Wyznania (Augustyn z Hippony, 1847)/Księga Czwarta/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Augustyn z Hippony
Tytuł Wyznania
Część Księga Czwarta
Wydawca Piotr Franciszek Pękalski
Data wydania 1847
Druk Drukarnia Uniwersytecka
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Piotr Franciszek Pękalski
Tytuł orygin. Confessiones
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii

KSIĘGA CZWARTA.


ROZDZIAŁ I.
Przez dziewięć lat zwodził i był zwodzony dumą i kacerstwem.

Przez dziewięcioletni przeciąg czasu, od dziewiętnastego aż do dwudziestego ósmego roku mojego wieku w téj zostawałem niewoli zwiedziony zarazem i zwodziciel podług przewrotnéj serca mojego żądzy, publicznie w błąd wprowadzałem naukami, które nadobnemi zowią; skrycie zaś pod kłamliwém i udawaném religii imieniem; tam byłem dumy igrzyskiem, tu zabobonny, a wszędzie próżny. Gminnéj sławy znikomością ujęty: ubiegałem się o teatralne oklaski, o piérwszeństwo w zapaśnictwie poezyi: tudzież o sienne wieńce wśród próżności teatralnych widowisk i wszelkiéj wolności zbytku i nierządów. Pragnąc potém oczyścić się z tego kału, przynosiłem według Manessa wybranym i świętym pokarmy, które alembik ich żołądka przetwarzać miał, i z nich wyziewać na moję intencyą aniołów i bogów wybawców moich. Takie to były głupstwa, które wykonywałem z mojemi przyjaciołmi przezemnie i zemną uwiedzionymi. Niech wyszydzają mnie dumni, którzy jeszcze nie dostąpili tego szczęścia, abyś ich zbawiennie upokorzył i poniżył mój Boże, ja zaś na chwałę twoję, wyznaję tobie sromotne uczynki moje. Dozwól mi, błagam cię, i udziel téj łaski, abym obecną pamięcią przebiegł wszystkie manowce przeszłych błędów moich, „i abym uczynił ci głosem radości ofiarę chwały[1].” I czémże dla siebie jestem bez ciebie, jak tylko wodzem siebie w przepaść wiodącym? Albo czémże jestem gdy dusza moja zdrowa, jeśli nie dziecięciem twoje mléko ssącém, lub ciebie pożywającém, pokarmie nieskazitelny? I czémże jest człowiek, którybądź człowiek, niczém więcéj, tylko człowiekiem? Niech mnie wyśmiéwają możni i potężni, ja jednak słabości moje i ubóstwo tobie zawsze wyznawać będę.




ROZDZIAŁ II.
Naucza retoryki; łączy się nieprawym związkiem z jedną niewiastą; ofiarami pewnego wieszcza pogardza.

W upływie owych lat uczyłem retoryki, sprzedawałem zwycięzką świegotliwość, sam będąc chciwością zwyciężony. W tym atoli zawodzie, ty wiész Panie, wolałem jednak mieć, jak ich zowią, uczniów dobrych, a w szczéréj prostocie uczyłem ich chytréj przewrotności i podstępu; nie w tym celu, aby kiedykolwiek na życie niewinnego nastawać mieli, ale by w obronie głowy sprawiedliwością na smierć skazanéj, stawali. Tyś jednak mój Boże widział zdala pełzającego mnie po téj śliskiéj drodze, i rozpoznawałeś w pośród kłębiącego się dymu przewrotności, przyiskrzającą szczérość i rzetelność moję, któréj w owém mistrzowstwie udzielałem „miłośnikom próżności i kłamstwa szukającym[2],” których byłem współtowarzyszem.
W przeciągu tych samych lat, miałem jednę niewiastę, którą nie święte związki małżeńskie zemną złączyły: ale nierostropny i niestały zapał żądzy dla mnie wyśledził. Z tą tylko jedną spólne prowadziłem życie, i dla niéj chowałem wierność przyrzeczoną; z tąd wlasném mojém doświadczeniem pojąłem całą różnicę, która oddziela przystojność prawego małżeństwa, mającego za cel odradzanie się w potomstwie, od prywatnego związku roskosznéj miłości; z którego mimo życzenia rodzi się potomek, aczkolwiek do tak urodzonego, niemniéj z miłością się przywięzujemy.
I to sobie odświéżam w pamięci; gdym chciał iśdź w zawody o nagrodny wieniec śpiéwów dramatycznych, kazał mnie zapytać się wieszcz nieznany, jaką ofiaruję mu nagrodę, bym odniósł zwycięztwo; lecz brzydząc się z pogardą tak haniebnemi świętokradztwy, odpowiedziałem: iż chociażby szło o wieniec złoty i wiecznotrwały, na zabicie jednéj muchy dla mojego zwycięztwa nie zezwoliłbym. Wiedziałem, że miał zabijać bydlęta na ofiarę, i tém uczczeniem uzyskać dla mnie czartowskiéj pomocy; ale i tą sromotną ofiarą, nie pogardzałem z czystéj ku tobie miłości, Boże znawco serca mojego! albowiem jeszcze nie umiałem cię wtedy kochać, ile że myśl moja tylko blaskiem ciał w ówczas była zajęta. Do takich więc próżności dusza wzdychając, izaliż nie przeniewierza się tobie, opierając się na kłamstwie, staje się nierządnicą i pasie wiatry [3]. Nie chciałem by za mnie ofiarę djabłom czyniono, którym sam z siebie moim zabobonem codziennie ją czyniłem. Nie jestże to paść wiatry, karmiąc naszemi błędami tych duchów piekielnych, które sobie z błędów naszych roskoszną ucztę z uśmiéchem czynią?




ROZDZIAŁ III.
O jego zbyteczném zamiłowaniu w astrologii.

Nie przestawałem przeto radzić się owych gwiazdowieszczych zwodzicielów, których matematykami zowią, że nie zdawali się prawie żadnéj czynić ofiary, ani téż nie udawali się z modłami do duchów o przepowiednie przyszlości; ale chrześcijańska i prawdziwa pobożność słusznie naukę ich odrzuca i potępia. „Ponieważ, dobrze jest wyznawać tobie Panie [4], i do ciebie mówić: zmiłuj się nade mną, uzdrów duszę moję, bom zgrzészył tobie [5].” Ani się téż godzi nadużywać odpuszczenia twojego aż do wolności grzészenia, ale w pamięci bacznie chować należy przestrogę Zbawiciela: „Otoś się stał zdrowym już nie grzész , abyć się co gorszego nie stało [6].” Całe to zbawienne przykazanie przemazać usiłują, którzy nauczają: że nieuchronna przyczyna grzészenia z nieba na ciebie „”człowiecze” spływa; Wenera, Saturn, Mars są tego przykładem; chciano więc uniewinnić człowieka, owo ciało i krew i dumną zgliniznę! chciano całą winę rzucić na Twórcę niebios, który gwiazd obrotami włada. I któż jest nim, jeżeli nie ty nasz potężny Boże, słodyczy nieprzeczérpana i źródło sprawiedliwości, „który oddajesz każdemu według czynów jego [7], a sercem skruszoném i ukorzoném nie pogardzasz [8].”
W owym czasie poznałem w Kartaginie męża z bystrym dowcipem, gruntownie uczonego i sławnego w sztuce lekarskiéj, który jako prokunsuI, lecz niejako lekarz, swojemi rękoma włożył ów zwycięski wienice poetyckich zapasów na moję niezdrową głowę. Tyś Panie sam sobie zostawił téj choroby uleczenie, „bo ty pysznym się sprzeciwiasz, a pokornym łaskę dawasz [9].” Ale czyliż i przez tego starca przestawaleś mi być pomocnym, skoroś jego ręką nie przestał leczyć moję schorzałą duszę? Wszedłem albowiem w zażyłość z nim, jego więc rozmowy, bez ozdobnych i szumnych wyrazów, ale uprzejme i poważne z bystrości jego umysłu płynące, uczyniły mnie jego częstym i uważnym słuchaczem. Skoro tyIko wyrozumiał z mojéj z nim rozmowy, żem zbytecznie przywiązał się do dzieł gwiazdowieszczych: życzliwie i po ojcowsku doradzał mi, abym tego zaniechał, i daremnie tym bredniom nie poświęcał starania i pracy użytecznym rzeczom potrzebnéj. Mówił nareszcie, że i on w piérwszych latach swego wieku przykładał się z zapałem do tych nauk, tak dalece, że tém rzemiosłem mniemał prowadzić sposób życia swojego; a jeżeli nie trudno zrozumiał Hippokratesa , byłby snadniéj daleko i owe nauki pojął, i nie dla innéj przyczyny porzucił je, a sztukę lekarską wyżéj ocenił i onéj się oddał, jedynie, że w nich dostrzegł widocznego fałszu i błędów; ani mu jego uczciwość i rzetelność dozwalały, by zwodzeniem ludzi, środki życia swojego zaopatrzał. Ale ty, powiedział mi, nauczaniem retoryki, życie przystojnie utrzymać możesz, jedynie dobrowolną ciekawością, lecz nie z potrzeby życia do tych bredni przywiązujesz się; i możesz mi z pewnością zawierzyć, żem tę lichą umiejętność, dla tego tak doskonale zgruntował, abym sobie z niéj saméj wyżywienie moje zapewnił. Pytałem go, czém się dzieje, że bardzo wiele przepowiedni uiszczają się? ile zdołał, rozwiązał moje zagadnienie: iż to sile trafu, po całéj naturze rozlanéj przypisać należy. Jeżeli przypadkiem jakiego poety, mówił daléj, otworzysz dzieło, jego śpiéwy przeczytasz w daleko innéj myśli od téj, jaką je natchnął, i bardzo często dziwną zgodność z twoją myślą postrzeżesz; zdumiewać się nie należy przeto, że dusza ludzka wyższém przeczuciem poruszona, nie wiedząc co się w niéj dzieje, trafem, lecz nie nauką, wydaje niekiedy głos, którym stan i czyny drugiéj duszy zgaduje.
Owoż to jest, czego nauczyłem się od niego, albo raczéj od ciebie Panie przez niego; ty więc odcieniłeś w mej pamięci piérwsze rysy mojego zamysłu, który być miał przewodnią moich badań w przyszłości. W ów czas, ani on, ani mój ulubiony Nebrydyusz, bardzo dobry, przezorny, i z szlachetném uczuciem młodzieniec, pełen pogardy ku téj wieszczej sztuce, nie zdołali mnie przekonać zupełnie, abym ją porzucił; ponieważ więcéj polegałem na powadze jéj pisarzy, a nie znalazłem jeszcze wcale pewnego dowodu, jakiegom szukał, któryby mnie jasno przekonał, że traf, lub wypadek, lecz nie rachuba obrotów niebieskich, stanowił prawdę przepowiedni.




ROZDZIAŁ IV.
O zgonie jego przyjaciela.

W owych piérwszych latach mojego w rodzinném mieście nauczycielstwa, zawiązałem ścisłą przyjaźń z pewnym młodzieńcem, ulubionym rówiennikiem w naukach i wieku, który kwiatem młodości ze mną razem rozkwitał. Dziećmi będąc wzrastaliśmy razem i do szkoły uczęszczali, ze sobą razem grywaliśmy. Lecz nie był mi jeszcze piérwszą przyjaźnią tak miłym jak drugą; aczkolwiek i druga nasza przyjaźń nigdy nie była prawdziwą; bo przyjaźń nie będzie prawdziwa, jeżeli ty nie zawiążesz jéj pomiędzy przyjaciołmi z tobą złączonemi „miłością w sercach naszych rozlaną przez Ducha ś., który nam jest dany[10].” Słodką jednak była dla mnie owa ścisła z nim zażyłość, na ognisku równych uczuć zapałem skojarzona. Odciągnąłem go od prawdziwéj wiary, którą jego młodość jeszcze nie była gruntownie oświéconą: abym go tém łatwiéj nakłonił do zabobonnych bredni i moralnego zamoru, który tyle łez i serca boleści matkę moję kosztował. Błądził umysłem swoim ze mną pospołu ten człowiek, bez którego dusza moja nigdy obejść się nie mogła. Lecz oto ty zawsze idziesz za śladem blisko zbiegów twoich, Boże sprawiedliwéj pomsty, zarazem i źródło miłosierdzia, który nas niepojętemi prowadzisz do siebie drogami! oto owego człowieka wywołałeś z tego tycia, gdyśmy zaledwo rok jeden w ścisłéj ze sobą spełnili przyjaźni, która słodszą mi była nad wszelkie ówczesnego życia mojego przyjemności.
Ale któryż człowiek sam jeden wyliczy cały skarb twojego zmiłowania, którego w sobie samym doświadczył? Cóżeś w ówczas uczynił mój Boże, o jakże niezgruntowana przepaść sądów twoich. Kiedy gwałtowną febrą pochłoniony leżał bez zmysłów, śmiertelnym potem oblany, i gdy już o życiu jego zwątpiono, ochrzczonym został mimo swéj wiedzy; do czegom się nie przyłożył, lecz mniemałem przeciwnie, że trocha wody na ciało jego bez czucia wylanéj, zniszczyć nie zdoła w jego duszy owych zdań przewrotnych, jakiemi natchnąłem jego umysł. Inaczéj się stało, lepiej za raz mieć się począł i do zdrowia przychodził. Skoro tylko mówić z nim mógłem (i łatwo z nim rozmawiać zaraz mógłem skoro mówić zdołał, bom go nie odstępował, tak ściśle byliśmy miłością spojeni), śmiać się począłem, w nadziei, że i on ze mną owo chrztu przyjęcie, bez obecności umysłu i czucia, wyśmieje; ale już wiedział, że go przyjął. Tak się mną przestraszył, jak swoim nieprzyjacielem, a z nagłą i podziwiającą myśli wesołością upomniał mnie, że jeżeli sobie życzę być jego przyjacielem, bym téj mowy poprzestał. Zdumiała mnie i zmieszała jego odpowiedź, wszelki więc umysłu mego zapał wstrzymałem, póki wprzód nie wyzdrowieje i siły zdrowia nie nabierze, abym z nim działać mógł według méj woli. Lecz porwany został mojemu szaleństwu; aby na łonie twojém zachowany był dla mej pociechy; po kilku dniach potém, w méj nieobecności wzmogła się febra i dokonał żywota.
Jakże ciężka boleść z jego straty zniesiona, zamroczyła moje serce; na com tylko spojrzał, wszystko śmierci postać wyrażało. Ojczyzna moja była mi nie znośną karą, a dom ojczysty smutném i dziwném spustoszeniem. Każdy upominek dawniej z nim podzielany, zamienił się bez niego w srogie udręczenie. Zewszqd wyglądały go moje oczy, lecz niskąd nie pojawiał się, znienawidziłem sobie wszystkie rzeczy, ponieważ go żadna nie wyobrażała, ani powiedzieć nie mogła: oto przychodzi, jak za życia kiedy nie był obecny. Stałem się więc sam dla siebie wielkiém zagadnieniem, duszę moję badając: „czemuby żałosną była i nieznośnie mię trwożyła [11],” ale nic odpowiedzieć mi nie umiała. Aczkolwiek jej mówiłem: „miej nadzieję w Bogu,” sprawiedliwie nieposłuszną mi była, bo lepszym i prawdziwszy m był ów człowiek, którego jako najulubieńszy serca przedmiot, żałośnie utraciła, aniżeli urojenia (manichejskie), w których ufać miała. Sam tylko płacz słodkim był dla mnie, w którym dusza moja znalazła całą roskosz w miejscu utraconego przyjaciela.




ROZDZIAŁ V.
Dla czego łzy w prośbie i strapieniu słodkie są i przynoszą ulgę?

Teraz Panie to wszystko już minęło, a czas ukoił ranę żałości mojej. Mogęż nastawić ucha serca mojego ustom twoim, o ty jasna prawdo! abyś mi powiedział: dla czego płacz słodkim jest dla nieszczęśliwych i strapionych? czyżeś ty, acz wszędzie obecny, daleko odrzucił od siebie nędzę naszę? Ty Panie zawsze sam w sobie przebywasz, my zaś toczymy się po doświadczeniu niestałości. Jeżeli jednak nie nakłonisz uszu twoich na płacz i prośby nasze, żadnéj zgoła nadziei naszego ratunku nie pozostanie? zkądże więc pochodzi, że z drzewa nasiąkłego życia goryczą, słodkie zrywarny owoce westchnienia, płaczu, łkania i żalów? Co tym twardym troskom smaku dodaje? czyli ta ufność, że nas wysłuchasz? jest ona prawdziwą w tajemnych modlitwach naszych z żywém pragnieniem? by ciebie doszły. Ale byłoż co podobnego w tym żalu z utraty mojego przyjaciela, i w téj żałobnéj boleści, w której się zanurzałem! Nie miałem bowiem żadnéj nadziei że ożyje, anim o to prosił rzewnémi łzami mojemi, lecz rozczulałem się jedynie, bym płakał. Byłem wprawdzie ciężko utrapiony utratą lubéj pociechy dla méj duszy. Lubo płacz z natury swéj jest goryczą, może wtedy przynosi ulgę ciężkiéj boleści serca, i osładza ten niesmak poniesiony z utraty rzeczy, dawniéj nam przyjemnych i drogich, gdy nas wstrętem i trwogą nabawiają?




ROZDZIAŁ VI.
Wyraża wielką żałość zniesioną z utraty swego przyjaciela

Ale pocóż mam rozwodzić żale? Nie czas potemu, bym ciebie zapytywał się, lecz w ukorzeniu moje błędy tobie wyznawał. Nędzny byłem i każde serce związane rzeczy śmiertelnych miłością jest nędzne; rozdziera go tych rzeczy utrata, i w ówczas dopiéro cały skutek swego nieszczęścia uczuwa, gdy je utraca, które jeszcze przedtém go uciska, nim je utraciło. Takim w ówczas byłem rzewnie płacząc, a w nacisku mojego strapienia spoczynku i ulgi w goryczy szukałem. Cliociażem był tak nieszczęśliwy, życie jednak to, acz nieszczęśliwe, milsze mi było nad mojego przyjaciela; a lubom je chciał zmienić, nie chciałem jednak utracić je raczéj, niśli owego przyjaciela. I nie wiem czylim chciał poświęcić się za niego, jakto bajeczna zapewne o Oreście i Pyladesie wieść niesie, że jeden za drugiego, lub téż razem umrzéć chcieli; że przeżycie jeden drugiego, nad samę śmierć gorszeby dla nich było. Ale nie pojmuję, jakie uczucie zupełnie przeciwne obudziło się we mnie; żem czuł w sobie i wielkie życia zbrzydzenie, i bojaźń śmierci. Mniemałem, że, ilem go usilniéj kochał, tym bardziéj nie nawidziłem śmierci, która mi go wyrwała, i lękałem się jéj jako straszliwéj i okrutnéj nieprzyjaciołki, gotowéj cały rodzaj ludzki nagle pochłonąć, jak jego pochłonęła. Takim w ówczas byłem, jak sobie to odświeżam w pamięci.
Oto serce moje przed tobą otworem stoi o Boże! obacz w jego wnętrzu wszystkie moje przypomnienia, o jedyna moja nadziejo, któryś mnie oczyścił od haniebnych namiętności, „obracając oczy moje ku tobie, wywikłałeś z zagubnych sideł nogi moje [12].” Zdumiewałem się, widząc, że jeszcze reszta śmiertelników żyje, ponieważ ten dokonał żywota, któregom ukochał jako nigdy umiérać nie mającego. Ale bardziéj jeszcze zdumiewałem się nad sobą, że żyję, bo nim drugim byłem, niżeli nad owym umarłym. O jakże trafnie mówi poeta o swoim przyjacielu, że to jest: „połowica méj duszy [13].” Czułem to bowiem, że dusza jego i moja, w dwóch ciałach jednę duszę składały. I stąd moje życie obmierzłém dla mnie było, bom żyć nie chciał połowiczny. Dla tego może umrzeć lękałem się, aby on cały nie zamarł, któregom z tak wielkim zapałem kochał.




ROZDZIAŁ VII.
Żadnéj pociechy w Tagaście nie znajdując, przenosi się do Kartaginy.

O! szale rozumu, ludzi po ludzku kochać nie umiejący. O nierostropny człowiecze, jakim w ówczas byłem, niecierpliwie znoszący ludzkie utrapienia. W nacisku boleści serca tak stroskany, wzdychałem i płakałem, nic byłem zdolny odpocząć i przyjąć pociechę i poradę. Zmęczoną i zbroczoną nosiłem duszę moję; nie dozwoliła mi nosić się dłużéj, a nie wiedziałem gdzie ją mam umieścić. Ani ją przyjemność gajów, gry i śpiéwów zabawy, miejsca zapachy, ni wystawne biesiady, roskosz sypialni i łoża, a nawet czytanie i poezya, ukoić zdołały. Wszystko mnie przestraszało, i światło nawet; cokolwiek nie było nim, podłém i przykrem dla mnie się stawało, oprócz łez i wzdychania, które nieco spoczynku i ulgi méj boleści przynosiły. Kiedy to gwałtowne roztargnienie porywało moję duszę, gniotło mnie wtedy ogromne méj nędzy brzemie, które ty sam Panie podnieść miałeś i uleczyć. Wiedziałem o tém, lecz nie miałem woli ani siły po temu, tém bardziéj żem cię niczém stałém ani téż pewném w méj myśli nie uważał. Nie ty przeto, ale próżne urojenie moje, ale mój własny błąd był moim Bogiem. Na próżnom usiłował oprzeć na tém duszę moję by odpoczęła, bo ona po téj próżności wahając się, znowu na mnie spadała. Stałem się więc dla siebie miejscem nieszczęśliwém, na którém ani pozostać, ni z niego wydalić się mógłem. Dokądże serce moje odbiedz mogło od siebie? dokąd schronić się miałem przed sobą samym? gdzieżbym nie szedł za sobą? a jednak uszedłem z méj ojczyzny, bo moje oczy mniéj go szukały, gdzie go widywać nie przywykły; z Tagasty więc przybyłem do Kartaginy.




ROZDZIAŁ VIII.
Żałość jego z upływem czasu zmniejszała się potrosze.

Czas nie spoczywa, ale płynie bez przestanku, i przez nasze zmysły nowe zawsze przeprowadza wrażenia, a na umyśle dziwne robi odmiany. Przychodził on i zbiegał ode dnia do dnia, a jego nawalność przynosiła mi inne postacie, inne coraz pamiątki, i przywracała mi potroszę smak dawnych roskoszy, którym ustępowała boleść moja; ale po niéj następowały nie nowe już wprawdzie boleści, jak raczéj nasiona przyszłych udręczeń, którem w sobie zasiewał. Bo czyliżby owa boleść tak łatwo i tkliwie wnętrze méj istoty przeniknąć była zdołała, gdybym nie był méj duszy na piasek wylewał, kochając śmiertelnika, jakoby nigdy umiérać nie mającego? Największą W mojém strapieniu rozrywkę i ulgę przynosiły mi, pocieszenia od moich przyjaciół, którzy to ze mną kochali, com miasto ciebie kochał; były to niepoliczone bajki, ciągłe i nieustanne kłamstwa, nieprawe roskosze, które spólnemi wyrazami uszy łechtając, nasz umysł kaziły. A chociażby który z moich przyjaciół był życie zakończył, te kłamstwa i bajki byłby od zamoru ocalały.
Inne prócz tego powaby ujmowały moję duszę: wzajemne rozmowy, wesołość umysłu, życzliwe ich oświadczenia i pochwały, wdzięcznomownych ksiąg czytania, przystojne żarty, uprzejmy szacunek, rzadka sprzeczka bez uszczypliwości i przekąsu, jakoby sam człowiek ze sobą upierał się, by przez ten rzadki spór ugruntować w umysłach stałą zgodę; nauczanie, i nawzajem uczenie się, upragnione przyjaciół nieobecnych oczekiwanie, i radośne onychże przychodzących przyjęcie. Wszystkie te przyjemne dowody, które z serc przyjacielskich wynurzane bywają: usty, językiem, oczyma, i tysiącem uprzejmych poruszeń, rozdmuchując w umysłach zarzewie przyjaźni, na ognisku milości wszystkich umysły w jeden zlewają.




ROZDZIAŁ IX.
Że nie masz prawdziwéj przyjaźni tylko w Bogu.

To jest właśnie co w przyjaciołach kochamy, a taką miłością kochamy, że niewdzięcznością czuje się być obciążone ludzkie sumienie, jeżeli się miłością za milość nie wywiązuje: nic więcéj od kochanéj osoby nie żądając tylko szczéréj życzliwości dowodów. Ztąd wynurza się ciężka żałość po zgonie osób kochanych, owa posępna boleść, a słodka przyjaźń w gorycz przemieniona, rzéwnemi łzami serce odwilża: utrata przeto życia umierających, rodzi śmierć żyjącym. Szczęśliwy, kto ciebie kocha, kto w tobie przyjaciela, a nieprzyjaciela dla ciebie miłuje! ten tylko sam nigdy nie utraca żadnej lubéj istoty, komu wszystkie są miłe w tym, którego nigdy utracić nie możem. I któż to jest nim, jeżeli nie nasz Bóg, który niebo i ziemię utworzył, który je napełnia a napełniając udziałał je? i nikt ciebie nie utraca, jedynie ten kto cię opuszcza. A kto ciebie opuszcza dokądże idzie, lub dokąd ucieka, jeżeli nie od ciebie łaskawego do ciebie zagniewanego? gdzież nie napotka prawa twojego na swoje ukaranie? bo prawo twoje jest prawdą, a wieczną prawdą ty jesteś.




ROZDZIAŁ X.
Dusza nie znajdzie swego spoczynku w stworzeniach.

„Boże zastępów nawróć nas, a ukaż oblicze twoje i będziem zbawieni [14].” W którąkolwiek stronę obróci się dusza człowieka, oprócz ku tobie tylko Panie, indziej wszędzie boleść napotka, a chociaż na jaką bądź piękność stworzeń trafi, od ciebie i od siebie zbłąkana, nigdzie jednak prawdziwego spoczynku nie najdzie. Niczémby zaiste nie były wszelkie piękności, które wschodzą i zachodzą, jeźliby od ciebie nie pochodziły: rodząc się, swoje istnienie poczynają, wzrastają by do swéj doszły doskonałości, a doszedłszy starzeją się i zamierają, bo wszystko się starzeje i umiera. Skoro więc urodzą się, dążą do stanu swego istnienia, im spieszniéj wzrastają i dojrzewają do zupełnego bytu, tém bardziéj spieszą do kresu, by istnieć przestały. Taka jest natura ich istnienia, tukieś im zakreślił granice, bo to są części tych rzeczy, które nigdy razem nie istnieją, lecz ubywaniem jednych a napływem drugich wszystkie składają ten ogół przyrodzenia, którego są częściami, Takim podobnie sposobem przez znaki brzmienia odbywa się mowa nasza. Nigdyby cały okres mowy nie był skończony, gdyby poprzednie słowo, po w rażeniu swego znaczenia i zdania nie ustąpiło dla nastąpienia po niém drugiego. Niech cię wysławia dusza moja, za te dzieła Boże Stwórco ich najwyższy, lecz niechaj nie przypaja się do nich ponętą zmysłowéj miłości. Idą one zawsze gdzie szły, do swego kresu, aby więcej nie były, a zaraźliwém pragnieniem rozdzierają duszę, która chce istnieć szukając lubego spoczynku w tem, co miłuje. Ale czyliż w upływie ich niestałości znajdzie stały swój spoczynek? ubiegają one, i któż za niemi zdqży, gdy nawet chwila ich obecnego istnienia wymyka się z pod zmysłów ciała? Nieskory jest zmysł ciała, bo jest zmysłem ciała, i ta jest własność jego. Wystarcza on do przeznaczonego celu swojego, lecz nie jest mocen zatrzymać to, co od punktu wytkniętego przechodzić ma do wskazanego kresu. Bo twórcze Słowo twoje mówi do stworzenia: „odtąd pójdziesz dotąd.”




ROZDZIAŁ XI.
Stworzenia odmieniają się, sam tylko Bóg jest nieodmienny.

Nie bądź próżną duszo moja, bacznie uważaj, by gwar twéj próżności nie zagłuszył ucha serca twojego, Słuchaj przeto; samo nawet Słowo Boskie woła na ciebie, abyś powróciła tam, gdzie jest miejsce niczém nienaruszonego spoczynku, gdzie miłość nie opuszcza, jeżeli ona sama nie będzie opuszczoną. Patrzaj: oto jedne istoty ustępują, aby inne po nich nastąpiły, by ze wszystkich szczegółowych części składał się świat niższego rzędu. Izaliż ja gdzieindziéj odchodzę mówi Słowo Boże? tam więc usiłuj założyć twoje mieszkanie, tam umieść wszystko co ztamtąd posiadasz o duszo moja tak wielu kłamstwy i błędami już zwątlona! Oddaj prawdzie wszystko coś od prawdy odebrała, a nic z tego nie utracisz: i wyrównają się zagniłe blizny twoje, a słabości twoje będą uleczone, nietrwała istota twoja ustali się i odnowi, i z tobą złączy; nie uniesie cię z sobą na miejsce zniszczenia dokąd ona zstępuje, ale z tobą zostanie oparta na stałości zawsze trwającego Boga. Przewrotna, pocóż naśladujesz ciało twoje? niech ono ciebie naśladuje, wszakże na to oczyszczone zostało. I cóż przezeń poznajesz? zapewne niektóre tylko cząstki owéj całości, któréj nie pojmujesz, i w tych drobnostkach masz upodobanie. O gdyby zmysł ciała twojego zdolny był pojąć owę całość, i gdyby dla swego ukarania nie był odebrał zasłużonego ograniczenia, jakżebyś żądała co prędzéj pojęciem przelecieć wszystko, co teraz istnieje, aby ci się więcej jeszcze cały ogół podobał. Wszakże i mowy naszej tym samym ciała zmysłem słyszysz wyrazy, nie poprzestajesz na poprzednich zgłoskach, póki reszta ich szybkim upływem nie nastąpi, byś cały okres usłyszała. To się rozumieć ma o wszystkich rzeczach, które pewną całość składają, a nie są razem wszystkie, z których się owa całość składa; a wszystkie rzeczy w ogół zebrane, więcej swym powabem zachwycają, niźli jedna w szczególe, jeżeli wzroku zmysłem objąć się dozwalają. Ale jakie daleko wyborniejszym powabem zachwyca ten, który ów ogół wszechrzeczy udziałał: jest on Bogiem naszym: i nigdzie się nie oddala, ponieważ po nim nic nie następuje. Jeżeli ci się podobają ciała, Boga za nie wychwalaj, a miłość twoję obróć ku Sprawcy ich, abyś twojém upodobaniem w nich, ty sam onemu podobać się nie przestał.




ROZDZIAŁ XII.
Dusze znajdują w Bogu nieodmienność i spoczynek.

Jeżelić się dusze podobają, w Bogu je kochać przystoi, ponieważ i one są odmienne; w Bogu ustalone, stają się nieodmienne: bez niego bowiem wątlałyby i ginęły. Którekolwiek one są, w Nim je kochaj, i do niego z sobą prowadź, i powiedz im: kochajmy go, a kochajmy szczerze, on wszystko udziałał, i „nie jest daleko“ od swego stworzenia. Nie oddalił się on po stworzeniu, lecz z niego i w nim wszelkie stworzenie istnieje. Owóż tam on jest, gdzie smak prawdy przebywa! jest on wewnątrz serca, lecz serce od niego się odwróciło. „Nawróćcie się przestępnicy do serca [15]“ i przywiążcie się do tego, który was stworzył. Z nim przebywajcie, a nieporuszeni stać będziecie, w nim odpocznijcie a niezmąconego spokoju zażyjecie.
Dokąd idziecie, na bezdroża? w manowce? gdzie idziecie? Dobro które kochacie, od niego pochodzi. Przyjemne i słodkie jest dobro, ile je dla Boga kochacie; lecz słusznie goryczą się stanie, jeżeli je niesłuszną miłością, opuściwszy jego Sprawcę, kochacie. Pocóź coraz dalej zapuszczacie się ścieszkami mozołem i trudem nasterczonemi? nie masz tam spoczynku gdzie go szukacie. Szukajcie więc, czego szukacie, ale tego nie masz tam gdzie szukacie. Życia szcześliwego szukacie w krainie śmierci, nie masz go tam niestety! Bo jakże może być szczęśliwém gdy nawet nie jest życiem?
Prawdziwe życie nasze zstąpiło na tę ziemię, i obciążyło się naszą śmiercią; zabiło ją życia swojego obfitością. Głos jego jako grzmot rozlegał się wszędzie, wołając byśmy stąd powrócili do niego, do owego tajnika; z którego wyszło do nas, zstąpiwszy naprzód: do łona dziewicy, gdzie z niém zasłębiła się ludzka natura, ciało śmiertelne: by się od śmierci uwolniło: a ztamtąd „jako oblubieniec wychodząc z łożnicy swojéj, rozweselił się jako olbrzym na przebieżenie w drogę [16]“. Nie zatrzymał się, ale bieżał wołając: słowy, uczynkami, śmiercią, życiem, zstąpieniem na ziemię i wstąpieniem na niebiosy, abyśmy do niego powrócili. Odszedł z przed oczu naszych, byśmy wszedłszy do serca naszego, tam go znaleźli. Oddalił się od nas, a owóż z nami przebywa. Nie chciał długo zostawać z nami, a jednak nas nie opuścił; powrócił tam, skąd nigdy nie odszedł, bo „świat jest uczynion przezeń, i był na tym świecie [17] i przyszedł na świat, aby grzeszne zbawić [18].“
Jemu to dusza moja wyznaje, prosząc „aby ją uzdrowił, bo przeciw niemu zgrzészyła [19].“ Synowie człowieczy, dopókiż nosić będziecie nieprawością obciążone serca wasze [20]? Życie do was zstąpiło, więc wy nie będziecieź chcieli się wznieść ku niemu i żyć? Ale dokąd się wzniesiecie skoroście się wywyższyli i „podnieśliście w niebo usta wasze [21].“ Uniżcie się, abyście się wywyższyli, i miłością do Boga wstąpili. Spadliście, podnosząc się przeciw niemu. Powiedz im to o duszo moja, by płakali na téj nędzy i łez dolinie, i prowadź ich ze sobą do Boga, bo duchem jego natchniona do nich mówisz, jeżeli słowa twoje ogniem miłości płoną.




ROZDZIAŁ XIII.
Z kąd pochodzi miłość; namienia o księgach, które pisał o piękném i stósowném.

Owóż to jest, o czém wtedy nie wiedziałem; a kochając piękność niższych rzeczy w przepaść szedłem i mówiłem do moich przyjaciół: czliż kochamy co nie jest pięknem? Cóż jest więc pięknem, a co pięknością? Co jest owym wdziękiem, który nas przywiązuje do miłych nam przedmiotów? Jeżeliby nie były powabne i piękne, żadnego nie uczyniłyby na nas wrażenia. Bacznie więc rozważałem, że w samych nawet ciałach rozróżnić należało, co jest jakby całością, zaczém piękne, od tego, co przystoi, że przyzwoicie być może do jakiéj rzeczy zastósowane, jako jeden członek do ogółu ciała, lub obuwie do nogi, i tym podobne. To źródło rozwagi z głębi serca mojego wytryskiwało w moim umyśle, i napisałem o piękném i stósowném, mniemam dwie lub trzy księgi, ty o tém wiesz Boże, bom to wypuścił z méj pamięci. Nie mam już tych książek, gdzieś zagubione zostały, nie wiem jakim sposobem.




ROZDZIAŁ XIV.
Te księgi przypisał Hieryuszowi mowcy, którego sławy przykładem, nie zaś kogo bądź innego, pragnął być z nauk słynnym.

I cóż mnie, Panie Boże mój, spowodowało, żem te księgi przypisał Hieryuszowi mowcy rzymskiemu? którego aczkolwiek nie znałem z widzenia, kochałem go jednak dla sławy jego nauki, którą publicznie jaśnial; niektóre tylko wyrazy jego słyszałem i bardzo mi się podobały. Lecz więcéj jeszcze, że podobały się innym, którzy go powszechną pochwałą i szacunkiem z zdumieniem rozgłaszali: że Syryjczyk wprzód w greckiéj mowie gruntownie wyuczony, późniéj w łacińskiéj, został podziwiającym mistrzem, i we filozoficznych umiejętnościach nad innych celował; to było mojego zdumienia powodem.
Być że to może, abyśmy, słysząc pochwałę człowieka, zaraz go acz nieobecnego kochali? Czyliż ta miłość z ust chwalcy wychodząca od razu przechodzi w serce słuchacza? nie zapewne; lecz miłością kochającego piękne przymioty w innym, zapala się miłość drugiego. Stąd przeto kochamy przedmiot chwalony, skoro przekonani jesteśmy, że pochwała z szczérości serca w wypływa, że ją życzliwość wydaje.
Tak więc wtedy kochałem ludzi, podług ludzkiego sądu ale nie według twojego, mój Boże, który nikogo nie myli. Wszelako moje pochwały nic nie miały spólnego z chwaleniem sprawnego woźnicy, albo biegłego w swéj sztuce myśliwca gminnemi pochwałami na widzialni wsławionych, mój szacunek innego zupełnie był rodzaju, i daleko wyższy; chwaliłem tak poważnie jak sam chciałem być chwalony. Nie byłem pewnie chciwy takiéj pochwały i miłości, jakie komedyanci odbierają, lubom ich piérwszy chwalił i kochał; obierałem raczéj zatajenie, niż taką sławę, i nienawiść jak podobne życzliwości. Ale jakże w jednéj i téj saméj duszy utrzyma się równowaga różnych i przeciwnych sobie miłości? jakimże sposobem kochać mogę w innym człowieku to; czego w sobie samym nie nawidzę, czém się brzydzę i daleko od siebie rzucam, będąc równie jak on człowiekiem? A jak dobrego konia lubi ów który go chwali, nie życzyłby sobie nim zostać, chociażby i mógł: czyliż i o komedyancie, natury naszéj towarzyszu, za równo jak o koniu mniemać należy? Mogęż więc właściwie kochać w człowieku to, czegobym w sobie nienawidził, i nie chciał tém być, będąc niemniéj człowiekiem? Niezgruntowaną przepaścią jest człowiek dla siebie, „którego wszystkie włosy na głowie ty Panie masz policzone, a żaden nie spadnie bez woli twojéj [22], snadniéj atoli policzyć włosy jego, niźli żądze i poruszenia jego serca.
Ale tego mowcę kochałem z téj pobudki, żem pragnął zrównać się z nim w naukach; za próżną nadętością błądziłem, wszelkim wiatrem byłem unoszony, a nie pojmowałem skrytego twojego mną rządzenia. I skądżem się o tém dowiedział, jakże to z pewnością tobie wyznam, że raczéj miłość stronników tego człowieka zapaliła mnie do kochania go, aniżeli sam powód rzeczy, dla których był chwalony? Bo gdyby go miasto pochwały ganiono, a materia sławy była materyą krtki i wzgardy: nie byłoby zapewne moje serce miłością ku niemu zawrzało. A jednak i człowiek i rzeczy jego byłyby te same, jedynie opinia o nim różna. O jakże ciężko upada wątła dusza, która jeszcze nie opiera się na nieporuszonym gruncie prawdy. Za każdym dziwacznej opnii powiewem idzie, skłania się, obraca i odwraca; a światłość zasłania się mrokiem dla niéj, przeto nie widzi prawdy, która przed nami otworem stoi.
Byłoby to w prawdzie wielką dla mnie sławą, gdyby moje rozprawy i usiłowania były doszły wiadomości tego człowieka. A jeźliby je był pochwalił i potwierdził, bardziéjbym się jeszcze był zapalał do pracy; gdyby zaś naganie były uległy, byłoby serce moje zranione, pełne próżności, a wypróżnione z téj stałości prawdy, która jest w tobie. Z uciechą wszakże, i nieustannie zajmowałem się owém piękném i stósowném, o czem do niego pisałem; a moje własne podziwienie bez obcych pochwał chwaliło ów pomnik mojego pomysłu.




ROZDZIAŁ XV.
Jego umysł zaciemniony zmysłowemi obrazami, pojąć nie mógł istot duchownych.

Lecz w dziwach twéj sztuki jeszczem nie pojmował bieguna tak wielkiéj prawdy, o Wszechmocny „co sam jeden wielkie dziwy działasz;“ szedł przeto mój umysł przez ciał postacie; a piękne od stósownego rozróżniając, okréslałem piérwsze: co samo przez się jest piekne; drugie, co zastósowane, innemu przedmiotowi przystoi; i te zasad utwierdzałem na zmysłowych przykładach. Obróciłem myśli moje ku zrozumieniu natury duszy, lecz fałszywe wyobrażenie jakie o duchownych istotach miałem, nie dozwalało mi widzieć jasności prawdy: samo światło prawdy w oczy moje nawet wpadało, ale blaskiem jéj przerażoną duszę moję odwracałem od nadzmysłowéj rzeczy, aby ją przywiązać do zarysów, kolorów i dotykalnéj wielkości.
A ponieważ widzieć nie mogłem w umyśle podobnych rzeczy, mniemałem przeto, że i mego umysłu pojąć nie zdołam. Ale postrzegając w cnocie błogą spokojność, a w występku nienawistną niezgodę: tamtę nacechowałem jednością, tę zaś podziałem. W owéj jedności umieściłem duszę rozumną, naturę prawdy i najwyższego dobra; w podziale zaś, nie wiedzieć jaką istotę nierozumnego życia, i jakąś istność i naturę najwyższego złego, z któregom zrobił nie tyIko rzeczywistą istotę, ale i życie prawdziwe niezależno od ciebie mój Boże, od którego wszystko pochodzi. Biédny fanatyk, pierwszą nazywałem „Monadą“ jednością duchowną bez płci; drugą „Dyadą“ podwójnością przyczyną gniewu w zabójstwach, podnietą w rozwiozłości; nie wiedzieć com nawet mówił. Nie wiedziałem o tém, anim się tego jeszcze nie nauczył, że żadna istota nie jest złém, że wewnętrzna duszy naszéj władza nie jest najwyższém i nieodmienném dobrem. Jako bowiem to jest zbrodnią kiedy umysł daje popęd przewrotnemu poruszeniu, i podnosi burzliwą nawałę swéj zapalczywości; a to jest rozwiozłością, kiedy dusza nie strzeże swéj skłonności, która ją wlecze do cielesnych roskoszy: tak niemniéj skaza przesądu i błędu, która życie sromoci, pochodzi z zamąconego rozumu, jakim wtedy był mój rozum, nie wiedząc że inném światłem być miał objaśniony, aby się stał ucześnikiem prawdy, nie będąc on sam prawdy naturą. „Bo ty rozświécasz pochodnię moję Panie Boże mój, ty rozjaśniasz ciemności moje [23]“ „a z twéj pełności, myśmy wszyscy wzięli [24]“ „ponieważ, ty jesteś światłość prawdziwa, która oświéca wszelkiego człowieka na świat przychodzącego [25]“ „u którego nie masz przemiany, ani znaczenia na przemianę [26].“
Usiłowałem przybliżyć się ku Tobie, aleś mnie odpychał od siebie abym śmierci zakosztował „bo ty poniżasz dumnych.“ Ale cóż dumniejszego, jako twierdzić z niesłychaném szaleństwem, że tém z natury jestem, czém ty jesteś? Nieuchronnéj odmianie ulegający czułem to dobrze w mojém pragnieniu, kiedym chciał dla tego być uczony, bym się stał z gorszego lepszym; wolałem raczéj ciebie uważać odmiennym, niźli mniemać, że tém nie jestem czém ty jesteś. Odpychałeś mnie przeto i sprzeciwiałeś się bredniom dumnych moich myśli: spokojnie więc wyobrażałem sobie cielesne postacie, i ciało oskarżałem sam będąc ciałem i wiatrem idącym, a do ciebiem nie powracał[27]; idąc tedy, przechodziłem myślą świat pełen wyobrażni takowych istót, jakie się ani w tobie, ani we mnie, ani w ciałach nie znajdują, ani były twego Słowa utworem, lecz mojéj próżności z ciał wywiedzionym wymysłem. Mówiłem więc do pokornych i wiernych dzieci twoich, do współobywateli moich, nie wiedząc żem od ich pokory był wówczas bardzo daleko, mówiłem do nich nierozważnie i szyderczo: jakie dusza moja, którą Bóg utworzył być może w błędzie? a znieść tego nie mogłem, gdy mi odpowiadano: jakże Bóg być może w błędzie? Dowodziłem upornie, że raczéj nieodmienna istota twoja w błąd była wcięgniona, aniżelibym uznać miał, że bardziéj moja odmienna istota dobrowolnie zboczyła, i za karę błądzi.
Liczyłem sobie około dwadzieścia sześć lub siedm lat, kiedym te księgi napisał, i te obrazy próżności napełniały mój umysł, które, jakby zwijanie owych ksiąg w uchu serca mojego szeleściały. Chciałem o słodka prawdo! nastawić mego ucha na wewnętrzną twoję melodyę; kiedym nad owém piękném i stósowném rozmyślał, „pragnąc stać przed tobą abym cię słuchał, i wielce się weselił dla głosu oblubieńcówego[28]“ lecz nie mogłem, bo głos błędu mojego przeszkadzał mi, i wywłóczył mnie zewnątrz; a brzemie méj pychy w przepaść mnie wtrącało. „Nie dawałeś bowiem słuchowi mojemu radości i wesela, ani rozradowały się kości moje, wówczas jeszcze nieuniżone[29].“

ROZDZIAŁ XVI.
Mówi o bystrości swego geniuszu.

Ale do czegóż mi posłużył ów przenikły geniusz i bystre pojęcie, gdy około dwudziestego roku życia mojego, weszło w moje ręce dzieło Arystotelesa, nazwane: dziesięć kategoryj, czyli gatunków: (na których imie usta mowcy Kartagińskiego a mojego mistrza, gdy je przywodził, rozdęły się szumną wymową; równie jak inni, którzy za uczonych uchodzili, niespokojną we mnie obudzili ciekawość jakby do jakiéj boskiéj i nadzwyczajnej rzeczy); żem je sam czytając od razu i gruntownie zrozumiał? A kiedym późniéj o nich z innemi rozprawiał, którzy wyznali, że to dzieło z wielką trudnością od mistrzów gruntownie uczonych, nie tylko żywym głosem, ale i na piasku kréślonemi postaciami uczących, ledwie pojąć zdołali; w niczém więcéj oświécić mnie nie mogli, ilem samotnie czytając bez żadnéj przewodni, zrozumiał.
I te kategorye dosyć jasno wydawały mi się rozprawiać o istotach, jaką jest człowiek; jakie są ich własności, jako to: postać człowieka: jakim jest naturalny, jaki wzrost i wysokość jego, jaki ród wywodzi, czyim jest bratem, gdzie ustanowiony i kiedy zrodzony; czyli stoi, siedzi, albo obuty lub uzbrojony, czyli co czyni albo ponosi; wszystko cokolwiek jest objęte w tych dziesięciu rodzajach, z których niektóre przywiódłem tu w przykładzie, w samym nawet rodzaju istoty, gdzie niezliczone są przykłady.
Jakież przyniosło mi dobro, a raczéj jakie wielkie złe zrządziło mi to snadne tych kategoryj pojęcie! Mniemałem, że cokolwiek istnieje wszystko być musi temi dziesięcią predykamentami objęte; żeś i ty nawet niemi objęty, tak cię pojmowałem o mój Boże, cudownie z niczego niezłożona i nieodmienna istoto! właśnie, jakobyś i ty miał mieć przymioty wielkości albo piękności, że te przymioty z tobą są złączone jakby z podmiotem, jak widzimy w ciałach; właśnie jakbyś ty sam nie był twoją wielkością i twoją pięknością? wszakże ciał wielkość i piękność, istoty ciał nie składa, bo chociażby mniéj wielkiém i mniéj piękném było, czyliżby nie było ciałem? Brednią było to wszystko com o tobie myślał, ale nie prawdą; mojéj nędzy wymysłem, ale nie gruntem twéj wiecznéj szczęśliwości! Twój rozkaz na mnie się wypełnił: „aby mi ziemia oset i ciernie rodziła, bym pracą przychodził do mojego chleba [30].“
I na cóż mi prócz tego przydało się, żem czytał wszystkie dzieła o sztukach, które wyzwolonemi zowią, i łatwo rozumiałem te, które mi się czytać trafiło, nieszczęsny haniebnych własnych namiętności niewolnik Miałem przyjemność i uciechę w czytaniu ich, nie poznając zkądby to pochodziło, co w nich było prawdziwém i pewném. Obracałem tył do światła a twarz do oświéconych przedmiotów; zaczém moje oczy widząc je rozjaśnione, nie przyjmowały promieni światła. Wszystko więc comkolwiek czytał o sztuce wymowy i rozumowania, o jeometryi, o muzyce i rachunkach, zrozumiałem bez trudności, bez żadnego mistrza; ty wiész mój Boże, bo przenikłość pojęcia i bystrość rozumowania są twej hojności darem; alem z nich tobie ofiary nie składał, zaczém nie na mój pożytek, ale na zgubę moję raczéj mi służyły; ponieważem uzyskał w moję moc lepszą część mojego dziedzictwa, a odebrawszy ją z twych ręku „nie strzegłem siły méj ku chwale twojéj, [31]“ „alem poszedł od ciebie w daleką krainę ztrwonić ją [32]“ na lubieżnych nierządach. I do czegóż posłużyło mi tak wielkie dobro nie dobrze użyte? Nie doznawałem wprawdzie tych wielkich trudności, z jakiemi owych nauk zrozumienie przychodziło najpilniejszym i bystrym geniuszom; jedynie wtedy gdy im rozwiązać i wyjaśnić je chciałem, a najpojętniejszym był ten uczeń, który w tłumaczeniu, lepiéj od innych naśladować mnie zdołał.
I na cóż mi wyszło jeszcze i to moje mniemanie, żem cię, Panie Boże, prawdo najwyższa, uważał jak świetne i niezmierne ciało, a mnie jak ułomek z tego ciała? O zbyteczna przewrotności! Owóż gdziem był niestety! Nie zawstydzę się teraz mój Boże wyznawać wielkie miłosierdzie twoje nademną, i ciebie wzywać: kiedym się wtedy nie wstydził nauczać publicznie moich bluźnierstw, i poważyłem się szczekać obelżywie na ciebie. Jakiż dla mnie pożytek z tego geniuszu, który swoją przenikłością pochłonął te nauki, i bez żadnéj mistrzów przewodni, najzawilsze dzieła rozwiązać zdołał; kiedy haniebne i świętokradzkie szaleństwo, tak daleko odwlekło mnie od nauk pobożności? Albo jakąż dla maleńkich dziatek twoich był zawadą mniéj pochopny ich geniusz, skoro blisko ciebie zawsze mieszkały, by w gniaździe twojego kościoła bespiecznie piérzem zdrowej nauki porastały, a skrzydła miłości, żywiołem wiary świętéj umacniały.
O Panie Boże nasz „pod zasłonę skrzydeł twoich uciekamy się z ufnością; ty nas ochraniaj i piastuj nas [33].“ Ty nas maleńkie dziatki twoje nosić będziesz; „a nosić nas będziesz aż do sędziwej starości: [34]“ bo siła nasza z tobą połączona, jedynie jest mocą; a niemocą jest, jeżeli sami ze sobą tylko będziem. Wszelkie dobro nasze w tobie zawsze żyje, ale nasze odwrócenie się od ciebie przewrotnemi nas uczyniło. Niechże już Panie do ciebie powrócim, byśmy nigdy nie byli śmiertelnie odwróceni: ponieważ w tobie żyje dobro nasze, dobro zupełne i doskonałe, którém ty sam jesteś. Czyliż nam lękać się przystoi, że w powrocie nie znajdziemy już owego mieszkania, z którego jesteśmy wydaleni? Nie upadnie bowiem, acz w naszéj nieobecności, ten przybytek chwały, bo on jest twoją wiecznością?

Wyznania świętego Augustyna ornament 3.jpg

Przypisy

  1. Ps. 20, 6.
  2. Ps. 4, 3.
  3. Oze. 12, 1.
  4. Ps. 91, 2.
  5. Ps. 40, 5.
  6. Jan. 5, 14.
  7. Mat. 16, 27.
  8. Ps. 50, 19.
  9. Jak. 4, 6.
  10. Do Rzym. 5, 5.
  11. Ps. 41, 6.
  12. Ps. 24, 14.
  13. Horacy ks. 1, wiérsz Ody 3, do Wirgil.
  14. Ps. 79, 4.
  15. Izai. 46, 8.
  16. Ps. 18, 6.
  17. Jan 1, 10.
  18. I. Tym. 1, 15.
  19. Ps. 40, 5.
  20. Ps. 4,3.
  21. Ps 72, 9.
  22. Mat. 10, 30.
  23. Ps. 17, 29.
  24. Jan. 1, 16,
  25. Jan. 1, 9.
  26. Jak. 1, 17.
  27. Ps. 77, 39.
  28. Jan. 3, 29.
  29. Ps. 50, 10.
  30. Ks. rodz. 3, 18.
  31. Ps. 58, 10.
  32. Łuk. 15, 13.
  33. Ps. 62, 8.
  34. Izai. 46, 4.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Augustyn z Hippony i tłumacza: Piotr Franciszek Pękalski.