Wyznania (Augustyn z Hippony, 1847)/Księga Dziesiąta/Rozdział XXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Augustyn z Hippony
Tytuł Wyznania
Część Księga Dziesiąta
Rozdział Rozdział XXXIV
Wydawca Piotr Franciszek Pękalski
Data wydania 1847
Druk Drukarnia Uniwersytecka
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Piotr Franciszek Pękalski
Tytuł orygin. Confessiones
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Księga Dziesiąta
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXXIV.
O roskoszy oczu.

Zostaje roskosz oczu ciała mojego, o któréj ogłaszam moje wyznania, których niech słuchają uszy kościoła twojego, uszy bratniéj pobożności; abym dokonał mowy o wszystkich pokusach ciała, które jeszcze kołatają do mnie wzdychającego i żądającego „być przyobleczonym mieszkaniem, które jest z nieba[1].“
Rozmaite a piękne postacie, jasne i przyjemne kolory podobają się oczom. Niech dusza moja nie przywiązuje się do tych przedmiotów, niech ją zupełnie zajmuje Bóg ich Twórca „którego wszystkie dzieła bardzo są dobre“ ale on jest najwyższém dobrem mojém, lecz nie stworzenie jego. Nagabują mnie czuwającego po całych dniach, i nie mam od nich ani takiéj chwili odpoczynku, jaką mam od śpiewów, w częstém milczeniu. Bo sama królowa kolorów, owa światłość, która wszystko oblewa co widzimy, wszędzie wmyka się gdziekolwiek wednie jestem i rozmaitém sprzyja wpadaniem, wtedy nawet, kiedy insza czynność myśl moję zajmuje. Wnurza się ona tak dzielnie, iż jeśli nagle zniknie, z upragnieniem jéj szukamy, a długa jéj niebytność zasmuca dusze nasze.
O światłości prawdziwa, którą widział stary Tobiasz, gdy dotknięty ślepotą nauczał syna swojego drogi żywota, i przodkował mu niepoślizłą nogą miłości po niemylnéj drodze[2]! Albo którą widział Izaak starością obciężonemi, i pomroką jéj osłonionemi oczyma, gdy synów swoich niepoznając błogosławił, ale błogosławiąc ich poznawać umiał[3]. Tę samę światłość widział Jakób, któremu niemniéj wiek sędziwy zagasił wźrok jego; którego serce jéj promieniami rozjaśnione, w synach jego przeznaczone wszystkie pokolenia przyszłego ludu wyświéciło; kiedy ręce swoje tajemniczo na krzyż złożone, na swoje wnuki a syny Józefa, nie tym porządkiem, jakim ich ojciec zewnątrz postawił, ale według wewnętrznéj swéj pomiędzy nimi różnicy, na nich położył[4]. Ta jest prawdziwa światłość, jest ona tylko jedna i w jedno ogniwo łączy wszystkich, którzy ją widzą i kochają. Ale cielesna światłość, o któréj mówiłem, znikomością olśnionym miłośnikom, powabną lecz zdradliwą słodyczą zaprawia życie. Tym jednak, którzy umieją oddawać za nię dzięki i cześć tobie Boże Stwórco wszech rzeczy, służy za hymn ku twéj chwale, ale nie dają się nią owładnąć w ich snach głębokich. Takim być pragnę.
Sprzeciwiam się zwodzeniom oczu moich, aby nie zostały uwikłane moje nogi, któremi wchodzę na drogę twoję, i moje niewidzialne „oczy podnoszę ku tobie, abyś wyrwał ze sideł nogi moje[5].“ Często je z nich wyrywasz, bo często się w nie zadzierzgają. Nie przestajesz mnie wyrywać, ja zaś często wikłam się w sidła wszędzie pozastawiane: „bo nie zdrzymiesz się ani zaśniesz, który strzeżesz Izraela[6].“
Ileż to jest niezliczonych złudzeń, przez rozmaite rękodzielnie i kunszta, w sukniach, obuwiach, naczyniach i tym podobnych wyrobach; w obrazach, różnych posągach; nadużycia te skromnéj potrzeby, a nawet i samego pobożnego zamysłu, dodają jeszcze niektórzy ludzie do pożądliwości oczu, ubiegając się zewnątrz za dziełem swojém i przywiązując się do niego, a zabaczając wewnątrz tego, który ich udziałał, niszczą w sobie tém samém dzieło Bożego wizerunku.
Ale i za to, mój Boże, sławo moja, uwielbiam imie twoje i składam ofiarę chwały tobie poświęcicielowi mojemu! ponieważ te piękności, które przez duszę do rąk sztukmistrza przesyłasz pochodzą od piękności, która jest wyższą nad wszystkie dusze, do któréj dusza moja wzdycha wednie i w nocy. Sztukmistrze i miłośnicy zewnętrznych piękności, chwalą też piękności z podziwieniem, jako swoje wyroby, ale nie biorą od nich prawidła nauki, któreby im wskazało dobre tych piękności użycie. Jest ono w nich ale go nie widzą, i napróżno upomina ich, aby daléj nie zbaczali, ale siłę swoję dla ciebie chowali, zamiast ją trwonić na osłabiające roskosze, Ja atoli, który tak mówię o tém, i gruntownie rozumuję, wikłam jeszcze niekiedy moje kroki w siatkę tych piękności, ale ty wyrywasz mnie Panie, ty mnie wybawiasz: albowiem „miłosierdzie twoje jest zawsze przed memi oczyma[7]“ chwytać się nieszczęśliwie dozwalam, ale ty miłosiernie wyrywasz mnie niekiedy bez boleści, gdy nieobacznie wpadam, niekiedy z boleścią, gdy moje upodobanie więzy mi ścieśniło.




Przypisy

  1. II. Kor. 5, 2.
  2. Tob. 4, 2.
  3. Ks. Rodz. 27, 1.
  4. Ks. Rodz. 48, 10.
  5. Ps. 24, 15.
  6. Ps. 120, 4.
  7. Ps. 25, 3.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Augustyn z Hippony i tłumacza: Piotr Franciszek Pękalski.