleś ty, według najwyższego wyroku twego, dotykając zawiązku najżywszego jéj pragnienia, nie zważał na ówczesne jéj prośby, abyś to zdziałał ze mną, o co twój majestat codziennie błagała.
Wiatr zawionął i rozdął żagle nasze, wkrótce brzegi zniknęły z przed oczu naszych. Przyszła ona rano na brzeg morski, prawie pełna boleści od żalu, łkaniem i skargami napełniała twe uszy nieubłagane jéj prośbą; boś ty ręką mnoich pożądliwości zawlókł mnie tam, gdzie im koniec podłożyć miałem, a zmysłową jéj pieczołowitość sprawiedliwą boleści rózgą uchłostał. Lubiła ona bardzo mieć mnie obecnego przy sobie matek zwyczajem, ale więcéj daleko od wielu matek: nie wiedziała biédna, jak wielką radość zgotowałeś dla niéj z oddalenia się mojego. Nie wiedziała o tém, i dla tego ów płacz, łkania i udręczenia oskarżały ją winną szczętów dziedzictwa owego grzechu Ewy, że z płaczem i boleścią szukała tego, co z bolesném westchnieniem na świat porodziła. Po długiém jednak użalaniu się na moję nierzetelność i okrucieństwo, znowu udała się w prośbę za mnią do ciebie; powróciła do zatrudnień domowych, ja zaś odbywałem podróż do Rzymu.




ROZDZIAŁ IX.
Po swojém przybyciu, w Rzymie został gwałtowną febrą ujęty; jéj uleczenie modlitwie swéj matki przypisuje.

Po przybyciu mojém do Rzymu, doznałem nie długo straszliwéj chłosty, choroby ciała mojego, jużem się do grobu wybiérał, obciążony całém brzemieniem występków przeciw tobie, przeciwko sobie i bliźnim popełnionych, któremi silniéj jeszcze ściśnione zostały więzy pierworodnego grzéchu, dla którego „wszyscy w Adamie umiéramy.“ Jeszcześ mi wtedy z nich nic nie przebaczył w Chrystusie, ani jeszcze krzyż jego nie zniszczył kontraktu nieprzyjaźni, którą grzéchy moje pomiędzy tobą i mną udziałały. Jakżeby ją zniszczył krzyżem fantastycznym, bom sobie o nim tak marzył? A jako sobie nie wyobrażałem prawdziwéj śmierci jego ciała, tak przeciwnie była méj duszy prawdziwą; jak znowu prawdziwa była śmierć jego ciała, tak fałszywe i urojone było życie méj duszy, która temu wierzyć niechciała. Wzmagała się febra, wątlały siły ciała, szedłem już i zbliżałem się do zaguby mojéj. Gdzież mogłem iść indziéj, tak stąd wychodząc, jeżeli nie do kary ognia, uczynkami mojemi zasłużonéj według sprawiedliwego porządku twéj prawdy? Nie wiedziała o tém stroskana matka moja, acz nieobecna, modliła się jednak za mną. Ale ty wszędzie obecny, gdzie ona była, tam ją wysłuchałeś, a gdzie ja byłem litowałeś się nade mną; bym odzyskał zdrowie ciała, niezdrowym jeszcze będąc na świętokrackiém sercu błędami zatrutém. W tak wielkiém zbawienia, mojego niebespieczeństwie, nie pomyśliłem o chrzcie ś. i lepszy byłem jeszcze dziecięciem będąc, kiedym go od pobożności méj matki żądał, jak sobie to na pamięć przywodzę, i jużem to w upokorzeniu przed tobą wyznał.
Wzrosłem do wieku dojrzałego, ale na zawstydzenie moje; a głupstwem mojém olśniony wyśmiéwałem zbawienne rady niebieskiego lekarza, który nie dozwalał mi w takim stanie zamrzéć podwójną śmiercią. Gdyby tą raną serce méj matki było dotknięte, nigdyby uleczone nie było. Nigdy tego zupełnie opowiedzieć nie zdołam ile przywiązania ku mnie miała; i jak daleko więcéj troskliwości i cierpień kosztował ją ów syn, którego z ducha odrodzić pragnęła, niżeli to samo dziecię z jéj ciała zrodzone. O zaiste! nie pojmuję, czémby ta rana była uleczoną, gdyby śmierć moja wiecznym zamorem zakończona, była wnętrze jéj miłości przeraziła. I w cóżby się obróciły tak gorące, częste i nieustanne jéj modły, które do ciebie tylko zanosiła? Czyliżby mogła nieskończona dobroć twoja litościwy Boże, pogardzić skruszoném i uniżoném sercem czystéj i trzeźwéj wdowy, często rozdawającéj jałmużny, dopełniającéj wszelkiego uszanowania i usługi świętym twoim; która każdego dnia zanosiła ofiarę na twój ołtarz, i była jéj ucześniczką; codziennie dwa razy, rano i wieczór, uczęszczała ustawicznie do twojego kościoła, nie dla próżnych baśni i gadek z niewiastami, lecz, aby w słowie twojém ciebie słuchała, byś i ty modlitwy jéj wysłuchał. Miałżeś pogardzić jéj łzami, któremi cię nie o złoto ani srebro, ni o żadne przemienne i znikome dobro, lecz o zbawienie duszy syna swojego prosiła, i odmówić swéj pomocy dla téj, którą łaska twoja o to proszącą, tylą cnotami ubogaciła? O bynajmniej Panie! aleś ty jéj wszędzie był obecnym, wysłuchałeś ją, tyś to uczynił porządkiem niezmiennego twojego przeznaczenia. Dalekiém niech będzie to mniemanie, abyś ją zawodzić miał w owych widzeniach i odpowiedziach twoich, o których jużem wyżéj namienił, a niektóre zamilczałem; wszystkie ona w wierném sercu swojém z ufnością chowała, a w ustawicznych modlitwach, jako pismo krwią twoją podpisane, zawsze przed ciebie stawiała. Bo ty nieskończonego miłosierdzia Boże, tych nawet, którym wszystkie długi przebaczasz, prócz tego czynisz jeszcze wierzycielami twoich obietnic.




ROZDZIAŁ X.
Odłącza się od Manicheuszów, niektóre ich błędy jeszcze zatrzymuje.

Dźwignąłeś mnie z téj choroby, i tym czasem uzdrowiłeś ciało syna twéj służebnicy, abyś go droższém i trwalszém obdarzył duszy zdrowiem. Niemniéj w Rzymie zachowałem związki z owymi zwiedzionymi i zwodzącymi świętymi. Nie tylko ze słuchaczami, do których liczby należał i mój gospodarz domu, gdziem chorował i pozdrowiał, lecz także i z ich wybranymi.
Jeszczem tak z nimi mniemał, że to nie my grzészymy, ale niewiedzieć jakaś inna w nas grzészy natura; i podobało się to mojéj dumie być bez winy, i gdym co złego popełnił nie uznawać się winnym przed tobą „abyś, z miłosierdzia twego, uzdrowił duszę moję, bom zgrzészył tobie[19],“ ale uniewinniać ją lubiłem, oskarżając nie wiem co innego, co było we mnie, a czém ja nie byłem. Wszelako tém wszystkiém ja to byłem, i własna tylko bezbożność moja oddzielała mnie od siebie samego, a grzéch we mnie był tém trudniéjszy do uleczenia, ilem się nie mniemał być grzésznikiem; a przeklęta nieprawość moja, o Boże wszechmocny! raczéj ciebie zwyciężonym we mnie, na zgubę moją, niżeli twoje zwycięstwo nade mną, na zbawienie moje, uważać wolała.
Jeszcześ ty wtedy „nie postawił straży ustom moim, ani drzwi wstrzemięźliwości nie osadziłeś w około warg moich, aby serce moje nie nachylało się ku słowom złośliwym, ku wymawianiu wymówek w grzéchach, z ludźmi nieprawość brojącemi, dla tego jeszcze spółkowałem z wybranymi ich[20];“ ale już nie miałem nadziei, abym w téj fałszywéj nauce postąpił; a co lepszego oczekując, umyśliłem jeszcze trzymać się dla méj spokojności tych samych zasad, ale z większą już odtąd oziębłością i swobodą. Przyszło mi wreszcie na myśl, że filozofowie, których Akademikami zowią, roztropniejsi od innych byli, utrzymując, że o wszystkiém wątpić należy, że człowiek żadnéj prawdy pojąć nie jest zdolny. Tak mniemałem według powszechnéj opinii, że taka była ich nauka, któréj wtedy prawdziwego sensu jeszcze nie zrozumiałem.
Nie wahałem się pohamować nawet gospodarza mojego od zbytecznéj ufności w rzeczach bajecznych, któremi księgi Manichejskie były napełnione; przyjaźń jednak z tymi kacerzami z większą zachowałem zażyłością niźli z innymi ludźmi, którzy do téj sekty nie należeli. I aczkolwiek z mniejszym zapałem broniłem ich opinii, moja wszelako z nimi zażyłość, (bardzo wiele ich w sobie Rzym ukrywał), ostudzała mój zapał w badaniu lepszych rzeczy, zwłaszcza wtedy, gdym już zwątpił, o Boże nieba i ziemi, Stwórco wszech rzeczy widzialnych i niewidzialnych, że w twoim kościele mogę znaleść prawdę, od któréj mnie oni odwodzili.
Sromotném bardzo zdawało mi się przypisanie ci kształtu naszego ciała, niemniéj żeś układem członków naszych okréślony. A kiedym chciał wyobrazić sobie Boga mojego, myśl moja zawsze wiązała się do pewnéj massy cielesnéj, (i nic nie wydawało się moim oczom, coby takiém nie było), ta była główna i prawie sama jedna przyczyna nieuchronnego mojego błędu. Stąd nierozumnie utrzymywałem, że złe ma pewną istotę, jednę cielesną massę ziemi, niekształtną czyli gęstą, którą oni ziemią nazwali; drugą cieniutką i subtelną jaką jest ciało powietrza, którą sobie, jako ducha złośliwości po téj massie ziemi rozciągającego się, wyobrażają. A ponieważ jakiéjkolwiek méj pobożności i religii szczątek, przymuszał mnie wierzyć, że Bóg dobry nie mógł utworzyć żadnéj natury złéj, ustanowiłem przeto dwie natury sobie przeciwne i nieprzyjazne, obiedwie nieskończone; lecz naturę dobrego więcéj nieskończoną niżeli złego.
Z tego zaraźliwego początku skażenia wypływały wszystkie moje bluźnierstwa. Ilekroć umysł mój usiłował udać się do wiary katolickiéj, zawszem był odepchnięty, nie była to bowiem taka katolicka wiara jaką sobie wystawiałem, i uważałem się być religijniejszym, o mój Boże! bo nawet same zmiłowania twoje nade mną wysławiają cię we mnie; gdym wierzył, że ze wszystkich stron jesteś nieograniczony, z warunkiem tylko punktu, w którym zły początek, tobie przeciwny, zmuszał mnie wyznać cię ograniczonym: aniżeli, gdybym uważał cię ze wszystkich stron w postaci ludzkiego ciała określonym.
Więcéj, według mnie, wierzyć ważyło, żeś nie stworzył żadnego zupełnie złego, (z którego moja niewiadomość nie tylko udziałała istotę, ale istotę cielesną; bo i ducha inaczéj wyobrazić sobie nie umiałem, jedynie jak ciało subtelne, jednak po rozciągłości miejsca rozlane) niżeli, abym wierzył żeś tego sprawcą, co mi się naturą złego zdawało. Samego nawet Zbawiciela naszego jednorodzonego syna twojego uważałem jakby rozciągłość jaką z najświetniejszéj wielkości twojéj wypłynioną dla naszego zbawienia; abym nic innego o nim nie wierzył, jedynie co sobie próżność moja wyobrażała. Taką więc przyznając mu naturę, upewniony byłem, że nie mogła narodzić się z Maryi Dziewicy, jedynie za wspólném zmieszaniem się z ciałem, a zmieszania bez skazy wyobraźnia moja objąć nie zdołała. Bałem się przeto wierzyć, że się w ciele urodził, bym wierzyć nie był zmuszony, że przez to ciało był skazą dotknięty. Wierni twoi w duchu, łagodnie i z miłością naśmieją się zapewne ze mnie, jeżeli te moje wyznania czytać będą: takim atoli byłem wtedy prawdziwie.




ROZDZIAŁ XI.
O słabych, odpowiedziach Manicheuszów przeciw dowodom z Pisma świętego wyjętym.

Nie mniemałem prócz tego, żeby te dowody bronić można, na które oni w piśmie twojém nastawali, pragnąłem jednak, czasem rozmowy z jakim nauczycielem, gruntowną i głęboką umiejętność ksiąg ś. posiadającym, któryby w szczególności te dowody rozwinął i wyjaśnił. W Kartaginie już nawet, nie mało byłem poruszony mowami niejakiego Helpidyusza, który w publicznych przeciw Manicheuszom rozprawach, wyjątkami z pisma ś. przytaczanemi srodze ich uciskał, tak dalece że się potrwożyli bardzo, a obawiając się wystąpić publicznie z nader wątłą na te dowody odpowiedzią, skrycie nam jéj udzielali, mówiąc: że księgi nowego testamentu pofałszowane były, nie wiem przez których żydów, którzy prawdo żydowskie wmieszać chcieli do wiary chrześciańskiéj; lecz oni żadnego niesfałszowanego i dawnego exemplarza biblii nie okazali. Ja zaś ujęty i przyduszony materyalnemi owych mass myślami, które swojemi ciężarami tłoczyły mój umysł pragnący powietrza twéj prawdy, czystém więc i żywém oddychać nie mogłem.




ROZDZIAŁ XII.
O przeniewierzaniu się rzymskiéj młodzieży w zapłacie swoim mistrzom.

Gorliwie przeto pełnić począłem zawód mojego do Rzymu przybycia; uczyłem retoryki niektórych młodzieńców, schodzących się najprzód do mojego mieszkania, którym poznać się dałem, a którzy mnie wkrótce rozgłosili. Lecz niebawnie dowiedziałem się o innych nieprzyjemnościach w Rzymie, jakich nie doznawałem w Afryce. Nie dopuszczano się tam wprawdzie żadnych gwałtowności właściwych zuchwałéj kartagińskiéj młodzieży, ale mnie przestraszono, że młodzieńcy uczący się, nagle robią tajemne zmowy, aby swoich mistrzów w zapłacie oszukać, przechodzą do innego, jako łakomi zbiegowie od dobréj wiary i słuszności. Uczułem odrazu w mojém sercu nienawiść i pogardę ku tym podłym duszom; aczkolwiek nienawiść moja była niesłuszna, bo zapewne powodem jéj była raczéj krzywda, którą od nich ponieść miałem, aniżeli sama nieprawość ich czynu, która ich do niego pobudzała.
Szpetne są zaiste takowe umysły, które się tobie przeniewierzają i nierządną miłością kochają ulotne i znikome czasu igrzysko i zyski błotniste, których ujęcie plami rękę, a chcąc osiągnąć świat uciekający przed niemi, pogardzają wieczną twoją łaskawością, która nas do ciebie przywołuje, i przebacza cudzołożnéj duszy ludzkiéj, skoro do ciebie powróci. I dziś jeszcze nienawidzę owych nieprawych i wykrętnych ludzi, chociaż ich kocham jako zdolnych do poprawienia się: by przekładali raczéj umiejętności, których się uczą, nad pieniądze; a ciebie Boga, prawdę niezmienną, dobro i bespieczeństwo niezmąconego pokoju, nad samę naukę. Lecz wtedy bardziéj mój własny interes natchnął mnie nienawiścią ku ich przewrotności, aniżeli pragnienie, abym ich dla ciebie poprawił.




ROZDZIAŁ XIII.
Wysłanym zostaje do Medyolanu w zawodzie nauczania retoryki; o ś Ambrożym nieco napomyka.

Skoro posłano z Medyolanu do prefekta Rzymu, z żądaniem, o zdolnego mistrza retoryki dla tego miasta; z zapewnieniem odbycia téj podróży w powozie rządowym na koszt publiczny; ubiegałem się o tę posadę przez przyjaciół. upojonych manicheizmu błędami; od których, bez ich i mojéj wiedzy moim odjazdem miałem być oswobodzony; wypracowałem mowę w wyznaczonéj mi materyi, którą prefekt Symach zaspokojony, zamianował mnie i wysłał na tę posadę.
Przybyłem tedy do Medyolanu, do znanego wszędzie niemal z cnót Ambrożego biskupa, jako jednego z odważnych i największych umysłów na świecie pobożnego sługi twojego; którego wymowna gorliwość rozsiewała wtedy pomiędzy twoim ludem „czyste nasiona twojego zboża i radość oleju, i trzeźwe winem twojém opojenie[21].“ Twoja to ręka mnie ślepym do niego przywiodła, aby mnie on z otwartemi oczyma do ciebie przyprowadził. Przyjął mnie po ojcowsku ten człowiek boży, i prawdziwie biskupią miłością ucieszył się z mojego przybycia. Zacząłem kochać go, z początku nie jako nauczyciela prawdziwości (bom już zwątpił zupełnie, abym ją znalazł w twoim kościele), ale jako człowieka życzliwego dla mnie i łaskawego. Pilnie i z ochotą słuchałem jego nauk publicznych, nie w takim jednak zamiarze jak mi należało, lecz w przekonaniu się, czyli strumień jego wymowy odpowiadał sławie o nim rozgłoszonéj, i czyli szerszém lub węższém płynie korytem, jak o niéj mówiono. Stałem zadumiany, bacznie słuchając kształtu słów jego, nie ciekawy, ale z pogardą dla gruntu rzeczy, które obejmowały; podobałem sobie w gładkości jego mowy, lubo daleko uczeńszéj, mniéj atoli powabnéj i pochlebnéj jak była owego Fausta, mówiąc o sztuce krasomowczéj; lecz osnowa rzeczy była bez żadnego porównania. Bo Faust zabłąkał się w kłamstwach Manesa zanurzony; Ambroży zaś najzdrowszą wykładał naukę do zbawienia. Ale „daleko jest od grzeszników zbawienie[22]“ jakim w ówczas byłem; lubom nie wiedział o tém, potrosze jednak zbliżałem się ku niemu.




ROZDZIAŁ XIV.
Słuchaniem nauk ś. Ambrożego powodowany, odłącza się od Manicheuszów; zostaje Katechumenem w kościele katolickim.

Obojętnym będąc na prawdziwość jego nauki, uważnie tylko słuchałem sztuki jego mowy (bo ta próżna ciekawość pozostała jeszcze we mnie rozpaczającym już o znalezieniu drogi, któraby człowieka do ciebie prowadziła), wszelako wyrazy, którem lubił, wprowadzały w mój umysł niemniéj rzeczy, o które nie dbałem, a odłączyć ich nie mogłem. Do otwartego serca mojego, które przygotowałem na przyjęcie jego wymowy: wchodziła z nią razem i prawda, jednak stopniami. Widziałem najprzód, że wykład jego nauki obroniony być może, jako téż i wiara katolicka już bez uprzedzenia utwierdzoną przeciw zarzutom Manicheuszów, które do tego czasu za nieodparte uważałem. To mnie nade wszystko zatrwożyło, często słysząc rozwiązującego podług duchownego sensu wiele trudnych i ciemnych ustępów z pisma starego testamentu, których literalny wykład zabijał mnie duchownie.
Zostawszy objaśniony wykładem sensu duchownego niektórych wyjątków z Pisma ś., strofowałem już owo moje powątpiewanie, zwłaszcza to, które skłoniło mnie do wierzenia, że wszelki opór prawowiernych, jest niepodobny przeciw zarzutom nieprzyjaciół i oszczerców prawa i proroków. Nie poczuwałem się jednak już dla tego obowiązanym wejść na drogę katolicyzmu, że i on mieć może równie uczonych i wymownych obrońców, którzy zarzuty dostojnie rozwiązać zdołają; ani téż od razu potępić tę stronę, któréj się jeszcze trzymałem, bo obrona prawie równéj broni jéj dostarczała. Takim tedy sposobem wiara katolicka nie wydawała mi się już zwyciężoną, ale się téż zwycięzką jeszcze przede mną nie stawiła.
Dołożyłem przeto wszelkich usiłowań mojego umysłu do wynalezienia jakich dowodów pewnych, któremibym Manicheuszów o fałszywość zdań przekonał. Gdyby mój umysł zdołał był wystawić sobie istotę duchowną, byłby niezawodnie od razu skruszył wszystkie wykręty ich błędu i wymiótł je z méj wyobraźni; lecz tego dokazać nie mógłem. Co się jednak dotyczy zewnętrznego układu świata, jako ekonomii naszych zmysłów, więcéj nierównie znalazłem podobnych do prawdy dowodów w zdaniach wielu dawnych powiększéj części filozofów, niźli w nauce Manicheuszów, a ścisła rozwaga i powtarzane porównywania, mój sąd w tém w spierały.
Takim sposobem o wszystkiém wątpiąc, według utrzymywanych zasad Akademików, i wszelką niepewnością miotany, postanowiłem opuścić Manicheuszów; nieuważając tego za obowiązek, w czasie przesilenia wahania się mojego, przywiązywać się do sekty, która już ustąpić musiała mojemu szacunkowi dla takiéj szkoły filozofów; tym atoli filozofom, jako nienacechowanym zbawienném Chrystusa imieniem: zbraniałem się powierzyć niemocy méj duszy uléczenie. Umyśliłem nakoniec dopóty zostawać Katechumenem „do chrztu sposobiącym się“ w kościele katolickim, jako w kościele moich rodziców; dopóki jaka pewna nie zajaśnieje pochodnia, przy któréj świetle bieg życia urządzićbym zdołał.

Wyznania świętego Augustyna ornament 3.jpg

Przypisy

  1. Ps. 134, 3.
  2. Ps. 34, 10.
  3. Ps. 18, 7.
  4. Ps. 138, 7.
  5. Ks. mądr. 11, 25.
  6. Ks. mądr. 13, 9.
  7. Ps. 137, 6.
  8. Ps. 146, 5.
  9. I. Kor. 1, 30.
  10. Mat. 22, 21.
  11. Rzym. 1, 21.
  12. 22.
  13. 23.
  14. 25.
  15. Ks. mądr. 11, 21.
  16. Job. 28, 28.
  17. Efes. 4, 13
  18. Ps. 36, 23.
  19. Ps. 45, 5.
  20. Ps. 140, 3-4.
  21. B. 103, 15.
  22. Ps. 118, 155.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Augustyn z Hippony i tłumacza: Piotr Franciszek Pękalski.